Charlie w Chorwacji i na Adriatyku. Część I…

Widok z miejskich murów Dubrownika.

Dzień dobry! W Krakowie wieje jakiś orkan, rok akademicki się już dawno rozpoczął na szczęście dzięki silnym wiatrom smogu brak. Dlatego też dzisiaj będzie kolejna atrakcja, którą Wam obiecałem, czyli krótka relacja z mojego urlopu na Chorwacji. Będzie to bardzo krótka opowieść jak zostałem bibliotekarzem – żeglarzem i dlaczego Chorwacja jest taka piękna. Zostanie ona rozłożona na części, bo moja przygoda z żeglowaniem trwała prawie dwa tygodnie i ciężko będzie opowiedzieć wszystko w jednym długim wpisie.

Continue reading

Jacek Inglot “Polska 2.0”

Ha! I znów zaległości. Normalnie masakra jakaś. A wpis będzie dotyczył książki polskiego autora, którą również przeczytałem baaaardzo dawno temu. Jeszcze dawniej chyba niż „Obszar Marzyciela”, ale tę książkę postanowiłem sobie odświeżyć, bo pamiętałem, że lektura była dobra.

Continue reading

A może by tak rzucić to wszystko…

Dziś krótko i z jednym zdjęciem:) Kiki się zastanawia czy czasem nie porzucić wielkomiejskiego życia i zaszyć się gdzieś w Bieszczadach. Przyznam się szczerze, że mnie też czasem takie myśli nachodzą. Miłego poniedziałku i owocnego tygodnia!

Też tak czasem mam.

Też tak czasem mam.

Adolf Nowaczyński “Nowe Ateny: satyra na Wielki Kraków”

Strona tytułowa wydania oryginalnego.

Strona tytułowa wydania oryginalnego.

Czasem mnie ochota najdzie na takie starocie, że nawet sam się sobie dziwię.

Continue reading

Ziemowit Szczerek “Siódemka”

Jeden z siedmiu cudów siódemki według Szczerka. Mówiąc szczerze, zawsze mnie korciło, aby się tam zatrzymać.

Jeden z siedmiu cudów siódemki według Szczerka. Mówiąc szczerze zawsze mnie korciło, aby się tam zatrzymać.

Droga krajowa numer siedem, droga łącząca Kraków z Warszawą. Szlak komunikacyjny z setkami lat historii, milionami ludzi, którzy przez wieki przebyli tę trasę. I ja również ją przebywam. Co prawda odbijam zaraz za Skarżyskiem, ale i tak znam ją jak własną kieszeń. Wiem, że w Antolce bardzo często stoją niebieskie misie, pamiętam, aby przed Chęcinami rozejrzeć się i odnaleźć zamek, często korzystam z drugiego pasa do wyprzedzania tak zwanej mijanki, by choć trochę przyspieszyć powrót do domów. Tak moi Drodzy dobrze przeczytaliście: do domów. Albowiem gdy opuszczam Kraków jadę do rodzinnego domu, ale gdy opuszczam dom rodzinny jadę do swojego krakowskiego domu.

Continue reading

Andrzej Pilipiuk “Wampir z MO”

IMAG0628Przygoda ma z Pilipiukiem dalej trwa. Czuję, że rymuję kiepsko i żałośnie, ale przez to ego mi rośnie.

Kontynuuję książki zaczęte przed rozmową z Andrzejem Pilipiukiem. „Wampir z MO” to zbiór opowiadań z bohaterami, których poznałem w „Wampirze z M-3”. Tamta książka towarzyszyła mi w pociągu, a ta pomagała mi spędzić kilka godzin w zaciszu domowym na krakowskich Azorach, gdzie skutecznie zagłuszała świst maczet i gromkie pokrzykiwania miejscowego elementu konsumującego alkohol z akcyzą i w ten sposób przyczyniającego się do wzrostu PKB Najjaśniejszej Rzeczyposopolitej. Żartuję, żartuję. Azory są naprawdę dobrym miejscem do mieszkania. Ciach! Świiissst! AŁA! Wracając do książki. Umiliła jeden wieczór, takie jej zadanie było, które spełniła i cóż mam więcej do dodania.

