Michaił Jelizarow “Bibliotekarz”

Św. Hieronim

Św. Hieronim patron bibliotekarzy

Powiedzcie mi moi drodzy czy istnieje siła, która powstrzymałaby mnie przed przeczytaniem książki o tym jakże wymownym tytule? Chyba raczej nie ma takiej siły, a jak to mawia stare przysłowie Charlie nierychliwy, ale w końcu czytliwy to przyszła kolej i na książkę pana Michała, którą to książkę mam od dawna w swoim księgozbiorze, ale jakimś cudem nie było żywcem czasu, aby ją przeczytać. I znów tradycyjnie zacznę od narzekania (przeczytałem ją dawno) i dopiero teraz opisuję. Robię się nudny z tym narzekaniem, ale uwierzcie mi pomaga mi to w motywacji.

Continue reading

Seks, nagość i Śmierć na rysunkach z XVI wieku…

Śmierć i naga kobieta 1547. Domena publiczna.

Śmierć i naga kobieta 1547. Domena publiczna.

Ileż to razy ja Wam wspominałem, że kocham te Internety, to bogactwo różnorodności, te nieprzebrane i wciąż przyrastające zasoby. Gdyby nie Internet w życiu nie dowiedziałbym się o kimś takim jak: Hans Sebald Becham (1500 – 1550) niemiecki malarz, rytownik oraz twórca grafik i miniatur bardzo szczególnych grafik.

Continue reading

Andrzej Sapkowski “Miecz przeznaczenia”

I znów grafika z gry, ale cóż poradzić skoro to takie fajne jest. Źródło: http://www.cheats-area.com/news/Witcher-Editor-grants-unlimited-number-of-gaming-wishes.html

I znów grafika z gry,w dodatku użyta w poprzednim poście, ale po cóż szukać czegoś nowego. Źródło: http://www.cheats-area.com/news/Witcher-Editor-grants-unlimited-number-of-gaming-wishes.html

Po miłym przyjęciu ostatniej rozmowy z Geraltem namówiłem zajętego siekaniem potworów wszelakich Wiedźmina na ponowne spotkanie. Tym razem będzie trochę polityki, miłości i nadziei, a przepraszam nadzieji.

Continue reading

Andrzej Sapkowski “Ostatnie życzenie”

Grafika z gry o WIedźminie. Źródło: http://koziol.info.pl/2011/05/nastal-czas-bialego-wilka-czyli-retrospektywnie-o-pierwszym-wiedzminie/

Grafika z gry o WIedźminie. Źródło: http://koziol.info.pl/2011/05/nastal-czas-bialego-wilka-czyli-retrospektywnie-o-pierwszym-wiedzminie/

Dzisiaj sobie pofantazjuję, bo okazja ku temu dobra, a i przeczytany zbiór opowiadań należy już do KANONU, tak, tak moi drodzy do KANONU. A z kanonem różnie bywa. Jedni chuchają i dmuchają, pieszczą jedwabnymi chusteczkami coby tylko się błyszczał, stał i był podziwiany. Inni z kolei będą uderzać obrazoburczymi tekstami w piedestał, w KANON, aby go obalić, by zgnił i zmurszał i zniknął z pamięci ludzkiej. Ja dzisiaj sobie z KANONEM pogadam. I wybaczcie z góry tę rozmowę, będzie bardzo jednostronna, bo w końcu wymyślona przeze mnie.

Continue reading

Wesoły pogrzeb oraz pocałunek z nieboszczykiem.

Dzień dobry! Dziś sobota, weekend (taka mała oczywista oczywistość). Mam nadzieję, że wprowadzę Was w dobry nastrój dwiema krótkimi informacjami z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego”, które przykuły moją uwagę.

Obie informacje krążą wokół zagadnień śmierci, życia pozagrobowego i tego jak owo życie po śmierci może wpływać na żyjących.

Pierwszy “news” z “IKC” z numeru 96 z ósmego kwietnia 1926 roku.

IKC1926nr968IV

POCAŁUNEK NIEBOSZCZYKA. W Milwaukee niejaki Smith wniósł skargę rozwodową, przeciw żonie, albowiem na seansach spirytystycznych całowała się ona ze zjawą, swego pierwszego zmarłego męża. Sędzia oświadczył, że całowanie się z ciałem astralnem nie stanowi wiarołomstwa małżeńskiego i odmówił udzielenia rozwodu.

Ja podczas studiów również brałem udział w seansach “spirytystycznych”, tak jak wielu moich przyjaciół. Różne rzeczy się działy, ale całowania z ciałem astralnem, nie zanotowałem.

Biedny facet nie mógł po tym zdarzeniu żony nawet na moment samej zostawić, bo zmarły małżonek w postaci ducha mógł ją wyr… Przepraszam za te prostackie żarty, ale same mi do głowy przychodzą.

Drugi “news” nastraja bardziej optymistycznie, choć tematyka pogrzebowa.

“IKC” numer 97, 9 kwietnia 1926 roku.

IKC1926nr979VI

 WESOŁY POGRZEB 80-LETNIEJ STARUSZKI. Dziennik hiszpański „El Sol” donosi, iż w Castella pewna 80-letnia staruszka czując zbliżającą, się śmierć, wezwała do siebie młodzież i poleciła jej, ażeby wzięła udział w jej pogrzebie w jak najweselszy sposób. Staruszka zamówiła przed śmiercią orkiestrę, tancerzy tancerki z kastanietami, a kiedy umarła, wszystko odbyło się według nakreślonego przez nią, programu. Na cmentarzu urządzono bal, a po powrocie do mieszkania nieboszczki goście pogrzebowi wypróżnili —zgodnie z jej wolą, — cały zapas wina, znajdujący się w piwnicy.

