Harry Turledove “The Misplaced Legion” (“Zaginiony legion”)

Cesarz Witeliusz:) Źródło: https://flic.kr/p/vTCfX3

Cesarz Witeliusz:) Źródło: https://flic.kr/p/vTCfX3

Dzień dobry czytelnicy! Jak zwykle witam was czcionką i literą asygnowaną dzięki łaskawości wordpressa do szablonu mego bloga. Dzisiaj chciałbym Wam opowiedzieć o książce, której określone fragmenty i zdania tkwiły w mej łepetynie przez lata. Dlatego będzie dzisiaj wielki powrót jednej z moich ulubionych książek z cyklu także ulubionego przez mnie, a przeczytanego jak się mogliście domyśleć w latach mej młodości.

Continue reading

Włodzimierz Borodziej i Maciej Górny “Nasza wojna. Tom I. Imperia: 1912 – 1916”

Krajobraz po bitwie. Źródło: http://www.theatlantic.com/static/infocus/wwi/introduction/

Krajobraz po bitwie. Źródło: http://www.theatlantic.com/static/infocus/wwi/introduction/

Czasem człowiek powinien przeczytać książkę nie tylko dla zwykłej rozpasanej duchowej rozrywki, ale także by wzbogacić swoją wiedzę, rozszerzyć spojrzenie na świat i poznać fascynujące informacje na jakiś określony temat.

Continue reading

Robert M. Wegner “Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza.”

Obrazek nie ma nic wspólnego z treścią książki. Po prostu mi się spodobał. Źródło: https://flic.kr/p/uixunt

Obrazek nie ma nic wspólnego z treścią książki. Po prostu mi się spodobał. Źródło: https://flic.kr/p/uixunt

Dobrze, że sobie zrobiłem przerwę w czytaniu wegnerowskich opowieści z meekhańskiego pogranicza. Dlaczego dobrze? Ano pewnie gdybym pociągnął Niebo ze stali tuż zaraz po dwóch zbiorach opowiadań, być może odczułbym przesyt i zmęczenie materiału tematyką, formą, treścią. A tak znów mogę dołączyć się do pochwalnych chórów i peanów ku czci.

Continue reading

Robert M. Wegner “Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód.”

Takie tam na stepie. Źródło: https://flic.kr/p/cmGLzN

Takie tam na stepie. Źródło: https://flic.kr/p/cmGLzN

Drugą książkę z opowieściami znad granicy Meekhańskiego Imperium przeczytałem w trakcie świąt, ale różnego rodzaju rodzinne obowiązki nie pozwoliły mi się ogarnąć i napisać co myślę o Wschodzie i Zachodzie. A jeśli chcecie wiedzieć co myślę to zapraszam na dół.

Continue reading

Mira Grant “Feed” (“Przegląd końca świata. Feed”)

Sierżant, który już dawno powinien przejść na emeryturę:) Źródło: https://flic.kr/p/9uXWJi

Sierżant, który już dawno powinien przejść na emeryturę:) Źródło: https://flic.kr/p/9uXWJi

Czasem moi drodzy z książkami jest tak, że na pierwszy rzut oka i pierwsze czytanko wydają się być bardzo w porządku, super cacy i w ogóle wspaniale, ale w trakcie owego czytanka okazuje się, że jednak coś jest nie w porządku. Coś uwiera i pod piękną lakierowaną warstwą tekstu, któremu absolutnie nie ma się nic do zarzucania (przynajmniej tak się wydaje), wygląda coś dziwnego i sztucznego.

Continue reading

Świętochowski o utopiach chrystianizmu pierwotnego i średniowiecznego.

Czy mnie się tylko zdaje, czy ten pan ma coś nie tak z aureolą? Sztuka wczesnochrześcijańska. Źródło: http://noahsapprentice.wordpress.com/2012/02/20/an-uneducated-pictorial-history-of-christian-art-part-3/

Czy mnie się tylko zdaje, czy ten pan ma coś nie tak z aureolą? Sztuka wczesnochrześcijańska. Źródło: http://noahsapprentice.wordpress.com/2012/02/20/an-uneducated-pictorial-history-of-christian-art-part-3/

W poniedziałkowy wieczór przytoczę Wam kolejny fragment ze Świętochowskiego. Poprzedni był o Jezusie Chrystusie, któremu przypięto łatkę socjalisty i komunisty (słusznie czy nie słusznie – nie wiem, bo mój aparat poznawczy jest zbyt skromny, by podjąć się takich rozważań), a dzisiejszy fragment będzie o następcach Jezusa. Nie tylko tych oficjalnych, ale również heretyków i innych odszczepieńców od wiary katolickiej. Ci następcy Jezusa mogą już spokojnie otrzymać łatkę średniowiecznych socjalistów, a nawet hipisów (konotacja trochę naciągana, ale całkiem fajnie brzmi).

