Książka o gąsienicy alkoholiczce…

Brown bottle 1

Różne książki się na świecie ukazują. Smutne, wesołe, mądre, głupie – książki są jak ludzie – różnorodne i o różnych charakterach. Dzisiaj opowiem Wam o książce dla dzieci, którą znalazł pewien bibliotekarz/bibliotekarka w małym miasteczku w Stanach Zjednoczonych. Książka nosi tytuł “The Brown Bottle” czyli “Brązowa butelka”.

Continue reading

W piąteczek strzeż swoje zdrowie!

Ludziska, kiedyś to plakaty reklamowe nie tylko zachęcały do zakupów, ale przemycały również mądrości! Taka oto reklama na Polonie znaleziona. Z racji tego, że słowo drukowane świętym dla mnie jest to mam zamiar dzisiaj strzec swojego zdrowia! Nie pić wody, ani innych napojów szkodliwych. Tylko piwo!

Tani miesiąc piwa! Źródło: http://polona.pl/item/7968886/0/

Tani miesiąc piwa! Źródło: http://polona.pl/item/7968886/0/

Ziemowit Szczerek “Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”

Miałem wrzucać zdjęcia swoje z Krymu, ale je już wrzucałem. Także flaga Ukrainy. Źródło: https://flic.kr/p/594B8n

Miałem wrzucać zdjęcia swoje z Krymu, ale je już wrzucałem. Także flaga Ukrainy. Źródło: https://flic.kr/p/594B8n

Skończyłem Endymiona i akurat miałem pod ręką książkę Ziemowita Szczerka „Przyjdzie Mordor i nas zje…”. Książkę kojarzę z szumu jaki się zrobił po tym jak autor otrzymał Paszport Polityki właśnie za “Mordor” (taki skrót myślowy). Pomyślałem sobie A przeczytam, toż to Ukraina, byłem, coś tam widziałem, co nieco liznąłem, a jeszcze więcej łyknąłem, zobaczę sobie co też ten Szczerek zmajstrował.

Continue reading

Jerzy Pilch “Pod Mocnym Aniołem”

Wpis będzie ilustrowany fotografiami z filmu Smarzowskiego, bo premiera tej ekranizacji spowodowała, że przeczytałem książkę. Źródło: http://mediarivermagazine.pl/filmy/pod-mocnym-aniolem/

Wpis będzie ilustrowany fotografiami z filmu Smarzowskiego, bo premiera tej ekranizacji spowodowała, że znów przeczytałem książkę. Źródło: http://mediarivermagazine.pl/filmy/pod-mocnym-aniolem/

Alkohol. Jeśli czytacie tego bloga od dłuższego czasu to wiecie doskonale, że stosunek mam do tego związku chemicznego dość osobisty. Czy alkohol odwzajemnia owo uczucie? Raczej wątpię, bo to przecież tylko połączenie kilku pierwiastków. Ta substancja narkotyczna, która wpływa na błony komórkowe neuronów nie może mieć uczuć, nie może mieć świadomości, a przecież o alkoholu napisano, nakręcono, zaśpiewano setki i tysiące książek, filmów, piosenek.

Czytaj dalej->

“W kraju wiosny, pomiędzy rozkosznymi sady” Charlie pławi się w Morzu Czarnem i zażywa zabawy. Krymu część piąta i ostatnia.

Pierwszy wers jest z sonetu “Grób Potockiej”, a dzisiaj nie będzie o zwiedzaniu, dzisiaj będzie o plażowaniu, kąpieli zażywaniu i Krymu smakowaniu:)

Nasz pensjonat znajdował się pięćset metrów od plaży. Plaży która miała być piaszczysta, a była hmm…. raczej połączeniem żwiru sypanego na polne drogi i kamieni ze strumienia. Nie była jednak taka najgorsza, bo im głębiej w morze tym piasku więcej. Jedyny minus był taki, że raczej nie dało się zbudować zamków z piasku czy też biblioteki. Bo przecież jak?

