Andre Norton “Świt 2250”

Dobry wieczór i tradycyjnie zacznę od kajania się, za nieregularność wpisów, bo przecież nic innego mi nie pozostaje. Dziś podzielę się z Wami książką, którą przeczytałem kiedyś w moich szczenięcych latach i która była jedną z książek objawień, książek, które sprawiły, że chciałem czytać jeszcze więcej, jeszcze mocniej, jeszcze intensywniej. I sprawiła, że nawet próbowałem pisać swoje własne postapokaliptyczne historie, w których to złe mutanty kanibale polują na niewinnych ludzi ocalałych z atomowej zagłady. Na szczęście dla literatury polskiej moje lenistwo sprawiło, że trudna i ciężka praca twórcy została mi oszczędzona.

Continue reading

Maureen McHugh “Po apokalipsie”

Zdjęcie użytkownika Charles Hutchins. Źródło: https://flic.kr/p/a4ujzh

Zdjęcie użytkownika Charles Hutchins. Źródło: https://flic.kr/p/a4ujzh

Ostatnimi dniami czasu nie miałem na nic, żar leje się z nieba, ja na blogu milczę, czas przerwać to milczenie. Dzisiaj książka, którą przeczytałem dawno, ale to bardzo dawno temu, ale zapomniałem jej wrzucić na bloga.

Continue reading

Mira Grant “Feed” (“Przegląd końca świata. Feed”)

Sierżant, który już dawno powinien przejść na emeryturę:) Źródło: https://flic.kr/p/9uXWJi

Sierżant, który już dawno powinien przejść na emeryturę:) Źródło: https://flic.kr/p/9uXWJi

Czasem moi drodzy z książkami jest tak, że na pierwszy rzut oka i pierwsze czytanko wydają się być bardzo w porządku, super cacy i w ogóle wspaniale, ale w trakcie owego czytanka okazuje się, że jednak coś jest nie w porządku. Coś uwiera i pod piękną lakierowaną warstwą tekstu, któremu absolutnie nie ma się nic do zarzucania (przynajmniej tak się wydaje), wygląda coś dziwnego i sztucznego.

Continue reading

“Dead inside: Do not enter…” – niesamowity notatnik z czasów zombie apokalipsy!

Okładka. Tej budzącej mój zachwyt książki.

Okładka. Tej budzącej mój zachwyt książki.

Hej! Z reguły piszę o książkach przeze mnie przeczytanych, ale dzisiaj pokażę Wam kilka zdjęć z książki, której pomysł i wykonanie sprawiło, że mocniej moje serduszko zabiło.

Continue reading

Emma Popik “Tylko Ziemia”

Ilustracja utrzymana w klimatach postapokaliptycznych. Źródło: http://digital-art-gallery.com/picture/gallery/post_apocalyptic

Ilustracja utrzymana w klimatach postapokaliptycznych. Źródło: http://digital-art-gallery.com/picture/gallery/post_apocalyptic

Odkryłem świetny antykwariat w Krakowie i nie znajduje się on w centrum, lecz zupełnie gdzie indziej. Podjechałem odebrać książkę zakupioną na Allegro, a wyszedłem z całą torbą, a uboższy o kilkanaście złotych zaledwie. Pokłosiem tych zakupów było kilka książek z serii “Fantastyka Przygoda” z Wydawnictwa “Iskry”. Większość to sentymentalne zakupy, a tylko “Tylko Ziemi” (specjalnie powtarzam) nie czytałem (tak mi się przynajmniej wydawało).

Continue reading

Quinn Fleming “DMQZ”

17790683Się czasem do człowieka przyczepi ochota na jakąś darmochę. Zwłaszcza jeśli tę darmochę poleca się na portalu, który przeglądam w miarę regularnie, chociaż ostatnio rzadziej. Na Boing Boing pojawił się link do książki na Amazonie i sobie ściągnąłem. Niestety promocja na książkę się skończyła i książka kosztuje obecnie 6 dolarów. To i tak nie dużo (jak na amerykanckie standardy:).

Klimaty postapokalitpyczne to jeden z moich koniów  koników, ale oczywiście nie będzie mi dane w życiu poznać całej bogatej literatury na ten temat. Czasem jednak coś człowiek przeczyta i po skończeniu lektury uniesie wzrok znad czytnika ewentualnie strony w książce lub ekranu komputiera i rzeknie – dobre to było. Tak miałem z „DMQZ”. Zupełny przypadek, a książka się spodobała.