Czytaj dalej->

Zbigniew Nienacki “Dagome Iudex” – trylogia

Ja Dago       Ja Dago Piastun        Ja Dago Władca

Dziś opowiem Wam o trzech książkach „Ja Dago”, „Ja Dago Piastun” i „Ja Dago Władca”. Wchodzą one w skład trylogii „DAGOME IUDEX”, którą Nienacki napisał pod koniec lat osiemdziesiątych, a która praktycznie zupełnie nie istnieje w  świadomości czytelniczej Polaków (trochę generalizuję, ale tak jest). Chciałbym pochylić się nad przyczynami, które sprawiły, że książka nie stała się hitem, nie zdobyła nagród, nie utrwaliła się w kanonie książek literatury popularnej w Polsce. Jakim cudem Zbigi nie powalił ludzi na kolana swą trylogią?

Zacznę od tego, że jest to strasznie długi wpis. Nie wiem czy nie najdłuższy jaki kiedykolwiek napisałem dlatego wrzucę ze dwa obrazki coby go trochę urozmaicić. Zauważyłem na innych blogach, że ładnie to wygląda i może u mnie się przyjmie.

Aby było Wam łatwiej przybliżę fabułę książek. Najpierw jednak zacznę od przydługiego wstępu, żebyście nie dostali wszystkiego od razu.

Jak powstają państwa? Co skłania ludzi do tego, by współtworzyli grupę osób zjednoczonych pod władzą jakiegoś osobnika lub rządu? I dlaczego ludzie oddają władzę nad sobą w ręce innego człowieka? Wikipedia mówi, że państwo to:

trwały związek ludzi stale zamieszkujących określone terytorium, podlegających władzy zwierzchniej oraz zdolność do nawiązywania i utrzymywania stosunków dyplomatycznych z innymi państwami.

Wiki podaje również kilka teorii dotyczących powstawania państw. Mamy teorię teistyczną, teologiczną, patriarchalną, marksistowską, teorię podboju i przemocy lub umowy społecznej. Tych teorii trochę jest. Można powiedzieć, że co człowiek to teoria. Proces powstawania państwa pewnie zawiera elementy z każdej z nich (może z wyjątkiem boskiej interwencji i boskiego pochodzenia władcy). Ale można też powiedzieć, że dawniej państwa rozwijały się głównie przez podbój. Rzym podbijał, Babilon podbijał, Imperium Ottomańskie podbijało, Frankowie i Teutoni podbijali, Czynghis Chan podbijał, a nie on nie podbijał. On tylko najeżdżał, rozpierd… wszystko w drobny mak, gwałcił, rabował i wracał do siebie na „przestwór suchego oceanu”, by tam płodzić kolejnych potomków. Piszę w trzeciej osobie liczby pojedynczej o wszystkich tych czynnościach, ale wiadomo, że Czynghis Chan nie robił tego sam (nie czuję kiedy rymuję). Było z nim z reguły kilkadziesiąt tysięcy kumpli z podwórka. Wracając do genezy państwa. Podbój to jedno, przekazanie władzy w ręce jakiegoś osobnika to drugie. W małych społecznościach, plemionach w dawnych czasach najczęściej wodzem zostawał najsilniejszy facet. Samiec alfa, macho. Z racji tego, że wszystkim pozostałym mógł spuścić wpierdol i często miał smykałkę do wojowania. Gdy umierał jego potomstwo nie miało szans na dziedziczne objęcie władzy, chyba, że było również najlepsze.

Ale to było strasznie dawno temu. Później ludzie wynaleźli tyle rzeczy, że nie ogarniali tego wszystkiego. Rolnictwo, hodowla zwierząt, pismo, pieniądze. Zrobiło się tych wynalazków sporo. Dlatego podzielili się na klasy, kasty, stany, by „lepiej się żyło”. Dali władzę jednym, by ich chronili przed innymi. Dostali motykę od innych, by aż do śmierci uprawiać rolę. I w ten znacznie uproszczony sposób przedstawiony przez mnie, cywilizacje rodziły się, rozwijały i upadały. W Europie Zachodniej skrytej mrokami średniowiecza, czyli koło VIII/IX wieku naszej ery po rozpadzie Cesarstwa Rzymskiego scalanie różnych plemion, rodów następowało znacznie szybciej niż na Wschodzie. Lecz nawet na terenach dzisiejszych wschodnich Niemiec, Polski, Czech, Węgier, Ukrainy, Rosji, Litwy, Łotwy istniały związki plemienne, które posługiwały się wspólnym językiem i wybierały jednego wodza na czas wojny lub wypraw łupieżczych. Często takiemu wodzu/wodzowi udało się zatrzymać władzę na dłuższy czas, a nawet przekazać ją synowi lub synom. W ten sposób najprawdopodobniej zaczęły się tworzyć dzisiejsze państwa Europy Środkowo – Wschodniej.

Czasy te okryte są tajemnicą, mnóstwem legend i mitów. Nie inaczej jest z naszą kochaną Polską. Historycy pewni są Mieszka i trochę jego ojca. Wszystko co było wcześniej jest wielką niewiadomą.

Dlatego wziął sobie pan Nienacki ów okres na warsztat i postanowił spisać własną wersję legendy o powstaniu państwa polskiego. Cel szczytny, lecz jednocześnie wymagający. Czy podołał?