Oprócz aktywnego podróżowania po Krymie zajmowaliśmy się mega słodkim lenistwem, czytaniem książeczek i opalaniem swojej skóry na piękny brązowy kolor. I przede wszystkim pływaniem w słonej i cieplutkiej wodzie Morza Czarnego.

 

Takie tam bezkresne morze i ludki.

Takie tam bezkresne morze i ludki.

 Miejscowość, w której się zatrzymaliśmy dopiero “uczyła się” jak być kurortem. Stąd pewien chaos architektoniczny, w którym okazałe pensjonaty ociekające “luksusem” stały obok opuszczonych ruder, albo niedokończonych inwestycji.

Komuś chyba nie poszedł biznes, albo czeka na lepsze czasy.

Komuś chyba nie poszedł biznes, albo czeka na lepsze czasy.

Ogólnie widać, że miejscowość jest na tak zwanym “dorobku”. Nad morzem dopiero powstawała infrastruktura – restauracje, dyskoteki, sklepy, wypożyczalnie rowerków, łódek, skuterów i tym podobne. A efekty tego takie, że człowiek może sobie baraninkę z grilla prawie nad samym morzem wsunąć, popić dobrym ukraińskim piwkiem i na zachód słońca popatrzeć:) Cud, miód i baraninka.

Pyszna to była baraninka, choć trochę koścista:)

Pyszna to była baraninka, choć trochę koścista:)

 

 

Słowacki na Krymie nie był, ale aż się ciśnie na usta "Dla mnie na zachodzie. Rozlałeś tęczę blasków promienistą" - tylko, że smutno mi nie było:)

Słowacki na Krymie nie był, ale aż się ciśnie na usta “Dla mnie na zachodzie. Rozlałeś tęczę blasków promienistą” – tylko, że smutno mi nie było:)

Ludzie jakich spotykaliśmy na swej drodze sympatyczni, ciężko pracujący, mimo wszystko uśmiechnięci i bardzo życzliwi. Widać było, że każda okazja do zarobku jest wykorzystywana. Stragan na straganie i straganem poganiał. Na plażach mnóstwo ludzi handlujących czym się dało. Głównie kholodnym pyvemchorne more krevetky. W busikach marszrutkami zwanymi tłok, każdy gdzieś jedzie, każdy coś wiezie, każdy rzeczy swych pilnuje, a jednocześnie uczciwość ogromna w narodzie panuje, bo pieniądze na bilet przechodzą z rąk do rąk i tak samo wraca reszta.

Nie mam śmiałości do fotografowania ludzi, nie pytam nawet ich o to. Gdybym był odważniejszy sypnąłbym tutaj obrazkami, na których z bagażników starych ład wysypują się arbuzy, a obok stoi babuszka i handluje rybami, które świeże to były może gdy ona nie miała jeszcze zmarszczek, a piersi jej jędrne był  “jak dwoje koźląt, bliźniąt gazeli” (“Pieśń nad pieśniami”).

Tylko takie z ukrycia strzelałem:)

Tylko takie z ukrycia strzelałem:)

To był naprawdę dobry wyjazd. I chociaż moja wątroba ma mi za złe i to bardzo, ja jestem zadowolony, że ten akurat kawałek świata zobaczyłem. I z chęcią do niego bym wrócił jeszcze raz przynajmniej.

P. S. Byłbym zapomniał. Pływanie było super, ale były morskie stwory, które potrafiły zepsuć przyjemność z pływania. Okazało się, że z tego co mówili miejscowi jakiś prąd przygnał im meduzy na wybrzeże. Podobno mają takie inwazje co jakiś czas. I zaprawdę powiadam Wam tego tałatajstwa w pewnej odległości od brzegu było mnóstwo. Na szczęście nie parzyły, ale wiecie, to żadna gdy coś galaretowatego ociera się o Twoje ciało bądź nagle obły stwór wyrasta tuż przed waszymi oczyma! Meduzy były paskudne! Meduzowym najeźdźcom mówimy zdecydowane nie!