W skrócie o fabule. Przez świat przeszła pandemia straszliwej, nieuleczalnej choroby o nazwie „popielica” (w oryginalne dormouse). Państwa runęły w gruzy, miasta obróciły się w perzynę. Ludzie ciskali gromy atomowe na zarażone tereny. Nosiciele „popielicy” walczyli z tymi, którzy chcieli przetrwać i odgrodzić się od nich. Walka była bezwzględna i bezpardonowa. Po kilkunastu latach Stany Zjednoczone podzieliły się na strefy bezpieczne i te, w których pozostali „odporni” (w oryginale resisters). Zdrowi ludzie stłoczeni w miastach, gdzie przestrzeń do życia zyskuje się poprzez budowanie ogromnych wysokościowców, a ruch uliczny odbywa się na piechotę (i tutaj smaczek: jest kilka pasów, w zależności od tempa poruszania się) żyją w strachu zarówno przed chorobą jak i przed jej nosicielami, którzy wciąż nie dają o sobie zapomnieć.

Przejdźmy do głównego bohatera: Jacob Hale to oficer policji, który jest całkowicie oddany swojej służbie i nowym Stanom Zjednoczonym. To państwo ocaliło go od śmierci, dało mu wykształcenie, pracę i miejsce do życia. Nic więc dziwnego, że gdy zostaje zdegradowany za nieposłuszeństwo wobec przełożonego (a to Hale postąpił słusznie) pragnie dowiedzieć się dlaczego spotkał go taki los i chce znaleźć winnych całej sytuacji. Powoli odkrywa mroczne spiski, różnego rodzaju ruchy oporu wobec jego Państwa, które z kolei nie okazuje się bezpośrednim następcą demokratycznych Stanów Zjednoczonych. Wręcz przeciwnie. Nowe USA jest państwem totalitarnym, gdzie każdy ruch jego obywateli jest monitorowany, nagrywany i każdym momencie można prześledzić krok po kroku jego życie. A  wszystko to w imię bezpieczeństwa obywateli przed „popielicą” i ochrony przed grupami terrorystów spoza stref wolnych od choroby.

Książkę czytało się bardzo dobrze, świetne opisy Manhattanu, który zaadaptowany został do nowych warunków, interesujące wykorzystanie różnych technologii. Podobało mi się to, że nie mamy do czynienia ze światem totalnie zniszczonym, który nawet nie próbuje udawać, że się podnosi z gruzów tylko z dość prężnie działającą cząstką cywilizacji w morzu chaosu (przynajmniej tak rząd nowych USA przedstawia sytuację na świecie). Tu i tam w miarę zgrabnie wplecione w fabułę fakty dotyczące epidemii, historii wojny pomiędzy „odpornymi” a rządem pozwalają na szersze zorientowanie się w sytuacji świata przedstawionego w książce. Zboża praktycznie nie ma, mięso jest szalenie drogie, a wódka zakazana (bimbrownicy pędzą ją z papierowych książek! Czy to w ogóle możliwe?).

Żeby nie było w książce jest kilka irytujących fragmentów, ale można na nie przymknąć oko. Hale jako główny bohater musi przetrwać i nie ma się co spinać, że wychodzenie ze wszelkich tarapatów wychodzi mu bardzo dobrze, aż za dobrze. Zresztą sam wątek kryminalno-spiskowy nie jest jakoś szalenie skomplikowany i raczej człowiek się zorientuje mniej więcej o co biega i po co biega po Manhattanie główny bohater.

„DMQZ” na pewno nie jest żadnym objawieniem i powalającą na kolana lekturą. Jednak w tej książce bardzo zgrabnie autor połączył motyw końca świata i cywilizacji z narastającą obawą ludzi o zakres kontroli państwa nad ich poczynaniami i coraz szerszym polem działania wszelakich organów państwowych szpiegujących własnych obywateli, a wszystko to w imię bezpieczeństwa. W świetle ostatnich wydarzeń na arenie międzynarodowej i doniesień z samych USA ten temat zajmuje obecnie bardzo wielu Amerykanów.

I zakończenie w książce jest takie, że wiadomo od razu, iż będzie druga część, co może być irytujące, bo akcja pod koniec tak przyspieszyła, że szkoda gadać. Ale nawet się tej drugiej części chce.