Pilipiuk świetnie (moim zdaniem) wykorzystał popkulturowe motywy i zaprzągł je do swojego świata, w którym wampiry muszą sobie radzić z uciążliwymi sąsiadami przy pomocy pewnej dziewczynki wyłażącej ze studni czy też muszą się przygotować na odwiedziny wampira ze zgniłego kapitalistycznego zachodu, który przeszedł na wegetarianizm, wysysa biedne sarenki i jest degeneratem, a w dodatku się błyszczy. Cały czas oczywiście nasi nieumarli “walczą” z Wydziałem “Z” esbecji i majorem Nefrytowem pragnącym raz na zawsze zlikwidować przeczące materialistycznej i racjonalistycznej ideologii państwowej zabobony. Ta walka raczej nie jest zbyt zacięta, gdyż major nie jest w ciemię bity i zdaje sobie sprawę, że jak raz na zawsze zlikwiduje zabobony to jemu zlikwidują Wydział “Z”. Także pozwala na istnienie podejrzanego elementu w ramach statusu quo.

Opowiadanka są raz dłuższe, raz krótsze (ano taką oczywistą oczywistością Wam tu pojechałem). Książka bardzo w stylu pilipiukowym to znaczy znajdują się tutaj zarówno jajcarskie i groteskowe wersje wielu mitów na temat wampirów, na przykład krwiopijca przemienia się w coś zupełnie niespotykanego zamiast w nietoperza, czy też nagle okazuje się, że chęć zaimponowania Hrabinie z odległej Francyji w myśl zasady zastaw się, a postaw się przyniesie wielkie rozczarowanie. Mamy także ciekawe opisy praskich kiziorów, którzy wampirów nie lubią, ale ich tolerują bo to wszak swojacy z jednej dzielnicy.

Zbiorek ciekawy, nie męczy zbytnio i jest w sam raz na poprawę humoru. W tej książce moim zdaniem Pilipiuk świetnie pogrywał sobie swoimi motywami i kliszami wziętymi z popkultury. Absurd i groteska rządzą. Zresztą Pilipiuk ma dar tworzenia i opisywania sytuacji w sposób prześmiewczy, humorystyczny. Co nie znaczy, że nie przebija się w nich czasem taki śmiech przez łzy, bo skoro jest, aż tak źle to trzeba się tylko i wyłącznie śmiać.

Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow “Wielki Kombinator”

IMAG0624

Teraz jest rewolucja, nowy system się buduje – ten żyje kto kombinuje ! Tak mógłby sobie śpiewać Ostap Bender czyli tytułowy „Wielki Kombinator” hochsztapler, krętacz o zadziwiających standardach moralnych i jednocześnie cudownych marzeniach o Rio de Janerio i białych spodniach. Facet porusza się po Związku Sowieckim, istniejącym niespełna dziesięć lat i stara się jakoś przetrwać w systemie mocno piętnującym indywidualne podejście do robienia pieniędzy.

Wszelkie rewolucje, wszystkie zmiany, każde przeobrażenia te społeczne, ekonomiczne i gospodarcze są wodą na młyn dla wszelakich maści oszustów, złodziei, naciągaczy i tym podobnych osobników wykorzystujących naiwność ludzi i ich dobre chęci. Podobno głupich nie sieją, ale patrząc nawet na nasz polski grajdołek wstrząsany od czasu do czasu wielkimi finansowymi przekrętami (patrz afera Bursztynowego Złota) można sobie pomyśleć, że ludzi chcących szybko i łatwo zarobić, a którzy dają się oszukać zwyczajnie się produkuje w ilościach masowych.