Meduzy w ilości znacznej.

Meduzy w ilości znacznej.

 

“Zombiefilia” – antologia

zombie  Się porobiło moi drodzy, się porobiło. Polacy o zombie piszą! I to piszą bardzo dobrze, a jeśli nie bardzo dobrze to przynajmniej ciekawie i interesująco.

Projekt “Zombiefilia” to dwudziestu dwóch autorów i autorek (w tym jeden ze Zgniłego Kapitalistycznego Zachodu), którzy postanowili machnąć dwadzieścia pięć historii, w których żywe trupy będą jeśli nie głównymi bohaterami to przynajmniej tłem. A ja lubię tematykę żywych trupów, świata po zagładzie i opowieści o próbach przetrwania jakie podejmuje ludzkość. I co jeszcze lubię? Ano lubię humor, ironię, sarkazm i na szczęście w tej antologii znalazło się całkiem sporo opowiadań, które świetnie wpasowały się w moje “lubienie”, a ideałem były te w których te rzeczy występowały razem :)

Różnorodność stylów i form oraz samych historii jest naprawdę imponująca. Przez chwilkę bałem się, że dwadzieścia pięć opowiadań mnie zwyczajnie znuży i będę miał dość po dziesiątym, ale tak się nie stało. W tej antologii panuje olbrzymi pluralizm twórczy (nie mylić z politycznym).

Z racji mojego wrodzonego lenistwa nie będę wam szczegółowo opisywał każdego opowiadania. Powiem Wam tylko, że podczas lektury większości z opowiadań byłem pod dużym wrażeniem wyobraźni, możliwości i bardzo często zaskakującego humoru jakim dysponowali różni twórcy w całej antologii. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że zdecydowana większość tekstów jest na wysokim poziomie, który mnie zaskoczył i to bardzo pozytywnie. Dostałem świetny misz-masz, w większości przyrządzony z humorem i znawstwem tematu. Antologia pokazała, że zombiaki pasują wszędzie, nawet do opowieści o smerfach (!). W tym e-booku znajdziemy wiele klisz z gatunków takich jak horror, komedia, science – fiction, ale klisz bardzo umiejętnie wykorzystanych i rzadko kiedy rażących wtórnością. Jest kanibalizm, jest nekrofilia, post apokaliptyczny świat i zabawne rozmyślania nałogowego zombiaka, który chciałby rzucić ludzkie mięsko, ale za bardzo to lubi. Jest jeszcze mnóstwo motywów i motywików, które sprawiały, że wiele opowiadań trafiało idealnie w moje potrzeby, ale już wspominałem o lenistwie, które nie pozwala mi się rozpisywać. Musicie się przekonać sami.

Oczywistym jest, że nie wszystkie opowiadania mię zachwyciły, ale żadne nie było złe. Ja lubię jak jest śmieszno i straszno, występuje humor i niebanalne ujęcie tematu, a wtedy mnie coś za serce chwyta. A dwadzieścia pięć opowiadań, z których zaledwie kilka mógłbym określić jako takie, które nie sprawiły mi wielkiej przyjemności czytelniczej to naprawdę duży sukces twórców, których teksty zamieszczono w antologii.

Jednak, aby do końca nie pozostawać takim leniwym to napiszę moje top 3.

“Inspekcja” Marcin Podlewski – za świetny klimat post apokaliptycznego świata i ciekawy pomysł, plus dynamiczna akcja i dobra narracja.

“Powtórne przyjście” Michał Stonawski – bardzo ciekawy świat, o którym strzępki informacji przemycone zostały w tekście. Bardzo chciałbym jeszcze coś przeczytać z tego świata.

“Amanda” Paulina Kuchta – nekrofilia, zombiefilia, prostytucja i sprawiedliwy koniec. I w top 3 choćby za ten fragment:

Wtedy zdałem sobie sprawę, w co się wpakowałem. Seks był fajny, pasował mi taki układ. Ale związek z kurwą, a na dodatek martwą? To nie miało przyszłości. Najwyższy czas poszukać sobie żywej laski, z którą mógłbym pokazać się na ulicy, pójść do parku, czy zagrać w grę wymagającą większego wysiłku umysłowego niż chińczyk.