To się nazywa gest. To się nazywa fantazja. Mam nadzieję, że impreza była przednia i wszyscy staruszkę wspominali, a  może wspominają do dziś. Ech. Ten zapas wina w piwnicy. Chciałbym dożyć takiego sędziwego wieku w dobrym zdrowiu i będąc w pełni władz umysłowych.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Tym jakże pozytywnym akcentem kończę wpis. Bawcie się dobrze w weekend.

P. S. Jeśli będziecie uczestniczyć w seansach “spirytystycznych” pamiętajcie, żeby nie świrować z ciałami astralnymi – kto wie jakie choróbska szwendają się po tamtej stronie.

Miłość, trutka i wygódka. Tragikomiczne “samobójstwo” zakochanych.

Na piątkowy marcowy dzień historia wielce pouczająca o tym, że nie należy ufać aptekarzom, bo mogą nam wykręcić iście śmierdzący numer.

Nie mogłem uwierzyć w tę historię, dalej nie mogę w nią uwierzyć. Przeczytajcie koniecznie o parze zakochanych, którzy chcieli być jak Romeo i Julia, ale na szczęście dla nich skończyło się tylko na zabrudzonej pościeli oraz bardzo nieprzyjemnym zapachu. A para zakochanych bohaterów tego “dramatu”  żyła długo i szczęśliwie (taką mam nadzieję! )

Ta sensacyjna informacja pochodzi z Ilustrowanego Kuryera Codziennego nr 60, 1 marca 1926.

IKC1926nr601III

IKC1926nr601IIIa

 

Tragikomiczne „samobójstwo” zakochanych.

Niezwykle komiczny wypadek wydarzył się onegdaj przy usiłowanem samobójstwie pewnej zakochanej pary w Stanisławowie.

Oto w 18-letniej córce właściciela sklepu pannie Sarze P. rozkochał się bezpamiętnie młody pomocnik sklepowy L., znajdując u ukochanej wzajemność uczuć. Miłość ta jednak natrafiła na zdecydowany opór ze strony rodziców panny, którzy nie chcieli zezwolić młodym na związek małżeński. Zrozpaczony młodzieniec postanowił wobec tych przeszkód popełnić wraz z ukochaną samobójstwo. W tym celu nabył w aptece silną truciznę na szczury, poczem udał się ze swą wybraną do hotelu. W wynajętym pokoju hotelowym spożyli truciznę, następnie ułożyli się w łóżku, oczekując zaś na śmierć — usnęli.

W międzyczasie zrozpaczona matka, przeczuwając grożące córce niebezpieczeństwo, przy pomocy policji rozpoczęła poszukiwania za zaginioną. Po dłuższym czasie odnaleziono ślady zaginionej córki, wiodące do hotelu.

Po otworzeniu drzwi pokoju hotelowego uderzyła przybyłych ostra, nieznośna woń, równocześnie ujrzeli desperatów, pogrążonych w głębokim śnie.

Zagadkę rozwiązano. Oto aptekarz, u którego niedoszły samobójca zgłosił się po truciznę, podejrzewając samobójcze zamiary, sprzedał zamiast trucizny środek nasenny, działający równocześnie jako silny środek przeczyszczający.

W ten sposób dowcipny aptekarz nie tylko uratował młodym życie, lecz stał się również bezwiednym swatem, gdyż rodzice panny wobec opisanego wydarzenia, zezwolili młodym na zawarcie związku małżeńskiego.

Po przeczytaniu tej notki prasowej mnóstwo pytań przychodzi mi na myśl.

Czy istnieje taki środek, który jednocześnie nas uśpi i przeczyści nasze kiszki?

Czy młodzi w jakiś szczególny sposób obchodzili rocznicę zwycięstwa ich miłości nad sprzeciwem rodziców?

Czy zakochani mieli później jakieś pieszczotliwe określenia na siebie?

Jakie ślady zostawiała córka, przed pójściem do hotelu? Po jej wyjściu z hotelu możemy się domyśleć co to były za ślady, ale przed?

I na  koniec: Czy aptekarz został zaproszony na wesele?

Historia sprzed osiemdziesięciu lat a wciąż bawi. Wybaczcie moje proste poczucie humoru:)

Sprawa zakończyła się szczęśliwie dla wszystkich. Ocalono dwa życia ludzkie, młodzi wzięli ślub, rodzice odzyskali córkę i zyskali nowego zięcia, aptekarz sprzedał przeterminowaną trutkę na szczury, a prasa miała “pożywkę”.

Miłość zwycięży wszystko! Trzeba w to wierzyć! Nie poddawać się i do końca walczyć!

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Zbigniew Nienacki “Dagome Iudex” – trylogia

Ja Dago       Ja Dago Piastun        Ja Dago Władca

Dziś opowiem Wam o trzech książkach „Ja Dago”, „Ja Dago Piastun” i „Ja Dago Władca”. Wchodzą one w skład trylogii „DAGOME IUDEX”, którą Nienacki napisał pod koniec lat osiemdziesiątych, a która praktycznie zupełnie nie istnieje w  świadomości czytelniczej Polaków (trochę generalizuję, ale tak jest). Chciałbym pochylić się nad przyczynami, które sprawiły, że książka nie stała się hitem, nie zdobyła nagród, nie utrwaliła się w kanonie książek literatury popularnej w Polsce. Jakim cudem Zbigi nie powalił ludzi na kolana swą trylogią?

Zacznę od tego, że jest to strasznie długi wpis. Nie wiem czy nie najdłuższy jaki kiedykolwiek napisałem dlatego wrzucę ze dwa obrazki coby go trochę urozmaicić. Zauważyłem na innych blogach, że ładnie to wygląda i może u mnie się przyjmie.

Aby było Wam łatwiej przybliżę fabułę książek. Najpierw jednak zacznę od przydługiego wstępu, żebyście nie dostali wszystkiego od razu.

Jak powstają państwa? Co skłania ludzi do tego, by współtworzyli grupę osób zjednoczonych pod władzą jakiegoś osobnika lub rządu? I dlaczego ludzie oddają władzę nad sobą w ręce innego człowieka? Wikipedia mówi, że państwo to:

trwały związek ludzi stale zamieszkujących określone terytorium, podlegających władzy zwierzchniej oraz zdolność do nawiązywania i utrzymywania stosunków dyplomatycznych z innymi państwami.