Wracając do Ostapa – to postać kultowa w Rosji, jego powiedzonka, przygody i numery zna każdy obywatel dawnego Związku Sowieckiego. Jest to energiczny mężczyzna pod trzydziestkę, który pragnie zdobyć ogromny majątek i wyjechać do Rio de Janerio. W książce, którą przeczytałem tropi i śledzi urzędnika Korejkę, który także jest niezłym krętaczem, ale po zdobyciu majątku – ukrywa go i sam żyje za psie pieniądze w biedzie czekając na lepsze czasy. Ostap ma do pomocy cokolwiek dziwny zestaw towarzyszy i jeden samochód przesławną “Antylopę”, która pamięta chyba zamierzchłe początki motoryzacji.

Świetna satyra na społeczeństwo sowieckie, które w powieści wciąż żyje jeszcze tak naprawdę trybem przedrewolucyjnym i nadzieją na lepsze jutro. Wielkie czystki się nie zaczęły, Stalin nie mordował swoich obywateli milionami, chociaż o „czyszczeniu” jest mowa na kartach powieści. Groteska i absurd oraz spora dawka tak zwanego humoru sytuacyjnego i przede wszystkim celnych spostrzeżeń Ostapa Bendera, a dotyczących natury ludzkiej i świata całego to kawał porządnej rozrywki. Nie wiem dlaczego ta książka jest tak mało popularna w Polsce (albo mi się tak tylko zdaje).

„Wielki kombinator” jak głosi tekst z tyłu okładki to wydane pod tym tytułem dwie powieści Ilji Ilfa i Eugenisza Pietrowa „Złote cielę” i „12 krzeseł” – nie wiem jakim cudem, bo w książce, którą posiadam jest tylko jedna powieść i najprawdopodobniej jest to „Złote cielę”. Trochę mam żal do wydawnictwa, że wprowadziło mnie w błąd. Co do samego wydania też można mieć zastrzeżenia, bo sporo błędów na stronach książki się pojawiało. Książka została kupiona przeze mnie bardzo dawno temu, a wydanie jest z roku 1998. Mój Boże to już piętnaście lat temu!

Powieści dwóch panów ukazały się w Polsce przed wojną i po wojnie też. Na wspomnianej przeze mnie okładce znajduje się informacja, że wtedy (przed wojną) wydanie zostało ocenzurowane i nie było w nim fragmentu, w którym Bender kłóci się z polskimi księżmi, na tematy metafizyczne i teologiczne. Zresztą w książce jest dużo odniesień do Polski i Polaków.

Popularność pierwszej z powieści “12 krzeseł” można mierzyć również liczbą ekranizacji. Dwie powojenne sowieckie, jedna amerykańska, niemiecka, kubańska oraz przedwojenna (1933) nakręcona w koprodukcji polsko-czechosłowackiej, w której zagrał Adolf Dymsza. Dzięki dobrodziejstwu internetu oraz ludzi, którym się chce można obejrzeć sobie film na Youtube:

Aż się chce zakrzyknąć i zaśpiewać (na melodię “Chwalcie łąki umajone”):

Chwalcie filmy jutubowe
Kciuki w górę, soszial mediowe
Chwalcie śmieszniutkie filmiki
Gify, demoty i głupie grafiki

Tymże jakże bodajże śpiewanym pod ołtarze akcentem zakończmy  na dzisiaj. I jedno zdanie na koniec. Wprost z “Wielkiego Kombinatora”:

Godzina dozorców już minęła, godzina dostawczyń mleka jeszcze nie wybiła.

Książki najgorsze – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 23

Wróciły! Prawdopodobnie tylko na chwilkę, ale są! Książki najgorsze, co prawda tak jak poprzednio znów jest o przekładzie, ale to nie zmienia faktu, że są! A tak za nimi tęskniłem (oczywiście żartuję, nie tęsknię za najgorszymi książkami, tęskniłem za rubryką:) Coby długo nie owijać w bawełnę. Dzisiaj przed państwem Michał Asanka – Japołł Mową włoskich  poetów.