Jest jeszcze Carlton Mellick III przedstawiciel i weteran nurtu bizarro, ale on jest tak jakby poza konkurencją. Jego “Cytrynowe noże i karaluchy” były tak obrzydliwe, wstrętne i ohydne, że czasem się wzdragałem, ale jednocześnie były ciekawe i wciągające. Facet ma naprawdę pokręcony umysł i nie chcę wiedzieć co on robi w wolnym czasie. Na pewno nie szydełkuje, no chyba, że za wełnę służą mu włókna mięśniowe truposzczaków.

Skoro Charlie już zaspokoił swoje ego pisząc, że mu się podobała ta antologia to teraz złoży wyrazy podziwu i szacunku dla ludzi, którym się chciało i którzy doprowadzili do powstania tej DARMOWEJ książki, którą możecie pobrać STĄD.

Jeśli ktoś choć trochę otarł się o tematykę zombie to powinien sobie ściągnąć i przeczytać.

Stanisław Lem “Niezwyciężony”

IMAG0519

I znów Lem. Tym razem w klasycznej wersji. Klasycznej do bólu, ale to nie oznacza złego bólu oj nie, nie. „Niezwyciężony” to eksploracja kosmosu w starym dobrym stylu. Rakieta ma kształty rakiety (if you know what i mean), ludzie na statku kosmicznym mają funkcje i stopnie jak w marynarce, ludzkość podbiła całkiem sporą część kosmosu i w owym kosmosie życie rozkwita jak kiedyś rozkwitło w moim pokoju w akademiku w puszcze po paprykarzu szczecińskim (przysięgam wydawało mi się, że widziałem tam miniaturowe miasta wydrążone w ziarenkach ryżu).

„Niezwyciężony” to krążownik kosmiczny, 25 piętrowa, ogromna stalowa bestyja, która eksploruje kosmos niczym załoga statku „Enterprise” z bratniego kraju kapital… ups trochę się zapędziłem.

Wracamy do eksploracji kosmosu. „Niezwyciężony” ląduje na planecie „Regis III” gdzie zaginął „Kondor” inny krążownik kosmiczny. Regis to pustynna planeta, gdzie życie jest, ale jedynie w oceanie, a na lądzie króluje piasek, tajemnicze ruiny i dziwaczne chmury z których kapie metalowy deszcz. W trakcie poszukiwań „Kondora” oraz wyjaśnienia zagadki co się stało z załogą statku naukowcy “Niezwyciężonego” dochodzą do niesamowitego odkrycia, które może odmienić los całej planety (trochę dramatyzuję, ale odkrycie jest naprawdę niesamowite). Nie będę się rozpisywał o fabule, bo uważam, że akurat w tym przypadku jest to niepotrzebne. I choć zagadka nie jest jakaś szczególnie wymagająca to jednak warto trochę pogłówkować co też naukowcy odkryli.

Niewielka objętościowo książeczka, a w niej ludzie i ich chęć dopasowywania całego otoczenia do własnych wyobrażeń, ich wieczna pasja odkrywania i ciekawość, która prowadzi czasem do piekła. Zero polityki, zero umoralniających gadek tylko czyste, twarde science – fiction z przydługimi opisami automatów i procedur lądowania, ale i tak wciąż grzejące serducho niczym atomowe reaktory silniki „Niezwyciężonego”. Lektura bardzo interesująca – polecam każdemu, kto kiedykolwiek otarł się o science – fiction. Dziwne, że ja tego nie czytałem w młodości.