Walter M. Miller Jr. “A Canticle for Leibowitz” (“Kantyczka dla Leibowitza”)

canticleDziś opowiem wam o książce należącej do klasyki gatunku science-fiction. Klasyki przez duże K. „Kantyczka…” została wydana w 1959 roku, ale jej części składowe ukazały się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Dlaczego piszę o częściach składowych? Otóż Miller napisał swoją książkę na podstawie trzech opowiadań, które ukazały się w jednym z czasopism amerykańskich. Taką też konstrukcję ma ten klasyk. Trzy części, trzy epoki, trzy historie.

Nie da się opowiedzieć Wam o tej książce bez zarysowania fabuły, która przedstawia się następująco. W pierwszej części zatytułowanej „Fiat Homo” znajdujemy się w świecie post nuklearnego holocaustu, dokładniej kilka stuleci po tym, jak Człowiek sprowadził Demona Ognia i Opadu na swój gatunek i całą planetę. Sześć setek lat po nuklearnej wojnie ludzkość, a raczej jej resztki żyje sobie w okresie, który moglibyśmy nazwać Wiekami Ciemnymi. W dawnych Stanach Zjednoczonych nie ma praktycznie żadnych państw, istnieją plemiona, które wierzą w magię, demony, bogów. Ludzie nie pamiętają przeszłości, a wojna nuklearna określana jest mianem Ognistego Potopu. Istnieją plemiona mutantów, które żyją poza nawiasem „cywilizowanego” świata. Bezpośrednio po Armagedonie ci, którzy przetrwali wywarli zemstę na tych, którzy ich zdaniem winni byli wojnie. Rozpoczęto masowe mordowanie ludzi nauki, techniki, kultury, władzy. Palono książki, niszczono wszelkie przejawy wiedzy i kultury. Okres ten nazwany został okresem Prostoty bądź Uproszczenia (ja to tak sobie przetłumaczyłem, bom książkę po angielsku czytał). Skrawki dawnej cywilizacji przetrwały w Kościele Katolickim, który ocalił większość swoich rytuałów, hierarchii i historii. Powstał nawet specjalny zakon, który zajmował się przemycaniem książek („bookleggers” – nawiązanie do „bootleggers” z czasów prohibicji czyli przemytników alkoholu) i próbą ich ocalenia. Przewodził temu zakonowi Leibowitz, inżynier co się na wiarę nawrócił i zginął w mękach zamordowany przez tłum żądny krwi. Kilka stuleci po męczeńskiej śmierci Leibowitza, jego zakon dalej istnieje i zajmuje się przechowywaniem, konserwacją rozmaitych strzępków ludzkiej wiedzy. A młody nowicjusz Franciszek podczas postów na pustyni odkrywa (za sprawą tajemniczego pielgrzyma) schron przeciwatomowy z zachowanymi dokumentami być może będącymi własnością samego Leibowitza. Zaczyna się proces o beatyfikację, a nasz Franciszek odegra dużą rolę w tym procesie.

Wybaczcie, ale trochę o tej fabule będę pisał, bo naprawdę jest interesująca. Druga część nazwana „Fiat Lux” przenosi nas znów o kilkaset lat w czasie. Po ponad tysiącu lat od wojny ludzkość powoli zaczyna odkrywać tajniki nauki, wiedzy, techniki. Ta część może przypominać Renesans. Istnieją już państwa, a nawet mocarstwa, których władcom marzy się panowanie nad światem. A władcy owi zdają sobie sprawę, z tego jak ważna może być przewaga technologiczna nad przeciwnikiem. Powstają świeckie uniwersytety, które zaczynają konkurować z Kościołem Katolickim. Sam Kościół natomiast stał się strukturą skostniałą, niechętną nowościom. Nawet zakon świętego Leibowitza zajmuje się tylko przechowywaniem i bezmyślnym kopiowaniem zgromadzonej wiedzy. Dopiero wizyta świeckiego uczonego, rozrusza trochę zakonników, ale nie obędzie się bez konfliktu pomiędzy tym co boskie, a tym co cesarskie.

