Ludzie i gwiazdy: Antologia opowiadań pisarzy krajów demokracji ludowej

Taka retro rakietka idealnie pasuje tutaj. Źródło: https://pl.pinterest.com/pin/AW9jMKzyraNp7J453zNtSyfG-tik8eCIkjB6omzH4BPJ71-TLW9zqcg/

Ahoj czytelnicy moi drodzy. Przepraszam za nieobecność i jedynie pozostaje mi powiedzieć, że kolejna moja obietnica legła w gruzach i znów z tych gruzów powoli staram się wygrzebać. Dlatego będzie o książce, którą przeczytałem już ponad osiem miesięcy temu, ale zapomniałem praktycznie co w niej było i przeczytałem teraz znów. Dziwne to może, ale jakoś tak mnie naszło, że może lepiej Wam będzie opowiedzieć coś co mam w głowie na świeżo.

Continue reading

Aleksander Sołżenicyn “Jeden dzień Iwana Denisowicza”

Aleksander Sołżenicyn. Źródło: wikipedia.com

Zdrastwujtje! Witajcie towarzysze i towarzyszki. Zgodnie z obietnicą cofam się w opisywaniu książek w taki sposób, że opisuję te ostatnio przeczytane. Chociaż “ostatnio” w przypadku moich książek to naprawdę spory eufemizm. I nie żartuję. Według lubimyczytac.pl książkę Sołżenicyna przeczytałem pod koniec września. Minęło więc trochę czasu.

Continue reading

Andrzej Bińkowski “Kuba, Castro, rewolucja”

Doktor Fidel. Źródło: https://flic.kr/p/eRDV8q

Dzień wieczór! Postanowiłem zmienić trochę koncepcję i zaczynam od końca, bo to nie ma sensu, żebym odgrzebywał książki sprzed kilku miesięcy. Będę teraz jak gdyby zaczynał od tych najświeższych i dopiero co przeczytanych.

Continue reading

Michaił Jelizarow “Bibliotekarz”

Św. Hieronim

Św. Hieronim patron bibliotekarzy

Powiedzcie mi moi drodzy czy istnieje siła, która powstrzymałaby mnie przed przeczytaniem książki o tym jakże wymownym tytule? Chyba raczej nie ma takiej siły, a jak to mawia stare przysłowie Charlie nierychliwy, ale w końcu czytliwy to przyszła kolej i na książkę pana Michała, którą to książkę mam od dawna w swoim księgozbiorze, ale jakimś cudem nie było żywcem czasu, aby ją przeczytać. I znów tradycyjnie zacznę od narzekania (przeczytałem ją dawno) i dopiero teraz opisuję. Robię się nudny z tym narzekaniem, ale uwierzcie mi pomaga mi to w motywacji.

Continue reading

Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka “Zagubiona przyszłość”

Takie tam okładki z sowieckich magazynów typu "Młody Technik". Źródło: http://www.theretrozone.com/retro-space/soviet-moon-base-retro-space-art.jpg

Takie tam okładki z sowieckich magazynów typu “Młody Technik”. Źródło: http://www.theretrozone.com/retro-space/soviet-moon-base-retro-space-art.jpg

Wielokrotnie wspominałem, że lubię o sobie myśleć jako o człeku, który coś tam o literaturze science and fiction wie i trochę się na niej rozumi i wyznaje (w znaczeniu zna). A za każdym razem jestem sprowadzany do parteru dzięki takim książkom jak Zagubiona przyszłość. Zaiste moi drodzy to klasyka polskiej literatury fantastycznonaukowej. I cieszę się bardzo, że miałem okazję ją przeczytać.

Continue reading

Iwan Jefremow “Mgławica Andromedy”

Ilustracja z sowieckiej książki o podboju kosmosu. Źródło: http://70sscifiart.tumblr.com/post/101078878786/madddscience-from-1967-soviet-science-fiction

Ilustracja z sowieckiej książki o podboju kosmosu. Źródło: http://70sscifiart.tumblr.com/post/101078878786/madddscience-from-1967-soviet-science-fiction

Witajcie młodzi komsomolcy! Od dzisiaj zaczynacie trud tworzenia nowej ludzkości, i nie przejmujcie się tym, że Wy nic nie zyskacie z organizacji nowego, lepszego świata. Wasze życia pełne będą cierpienia, głodu, chłodu i wojen. Ale wspólnymi siłami pokonamy zgniły kapitalizm i zaprowadzimy ustrój, który da szczęście wszystkim ludziom na planecie! Pamiętajcie jednak o tym, że Wasz wysiłek nie pójdzie na marne! Wasi potomkowie będą mogli cieszyć się Ziemią wolną od wojen, głodów, chorób, a dodatkowo będą się kontaktować z obcymi cywilizacjami i latać w kosmos! Zajmie to ponad dziesięć wieków, ale przecież wytrzymacie! Wytrzymacie?!