Wiki podaje również kilka teorii dotyczących powstawania państw. Mamy teorię teistyczną, teologiczną, patriarchalną, marksistowską, teorię podboju i przemocy lub umowy społecznej. Tych teorii trochę jest. Można powiedzieć, że co człowiek to teoria. Proces powstawania państwa pewnie zawiera elementy z każdej z nich (może z wyjątkiem boskiej interwencji i boskiego pochodzenia władcy). Ale można też powiedzieć, że dawniej państwa rozwijały się głównie przez podbój. Rzym podbijał, Babilon podbijał, Imperium Ottomańskie podbijało, Frankowie i Teutoni podbijali, Czynghis Chan podbijał, a nie on nie podbijał. On tylko najeżdżał, rozpierd… wszystko w drobny mak, gwałcił, rabował i wracał do siebie na „przestwór suchego oceanu”, by tam płodzić kolejnych potomków. Piszę w trzeciej osobie liczby pojedynczej o wszystkich tych czynnościach, ale wiadomo, że Czynghis Chan nie robił tego sam (nie czuję kiedy rymuję). Było z nim z reguły kilkadziesiąt tysięcy kumpli z podwórka. Wracając do genezy państwa. Podbój to jedno, przekazanie władzy w ręce jakiegoś osobnika to drugie. W małych społecznościach, plemionach w dawnych czasach najczęściej wodzem zostawał najsilniejszy facet. Samiec alfa, macho. Z racji tego, że wszystkim pozostałym mógł spuścić wpierdol i często miał smykałkę do wojowania. Gdy umierał jego potomstwo nie miało szans na dziedziczne objęcie władzy, chyba, że było również najlepsze.

Ale to było strasznie dawno temu. Później ludzie wynaleźli tyle rzeczy, że nie ogarniali tego wszystkiego. Rolnictwo, hodowla zwierząt, pismo, pieniądze. Zrobiło się tych wynalazków sporo. Dlatego podzielili się na klasy, kasty, stany, by „lepiej się żyło”. Dali władzę jednym, by ich chronili przed innymi. Dostali motykę od innych, by aż do śmierci uprawiać rolę. I w ten znacznie uproszczony sposób przedstawiony przez mnie, cywilizacje rodziły się, rozwijały i upadały. W Europie Zachodniej skrytej mrokami średniowiecza, czyli koło VIII/IX wieku naszej ery po rozpadzie Cesarstwa Rzymskiego scalanie różnych plemion, rodów następowało znacznie szybciej niż na Wschodzie. Lecz nawet na terenach dzisiejszych wschodnich Niemiec, Polski, Czech, Węgier, Ukrainy, Rosji, Litwy, Łotwy istniały związki plemienne, które posługiwały się wspólnym językiem i wybierały jednego wodza na czas wojny lub wypraw łupieżczych. Często takiemu wodzu/wodzowi udało się zatrzymać władzę na dłuższy czas, a nawet przekazać ją synowi lub synom. W ten sposób najprawdopodobniej zaczęły się tworzyć dzisiejsze państwa Europy Środkowo – Wschodniej.

Czasy te okryte są tajemnicą, mnóstwem legend i mitów. Nie inaczej jest z naszą kochaną Polską. Historycy pewni są Mieszka i trochę jego ojca. Wszystko co było wcześniej jest wielką niewiadomą.

Dlatego wziął sobie pan Nienacki ów okres na warsztat i postanowił spisać własną wersję legendy o powstaniu państwa polskiego. Cel szczytny, lecz jednocześnie wymagający. Czy podołał?

Powiem Wam na końcu.

O fabule będzie w skrócie.

Głównego bohatera poznajemy w momencie, gdy przekracza Rzekę Zapomnienia na wschód od cesarstwa Teutonów. Po to by obudzić śpiącego olbrzyma, czyli ludy słowiańskie i wprowadzić je na karty historii. Narracja nie jest prowadzona liniowo. Oprócz bieżących wydarzeń mamy retrospekcje, które przybliżają nam jego przeszłość. Rozdziały z historią jego dzieciństwa przeplatają się z tymi dotyczącymi aktualnych wydarzeń. Jego przeszłość to w skrócie: krew olbrzymów, która w nim płynie, znajomość sztuki miłości i sztuki czarów, pragnienie zemsty na mordercach opiekunki, wędrówka do miast nad Bałtykiem, magiczny miecz Tryfing, który odcina głowy, nauka na dworze w Konstantynopolu sztuki rządzenia ludźmi, choroba zwana Żądzą Czynów oraz wiecznie mu towarzyszące pragnienie zostania władcą, którego urzeczywistniania jesteśmy świadkiem.

Od tomu pierwszego towarzyszymy Dagobertowi w jego drodze do władzy nad plemionami słowiańskimi, które pragnie uczynić wielkimi. Jest to dość interesująca droga. Bardzo krwawa, bardzo wyboista, moralnie podejrzana. Tak eufemistycznie mógłbym określić potoki krwi, spermy, niezliczone ilości krzywoprzysięstw, zdrad, gwałtów, rabunków, kłamstw, którymi usłana jest ścieżka Dago do władzy. Czasem popełnia jakiś dobry czyn, ale tylko wtedy gdy jest pewien, że to się przysłuży jego interesom. Walcząc z kolejnymi miejscowymi władcami, nie nazywa siebie księciem, lecz Piastunem. Dlatego, że nie chce władać ludem, tylko się nim opiekować, piastować (ot, taka demagogia).

Dago poznał sztukę rządzenia ludźmi. Zna na pamięć Księgę grzmotów i błyskawic, z której mądrości przewijają się przez całą trylogię.

Na przykład fragment, który służy jako motto książki:

„Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest, wiec moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy Lak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać.”