Powiem Wam na końcu.

O fabule będzie w skrócie.

Głównego bohatera poznajemy w momencie, gdy przekracza Rzekę Zapomnienia na wschód od cesarstwa Teutonów. Po to by obudzić śpiącego olbrzyma, czyli ludy słowiańskie i wprowadzić je na karty historii. Narracja nie jest prowadzona liniowo. Oprócz bieżących wydarzeń mamy retrospekcje, które przybliżają nam jego przeszłość. Rozdziały z historią jego dzieciństwa przeplatają się z tymi dotyczącymi aktualnych wydarzeń. Jego przeszłość to w skrócie: krew olbrzymów, która w nim płynie, znajomość sztuki miłości i sztuki czarów, pragnienie zemsty na mordercach opiekunki, wędrówka do miast nad Bałtykiem, magiczny miecz Tryfing, który odcina głowy, nauka na dworze w Konstantynopolu sztuki rządzenia ludźmi, choroba zwana Żądzą Czynów oraz wiecznie mu towarzyszące pragnienie zostania władcą, którego urzeczywistniania jesteśmy świadkiem.

Od tomu pierwszego towarzyszymy Dagobertowi w jego drodze do władzy nad plemionami słowiańskimi, które pragnie uczynić wielkimi. Jest to dość interesująca droga. Bardzo krwawa, bardzo wyboista, moralnie podejrzana. Tak eufemistycznie mógłbym określić potoki krwi, spermy, niezliczone ilości krzywoprzysięstw, zdrad, gwałtów, rabunków, kłamstw, którymi usłana jest ścieżka Dago do władzy. Czasem popełnia jakiś dobry czyn, ale tylko wtedy gdy jest pewien, że to się przysłuży jego interesom. Walcząc z kolejnymi miejscowymi władcami, nie nazywa siebie księciem, lecz Piastunem. Dlatego, że nie chce władać ludem, tylko się nim opiekować, piastować (ot, taka demagogia).

Dago poznał sztukę rządzenia ludźmi. Zna na pamięć Księgę grzmotów i błyskawic, z której mądrości przewijają się przez całą trylogię.

Na przykład fragment, który służy jako motto książki:

„Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest, wiec moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy Lak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać.”

Księga Grzmotów i Błyskawic rozdział: „O sztuce rządzenia ludźmi”

„Pikne” nieprawdaż? W książce znajdziemy mnóstwo przykładów idealnie wpasowujących się w ten fragment. Morderstwa nazwane słuszną karą, zdrada nazwana wiernością, niewola zamienia się w wolność i tym podobne.

Wielu zalicza książkę do powieści historycznej, która jest osadzona w konkretnym okresie historii. Obok postaci wymyślonych przez Nienackiego przewijają się przez książkę postacie historyczne, wspomina się autentyczne wydarzenia z historii Europy. Czas akcji powieści to około 860 roku naszej ery. Zapewne wnikliwy historyk dopatrzy się nieścisłości, ale mi one nie przeszkadzają. Niektórzy mówią również o “Dagome Iudex” jako historycznej fantasy, ale z tym fantasy to ja bym nie przesadzał. Jest zaczarowany miecz, ale czy nie jest on czasem zaczarowany w ten sposób, że włada nim zajebisty szermierz? Mamy wróżów, mamy górę Ślężę z pogańskimi rytuałami, mamy kąpiel w rosole długowieczności, magiczne runy i tym podobne. Lecz czy te zjawiska i artefakty działają za pomocą magii, czy może po prostu siłą sugestii? Ludzie w tamtych czasach byli strasznie zabobonni i łatwo dawali wiarę wszelakim magicznym sprawkom. Nawet mamy smoka! Szczek się smok nazywał i okazał się nie żadnym gadem, ale upośledzonym osiłkiem ze skłonnościami do małych dziewczynek.

– Nikt nie rodzi się wolnym. Najpierw jest niewolnikiem swoich rodziców, swego rodu, swojego języka, swojej wiary, a także swojej płci oraz rozumu i siły, którą go obdarzono. Rodzimy się też niewolnikami swoich słabości. Nie wiem, co to znaczy być człowiekiem wolnym, ponieważ nie wiem, co to jest wolność. Gdybyś żył tylko sam na świecie, być może mógłbyś myśleć o sobie, że jesteś wolnym. Ale jeśli spotkasz drugiego człowieka, to albo ty go weźmiesz pod swoja władzę, albo on ciebie sobie podporządkuje.

 

Z elementów fantasy mamy też drużynę. Dago to typowy heros. Piękny, silny, umięśniony. Przy tym bardzo mądry i wykształcony. Conan Barbarzyńca jak się patrzy. Wędruje wraz z Herimem, lubieżnym mnichem, który staje się jego kanclerzem oraz w towarzystwie Zyfiki – Dzikiej Kobiety potomkini Amazonek, która staje się kochanką Dago i później przyczyną wielu kłopotów.