Tak mógł wyglądać “Niezwyciężony”:

http://monsterkidclassichorrorforum.yuku.com/topic/2521#.UeT0EY2Syy8

Źródło: http://monsterkidclassichorrorforum.yuku.com/topic/2521#.UeT0EY2Syy8

Łukasz Śmigiel “Mordercy”

mordercy

„Mordercy” to moja druga książka Łukasza Śmigla. „Decathexis” podobało mi się bardzo, i nie będę przed Wami ukrywał, że „Mordercy” również wzbudzili we mnie jak najbardziej pozytywne emocje, chociaż nie wiem czy pozytywne to odpowiednie słowo, gdy pisze się o opowiadaniach, w których zło i okrucieństwo są głównymi tematami.

Śmigiel zaserwował mi prawdziwą karuzelę pomysłów. Każde z dwunastu opowiadań to zupełnie inne światy, czasy, klimaty i historie. Mamy tutaj prawdziwy miszmasz popkulturowych tematów. Są w zbiorku podróże w czasie („Rocznik 1866”), postapokaliptyczny świat razem z obcymi, którzy przekształcają Ziemię w swoje dominium („Do samego końca”). Są anioły i demony („Constant”), jest również prywatny detektyw, który nie godzi się odejść na tamten świat zgodnie z wolą pozostałej części społeczeństwa („Kozioł ofiarny”). Zresztą poruszony w tym opowiadaniu motyw Mordu Kolektywnego przewijał się również w „Decathexis”. A teraz jeszcze doszedł do skojarzeń film “Noc oczyszczenia”, w którym przez jedną noc w Stanach Zjednoczonych żadne siły porządkowe nie działają.

Nie będę rozpisywał się o każdym opowiadaniu, powiem Wam tyle, że każde z nich jest napisane w sposób przemyślany, zgodny z tematyką jaka jest poruszana w treści i ciekawym językiem.

Ja tylko Wam napiszę, że najbardziej podobało mi się opowiadanie z H. G. Wellsem, jako bohaterem, o podróżach w czasie i chorej wizji przyszłości (którą można na wiele ciekawych sposobów rozwinąć, ale to pewnie sam autor wie już najlepiej „Rocznik 1866”). Świetne również było to, w którym poznałem doktora Tulpa, na dworze Izabeli Portugalskiej “Omega” (podobno z TYCH Tulpów).

W każdym opowiadaniu znalazłem również kilka ciekawostek z historii, sztuki, medycyny. Widać, że autor zgromadził w swojej głowie mnóstwo interesujących informacji, o których zresztą wspomina w posłowiu.

Polecam gorąco miłośnikom dość krwawych, ale też różnorodnych w swej tematyce opowiadań z pogranicza horroru, fantastyki i kryminału.

P. S. Podoba mi się również nagromadzenie bardzo dużej liczby piosenek w tekstach. Muszę przyznać, że mamy z panem Łukaszem Śmiglem dość podobny gust muzyczny.

P. S. 2 Jest też opowiadanie, które świetnie wpisuje się w cały nurt dziwnych organizmów przejmujących władzę nad ludźmi i ich umysłami (“Za minutę północ”). Tutaj „Inwazja porywaczy ciał” się kłania. Dlatego też wrzucę Wam trailer z mojej ulubionej wersji z roku 1978 z Donaldem Sutherlandem.

Adrian Markowski “13 opowiadań o króliku”

IMAG0503

Czasem wpadnie w moje łapki coś zupełnie niespodziewanego, coś na co sam raczej nigdy bym nie trafił. Tym razem niewielka objętościowo książeczka pana Markowskiego trafiła za sprawą koleżanki z pracy, która stwierdziła, że może mi się spodobać. I miała rację.

“13 opowiadań o króliku” to miniaturki literackie, dziejące się w bezimiennym mieście, najprawdopodobniej u schyłku PRL-u, w kamienicy, w której sąsiedzi znają się na wylot. To niewielkie kilkustronicowe historie nie z tej ziemi. Absurd, groteska, szydera i kompletny brak sensu. Za to z przewrotnym ironicznym humorem i dystansem. Nawet Wam nie będę opisywał historii, które dzieją się na kartach książki Markowskiego. Dość Wam wiedzieć, że jest niesłychanie nonsensownie oraz zabawnie. Lektura całej książeczki trwa zaledwie chwilkę. Nie wolno się zrażać jeśli chodzi o styl pisania. Dużo przecinków może trochę irytować i spowodować gubienie się w wątku, ale to naprawdę niewielki mankament.