Continue reading

Świętochowski o utopiach chrystianizmu pierwotnego i średniowiecznego.

Czy mnie się tylko zdaje, czy ten pan ma coś nie tak z aureolą? Sztuka wczesnochrześcijańska. Źródło: http://noahsapprentice.wordpress.com/2012/02/20/an-uneducated-pictorial-history-of-christian-art-part-3/

Czy mnie się tylko zdaje, czy ten pan ma coś nie tak z aureolą? Sztuka wczesnochrześcijańska. Źródło: http://noahsapprentice.wordpress.com/2012/02/20/an-uneducated-pictorial-history-of-christian-art-part-3/

W poniedziałkowy wieczór przytoczę Wam kolejny fragment ze Świętochowskiego. Poprzedni był o Jezusie Chrystusie, któremu przypięto łatkę socjalisty i komunisty (słusznie czy nie słusznie – nie wiem, bo mój aparat poznawczy jest zbyt skromny, by podjąć się takich rozważań), a dzisiejszy fragment będzie o następcach Jezusa. Nie tylko tych oficjalnych, ale również heretyków i innych odszczepieńców od wiary katolickiej. Ci następcy Jezusa mogą już spokojnie otrzymać łatkę średniowiecznych socjalistów, a nawet hipisów (konotacja trochę naciągana, ale całkiem fajnie brzmi).

Czytaj dalej->

Andrzej Pilipiuk “Czerwona gorączka”

czerwonaZacznę od refleksji. KFASON, KFASON i po KFASONIE. Moim zdaniem było sympatycznie i ciekawie. Zwłaszcza jak na pierwszą edycję. Moje spotkanie z panem Andrzejem Pilipiukiem chyba też dobrze wypadło. Denerwowałem się strasznie, ale może trochę niepotrzebnie, bo pan Andrzej to świetny gawędziarz, bardzo inteligentny człowiek z ogromnym poczuciem humoru. I teraz będzie wspomniana refleksja: przygotowując się do spotkania przeczytałem sporo wywiadów z autorem, obejrzałem dość znaczną liczbę filmików dostępnych w sieci, jednym słowem znacznie przybliżyłem sobie postać twórcy Wędrowycza. I tu wreszcie refleksja: gdy się bliżej pozna autora i jego poglądy, jego sposób patrzenia na świat to czytanie jego książek nie będzie już takie samo. Pojawiają się zupełnie nowe tropy, zupełnie inaczej patrzę na pomysły i użyte schematy i motywy. A dodatkowo jeśli się pogada chwilkę, pozna pisarza osobiście to już percepcja i odbiór książek znów się zmieni. I u mnie ten proces nastąpił:)

Tak miałem podczas lektury „Czerwonej gorączki”. Pilipiuka czytywałem wcześniej. Jednak „Czerwoną gorączkę” odebrałem zupełnie inaczej niż wcześniejsze książki. Na blogu pisałem o „Rzeźniku drzew” i „Wampirze z M-3”. Nie wiem czy miałem jakieś oczekiwania dotyczące „Czerwonej…”, na pewno spodziewałem się dobrej rozrywki i takową otrzymałem. Tematyka opowiadań oscyluje w obszarach, do których Pilipiuk nas przyzwyczaił. Carska Rosja, rewolucja październikowa, podróże w czasie i alternatywne wersje historii.

11 opowiadań jak to w antologii bywa wywołuje różne emocje. Od szczerego śmiechu („Silnik z Łomży”) po delikatne rozdrażnienie, że w taki sposób można skończyć świetne opowiadanie („Zeppelin L-59/2”). Jest tradycyjnie jak to u Pilipiuka ostra nagonka na socjalistów i komunistów. Raz na poważnie i z całkiem interesującym pomysłem („Czerwona gorączka”), drugie już zupełnie jajcarskie i świetnie naśmiewające się z „przejściowych trudności” jakim jest poddane budujące się socjalistyczne społeczeństwo („Operacja „Szynka””). Trafiła się nawet w zbiorze historia o krasnoludach i najemnikach („Niebieski trąd”). Interesujące i nawiązujące (moim zdaniem) to twórczości Stefana Grabińskiego opowiadanie („Wujaszek Igor”) również chlastało ubecję i cały system komunistyczny po mordzie, a interesujący pomysł z pociągiem widmem, gdzie głównym maszynistą jest Piłsudski dodawał klimatu posępnej grozy. Mamy też historię alternatywną bardzo dla nas łaskawą (dla nas Polaków) czyli „Samolot von Ribbentropa”, bo w niej jesteśmy supermocarstwem i rządzimy światem. Trafiła się też opowieść znacznie mniej łaskawa, w której to Europa zdominowana jest przez islam i resztki chrześcijan szukają swojego świętego („Gdzie diabeł mówi dobranoc”). „Grucha” to opowiadanko o nauczycielce, którą spotyka słuszna kara (może trochę za bardzo hardkorowo i ewidentnie tu widać jak bardzo nie lubi pan Pilipiuk instytucji oświatowych w naszym kraju). „Po drugiej stronie” i „Piórko w żywopłocie” to dość fantasmagoryczne historie, w których przenikają się różne światy.