I trzecia część „Fiat Voluntas Tua” to już rasowe science-fiction. Ludzkość nie tylko odzyskała wiedzę sprzed wojny, ale prześcignęła naszą cywilizację. Zaczęto kolonizować inne planety. Niestety nawet lekcja sprzed ponad półtora tysiąca lat niczego nie nauczyła włodarzy tego świata. I małpoludy znów stają na krawędzi wojny totalnej. Zakonnicy z zakonu Leibowitza mają do odegrania poważną rolę w ocaleniu ludzkiej wiedzy.

Po tym jakże przydługim wstępie charakteryzującym fabularne wątki książki chciałbym Wam powiedzieć o moich wrażeniach, o tym czym dla mnie była lektura „Kantyczki…”. To książka naprawdę wielowątkowa, w której każdy znajdzie coś dla siebie.

Dla mnie to opowieść o trudach zdobywania wiedzy, o tym jak łatwo zaprzepaścić dziedzictwo tysięcy lat i wielu pokoleń, w jednym szaleńczym akcie. Miller pisał książkę w latach pięćdziesiątych, „najzimniejszym” okresie zimnej wojny, tuż przed kryzysem kubańskim. Wielu ludzi drżało przed bardzo prawdopodobnym scenariuszem wojny nuklearnej. I w tym kontekście „Kantyczka…” jest książką przenoszącą owe lęki na papier.

 Jest to również opowieść o wierze, która może pozwolić ludziom przetrwać najgorsze czasy. Opowieść o wierze zarówno w Boga, który stworzył ludzi na swoje podobieństwo jak i wierze w naukę, w jej moc pozwalającą ludziom osiągnąć niemal boski status. Tylko, że gdy osiągamy ten niemal boski status okazuje się, że to niemal to dla nas za mało. I dlatego ludzie nigdy nie wejdą do Edenu, bo sami nie wiedzą czym Eden jest. Znajduję w „Kantyczce…” arogancję i pychę  naukowców przekonanych o swej nieomylności i wyższości nad prostaczkami dzięki posiadanym tajemnicom nauki. Znajduję również arogancję i pychę ludzi Kościoła przekonanych o swej nieomylności i wyższości nad prostaczkami dzięki posiadanym tajemnicom wiary.

To książka o odwiecznym konflikcie między Kościołem a państwem, przejawiającym się w podejściu do zagadnienia na przykład eutanazji, czy też wykorzystania zgromadzonej wiedzy i odkrytych technologii do celów politycznych i wojskowych. W „Kantyczce…” podobnie jak w naszej historii przez szereg stuleci to członkowie Kościoła mieli dostęp do wiedzy, do książek. I tego dostępu strzegli bardzo dobrze. Nic więc dziwnego, że gdy pojawiają się świeccy naukowcy wątpiący w naukę Kościoła, wytykający mu błędy ignorancji i marnotrawstwa zakonnicy od świętego Leibowitza zaczynają się irytować i denerwować. Jednak co znamienne nie blokują, nie zabraniają innym korzystać ze zgromadzonych ksiąg. Ta postawa bardzo przemawia na ich korzyść.

Znajdziemy w książce powtarzający się cykl wydarzeń. Od narodzin cywilizacji, mozolne wspinanie się coraz wyżej na drabinie technologicznego rozwoju, by z hukiem i błyskiem znów pogrzebać wszystko pod gruzami. Tę cykliczność można zauważyć w wielu religiach, filozofiach. To koło życia, wąż pożerający własny ogon. Na szczęście Miller daje nadzieją dla naszego gatunku w postaci kolonizacji obcych planet. Niestety nie daje gwarancji, że także i na owych obcych planetach ludzkość nie powtórzy owego zaklętego kręgu. Wniosek może nasuwać się taki, że jedyną szansą na przetrwanie naszego gatunku to rozprzestrzenienie się na jak największą liczbę światów. Niestety to daleka, bardzo daleka pieśń przyszłości.

Interesujące w „Kantyczce…” jest również tło polityczno – historyczne nowej cywilizacji. Miller przemycił strzępki informacji o wojnach, państwach, granicach i wydarzeniach w bardzo inteligentny i rozbudzający wyobraźnię sposób. Ja już pisałem, kiedyś, gdzieś, że uwielbiam tło w książkach science-fiction, historiach alternatywnych. Im lepiej zarysowane, im ciekawsze, im bardziej prawdopodobne tym lepiej. A w “Kantyczce…” tło jest przedstawione bardzo zgrabnie i bardzo interesująco.