Wiadomości Literackie nr 20, 17 maja 1925 roku

WL1925nr2017V

 

Książki najgorsze

Michał Asanka – Japołł. Mową włoskich  poetów. Kraków, 1925; str. 84.

Jest to wiązanka przekładów z poezji włoskiej. Tłumacz poświęcił swe dzieło ministrowi spraw zagranicznych Skrzyńskiemu. Pan Asanka-Japołł tłumaczy wiersz Ugo Foscolo w podobnie bezwstydny sposób:

„Na czole brózdy, w głębi oczu płomień zapału.

 Włos płowy, różowe lica, wygląd pewności…

Warga, czy ząb, gotowe do uniesień szału,

Głowa pochylona, na szyi, ku starości”.

Pozwolę sobie ząb wyrwać, jeżeli w oryginale włoskim jest sportretowany „ząb, gotowy do uniesień szału”. Jak widzimy, w pierwszym wierszu jest za dużo o sylabę, a w pozostałych za mało sensu.

 …„gdy niemasz świątyni, obce świętych twarze,

ani słów matki co mienią świat w obrazki — — —”

Słowa matki zmieniają świat w obrazki! Panie Asanka – Japołł! to już nie obrazki — to obraza boska.

…. rzekę, jak i świat, czas zrodził, w nieskończoności…

użyczając podobieństw z błękitem lazuru;

pełne dziwnej harmonji, chociaż nie z miłości…”

Nie z miłości, tylko dla pieniędzy. A swoją drogą przydałby się jakiś podmiot albo jakieś orzeczenie. Wiersz o Cyganach Buzziego tak brzmi:

“Często ich wiedzie jakaś tęsknota:

W krainę zgoła pustych przestrzeni.

Znów wracają, żebrzą, strudzeni,

Nawrotem w inne strony —” (?)

Kraina zgoła pustych przestrzeni — to głowa tłumacza.

Pan minister Skrzyński, któremu ta książka jest poświęcona, powinien z własnej szkatuły wyznaczyć fundusz potrzebny na wywiezienie p. Asanki – Japołła do Włoch oraz dopilnować, aby Asankę oddano w ręce autorów przez niego tłumaczonych. Na drogę powrotną nie potrzeba ani grosza, bo go Włosi napewno już nie wypuszczą.”

bt

O autorze tych słów można sporo poczytać na Wikipedii. Na poezji się nie znam mówię to od razu, ale prowadzący rubrykę ewidentnie nie lubi jak ktoś szarga (przynajmniej w jego mniemaniu) świętą sztukę słowa pisanego. Chociaż metafora z krainą zgoła pustych przestrzeni i głową tłumacza świetna.

Jak zwykle można przeczytać egzemplarz w Bibliotece Jagiellońskiej. Karta katalogowa pod tym linkiem.

Sponsorem dzisiejszego odcinka jest pan Asanka – Japołł i Małopolska Biblioteka Cyfrowa.

“U stóp moich kraina dostatków i krasy”, a Charlie popija piwo i zajada krymskie frykasy. Krym część trzecia.

Tytuł posta tym razem to pierwszy wers sonetu “Pielgrzym”.

Właśnie sobie uświadomiłem, że nie jestem dobry w pisaniu relacji z podróży. W poprzedniej części zapomniałem wspomnieć o fenomenalnym przewodniku, z którym zwiedzaliśmy Skalne Miasto i Bakczysaraj panu Aleksandrze. Dawno nie spotkałem takiego człowieka, który miałby w sobie tyle pozytywnego sarkazmu i dobrodusznej ironii (jeśli takie połączenia słowne jak pozytywny sarkazm i dobroduszna ironia istnieją). Także z tego miejsca pozdrawiam pana Aleksandra.