Nienacki wrzucił wiele, wiele mitów i legend do swojej książki. Wymieszał je w tyglu swojego pisarstwa i stworzył bardzo interesujące ich wersje. Popiel i myszy, wspomniane Amazonki, Scytowie, nawet genezę husarii sobie stworzył. Niezłą zabawą jest rozszyfrowywanie tych mitów, choć w większości nie jest to szczególnie trudne.

Dago konsekwentnie dąży do celu. Zabija swoich wrogów w walce, często przy pomocy ogromnego sprytu. Jego przygody są interesujące, a sam Dago może budzić sympatię, choć jego czyny już niekoniecznie. Świat pogańskich Słowian jest barwnie i szczegółowo przedstawiony (przynajmniej dla mnie). Widać, że Nienacki lekcje odrobił, choć błędów się nie ustrzegł.

A tu heros austriackiego pochodzenia. W filmie nie wydaje się pałać zbytnią inteligencją

A tu heros austriackiego pochodzenia. W filmie nie wydaje się obdarzony zbytnią inteligencją.

Dlaczego więc skoro książka jest ciekawa, przygody interesujące, bohaterowie wiarygodni cykl „Dagome Iudex” nie powalił na kolana polskich czytelników? Pierwszym powodem jaki nasuwa mi się na myśl to seks. Mój Swarogu! Ileż tam jest seksu. I to nie takiego z romansów dla panienek z pensji. Żadnych tam całusów, miziania i przytulania. Opisy aktów miłosnych są delikatnie mówiąc niemal ginekologiczne. Seks jest opisany bardzo naturalistycznie.

UWAGA! BĘDĘ PRZYTACZAŁ PRZYKŁADY! MOŻE BYĆ OBSCENICZNIE!
 Mamy więc spermę, nasienie ściekające po udach, wyprężone żołędzie, wnikanie w łono, drętwiejące członki (i nie chodzi tu o ręce czy nogi), piersi jak wymiona, gwałty, masturbację, zoofilię, pedofilię, i wiele, wiele innych.

Czy coś takiego:

„A on, zaspokojony, po raz pierwszy spełniwszy się z kobietą, z pogardą patrzył na swój wciąż sterczący członek lśniący od jej wydzielin”

lub

Niejednokrotnie, w izbie słabo rozświetlonej blaskiem księżyca przenikającego przez rybie pęcherze w oknach, obserwował, jak jego ojciec wpycha nabrzmiały członek w wypięty, obnażony zad macochy.

– wybrałem „lżejsze” przykłady.

Ogólnie Nienacki w tych trzech tomach umieścił chyba każdą dewiację seksualną jaka została stwierdzona przez Światową Organizację Zdrowia. Wyobraźcie sobie, że taki nastoletni czytelnik Nienackiego wychowany na panach Samochodzikach dostaje w swoje ręce książkę z kolorową okładką, myśli, że sobie poczyta jakieś fantasy czy „cuś”, a tu porno. Lub rodziców jego, którzy również nie przeczytali opis z tyłu, a w którym wyraźnie jest napisane, że powieść jest przeznaczona dla dorosłych lubiących „prozę drapieżną”. Mam tu na myśli rodziców nie znających książek dla dorosłych napisanych przez Nienackiego. Seks i jego opisy zdecydowanie mogły stać na przeszkodzie jeśli chodzi o sukces książki.

Drugim powodem był okres, w którym się ukazała. Końcówka lat osiemdziesiątych, początek dziewięćdziesiątych to chyba nie był dobry pomysł na wydanie tego typu książki w Polsce. Czytelnicy nie byli wyrobieni jeśli chodzi o jakiekolwiek fantasy (jeśli patrzeć na książkę Nienackiego pod tym kątem). Gdyby wydawnictwo poczekało kilka lat. Rynek został wtedy zalany różnego rodzaju tłumaczeniami fantasy anglojęzycznej. Ludzie czytali wszystko, bo było z Zachodu. Odpowiedni PR, marketing, kilka chwytliwych haseł i ludzie by to kupili. Moim słowom może przeczyć fakt, że wznowienia powieści również okazały się fiaskiem. Wdowa po pisarzu wznowiła trylogię pod zmienionym tytułem „Historia Sekretna” – moim skromnym zdaniem brzmi jeszcze gorzej niż „Dagome Iudex”. Podobno oficyna wydawnicza „Warmia” wydała w 2009 roku wznowienie „Dagome Iudex” w jednym tomie. Książka chyba nie stała się hitem, przynajmniej ja nic o tym nie wiem.

Trzeci powód. Książka może zostać uznana za mocno szowinistyczną. Wszyscy wiemy, że kobiety w dawnych czasach nie miały, ekhm… „lekko”. Były traktowane jak przedmiot, niezbędny element do reprodukcji. Wartość kobiety mierzono w jej zdolności do rodzenia kolejnych dzieci. Na szczęście ludzkość (niestety nie cała) przeszła od tamtych zwyczajów w miarę pozytywne przeobrażenie. Nie jest jeszcze tak różowo, ale jest lepiej i cały czas staramy się, aby było lepiej. Czym innym jest znać suche fakty historyczne o niedoli kobiet, a czym innym jest czytać o gwałconych kobietach, kobietach traktowanych jak bydło. Jest w trylogii Nienackiego kilka postaci kobiecych, które są dość silnie zarysowane. Każda ma swoje pragnienia, swoje dążenia. Najczęściej są to kobiety u boku władców, które manipulują nimi przy pomocy swego ciała, kontrolując ich poczynania obietnicami rozkoszy. To pokazuje jak prości w obsłudze byli i chyba dalej są mężczyźni. Niestety czasem autor, bo zdecydowanie czuć w książce osobę autora rzuci jakiś bardzo niesmaczny komentarz dotyczący natury i charakteru kobiet, za który mógłby spokojnie zostać rozszarpany przez adresatki. Nie skreślałbym jednak tej książki przez owe wpadki.