I mało co a byłbym zapomniał. Książka jest również zabawna. Momentami co prawda, ale humoru jest całkiem sporo. W dodatku tego czarnego, który moim ulubionym rodzajem humoru jest.

Została wydana jeszcze jedna książka Millera, będąca kontynuacją „Kantyczki…” „Saint Leibowitz and the Wild Horse Woman”. Ukazała się ona w roku 1997, już po samobójczej śmierci Millera. Książka została dokończona przez innego pisarza Terry’ego Bissona. Podobno zawiera rozwinięcie drugiej części „Kantyczki…”. Chyba sobie czytnę.

Podsumowując. Nie bez powodu „Kantyczka…” stała się klasyką. Sprzedała się i sprzedaje się dalej w milionach egzemplarzy. Nie bez powodu wielu różnych ludzi znajduje w niej wiele różnych rzeczy. To naprawdę bardzo dobra  literatura.  Polecam gorąco tę książkę.

 

P. S. Tak sobie szperałem po sieci i trafiłem na fascynującą stronę opisującą bardzo możliwy i prawdopodobny scenariusz nuklearnej zagłady. I tym razem nie chodzi o polityków z przerośniętym ego i dostępem do czerwonego guzika. Oj nie. Tym razem chodzi o wybuchy na słońcu, falę promieniowania elektromagnetycznego, która niszczy wszelkie urządzenia elektroniczne i ponad czterysta elektrowni atomowych rozsianych po całym świecie, które w wyniku zniszczenia sieci energetycznej po kilkunastu dniach zaserwują  nam Czarnobyl pomnożony kilkaset razy na całym ziemskim globie.

Przeczytajcie sobie (niestety po angielsku):

400 Chernobyls: Solar Flares, EMP, and Nuclear Armageddon [Fulll Length Version]

 

 

Karel Capek “Potop”

Pewnie macie dość już spamowania związanego z końcem świata. Ja mam dla Was trochę inne spojrzenie na to zagadnienie. Idealne, by się odprężyć. Historyjka z “Bajek i przypowiastek”. Moim zdaniem w sam raz na zimowy wieczór. Enjoy!

The Deluge by Francis Danby c. 1837

The Deluge by Francis Danby c. 1837

Potop

“Nie wiem, czy pamiętacie ostatni potop – pewnie nie, bo o takich rzeczach, jak zasłużona kara, ludzie bardzo chętnie zapominają. Ale to nie szkodzi, ja wam przypomnę. Było to pewnie po prostu tak, że Pan rozgniewał się na ludzi za rozpustę, frakcyjność i inne grzechy, i zdecydował, że dłużej na to nie będzie patrzyć. I zesłał deszcz, który trwał czterdzieści dni i czterdzieści nocy. Państwowy Instytut Meteorologiczny wprawdzie twierdził, iż jest to przypływ wilgotnego powietrza znad oceanu, spowodowany rozległym niżem znad kontynentu, ale kiedy Wełtawa rozlała się aż pod Muzeum1 ludzie zaczęli gadać, że to nie stało się samoistnie i że koniec świata jest murowany. No i stało się. Część ludzi szukała ratunku w kościołach, inni oblegali banki i wycofywali na gwałt swoje pieniądze, (co one były dla nich warte przy takiej katastrofie, niech Bóg osądzi), inni wreszcie hulali i żyli ponad stan jak dawniej. Mnóstwo ich utonęło właśnie w barach. Rozsądni ludzie naturalnie twierdzili, że temu potopowi trzeba jakoś zapobiec, na przykład budując tamy, i tłumnie zgłaszali się dobrowolnie d o pracy. Ale plany tam leżały w Ministerstwie Robót Publicznych i do dzisiaj chyba nikt do nich nie zaglądał. W końcu ludzie wzięli się za to sami i zaczęli budować tamy, gdzie im przyszła ochota. Ale cóż to było warte, skoro woda zalała Barrandov, Pankrac, Bohdalec i Stresovice2 i ciągłe jej przybywało. W innych miastach, krajach i częściach świata wcale nie było lepiej. Po prostu był to jeszcze jeden koniec świata, jak stoi w Księgach. I nikt sobie nawet arki nie mógł zbudować, no bo wiadomo. Podskali2 zostało zatopione najwcześniej, a ludzie na Vinohradach czy w Dejvicach2 nie potrafią nawet tratwy zbić, cóż dopiero mówić o arce, taki to już śródlądowy naród. Nic nie można było zrobić. Koniec świata to koniec świata.