Księga Grzmotów i Błyskawic rozdział: „O sztuce rządzenia ludźmi”

„Pikne” nieprawdaż? W książce znajdziemy mnóstwo przykładów idealnie wpasowujących się w ten fragment. Morderstwa nazwane słuszną karą, zdrada nazwana wiernością, niewola zamienia się w wolność i tym podobne.

Wielu zalicza książkę do powieści historycznej, która jest osadzona w konkretnym okresie historii. Obok postaci wymyślonych przez Nienackiego przewijają się przez książkę postacie historyczne, wspomina się autentyczne wydarzenia z historii Europy. Czas akcji powieści to około 860 roku naszej ery. Zapewne wnikliwy historyk dopatrzy się nieścisłości, ale mi one nie przeszkadzają. Niektórzy mówią również o “Dagome Iudex” jako historycznej fantasy, ale z tym fantasy to ja bym nie przesadzał. Jest zaczarowany miecz, ale czy nie jest on czasem zaczarowany w ten sposób, że włada nim zajebisty szermierz? Mamy wróżów, mamy górę Ślężę z pogańskimi rytuałami, mamy kąpiel w rosole długowieczności, magiczne runy i tym podobne. Lecz czy te zjawiska i artefakty działają za pomocą magii, czy może po prostu siłą sugestii? Ludzie w tamtych czasach byli strasznie zabobonni i łatwo dawali wiarę wszelakim magicznym sprawkom. Nawet mamy smoka! Szczek się smok nazywał i okazał się nie żadnym gadem, ale upośledzonym osiłkiem ze skłonnościami do małych dziewczynek.

– Nikt nie rodzi się wolnym. Najpierw jest niewolnikiem swoich rodziców, swego rodu, swojego języka, swojej wiary, a także swojej płci oraz rozumu i siły, którą go obdarzono. Rodzimy się też niewolnikami swoich słabości. Nie wiem, co to znaczy być człowiekiem wolnym, ponieważ nie wiem, co to jest wolność. Gdybyś żył tylko sam na świecie, być może mógłbyś myśleć o sobie, że jesteś wolnym. Ale jeśli spotkasz drugiego człowieka, to albo ty go weźmiesz pod swoja władzę, albo on ciebie sobie podporządkuje.

 

Z elementów fantasy mamy też drużynę. Dago to typowy heros. Piękny, silny, umięśniony. Przy tym bardzo mądry i wykształcony. Conan Barbarzyńca jak się patrzy. Wędruje wraz z Herimem, lubieżnym mnichem, który staje się jego kanclerzem oraz w towarzystwie Zyfiki – Dzikiej Kobiety potomkini Amazonek, która staje się kochanką Dago i później przyczyną wielu kłopotów.

Nienacki wrzucił wiele, wiele mitów i legend do swojej książki. Wymieszał je w tyglu swojego pisarstwa i stworzył bardzo interesujące ich wersje. Popiel i myszy, wspomniane Amazonki, Scytowie, nawet genezę husarii sobie stworzył. Niezłą zabawą jest rozszyfrowywanie tych mitów, choć w większości nie jest to szczególnie trudne.

Dago konsekwentnie dąży do celu. Zabija swoich wrogów w walce, często przy pomocy ogromnego sprytu. Jego przygody są interesujące, a sam Dago może budzić sympatię, choć jego czyny już niekoniecznie. Świat pogańskich Słowian jest barwnie i szczegółowo przedstawiony (przynajmniej dla mnie). Widać, że Nienacki lekcje odrobił, choć błędów się nie ustrzegł.

A tu heros austriackiego pochodzenia. W filmie nie wydaje się pałać zbytnią inteligencją

A tu heros austriackiego pochodzenia. W filmie nie wydaje się obdarzony zbytnią inteligencją.

Dlaczego więc skoro książka jest ciekawa, przygody interesujące, bohaterowie wiarygodni cykl „Dagome Iudex” nie powalił na kolana polskich czytelników? Pierwszym powodem jaki nasuwa mi się na myśl to seks. Mój Swarogu! Ileż tam jest seksu. I to nie takiego z romansów dla panienek z pensji. Żadnych tam całusów, miziania i przytulania. Opisy aktów miłosnych są delikatnie mówiąc niemal ginekologiczne. Seks jest opisany bardzo naturalistycznie.

UWAGA! BĘDĘ PRZYTACZAŁ PRZYKŁADY! MOŻE BYĆ OBSCENICZNIE!
 Mamy więc spermę, nasienie ściekające po udach, wyprężone żołędzie, wnikanie w łono, drętwiejące członki (i nie chodzi tu o ręce czy nogi), piersi jak wymiona, gwałty, masturbację, zoofilię, pedofilię, i wiele, wiele innych.

Czy coś takiego:

„A on, zaspokojony, po raz pierwszy spełniwszy się z kobietą, z pogardą patrzył na swój wciąż sterczący członek lśniący od jej wydzielin”

lub

Niejednokrotnie, w izbie słabo rozświetlonej blaskiem księżyca przenikającego przez rybie pęcherze w oknach, obserwował, jak jego ojciec wpycha nabrzmiały członek w wypięty, obnażony zad macochy.

– wybrałem „lżejsze” przykłady.

Ogólnie Nienacki w tych trzech tomach umieścił chyba każdą dewiację seksualną jaka została stwierdzona przez Światową Organizację Zdrowia. Wyobraźcie sobie, że taki nastoletni czytelnik Nienackiego wychowany na panach Samochodzikach dostaje w swoje ręce książkę z kolorową okładką, myśli, że sobie poczyta jakieś fantasy czy „cuś”, a tu porno. Lub rodziców jego, którzy również nie przeczytali opis z tyłu, a w którym wyraźnie jest napisane, że powieść jest przeznaczona dla dorosłych lubiących „prozę drapieżną”. Mam tu na myśli rodziców nie znających książek dla dorosłych napisanych przez Nienackiego. Seks i jego opisy zdecydowanie mogły stać na przeszkodzie jeśli chodzi o sukces książki.