„Czerwona gorączka” to kilka godzin dobrej rozrywki, połączonej ze zgrzytaniem zębów na niektóre patenty autora. Nie zmieni to jednak mojej sympatii do pana Andrzeja, ale może przydałoby się przeskoczenie na jakieś nowe tematy, bo ileż można tych komuszków i socjalistów wszelkiej maści molestować:)

Niektóre opowiadania czasem trąciły odwetem na rzeczywistości naszej, szarej polskiej i pobożnymi życzeniami, że powinno być inaczej, a nie jest. Ale to święte prawo autora, że pisze co chce i jak jemu w głowie się układa. A że robi to składnie, zgrabnie, ciekawie i w miarę wciągająco to człowiek sobie podczytuje.

Tomasz Campanella “Miasto Słońca”

miasto_słońca

źródło: allegro.pl

Ach! Uwielbiam utopijne wizje społeczeństw, dalekie kraje, które urządzone są idealnie i wszystko w nich podporządkowane jest szczęściu obywateli. Pogrążam się w fascynacji dla dzieł powstałych setki lat temu i przedstawiających poglądy autorów na jak najlepsze urządzenie tego świata. Pomysłów było i jest setki. Tomasz Morus swoją „Utopią” zrobił pierwszy wyłom, a później niczym wezbrane wody wyobraźni przerywające tamy skostniałego świata runęły na ów zastały i pogrążony w marazmie padół ziemski dzieła, dziełka, utwory i utworki opisujące raje, które według autorów istniały, bądź będą istnieć na tej Ziemi.

Tomasz Campanella to postać niezwykle ciekawa i bardzo interesująca. Filozof, zakonnik, astrolog, heretyk, kacerz, buntownik i społecznik, a przede wszystkim utopista. Giovani Domenico Campanella urodził się w roku 1568 w Kalabrii. Wstąpił do zakonu dominikanów, gdzie przyjął imię Tomasz, dużo podróżował po Włoszech, oskarżany o herezję spędził wiele lat w więzieniach, organizował powstanie w Kalabrii, które nie doszło do skutku, gdyż Hiszpanie wykryli spisek. Wspominałem, że Campanella spędził sporą część swego życia w więzieniach, gdzie wielokrotnie go torturowano, aby wydobyć przyznanie się do wchodzenia w konszachty ze Diabełem. Campanella był uczonym niemalże idealnie wpisującym się w swój czas. Kończyło się Odrodzenie, ziemie włoskie wchodziły w okres głębokiego kryzysu ekonomicznego, zaczynała się kontrreformacja, barok i tym podobne. Campanella mieszał w swoich poglądach filozoficznych wszystko co się dało. Astrologię i przesądy z wiarą chrześcijańską, i ówczesnym stanem wiedzy medycznej. Dogłębnie studiował filozofię starożytną i świętych ojców Kościoła i czerpał z nich garściami. „Miasto Słońca” jest idealnym odbiciem jego bardzo często sprzecznych ze sobą poglądów.

Wizja społeczeństwa, które serwuje nam Campanella z dzisiejszej perspektywy mieszkańca kontynentu europejskiego jest przerażająca. Państwo, w którym całą władzę skupia jeden człowiek – kapłan określany mianem Słońca czy też Metafizyka, a do pomocy służy mu trzech wysokich rangą kapłanów, każdy zajmujący się odpowiednią dziedziną społecznego życia. Kapłani owi noszą nazwy Potęga, Mądrość, Miłość. I chociaż ludzie w tym mieście nie muszą zbyt ciężko pracować, dóbr wszelakich mają dostatek, to jednak „Miasto Słońca” jawi się jako komunistyczny koszmar, w którym literacka fikcja jest zakazana, bo przecież kłamliwe zmyślanie szkodzi rozwojowi duchowemu (socrealizm w pełnej krasie). Ludzie nie dobierają się sami w pary, ale kapłan Miłość zajmuje się ich hodowaniem, tak aby każde następne pokolenie było doskonalsze i jeszcze lepiej przystosowane do życia w mieście Słońca. Porę godów określa się za pomocą przepowiedni astrologicznych, a kto spróbuje płodzić poza wyznaczoną porą może mieć pewność, że sieć “szpicli” na niego doniesie i kara będzie surowa. Religia jest obowiązkowa i państwowa, tego kto się nie dostosuje czeka srogi i okrutny los.