W tym czasie żył jeden starszy pan, nazywał się Kościelny czy Nieumyślny, czy jakoś tak. Zostawszy emerytem wziął się za archeologię j ciągle szperał w poszukiwaniu jakichś prehistorycznych zabytków. Kiedyś kopał gdzieś w okolicy Hloubetina2 i znalazł jakieś gliniane skorupy, pocięte czymś w rodzaju skaz czy bruzd. Było tego około dwudziestu kawałków. No i ten pan Kościelny (czy Nieumyślny) wbił sobie do głowy, że te znaczki to historyczne runy i postanowił, że je odczyta. Przy tym odczytywaniu wyszło mu słowo SAMO i kilka innych dziwnych słów. Wtedy z radości przewróciło mu się w głowie i napisał książkę „O fragmentach Samona”, w której dowodził, że te skorupy pochodzą z rozbitej urny wielkiego wodza Samona, zwycięzcy Awarów i że na niej jest runami zapisany życiorys Samona w dawno wymarłym języku prehistorycznych celtyckich Bojów. Archeologowie przyjęli tę hipotezę kpinami, rzecz jasna, i określili te runy jako nieudany ornament kreskowy. Od tego czasu pan Nieumyślny (lub Kościelny) powziął śmiertelną nienawiść do uczonych archeologów i dowodził w szeregu broszur, że są ignorantami, a te jego skorupy to autentyczne resztki urny Samona. Zabrał się również do studiowania języków celtyckich i twierdził, że słowa, które odczytał na tych skorupach, naprawdę mają celtycki rodowód. Wiecie, jak można przekonywać uczonych o czymś, na co sami nie wpadli! Po prostu nauka nie przyjęła do wiadomości dowodów pana Kościelnego (lub Nieumyślnego), a pan Nieumyślny czuł się osobiście urażony i prowadził dalej swoją pełną goryczy walkę przeciwko archeologom. Nic innego dla niego na świecie nie istniało, tylko te jego runiczne napisy i walka o prawdę w naszej archeologii. I akurat w tym czasie nastał ten potop.

 Pan Nieumyślny (lub Kościelny) mieszkał na Vinohradach blisko wodociągów. Było mu obojętne, że na dworze leje jak z cebra, bo siedział przy swoim biurku i pisał namiętną polemikę z niejakim profesorem Ondrejczkiem, czy jak się tam nazywał ten specjalista od grobów celtyckich. Pisał więc i wcale nic go nie obchodziło. A kiedy mu jego służąca powiedziała, że z tego chyba będzie koniec świata, mruknął tylko, żeby mu dała spokój, bo nie ma czasu na takie głupoty. Co go może obchodzić jakiś tam koniec świat? Ja temu Ondrejczkowi pokażę, powiedział, tym razem rozszarpię go na kawałki. Te jego groby z Ouholic, powiedział, to żadne groby celtyckie, tylko zwyczajne germańskie mogiły. I taki dureń chciałby mnie pouczać, co to są fragmenty Samona! Po czym wyrzucił służącą, bo nie miał czasu słuchać jej gadaniny, i pisał dalej.

Potem znowu przybiegł do niego jeden z sąsiadów mówiąc, że wszyscy mieszkańcy domu postanowili zbudować tam w dole pod Kravinem zaporę przeciw tej nawałnicy żywiołów i żeby pan Kościelny też poszedł budować tamę. Jaka tama, panie, powiedział pan Nieumyślny, co mnie obchodzą wasze tamy, panie. Ja tu muszę nawtykać temu tępakowi, temu fałszerzowi nauki Ondrejczkowi, i to tak, żeby się nie pozbierał. Ja go muszę unieszkodliwić, to leży w interesie archeologii, mój panie. Taki ignorant nie może nam kalać imienia wymarłych ludów, krzyczał pan Kościelny (lub Nieumyślny). Mnie wasz potop nie interesuje, mój panie, proszę mi nim nie zawracać głowy. I usiadł, i pisał dalej. A woda sięgała po pas pomnika Svatopluka Cecha3.