Drugim powodem był okres, w którym się ukazała. Końcówka lat osiemdziesiątych, początek dziewięćdziesiątych to chyba nie był dobry pomysł na wydanie tego typu książki w Polsce. Czytelnicy nie byli wyrobieni jeśli chodzi o jakiekolwiek fantasy (jeśli patrzeć na książkę Nienackiego pod tym kątem). Gdyby wydawnictwo poczekało kilka lat. Rynek został wtedy zalany różnego rodzaju tłumaczeniami fantasy anglojęzycznej. Ludzie czytali wszystko, bo było z Zachodu. Odpowiedni PR, marketing, kilka chwytliwych haseł i ludzie by to kupili. Moim słowom może przeczyć fakt, że wznowienia powieści również okazały się fiaskiem. Wdowa po pisarzu wznowiła trylogię pod zmienionym tytułem „Historia Sekretna” – moim skromnym zdaniem brzmi jeszcze gorzej niż „Dagome Iudex”. Podobno oficyna wydawnicza „Warmia” wydała w 2009 roku wznowienie „Dagome Iudex” w jednym tomie. Książka chyba nie stała się hitem, przynajmniej ja nic o tym nie wiem.

Trzeci powód. Książka może zostać uznana za mocno szowinistyczną. Wszyscy wiemy, że kobiety w dawnych czasach nie miały, ekhm… „lekko”. Były traktowane jak przedmiot, niezbędny element do reprodukcji. Wartość kobiety mierzono w jej zdolności do rodzenia kolejnych dzieci. Na szczęście ludzkość (niestety nie cała) przeszła od tamtych zwyczajów w miarę pozytywne przeobrażenie. Nie jest jeszcze tak różowo, ale jest lepiej i cały czas staramy się, aby było lepiej. Czym innym jest znać suche fakty historyczne o niedoli kobiet, a czym innym jest czytać o gwałconych kobietach, kobietach traktowanych jak bydło. Jest w trylogii Nienackiego kilka postaci kobiecych, które są dość silnie zarysowane. Każda ma swoje pragnienia, swoje dążenia. Najczęściej są to kobiety u boku władców, które manipulują nimi przy pomocy swego ciała, kontrolując ich poczynania obietnicami rozkoszy. To pokazuje jak prości w obsłudze byli i chyba dalej są mężczyźni. Niestety czasem autor, bo zdecydowanie czuć w książce osobę autora rzuci jakiś bardzo niesmaczny komentarz dotyczący natury i charakteru kobiet, za który mógłby spokojnie zostać rozszarpany przez adresatki. Nie skreślałbym jednak tej książki przez owe wpadki.

Czwarty powód. Jesteśmy Polakami. Lubimy o sobie myśleć jako o nacji szlachetniejszej od innych. Nie splamiliśmy się zbrodniami pokroju tych popełnionych przez naszych zachodnich sąsiadów (to na pewno), zawsze postępowaliśmy fair wobec pokonanych i tym podobne (to już nie jest takie pewne). Dlatego nikt nie lubi czytać o tym, że podwaliny jego państwa to mordy, grabieże, niewolnictwo i wyzysk, strach przed obcym, chciwość i wiele, wiele innych bardzo wątpliwych moralnie czynów. Bądźmy szczerzy, czy w historii ludzkości powstało jakiekolwiek państwo bez tych wyżej wymienionych? Wątpię. A jeśli tak to chciałbym o nim poczytać. Dlatego Nienacki mógł trochę podrażnić dumę narodową. Z drugiej strony w tej książce cały czas się przewijają motywy gloryfikujące Słowian. Ich sposób bycia, ich przywiązanie do ziemi, ich pogaństwo, brak pojęcia grzechu, umiłowanie natury, tradycji rodzinnych i tym podobne. Nienacki chwali bardzo nasze pogańskie korzenie (chodzi mi o naszych praszczurów, a nie o nasze… a zresztą nieważne). Czyli patriotyzm jest.

Piąty powód. Książka jest poważna, ponura i brutalna. Niby nic wielkiego, ale zupełnie nie ma w niej humoru. Wiem, że porównanie może trochę na wyrost, ale taki Martin w swoich „Pieśniach Lodu i Ognia” bardzo zgrabnie połączył seks, przemoc i humor. Nienacki pojechał po całości. Niby, że opisuje jacy to Słowianie są weseli, ale żadnych przykładów poza seksualną rozwiązłością nie podaje. Po przeczytaniu „Dagome Iudex” można zwątpić w człowieka. Nienacki opisuje ludzi którymi rządzi strach, chciwość, żądza, zazdrość i nienawiść. Nikt niczego nie robi bezinteresownie. Miłość to tylko pożądanie i chuć. Smutne to trochę…

Jedno jest pewne, opowieść Nienackiego w niczym nie przypomina "Starej Baśni". Obrazek z rusalke.tumblr.com/

Jedno jest pewne, opowieść Nienackiego w niczym nie przypomina “Starej Baśni”.
Obrazek z rusalke.tumblr.com

Trochę trudności może sprawiać również nazewnictwo w książce. Nienacki starał się zarchaizować język, choć robił to trochę niekonsekwentnie. Czy Słowianie nosili kalesony? W książce występuje wiele ludów, plemion. Ze skojarzeniem większości nie miałem problemu, ale były takie, które za cholerę mi nic nie mówiły. Przydałyby się jakieś przypisy, ale może przypisów nie było, bo część rzeczy pan Nienacki sobie powymyślał? Znalazłem świetny artykuł w “Poradniku językowym” z roku 1990, w którym Bogdan Walczak chwali niektóre posunięcia językowe pana Nienackiego, ale też zwraca mu uwagę na rażące błędy, obok których językoznawca przejść obojętnie nie może.:) A które mogą czytelnikowi nieobeznanemu z historią języka polskiego dać mylne wyobrażenie o języku jakim posługiwali się nasi przodkowie w IX wieku.