civitas_veri

Wyobrażenie Miasta Słońca. Źródło: blogs.ub-filosofie.ro

Jestem pełen sprzecznych uczuć co do tej utopii, bo chociaż Solariusze (tak się nazywają mieszkańcy miasta) mają dość rozwiniętą technologicznie cywilizację (podobno potrafią latać, a ich pojazdy nie wymagają koni, są poruszane za pomocą tajemniczych żagli) to ich teokratyczny ustrój jest bardzo totalitarny, a życie pojedynczego człowieka jest poddane drobiazgowej kontroli na każdym kroku. Wszyscy mają się poddać woli głównego kapłana. Oczywiście nie wszystko jest tam, aż takie złe; dobrym i ciekawym pomysłem jest system edukacji polegający na poglądowym wchłanianiu wiedzy. W praktyce wygląda to tak, że na murach miejskich wymalowane są wiadomości z każdej ludzkiej dziedziny wiedzy, a dzieciaki uczą się ich podczas lekcji na świeżym powietrzu. Na plus można uznać pogardę dla chciwości, pychy, próżności i zdroworozsądkowe podejście do spraw fizjologicznych.

I równie, dowodzą, godzi się nogom chodzić i zadowi srać, jak oczom patrzeć i językowi mówić; podobnie jak to się dzieje z kałem, gdy zachodzi potrzeba, oczy wydzielają łzy, a język – ślinę.

Książki Campanelli nie czytało się dobrze. Jest pełna mętnych wywodów dotyczących astrologii, metafizyki, filozofii i religii. Ciężko się połapać jak tak naprawdę funkcjonuje miasto Słońca. Campanella nie skupia się na wyjaśnianiu mechanizmów działania społeczeństwa. Chaotycznie przekazuje swoje wyobrażenia i robi to trochę nieudolnie (według mnie). Starsza o prawie sto lat „Utopia” Morusa wypada wielokroć lepiej niż dialog poetycki Campanelli. Niemniej jego „ Miasto Słońca” jest ważną książką.

Campanella podobnie jak Morus wspólnotę majątkową i brak prywatnego majątku uczynił nadrzędną zasadą w mieście Słońca. Dodatkowo uczynił mieszkańców równymi, nie ma w nim sług i niewolników, każdy musi pracować i czyni to z ogromną ochotą. Mieszkańcy miasta żyją według zasady „każdemu według zasług”. „Miasto Słońca” stanowiło na pewno solidną pożywkę dla wielu istotnych prądów filozoficznych i ideologicznych, które narodziły się setki lat później.

Ciekawostka – ja czytałem wydanie z „Biblioteki Narodowej” Ossolineum z roku 1955. Wydanie to było najprawdopodobniej odpowiedzią na „Państwo Słońca” z roku 1954, które ukazało się w wydawnictwie PAX, gdzie podkreślano religijny charakter dzieła Campanelli. W moim wydaniu, we wstępie autorzy pragnęli przekonać czytelnika, że wiele z tych religijnych odniesień i poglądów Campanella musiał na siłę wcisnąć, aby w ogóle jego książka została wydana. Sam był przecież na tak zwanym „cenzurowanym” i musiał się pilnować. Jak było naprawdę to trzeba zwrócić się do gwiazd, wróżbitów i astrologii. Wywołać ducha autora i go dokładnie przepytać.

P. S. Podoba się nowy wygląd bloga?

Stanisław Lem “Obłok Magellana”

IMAG0507 “Obłok Magellana” to mała znana książka Lema. Podobno nawet sam autor jakby trochę się jej wstydził i nie była wznawiana przez bardzo wiele lat. Ja czytałem wydanie pierwsze z 1955. Dlaczego Lem się jej trochę wstydził? No cóż, nie da się ukryć, że rys ideologiczny w powieści jest dość mocno nakreślony i wiele fragmentów książki to peany na cześć komunistów i ideologii komunistycznej, ale gdy odrzucić te naleciałości to “Obłok Magellana” jest świetną powieścią o lękach, zagrożeniach i przełamywaniu barier jeśli chodzi o podróże w przestrzeń kosmiczną.