Jako trzecia przyszła do tego pana Kościelnego jego kuzynka z Flory. Ona była z jakiejś sekty, która zbierała się U jednego kamieniarza na Olsanach i tam uprawiali wspólne modły, cuda i proroctwa. Ta kuzynka oznajmiła panu Nieumyślnemu, że nastaje koniec świata i wskrzeszenie sprawiedliwych, jak głosi Apokalipsa, i że on, pan Nieumyślny, powinien przyjść do nich i czekać na triumf sprawiedliwych przy wtórze zwycięskich hymnów. Ładni mi sprawiedliwi, stwierdził pan Nieumyślny. Modlić się to potrafią, ale walczyć przeciwko fałszowaniu nauki przez Ondrejczka to już nie. Dajcie mi wreszcie spokój z tym waszym końcem świata. Co do mnie, może być nawet dziesięć końców świata. Obym tylko pognębił tego Ondrejczka z jego grobami celtyckimi. Następnie zamknął drzwi, żeby mu nikt nie przeszkadzał w pracy.

Woda potem zaczęła się wznosić, aż zalała cały świat. Ludność wyginęła. Widocznie na to zasłużyła.

Kiedy wody znowu opadły i sięgały już tylko do placu Vinohradzkiego, na ulicy pokrytej warstwą błota pojawił się ten pan Kościelny czy Nieumyślny. Był suchy jak pieprz i niósł pod pachą rękopis swojej polemiki z profesorem Ondrejczkiem. Bardzo się złościł, że nie może znaleźć żadnego drukarza, który by mu tę broszurę wydrukował.

Kiedy po latach ludność znowu zaczęła się rozmnażać, nowi ludzie się dziwili, jak ten pan Kościelny czy Nieumyślny przeżył potop. Ale kiedy go o to spytali wprost, wybałuszył ze zdziwieniem oczy i powiedział: – Jaki potop? Ja o żadnym potopie nic nie wiem. Ja wtedy niszczyłem tego nieuka Ondrejczka. Wyobraźcie sobie, że ten ignorant wystąpił przeciwko moim runicznym napisom!

Między nami mówiąc, w przetrwaniu pana Nieumyślnego nie było nic szczególnego. My przecież od dawna wiemy, że ludzkie złości i fanatyzm przeżyją wszystkie pogromy i potopy, ba, nawet sam koniec świata ich nie ruszy.

 

1) Muzemu – Narodni Muzeum w Pradze, budynek położony w najwyższym punkcie placu Wacława.

2) Barrandov, etc.—dzielnice i okolice Pragi.

3) Svatopluk Cech —poeta czeski (1346-1903). Największy rozgłos zyskał cykl wierszy „Pieśni niewolnika”. Pomnik S. Cecha znajduje się w wysoko położonym punkcie Pragi.”

1938

Cormac McCarthy “Droga”

Cormac McCarthy "Droga"

 Ja to jednak jestem jakiś dziwny:) Wspominałem o ostatniej niedzieli, że była brzydka i ponura. I dlatego przeczytałem sobie książkę Szczygła na poprawę humoru:) Tak było, ale książkę Szczygła czyta się szybko. A niedziela wciąż była szara i paskudna. Dlatego wziąłem się za kolejną  książkę, o której wiedziałem, że raczej nie należy do książek obfitujących w humor. Tą książką była właśnie „Droga”. I jeśli już pastwię się nad tą okropną deszczową niedzielą to muszę napisać, że „Droga” idealnie się  wkomponowała w klimat owej szpetnej niedzieli.

Dobra wracając do książki. Postapokaliptyczny świat. Cywilizacja przestała istnieć po tajemniczej katastrofie, która zasnuła  niebo, wypaliła lasy i pola. Nic nie rośnie, nic nie kwitnie. Wszystko jest szare, ciemne, umierające oraz przykryte popiołem z niezliczonych pożarów. W tej scenerii rodem z mrocznego koszmaru dwóch wędrowców, ojciec i syn, przemierzają dawne Stany Zjednoczone (chyba to są Stany) w kierunku oceanu, który w wyobrażeniu ojca ma być ziemią obiecaną i wybawieniem i miejscem, gdzie można spróbować żyć.