Nawiązując do Martina. Uważam, że „Dagome Iudex” to zajebisty materiał na serial HBO. Dużo się dzieje, jest mnóstwo seksu i przemocy. Są intrygi w celu zdobycia władzy, jest walka, jest krew. Ktoś powinien przerobić to na scenariusz i wysłać do HBO.

– Milcz, głupi mnichu – rozgniewał się na niego Dago. – Czy to nie ty zgrzeszyłeś w Fuldzie przeciw czystości, gwałcąc niewiastę? Ludzie mają tyle utrapień, a wyznawcy krzyża dołożyli im najgorsze: grzech. Ci ludzie tutaj nie grzeszą, ponieważ nie znają grzechu. Także ich bogowie nie wiedzą, co to grzech. Powiedz mi jak może grzeszyć bóg rzeki, prastare drzewo albo kamień’? One są poza grzechem i poza dobrem i złem, w ich świecie nie ma grzechu, bo nie ma także dobra i zła. Wszelkie prawa na ziemi ustanowili ludzie i oni wedle nich sądzą innych. Prawo ludzkie nie może pochodzić od bogów, gdyż różne kraje mają swoje własne prawa, często zresztą zmieniane.

Jest jeszcze kwestia religii. Dago to wyrachowany skurwysyn, który twierdzi, że najlepiej służyć wszystkim bogom, bo nie wiadomo, który się przyda. Został ochrzczony, ale żywi pogardę dla bożego syna, który zginął na krzyżu. Sam swego kraju nie chce włączyć do grona krajów chrześcijańskich. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że któryś z jego potomków będzie musiał to zrobić. Po to by ocalić swoją władzę i nie zostać poddanym jakiegoś niemieckiego barona. I tak się stało. Zresztą w całej książce czuć sympatię do pogaństwa. Z całym bagażem wiary w słońce, wodę. Z przeświadczeniem, że życie ma się jedno i należy je spędzić w miarę wesoło (oczywiście jeśli się było niewolnym kmieciem to raczej szału nie było). I kompletnym niezrozumieniem pojęcia grzechu i monogamii.

Ależ się rozpisałem. Podsumowując. Dla mnie „Dagome Iudex” to ciekawa powieść historyczna z mocno naciąganymi elementami fantasy. Ze świetnie opisanym światem Słowian, ich obyczajami, wierzeniami. Jednym bohaterem głównym i całym tabunem dość dobrze napisanych innych bohaterów. Obnażająca mechanizmy władzy, które chyba nie zmieniły się od stuleci. Powody braku sukcesu wymieniłem, ale nie zmienia to faktu, że jest mi trochę smutno, że ta książka nie znalazła szerszego kręgu odbiorców.

Aha, tak jak obiecałem. Miałem Wam powiedzieć czy Dago podołał i stworzył własne państwo? A w jakim kraju mieszkacie? Po jakiemu (przepraszam za kolokwializm) gadacie? Jasne, że podołał:)

P. S. Nie wiem dlaczego akurat za ten kolokwializm przeprosiłem, wszak pisanina ma się od nich roi.

P. S. 2 Tutaj opis wspomnianego artykułu

Walczak Bogdan: Osobliwe nazewnictwo powieści Zbigniewa Nienackiego “Dagome iudex”. Poradnik Językowy 1990 z. 1 s. 19-32

Jarosław Grzędowicz “Popiół i kurz. Opowieści ze świata Pomiędzy.”

grzedowiczWyobraźcie sobie, że jesteście wariatem, albo sobie nie wyobrażajcie. Podobno nie ma ludzi normalnych są tylko nieprzebadani. Także jesteście wariatem, leczonym psychiatrycznie, obecnie próbującym odnaleźć się w społeczeństwie.

Nie jest lekko w dwudziestym pierwszym wieku zachować pozory normalności człowiekowi, który może odwiedzać inny wymiar. Ludzie nie lubią dziwaków, twierdzących, że opuszczają swoje ciało i wędrują  po świecie pełnym demonów, zagubionych dusz i zapomnianych bóstw. Nauczyliście się tego w tak zwany bolesny sposób. Bogatsi o doświadczenie, że lepiej nie rozmawiać  o podróżach do świata Pomiędzy, bo tak nazwaliście to miejsce. Swoje przygody opowiadacie tylko pamiętniczkowi.  W krótkiej historii przelanej na papier do pamiętniczka, takim  jakby opowiadaniu robicie to  w sposób dynamiczny, intrygujący, interesujący, ironiczny i z humorem. Ogólnie widać, że pamiętniczek spełnia swoją rolę i Wasza historia, historia wariata zdolnego odwiedzać inny wymiar jest czymś ciekawym i godnym zainteresowania. Skończyliście opisywać jedną ze swych przygód, w pamiętniczku zanotowane zostało jak zaczęliście być Charonem przeprowadzającym dusze jeszcze dalej. Skończyliście i widzieliście, że to co napisaliście było dobre.

Nic więc dziwnego, że zaczęliście pisać dalej. Tym razem więcej, i inną historię. Opisujecie więc swoje próby zerwania ze światem Pomiędzy, o tym jak pragnęliście żyć normalnie, cokolwiek to znaczy. Nie było wam jednak dane żyć tak jak reszta ludzkości. Nawiedzał Was w snach zmarły przyjaciel, który pragnął coś przekazać. Musieliście wrócić do świata Pomiędzy i rozwiązać zagadkę jego śmierci. A w tym świecie spotkaliście dziwaczny tajemniczy zakon, starą wiedźmę, którą bzyknęliście w rzeczywistym świecie, a była młodą wiedźmą, partyzantów i gestapo. Piliście życia innych ludzi jak wódkę. Ogólnie przeżyliście okropne przygody. Wszystko to opisaliście w pamiętniczku. Jednak już bez takiego fajnego przytupu jak w krótkim pierwszym opowiadaniu. Zaczęliście trochę filozofować, narzekać. Humor Wam się stępił. Ogólnie rozwinięcie opowiadania w książkę jakby się Wam trochę rozwlekło.