Proste, wydawałoby się jednoznaczne słowa w książce Markowskiego stają się zaczątkiem groteskowych historii, w których rolę przewodnią gra Królik. Zarówno jako bohater i antybohater, jako przedmiot, którego jedzą wszyscy jak i żywa istota, rozumna dodajmy. Ja bawiłem się świetnie i chcę więcej. Dla mnie odkrycie miesiąca. Chcę więcej książek autora, a jest ich chyba jeszcze dwie:)

P. S. Nie mogłem nie wspomnieć, że pan Adrian jest autorem mnóstwa gier planszowych, wydawanych w latach dziewięćdziesiątych przez wydawnictwo Sfera, z Magicznym Mieczem na czele  (kto grał ten wie, kto nie grał ten jeleń). Dżizas ile to wieczorów człowiek nad tym przesiedział:)

P. S. 2 I nie wiem skąd i dlaczego, ale podczas lektury towarzyszył mi obraz królika Franka z filmu “Donnie Darko”, o ten obraz:

tumblr_mi0pbsXFBe1s3u3dco1_500

Źródło:http://www.tumblr.com/tagged/donnie%20darko%20gif

Nie jest on zupełnie związany z tematyką książki, ot Frank kojarzy mi się ostatnio dość często ze wszystkim.

Stephen King “Under the dome” (“Pod kopułą”)

king

Zdałem sobie przed chwilą sprawę, że nie pisałem o żadnej książce Kinga na moim blogu, ale na pewno wielokrotnie o nim wspominałem. Dziwne to, bo pana Stefana to ja namiętnie czytywałem w liceum i trochę mniej namiętnie na studiach. Aha! Wcale to nie dziwne, bo gdy ja byłem w liceum to Internet był na kartki lub na modemy, a ja nie miałem własnego modemu:( Dobra nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i czas opowiedzieć Wam o książce Kinga „Pod kopułą”.

Zacznę od wyznania, że to kolejna książka napisana po angielsku, którą przeczytałem! Nigdy nie myślałem, że będę w stanie czytać książki po angielsku, moim marzeniem jest też zacząć czytać książki po niemiecku, ale do tego baaardzo długa droga. Miałem więc styczność z oryginałem.

Dodatkowo nie zdawałem sobie, że to jest taka cegła, bo czytałem ją na Kindlu i znów urządzenie Amazona zaburzyło mi odczucia czytelnicze, bo ominęło mnie odczuwania ciężaru historii jaką King spreparował.

King książkę zaczyna pierdolnięciem, idzie więc za radą Alfreda Hitchocka, który mawiał, że „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.” Bo rzeczywiście kilkanaście pierwszych stron to bezlitosny opis tragicznych zgonów, gdzie nawet biedny świstak z nadwagą nie zostaje oszczędzony. Atmosfera gęstnieje (dosłownie i w przenośni), bo miasteczko Chester’s Mill zostało otoczone niewidzialną barierą, która praktycznie nie przepuszcza powietrza, a ciągnie się na wiele kilometrów w górę i w głąb ziemi. Zadziwiający jest również fakt, że bariera idealnie odzwierciedla wytyczone przez człowieka granice administracyjne miasteczka. Wszyscy Amerykanie zakrzyknęli: what the fuck! A ci uwięzieni pod kopułą dodatkowo wzywali pana Boga nadaremno. Nawet amerykańska armia i amerykańscy naukowcy nic nie byli w stanie zrobić!