Czwarty powód. Jesteśmy Polakami. Lubimy o sobie myśleć jako o nacji szlachetniejszej od innych. Nie splamiliśmy się zbrodniami pokroju tych popełnionych przez naszych zachodnich sąsiadów (to na pewno), zawsze postępowaliśmy fair wobec pokonanych i tym podobne (to już nie jest takie pewne). Dlatego nikt nie lubi czytać o tym, że podwaliny jego państwa to mordy, grabieże, niewolnictwo i wyzysk, strach przed obcym, chciwość i wiele, wiele innych bardzo wątpliwych moralnie czynów. Bądźmy szczerzy, czy w historii ludzkości powstało jakiekolwiek państwo bez tych wyżej wymienionych? Wątpię. A jeśli tak to chciałbym o nim poczytać. Dlatego Nienacki mógł trochę podrażnić dumę narodową. Z drugiej strony w tej książce cały czas się przewijają motywy gloryfikujące Słowian. Ich sposób bycia, ich przywiązanie do ziemi, ich pogaństwo, brak pojęcia grzechu, umiłowanie natury, tradycji rodzinnych i tym podobne. Nienacki chwali bardzo nasze pogańskie korzenie (chodzi mi o naszych praszczurów, a nie o nasze… a zresztą nieważne). Czyli patriotyzm jest.

Piąty powód. Książka jest poważna, ponura i brutalna. Niby nic wielkiego, ale zupełnie nie ma w niej humoru. Wiem, że porównanie może trochę na wyrost, ale taki Martin w swoich „Pieśniach Lodu i Ognia” bardzo zgrabnie połączył seks, przemoc i humor. Nienacki pojechał po całości. Niby, że opisuje jacy to Słowianie są weseli, ale żadnych przykładów poza seksualną rozwiązłością nie podaje. Po przeczytaniu „Dagome Iudex” można zwątpić w człowieka. Nienacki opisuje ludzi którymi rządzi strach, chciwość, żądza, zazdrość i nienawiść. Nikt niczego nie robi bezinteresownie. Miłość to tylko pożądanie i chuć. Smutne to trochę…

Jedno jest pewne, opowieść Nienackiego w niczym nie przypomina "Starej Baśni". Obrazek z rusalke.tumblr.com/

Jedno jest pewne, opowieść Nienackiego w niczym nie przypomina “Starej Baśni”.
Obrazek z rusalke.tumblr.com

Trochę trudności może sprawiać również nazewnictwo w książce. Nienacki starał się zarchaizować język, choć robił to trochę niekonsekwentnie. Czy Słowianie nosili kalesony? W książce występuje wiele ludów, plemion. Ze skojarzeniem większości nie miałem problemu, ale były takie, które za cholerę mi nic nie mówiły. Przydałyby się jakieś przypisy, ale może przypisów nie było, bo część rzeczy pan Nienacki sobie powymyślał? Znalazłem świetny artykuł w “Poradniku językowym” z roku 1990, w którym Bogdan Walczak chwali niektóre posunięcia językowe pana Nienackiego, ale też zwraca mu uwagę na rażące błędy, obok których językoznawca przejść obojętnie nie może.:) A które mogą czytelnikowi nieobeznanemu z historią języka polskiego dać mylne wyobrażenie o języku jakim posługiwali się nasi przodkowie w IX wieku.

Nawiązując do Martina. Uważam, że „Dagome Iudex” to zajebisty materiał na serial HBO. Dużo się dzieje, jest mnóstwo seksu i przemocy. Są intrygi w celu zdobycia władzy, jest walka, jest krew. Ktoś powinien przerobić to na scenariusz i wysłać do HBO.

– Milcz, głupi mnichu – rozgniewał się na niego Dago. – Czy to nie ty zgrzeszyłeś w Fuldzie przeciw czystości, gwałcąc niewiastę? Ludzie mają tyle utrapień, a wyznawcy krzyża dołożyli im najgorsze: grzech. Ci ludzie tutaj nie grzeszą, ponieważ nie znają grzechu. Także ich bogowie nie wiedzą, co to grzech. Powiedz mi jak może grzeszyć bóg rzeki, prastare drzewo albo kamień’? One są poza grzechem i poza dobrem i złem, w ich świecie nie ma grzechu, bo nie ma także dobra i zła. Wszelkie prawa na ziemi ustanowili ludzie i oni wedle nich sądzą innych. Prawo ludzkie nie może pochodzić od bogów, gdyż różne kraje mają swoje własne prawa, często zresztą zmieniane.