Dobra dość tej próby postawienia Was w roli bohatera książki Grzędowicza. Mam z nią problem. Przeczytałem ją błyskawicznie, czytało się dobrze. Zwłaszcza opowiadanie, które zostało napisane wcześniej, a w książce stało się prologiem. Opowiadanie jest świetne. Książka już mniej. Nie urzekła mnie w sposób szczególny. Cały czas miałem uczucie, że czegoś w niej brakuje. Niby wszystko jest na miejscu, niby ten sam świat co z opowiadania, ale coś zgrzytało. Może to wiecznie narzekający na wszystko główny bohater, znacznie odstający od współczesnego, rzeczywistego świata. Ja rozumiem, że nie wszyscy muszą kochać ten ziemski padół. Ba! Nawet nie powinni go kochać ci, którzy są przeklęci zdolnością do podróżowania w Zaświaty. Główny bohater zgubił dla mnie gdzieś swój cynizm, ironiczne spojrzenie na otaczającą go rzeczywistość, a przeistoczył się w biadolącego pana w średnim wieku. Zgrzytało mi to. Sam świat Pomiędzy stał się za bardzo swojski, jeżeli mogę tak powiedzieć, a mogę, bo to mój blog i pisać mogę co mi się  żywnie podoba. Partyzanci, gestapo? What the fuck? Chociaż motyw spożywania w formie alkoholu życia innych ludzi zajebisty.

W drodze podsumowania “Popiół i kurz” to dobra książka. Dobra w tym znaczeniu, że nie nuży, nie męczy, nie irytuje, ale nie ma podczas czytania żadnego, że się tak wyrażę pierdolnięcia. I ja nie piszę, że w każdej książce pierdolnięcie musi być. O nie! Jednak w tej pierdolnięcia się spodziewałem, a nie było. To tyle celem krótkiego podsumowania.

P. S. To pewnie wpływ przeczytanego “Pana Lodowego Ogrodu”. Tam pierdolnięcie było. A najgorsze jest to, że ja sam podczas spotkania z Grzędowiczem zadałem mu pytanie, czy nie boi się przyszycia łatki, tego gościa od “Pana Lodowego Ogrodu”. A w swojej pisaninie o książce napisanej krótko po pierwszym tomie “PLO”, a sporo przed pozostałymi oczekuję, że będzie coś  “a’la w podobie”. Kurde człowiek to jest niekonsekwentny.

P. S. 2 A sam pan Grzędowicz to konkretny facet z dużym poczuciem humoru.

 

 

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 9

Dzień dobry! Znów wtorek i znów “Książki najgorsze”. W numerze dziesiątym Wiadomości Literackich nie było żadnej recenzji. Za to w jedenastym ówczesny recenzent Wiadomości przeczytał książkę pana Stefana Młyńskiego “Posąg grzesznicy”. Przeczytał i nie omieszkał podzielić się wrażeniami.

Wiadomości Literackie nr 11, 16 marzec 1924.

WL1924nr1116IIIa

Książki najgorsze

“Stefan Młyński. Posąg grzesznicy. Powieść. Warszawa, Kasa Pożyczkowo – Oszczędnościowa Polskich Pracowników Księgarskich; str. 273 i 1 nl.

Wśród objawów zaniku wszelkiej solidności daje się również odczuć tandetność i niski poziom naszego grafomaństwa. Coraz mniej rasowych, przyzwoitych grafomanów — coraz więcej warjatów. Miłą niespodziankę robi p. Młyński. Jest to dawno niespotykany, czysty, idealny typ grafomana. Przedewszystkiem ma on mnóstwo do powiedzenia przy każdej okazji. Widząc kota i psa na ulicy, powiada;

„Co za instynktowna zawiść (?) niczem nie wytłumaczona. Pies i kot przypominają mi stosunek Napoleona do madame de Staël.”

Jak każdy grafoman, lubuje się p. Młyński w opisie życia wytwornego:

„Zdarza się niejednokrotnie, że wstaję z pościeli o drugiej w nocy, zapalam elektryczność, myję się, golę się srebrną żyletą (?), naciągam sak (!) i wychodzę na spacer”.

Oto jest prawdziwy hrabia. W innem miejscu wytworny autor powiada ze zdziwieniem:

„Nie wystarczała jej wanna raz na tydzień. Codziennie obmywała wszystkie części swego ciała w miednicy”.

Rzeczywiście, co za świństwo, żeby się codziennie myć. Bohater postanawia w pewnej chwili kupić obraz „Wino, kobieta i śpiew” Rembrandta (!) Niestety jednak, autor stwierdza ze smutkiem: „Oczywiście o nabyciu oryginału w Warszawie mowy być nie mogło”.

Od tego momentu rozgoryczony autor poczyna się powoli, kocim krokiem zbliżać do groźnego obłędu i pełnego nonsensu, który raz po raz wystrzela z trzaskiem. Wchodzi do sali prosektorjum i widzi:

„Na stołach zaś w pozie leżącej (?) znajdowało się kilka tysięcy nagich trupów (!?!)”

Straszne. W jednym pokoju kilka tysięcy trupów. Prawie dolina Józefata.

Prostota i siła wypowiedzenia robi czasem wstrząsające wrażenie. Bohater zakochał się w młodym Arabie, który był piękny jak Hermes. Powiada z żalem:

„Pragnąłem gorąco oddać mu się jak kobieta. Niestety, brak odpowiednich organów płciowych stawał na przeszkodzie naszej miłości”.

No, nie tylko to. Autor zapomniał widać o kodeksie sądowym. Swoją drogą wolelibyśmy, aby autor znalazł te organy i oddał się Arabowi, — kto wie, możeby mu to utrudniło wydanie „Posągu”. Nie trzeba rozpaczać: niejeden Arab na świecie, a rasa biała jest bardziej wynalazcza; niech więc p. Młyński nie traci nadziei.