Jest wiek trzydziesty. Ludzkość osiągnęła stan pokoju, dobrobytu, równowagi i ogromnego rozwoju technologicznego. Skolonizowaliśmy cały Układ Słoneczny, dzieci latają sobie na lekcje przyrodnicze z Ziemi na Marsa, nauka i kultura kwitnie, nie ma państw,  nie ma chorób, nikt nie cierpi, nie ma również religii, nikt nie wierzy w żadnego boga, bożka, makaronowego potwora. Jest tylko wiara w postęp. Jednym słowem utopia pełną gębą. Utopia podług ładu komunistycznego dodajmy. Ludzie nie patrzą w przeszłość, nasz wiek dwudziesty jest dla nich starożytnością, o której sobie opowiadają anegdotki w rodzaju:

– A wiesz, że w dwudziestym wieku ludzie chcieli mieć wsyzstko na właśność,

– A co to znaczy mieć coś na własność?

Ludzkości żyje się więc dostatnio. I owa ludzkość cały czas się rozwija, w końcu postanowiła polecieć poza Układ Słoneczny, do najbliższej gwiazdy czyli Proximy Centauri. Podróż do tej gwiazdy i leżącej stosunkowo niedaleko Alfy Centauri nawet w trzydziestym wieku to wyzwanie ogromne. I ludzie to wyzwanie podejmują. Budują ogromny statek Geę, która ma za zadanie przewieźć setki osób wraz z ewentualnymi dziećmi podróżników. Kosmiczna wyprawa w tę i z powrotem będzie trwała bowiem prawie dwadzieścia lat, choć Gea poruszać się będzie z prędkością stu dziewięćdziesięciu tysięcy kilometrów na sekundę.

“Obłok Magellana” to opowieść o eksploracji, o stykaniu się z nieznanym i przezwyciężaniu własnego strachu. Już tutaj można zuważyć tematy, które Lem później będzie namiętnie poruszał: etyczne i praktyczne strony spotkania z obcą cywilizacją, trudności związane z podróżami międzygwiezdnymi, samotność człowieka i jego znikomość wobec ogromu wszechświata. Wirtualna rzeczywistość i pigułki, które pozwalają zmienić nastrój – Lem poruszył w “Obłoku…” prawdziwy ogrom zagadnień i pytań jakie stawiała i stawia sobie nauka po dziś dzień.

“Obłok…” to także książka o emocjach i uczuciach, głównie o miłości. Naprawdę, bardzo dużo jest  miłości nieszczęśliwej i pełnej cierpienia. Jest też dużo strachu, strachu przed niezmierzoną pustką, strachu przed nieznanym niebezpieczeństwem.

I o popełnianiu błędów też jest. Ludzie z trzydziestego wieku, choć znacznie mądrzejsi od nas to jednak pozostają wciąż ludźmi i błędy popełniają. Ze strachu, ze wstydu, z niewiedzy, ale oni potrafią z tych błędów wyciągnąć wnioski.

I byłbym zapomniał, że o poświęceniu i bohaterstwie też jest ta książka. Takim kolektywnym poświęceniu i indywidualnym dla dobra innych.

Krótko i zwięźle – pomijając nadmierne moralizatorstwo i ideologiczne wtręty „Obłok Magellana” niesłusznie jest pomijany i tylko czasem wstydliwie się o tej książce gdzieś tam napomknie. Lem pokazał w tej powieści zalążki swojego imponującego talentu, ogromnej wyobraźni oraz wiedzy, no może zabrakło zupełnie jego poczucia humoru, ale na szczęście w innych książkach rozkwitło ono w pełni.

Gdyby Amerykanie dorwali się do scenariusza, który ktoś utalentowany napisałby na podstawie „Obłoku…” wyszłaby z tego zajebista hollywoodzka super produkcja. Jest tutaj bowiem wszystko – samotny bohater poświęcający życie dla dobra reszty, miłość odwzajemniona i nieodwzajemniona oraz międzygalaktyczna podróż na ogromnym statku, który atmosferą przypomina wielkie transoceaniczne wycieczkowce z ociekającymi luksusem pokładami (serio).

P. S. Film nakręcili Czesi i Słowacy w roku 1963. “Ikaria XB 1” się nazywał, ale zapomnieli wspomnieć (pewnie przypadkiem), że pomysł na film “zaczerpnęli” z Lema.

P. S. 2 Ciekawy fragment tego filmu wrzuciłem na fejsa, ale mogę go tutaj przypomnieć:

 

A tu znajdziecie fragment z książki, który odzwierciedla jak wielkim wizjonerem był Lem. FRAGMENT.