Jest jeszcze kwestia religii. Dago to wyrachowany skurwysyn, który twierdzi, że najlepiej służyć wszystkim bogom, bo nie wiadomo, który się przyda. Został ochrzczony, ale żywi pogardę dla bożego syna, który zginął na krzyżu. Sam swego kraju nie chce włączyć do grona krajów chrześcijańskich. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że któryś z jego potomków będzie musiał to zrobić. Po to by ocalić swoją władzę i nie zostać poddanym jakiegoś niemieckiego barona. I tak się stało. Zresztą w całej książce czuć sympatię do pogaństwa. Z całym bagażem wiary w słońce, wodę. Z przeświadczeniem, że życie ma się jedno i należy je spędzić w miarę wesoło (oczywiście jeśli się było niewolnym kmieciem to raczej szału nie było). I kompletnym niezrozumieniem pojęcia grzechu i monogamii.

Ależ się rozpisałem. Podsumowując. Dla mnie „Dagome Iudex” to ciekawa powieść historyczna z mocno naciąganymi elementami fantasy. Ze świetnie opisanym światem Słowian, ich obyczajami, wierzeniami. Jednym bohaterem głównym i całym tabunem dość dobrze napisanych innych bohaterów. Obnażająca mechanizmy władzy, które chyba nie zmieniły się od stuleci. Powody braku sukcesu wymieniłem, ale nie zmienia to faktu, że jest mi trochę smutno, że ta książka nie znalazła szerszego kręgu odbiorców.

Aha, tak jak obiecałem. Miałem Wam powiedzieć czy Dago podołał i stworzył własne państwo? A w jakim kraju mieszkacie? Po jakiemu (przepraszam za kolokwializm) gadacie? Jasne, że podołał:)

P. S. Nie wiem dlaczego akurat za ten kolokwializm przeprosiłem, wszak pisanina ma się od nich roi.

P. S. 2 Tutaj opis wspomnianego artykułu

Walczak Bogdan: Osobliwe nazewnictwo powieści Zbigniewa Nienackiego “Dagome iudex”. Poradnik Językowy 1990 z. 1 s. 19-32

Ursula K. Le Guin “Cztery drogi ku przebaczeniu”

Ursula K. Le Guin "Cztery drogi ku przebaczeniu"

Ursula K. Le Guin “Cztery drogi ku przebaczeniu”

Tren “Ku przebaczeniu”

Wielkieś mi uczyniła zamieszanie w domu moim,

moja droga Ursulo tym pisaniem swoim.

Pełno go, a jakby czegoś nie było,

jedną książką wszystko się przeciążyło.

Tyś tak ładnie mówiła i ładnie pisała.

Poważneś  zagadnienia dobrze poruszała.

To ten temat, to owy wdzięcznie poruszając,

i mądrymi tekstami głowę zaprzątając.

Sprawiałaś, że człowiek zaczynał się frasować.

Nad kondycją ludzkości swą głowę myśleniem psować.

Teraz wszystko się skończyło, iskry brakło,

jest może ciekawie, ale nie za bardzo.

Serce czasem coś fajnego znajduje,

ogólne wrażenie nuda i niedokładność psuje.

Czytać by Cię Ursulo można po kres wieków,

choć trochę przynudzasz pisząc do człowieków.

Wszytkie ludzkie wady umiesz wypunktować,

jednak science-fiction zaczyna brakować.

Czytelnik nie wie jaki gatunek czytuje,

obcości i nowości bardzo mu brakuje.

I wszytkie ludzkie rzeczy w książce znajduje,

ale zupełnie tego już nie czuje…

Ty może i dobrze Ursulo chciałaś,

niewolnictwo i szowinizm męski opisałaś.

Piszesz o prawdzie lokalnej i ogólnej,

piszesz o sprawie wszystkim ludziom wspólnej.

Robisz to dobrze, nie ma wątpliwości,

Lecz mały żal zostaje po przeczytaniu całości.

Nawet nie będę się tłumaczył z wyżej napisanych zwrotek, które nieudolnie naśladują mistrza Jana, który lipę lubi.

Cztery historie z uniwersum Hain. Losy dwóch planet Yeowe i Werel, które są bardzo blisko siebie (Ups! Czyżbyśmy skądś to znali? Patrz “Wydziedziczeni”). Ale tym razem jest o niewolnictwie oraz walce kobiet o równouprawnienie.

Werel to świat, w którym system społeczny opiera się na niewolnictwie. Mamy rasę czarnoskórych (sic!) panów, którzy trzymają pod butem resztę trochę bielszych ludzi. I tak ten skostniały system trwa od wieków. Nie zmienia niczego nawiązanie kontaktu z Ekumeną. Rozwój nowych technologii też nie ma żadnego wpływu na jakże wydajną niewolniczą gospodarkę. Dzięki rozwojowi technologii kosmicznych Werel kolonizuje pobliską planetę Yeowe i tam wprowadza bardzo okrutne niewolnicze rządy. Nie ma litości, a ludzie rodzą się i umierają w zagrodach. Dopiero po trzystu latach niewolnicy z Yeowe powstaną i zrzucą jarzmo i kajdany.