Ich wędrówka jest długa, niebezpieczna i wycieńczająca. Mijają opuszczone domy, spalone miasta. Wszędzie króluje szarzyzna i śmierć. Nawet płatki śniegu są szare. Chłopiec ma zaledwie kilka lat, nie pamięta świata przed katastrofą. Jedyną jego rzeczywistością jest bezustanna wędrówka, krycie się w lesie przed obcymi i wieczny głód. Ojciec opowiada mu o świecie sprzed katastrofy. Utwierdza go też w przekonaniu, że obaj są dobrymi ludźmi. Wpaja mu pojęcia moralności związane ze światem przed katastrofą. Czy dobrze czyni? Na swej drodze natykają się na mniej lub bardziej zorganizowane grupy ludzi. Wszyscy, których bezimienny ojciec ze swoim równie bezimiennym synem spotykają są bez wyjątku kanibalami. W świecie, w którym większość zapasów żywności została już zjedzona, a pozostałe resztki kurczą się gwałtownie kanibalizm ma się bardzo dobrze. I nie jest to bynajmniej kanibalizm rytualny, lecz ściśle związany z przeżyciem. Nic nie ma prawa  się zmarnować.

Surowy i okrutny świat, w jakim przyszło dorastać chłopakowi nie ma przyszłości. Ojciec doskonale to rozumie i zdaje sobie z tego sprawę. Nie znajduje jednak w sobie na tyle siły, by wcześniej zakończyć  ewentualne cierpienia syna, który mógłby skończyć jako danie główne lub bardziej przystawka, bo raczej do dobrze odżywionych chłopak nie należy.

Wydawałoby się, że postapokaliptyczny temat został wyczerpany do cna w setkach filmów i książek. I “Droga” również nie  wnosi żadnej nowości do tego tematu. Bardziej chodzi tutaj o sposób opowiedzenia tej historii. Nie znajdziemy w tej książce informacji, jak skończył się świat. Nie wiemy co doprowadziło do tego, że ocalali ludzie polują na siebie jak na zwierzynę łowną. Czy była to wojna, wielka asteroida, gniew boży? Nic nie wiemy.  Ani słowa o polityce, strzępki zdań o dniach świeżo tuż po kataklizmie. Po dawnym świecie została jedynie „szara naga jama szara naga jama (cytat z pewnego polskiego poety). I co najważniejsze nie przeszkadzało mi to zupełnie. Ja, który lubię poznawać tło i świat w książkach, nie zżymałem się ani razu na lakoniczność opisów świata w trakcie katastrofy i krótko po niej. Nie interesowało mnie to zupełnie. „Droga” tym się różni od wielu książkach opisujących koniec ludzkiej cywilizacji. Inne książki starają się choćby w zarysie opowiedzieć co doprowadziło do zniszczenia świata, lub jak taki „Bastion” Kinga opisują krok po kroku czas apokalipsy.

Dawno nie czytałem książki, która tak sugestywnie, mocno oddziaływałaby na emocje czytelnika. Zasługą zdecydowanie jest język książki (nie znam oryginału, ale wydaje mi się, że pochwały należą się tłumaczowi). Oszczędny, mroczny i zimny. Praktycznie brak dialogów, jedynie zdania, które naprawdę oddziałują na czytelnika.

Niemal cała książka składa się ze zdań, które wwiercają się w mózg i zostają tam na długo. Na przykład takie:

“Spopielone trupy skurczone do wielkości dziecka, siedzące na gołych sprężynach foteli. Dziesięć tysięcy marzeń zamkniętych w grobowcach ich zwęglonych serc.”

„Droga” podobała mi się bardzo. Choć jako lektura na deszczową niedzielę nie była zbyt dobrym pomysłem. Na szczęście mogłem w każdej chwili wstać i zrobić sobie na przykład herbaty:) Ojciec z synem takiej możliwości nie mieli. I żyję w świecie, który póki co jeszcze nie rozpadł się na kawałki.

 

Polecam gorąco! I tych, którzy jeszcze nie czytali ostrzegam, że lektura do przyjemnych nie należy.

Mało czasu…

Zostało niewiele ponad miesiąc. Kurde, a tu tyle książek do przeczytania, wódki do wypicia, nocy do zarwania. Jak z tym wszystkim się wyrobić?! Jak nadgonić tyle zmarnowanych chwil w jeden miesiąc? Ma ktoś może jakieś rady?

Koniec świata

Koniec świata

Nie żebym się czepiał, każdy ma prawo wierzyć w to co chce. Z czystej ciekawości wszedłem na stronę i nawet nie chce mi się  o tym pisać.