Wspomniałem, że atmosfera gęstnieje? Oj gęstnieje jak na posiedzeniu rządu w sprawie budżetu. King przedstawił nam całą masę bohaterów, mieszkańców małego miasteczka żyjących swoim życiem, którzy nagle zostali zamknięci niczym mucha pod szklanką. Łapaliście kiedyś tak muchy? Lub inne owady? Ja łapałem i z chorą fascynacją przyglądałem się jak tłuką się o brzegi szklanki. Mamy więc postacie nikczemne i bohaterskie, życzliwe i wywołujące odrazę. Radnego miejskiego, któremu zamarzył się sen o wielkości, bohatera wojennego, który chciał tylko smażyć burgery i mieć święty spokój, fanatyka religijnego i pastorkę (po polsku to jest?), która w Boga już nie wierzy. Ogólnie cały przekrój małej społeczności. To wszystko wrzucił King do tygla, a raczej umieścił pod kopułą i zamieszał. Jest krwawo, ludzie giną co chwila i ogólnie cały czas coś się dzieje, aż do samiuśkiego końca.

Ulubiony motyw Kinga czyli ludzie z małego miasteczka na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych postawieni przed sytuacją nie z tej ziemi, paranormalną i wywołującą przerażenie tutaj nabrał jeszcze większej intensywności, gdyż całe to miasteczko jest zamknięte, nie ma szans ucieczki, a mieszkańcy są skazani na siebie. Intensyfikacja doznań, emocji i uczuć jest silna. Jest krwiście i trup ściele się gęsto.

Muszę napisać, że jednak w pewnym momencie byłem już znużony, gdyż tak naprawdę wszystko rozegrało się może w połowie książki – to znaczy bohaterowie zostali przedstawieni i nam czytelnikom i sobie nawzajem. Doskonale było wiadomo kto jest dobry, a kto zły i teraz tylko można było ewentualnie zgadywać kto zginie i jaką śmiercią. Trochę to męczyło,  jednak nie na tyle, by nie chcieć dowiedzieć się co będzie dalej i jakie nowe męczarnie zgotowała Kopuła mieszkańcom Chester’s Mill. A zgotowała sporo.

King pisze prostym językiem nie miałem problemów ze zrozumieniem. Zauważyłem, że ma kilka ulubionych słów i zwrotów, które wciska wszędzie. Jak refren piosenki Jamesa Mcmurtry’ego „It’s a small Town” (wrzucę ją na koniec wpisu). Angielski Kinga jest na poziomie zrozumiałym dla Charliego. Oczywiście nie mogło się obyć bez słownika, bez Urban dictionary, gdyż było mnóstwo związków frazeologicznych, powiedzonek, których za Chiny ludowe nie mogłem skumać od razu. A sprawdzanie w słowniku poszerzyło mój zasób słów w języku “angielskiem” :)

Krótkie podsumowanie, bo rozpisywać się nie lubię – to King jakiego znamy, jeśli go czytamy. Ze swoimi popkulturowymi wstawkami, z bohaterami, którzy są z krwi i kości i do szpiku tych kości amerykańscy. Republikanie, demokraci, “rednecki” i wojskowi. Jest śmierć, jest groza, jest lęk przed nieznanym, ale również przed innym człowiekiem, przed sąsiadem, który w momencie zagrożenia może stać się Twoim śmiertelnym wrogiem. Jest trochę metafizyki i moralności, zwłaszcza w zakończeniu, które jest niczym z kina familijnego. Napisałem wcześniej o znużeniu podczas lektury, lecz nie było to znużenie pokroju: Dżizas, ależ on pierdzieli, kiedy to się wreszcie skończy! Tylko raczej coś w stylu: no dalej panie King, ja już wszystko wiem, pokaż co jeszcze mogłeś tutaj dodać. I King dodawał.

Ja z lektury jestem zadowolony.  Może nie zachwycony, ale cieszę się, że książkę przeczytałem. Zwłaszcza, że lekturę rozpocząłem ze względu na serial, który już miał swoją premierę w Stanach. Chcę obejrzeć serial i porównać z książką, bo materiał na dobry, wciągający serial z tej książki jest idealny.

Wspomniana piosneczka (zresztą w książce jest wspominana cała masa innych piosenek, które muszę sobie sprawdzić):