Potworny „Posąg grzesznicy” został odlany przez wszystkie firmy wydawnicze z wyjątkiem „Pracowników Księgarskich-, którzy odtąd powinni się rumienić, ukrywać za kontuarami i przepraszać przy każdej okazji całe społeczeństwo.”

bt.

Pan Młyński zyskał w oczach recenzenta jako jeden z ostatnich, prawdziwych grafomanów. Nie wiadomo czy się z tego miana ucieszył.

Recenzent wyraźnie zwraca uwagę, że homoseksualizm był przed wojną w Polsce karany, a przynajmniej istniało takie prawo w okresie 1918-1932. Pamiętajmy, że przez szereg lat w Polsce przedwojennej obowiązywały dawne prawa państw zaborczych, które karały kontakty seksualne osób tej samej płci. Dopiero “Kodeks Karny” tak zwany “Kodeks Makarewicza” z 1932 roku nie zawiera żadnego paragrafu dotyczącego karania homoseksualistów, a jedynie prostytucję homoseksualną, co było posunięciem niezwykle nowatorskim i śmiałym. Na Zachodzie homoseksualizm był karany jeszcze przez długi okres czasu.

I przez zupełny przypadek, dla żartu pewnie recenzent wywróżył możliwość zmiany płci.

Oczywiście trochę nieładnie przykładać bohatera z książki bezpośrednio do osoby autora, ale wszystko w szczytnym celu.

Książkę Stefana Młyńskiego można przeczytać w Bibliotece Jagiellońskiej.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Robert A. Heinlein “Glory Road” (“Szlak chwały”)

Robert A. Heinlein "Glory Road" ("Szlak chwały")

Robert A. Heinlein “Glory Road” (“Szlak chwały”)

Co się stanie gdy uznany pisarz science-fiction popełni powieść fantasy? Ano co może się stać – oceany wystąpią z brzegów, zapłoną lasy, dziewice przestaną być dziewicami, smoki zaczną przypominać dinozaury, dzikie wieprze będą groźniejsze niż smoki, a magia nie będzie do końca magią, bohaterscy herosi będą przypominać amerykańskiego żołnierza z czasów wojny w Wietnamie.

Druga książka Heinleina, akurat tę przeczytałem za podszeptem hihnta z bloga Historie przyszłości. I podobnie jak „Żołnierzy…” przeczytałem ją w języku angielskim. Dla wygody czytelników tego bloga będę pisał tytuł książki po polskiemu.

Po wstępie można wywnioskować, że Heinlein raczej fantasy nie pisał.  Tak też było. „Szlak chwały” jest chyba jedyną powieścią spod znaku magii i miecza jaką popełnił członek Wielkiej Trójki S-F. A i ten znak magii i miecza można potraktować z przymrużeniem oka.

Dam Wam garść fabuły w skrócie, cobyście mogli się zorientować kto kogo, gdzie i jak oraz dlaczego i po co. Główny bohater książki to E. C. Gordon, młody żołnierz, któren bywał na pewnej wojence w południowo – wschodniej Azji. Wojence na której dorobił się pokaźnej blizny i przeszedł do rezerwy. Rząd jego ukochanego kraju, czyli U. S. A.  potraktował go po macoszemu i nawet nie przyznał mu statusu weterana, bo wojenka nie była oficjalnie wojenką a jedynie akcją policyjną. Gordon wypiął się na swój kraj w ten sam sposób i postanowił szukać szczęścia we Francji. Nie bez znaczenia był fakt, że francuskie kobiety opalają się na plaży topless. Po okresie słodkiego lenistwa, gdy w portfelu pustka postanowił szukać pracy. Tak się złożyło przypadkiem, że znalazł ogłoszenie, z którego wynika, że potrzebny jest bohater. Zgłosił się i od razu się zaczęło. Znalazł się na innej planecie lub w innym wymiarze czort jeden to wie. Na tę inną planetę/ ten inny wymiar trafił z piękną kobietą, która zaoferowała mu pracę bohatera. No i się zaczęły przygody. Nie będę się rozpisywał. Powiem krótko, że dzieje się dużo i ciekawie. Jest zadanie, jest cel, jest drużyna, która wspólnie walczy, śpi, je i nie do końca wspólnie uprawia seks.

Książka napisana jest z dużą dawką humoru, można znaleźć w niej mnóstwo odniesień, nawiązań, napomknień do literatury zarówno fantastycznej jak i klasycznej oraz do ówczesnej popkultury amerykańskiej. Akcja toczy się wartko, główny bohater to nie byle mięśniak wymachujący mieczem. To inteligentny młody mężczyzna z ambicjami i zasadami. Gordon potrafi trzeźwo i z dystansem spojrzeć na swój kraj i społeczeństwo amerykańskie. Zadziwiające jest to, że w książce pełnej akcji znalazło się miejsce na krytykę american way of life. Dostało się rządowi, dostało się dorobkiewiczom, ale dostało się również brudnym hippisom. Pruderyjne społeczeństwo amerykańskie otrzymało prztyczka w nos. W książce znajdziemy dużo ironii, czarnego humoru i żartów z podtekstem seksualnym, ale bez zbędnej wulgarności (przynajmniej ja tak to odebrałem).

Ogólnie gorąco polecam. Warto, bo mimo swoich prawie pięćdziesięciu lat na karku książka wciąż może być uznana za dość świeżą.

P. S. Tak na marginesie. “Szlak…” to druga książka ostatnio przeczytana przeze mnie w języku Szekspira. Przyznam się szczerze, że często sięgałem do słownika lub wyszukiwarki, bo było dużo odniesień do popkultury amerykańskiej oraz mnóstwo nieznanych mi wyrażeń. Ciekawi mnie jak poradzili sobie polscy tłumacze z Phantom Press, ale nie aż tak bardzo, by sięgnąć po polskie tłumaczenie.