Momentami bardzo interesująca, lecz w większości sztywna i nudnawa książka. Najlepsze fragmenty dotyczą opisu planety Hain, z której pochodzi bohater jednego z opowiadań oraz opisu zwyczajów niewolników. Mocne akcenty to historie cierpień niewolników zwłaszcza kobiet, które służyły zarówno panom jak i niewolnikom do zaspokajania seksualnych potrzeb. Służyły również do rozpłodu.

Natomiast cała historia wyzwoleńczej walki jest banalnie i naiwnie napisana. Brakowało czegoś, pewnej autentyczności w tym wszystkim. Dlatego książka nie zostawiła po sobie najlepszego wrażenia. I tak jak napisałem w trenie “Ku przebaczeniu” nie ma science-fiction! Gdyby nie opis Hain czułbym się jakbym czytał opowiadania z Ziemi. Nawet podróż statkiem kosmicznym opisana została niemal jak podróż niewolniczym statkiem sprzed kilkuset lat. Dodatkowo próba usystematyzowania wiedzy o Werel w posłowiu do książki wypadła beznadziejnie i nienaturalnie.

Ale może to mój przesyt Ursulą. Na razie dam sobie spokój z jej pisaniem.

P. S. Aha i nie lekceważę tematu niewolnictwa, po prostu Ursula jak dla mnie nie podźwignęła ciężaru.

George R. R. Martin “Taniec ze smokami. Część II”

George R. R. Martin "Taniec..."

George R. R. Martin "Taniec..."

Dziś dwudziesty dziewiąty lutego. Dlatego uświęcę tę datę stukając palcami w klawiaturę  i zostawiając potomnym wpis. Ku pamięci. Kto wie co będzie za cztery lata. Może zamiast na klawiaturze, będę grawerował znaki alfabetu w kamieniu, bo w wyniku III wojny światowej padnie cała cywilizacja. Wpis z dnia dwudziesty dziewiąty lutego, jak tytuł posta wskazuje będzie dotyczył najnowszej książki Martina.

Przeczytałem ją już kilka dni temu, ale jakoś nie mogłem się zabrać za opisanie mych wrażeń. Premiera była we wtorek, książka przeczytana przed weekendem, a tu już tydzień mija a ja nie wiem co napisać.

Martin to Martin. Czytało mi się dobrze, ale jestem lekko rozczarowany. Książka nie miała takiego tempa, rozmachu, nie było w niej, aż tylu smakowitych kąsków jak:

Krew, flaki, walka, miecze, czary, smoki, magia, olbrzymy, dziwki, dziewki, seks, sperma, tortury, gwałty, morderstwa, plamy na honorze i na spodniach, wilkory, Inni, Mur, zima nadchodzi, królów, niewolników, seks, dużo seksu, dziewice, rozdziewiczanie, trupy, chodzące trupy, złoto, dużo złota, miłość, nienawiść, sprawiedliwość, żądza, władza, zdrada, korony, trony, wrony, upiory,  mamony, burdele i inne duperele (w tej części to chyba w ogóle burdeli nie było!).

Tych kąsków nie było tak wiele moi drodzy przyjaciele.

UWAGA BEDOM SPOJLERY!

A jak tam sprawa z bohaterami. Ich historie, ukazywanie wydarzeń z różnej perspektywy, emocje, miłości, namiętności to zawsze był mocny punkt w „Pieśni Lodu i Ognia”. W tej części za bardzo tego nie odczułem. Tyrion rzucał jakimiś żarcikiem, cynicznym humorem lecz słabo, Daenerys coraz bardziej wpadała w tę manię „Jestem Królową, jestem Królową muszę robić to co Królowa”, Jamiego w ogóle praktycznie nie było! Cersei dostała to na co zasłużyła, ale pewnie niezły numer jeszcze wywinie, bo to zła kobieta jest. Miło było wrócić do Aryi, która dalej pomyka sobie po Braavos. Spodobał mi się wątek Theona Greyjoya, jako Fetora. Ten Ramsay Bolton to kawał zboczonego skurwysyna i mam nadzieję, że dostanie to na co zasłużył. Mamy trochę Ashy Greyjoy. Pojawia się kilka drobniejszych postaci, które wyjaśniają to i owo:) A Jon Snow, biedny Snow… „Snowa pamięci żałobny rapsod” trzeba napisać, Martin bezlitosny jest, choć pewnie Snowa nie uśmiercił ostatecznie, a Jon wróci za sprawą Melisandre. Martin zostawił sporo otwartych furtek, podgrzał atmosferę niedokończonymi historiami i zostawił mnie z uczuciem pewnego niedosytu…

Podobały mi się wydarzenia z przeszłości, które wspominane są przez wielu bohaterów. Uświadamiają mi, że Martin stworzył świat ogromny, który mógłby dać spokojnie zatrudnienie dziesiątkom pisarzy:) Ale obiło mi się o uszy, że Martin nie jest zbyt przychylny fanowskiej twórczości i ostro tępi wszelkie jej przejawy. Jego prawo. Choć stworzył taki kompletny świat, że szkoda jego dzieła tak zostawiać.

Fani serii, do których i ja się chyba zaliczam nie powinni być zbytnio zawiedzeni, ja byłem tak troszkę. Teraz pozostaje czekać na pozostałe części, bo jak dla mnie druga część „Tańca…” to taka przystawka do głównego dania, mająca rozbudzić apetyty. I mam nadzieję, że w kolejnych tomach powróci pierdolnięcie, czego sobie i państwu życzę.

Suzanne Collins “Igrzyska śmierci”

Suzanne Collins "Igrzyska śmierci"

Suzanne Collins "Igrzyska śmierci"

Wielokrotnie na mym blogu wspominałem, że uwielbiam klimaty postapokaliptyczne. Łykam większość badziewia i dobrych rzeczy, jakie mają coś wspólnego z tym wątkiem w literaturze, filmie czy jakiejkolwiek ludzkiej artystycznej działalności. Ostatnio przeczytałem „Ciepłe ciała”, powieść w tym klimacie skierowaną raczej do młodych ludzi. Moje wrażenia z tego, co pamiętam nie były zbyt pozytywne i pełne zachwytu.

„Igrzyska śmierci” to kolejna książka dla młodzieży, utrzymana w klimacie postapo, którą przeczytałem. Ach, Charlie! Czemu na błędach się nie uczysz! Młodzieżą już dawno nie jesteś i niekoniecznie musi Cię ciągnąć do literatury dla nastolatków. Błędy, błędami, ale niby, że ekranizacja kinowa tej książki to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku. Więc chciałem poznać o co chodzi, o co cały ten hałas. Zapomniałem, że ekranizacja jest również wyczekiwana przez nastolatków! Dobra wracamy do książki.

Zarys fabuły i miejsca akcji Wam przedstawię. Kontynent północnoamerykański po licznych katastrofach, falach tsunami, które najprawdopodobniej zmiotły porządek świata, który znamy. Jest zasiedlony przez obywateli państwa Panem. Kraj ten jest rządzony przez ludzi ze stolicy zwanej Kapitolem. Ustrój jaki w nim panuje to reżim i dyktatura. Podział administracyjny kraju wygląda następująco: Kapitol, oraz dwanaście podległych mu Dystryktów, był trzynasty dystrykt, ale się zbuntował i władcy Kapitolu zrównali go z ziemią. Gospodarka kraju: każdy Dystrykt odpowiada za określoną gałąź przemysłu, niektóre są rolnicze, inne przemysłowe. Wszyscy mieszkańcy każdego Dystryktu Panem podlegają władzy Kapitolu i nie mogą się między Dystryktami komunikować. Przejdźmy teraz do clou całej opowieści. Co roku urządzane są w Kapitolu Głodowe Igrzyska, które mają na celu uświadomienie mieszkańcom każdego Dystryktu, że Kapitol rulez! Loteria przeprowadzana w każdym dystrykcie wyłania dwójkę tak zwanych trybutów chłopca i dziewczynkę w wieku od 12-18 lat, którzy jadą do Kapitolu i walczą na arenie na śmierć i życie. To byłoby na tyle jeśli chodzi o zarys „intrygi”.

Wszystkich tych informacji dowiadujemy się od narratorki, która jednocześnie jest główną bohaterką książki. Katniss ma szesnaście lat, pochodzi z Dwunastego Dystryktu i zgłasza się na ochotnika do Głodowych Igrzysk, na miejsce swojej dwunastoletniej siostry. Podczas zmagań na śmierć i życie wykazuje się siłą, sprytem, odwagą, hartem ducha i bla, bla, bla…

Dobra nie będę się rozpisywał, później większość książki to opis zmagań na arenie, aż do finału.

Książkę czytało się szybko, w miarę sprawnie napisana, choć bardzo prosto. Świat Panem nakreślony przez autorkę jest ubogi w detale, słabo zarysowany i wiele rzeczy nie trzyma się kupy. Przełknąłem to jednak cały czas powtarzając sobie, że to książka dla młodych ludzi.

W książce mamy poruszane ważkie problemy tyranii, głodu, cierpienia, śmierci, przetrwania. Wszystkie te mądre rzeczy nie trafiały do mnie i zupełnie nie potrafiły mnie wzruszyć. Katniss natomiast to „chyba” typowa nastolatka (nie wiem, bo dawno z nastolatkami nie miałem do czynienia), ciężko doświadczona przez los i twarda. Nie brak oczywiście wątku romantycznego, miłości, która rozkwita wśród bezpardonowej walki na śmierć i życie…

Dobrze, że przeczytałem to szybko, zapoznałem się, puszczę tę książkę w niepamięć za jakiś czas. Przecież te moje dwie szare komórki nie mogą archiwizować takich rzeczy. Jak dla mnie bardzo średnia ta książka. Może gdybym przeczytał ją z dziesięć lat temu, to odbiór byłby całkiem inny…