Krymu część trzecia zacznie się od hymnu pochwalnego na cześć kwasu chlebowego, którego tutaj w Polsce wielbicielem nigdy nie byłem, a tam na Krymie spożywałem ten napój notorycznie. Zresztą okazji do zdobycia kwasu chlebowego było mnóstwo, na przykład w większych miastach stały sobie niemalże na każdym roku ulicy takie oto beczki, z których można było otrzymać zimny kwas chlebowy, który świetnie gasił pragnienie przy trzydziestostopniowej temperaturze.

Beczka z kwasem na ulicy w Eupatorii.

Beczka z kwasem na ulicy w Eupatorii.

Skoro już wspomniałem o Eupatorii to przyjrzyjmy się temu miastu bliżej. Eupatoria leży kilkadziesiąt kilometrów od Saki. Dostaliśmy się tam podróżując lokalnymi środkami transportu – busami zwanymi tutaj marszrutkamiEupatoria to ponad stu dwudziestotysięczne miasto, które przez lata było zapomniane, a obecnie konkuruje z Jałtą o miano największego kurortu Półwyspu Krymskiego.

Historia miasta sięga jeszcze czasów osadnictwa greckiego. Eupatoria była w zamierzchłych czasach kolonią grecką o nazwie Kerkinityda. Później bywało różnie Rzymianie, Tatarzy, Turcy i Rosjanie.

W tym mieście znajduje się również największe skupisko Karaimów i jest cała dzielnica karaimska. Najbardziej urokliwy zakątek Eupatorii.

 

Dzielnia karaimska

Dzielnia karaimska

Część dzielnicy jest odrestaurowana i wygląda przepięknie. Kręte uliczki, niewielkie domki skryte za murami pokrytymi płaskorzeźbami bądź kolorowymi malunkami. A część dalej wygląda jak niektóre fragmenty krakowskiego Kazimierza.

Brama do jednego z podwórek.

Brama do jednego z podwórek.

W środku dzielni Karaimów znajdziemy kenesę. Cudne miejsce, które lśni białymi ścianami, a zamiast dachu zwisają pędy winorośli. Możemy również poczytać w nim o historii Karaimów i ich obecnym losie.

Korytarz prowadzący do kenesy.

Korytarz prowadzący do kenesy.

Eupatoria ma również piękny meczet, który bardzo przypomina Hagię Sophię (nie mam dobrego zdjęcia). Cerkiew, która stoi tuż koło meczetu, a za kawałek dalej synagogę żydowską. Kościół katolicki też gdzieś jest w pobliżu.

Jeszcze fragment dzielni karaimów. Po co mieć zwykłą blachę jako bramę skoro można sobie machnąć coś takiego:

Maluneczki na brameczki.

Maluneczki na brameczki.

Eupatoria to także tramwaje poruszające się po jednym torze! Nie wiem jak to działa w praktyce, bośmy poruszali się marszrutkami, ale pewnie dość długo trzeba takim tramwajem jechać.

Wszystkie tory prowadzą do Eupatorii.

Wszystkie tory prowadzą do Eupatorii.

 

To był bardzo owocny dzień w zwiedzaniu dlatego pod koniec zasłużenie usiedliśmy sobie na zimnym piwku w pubie “Szerliok Holms”:)

Zimne i dobre to było piweczko, drogi Watsonie!

Zimne i dobre to było piweczko, drogi Watsonie!

To na razie tyle. Będą jeszcze inne części, bo Krym szeroki jest i długi! Pozdrawiam serdecznie!

P. S. Aha i dzisiaj podobno Dzień Blogera. U mnie jak zwykle stosowna notka pojawi się po czasie:) Wszystkim czytającym, piszącym wsio dobrego!

“Lubię poglądać wsparty na Judahu skale” – jak Charlie zdobywa Krym wytrwale. Część pierwsza.

Sobie tytuł posta zaczerpnąłem z sonetu naszego wieszcza, który odwiedził Półwysep Krymski prawie dwieście lat przede mną. I zobaczył znacznie więcej niż mi dane było zobaczyć. Co zobaczył to spisał w swoich sonetach. Ja zadowolę się tylko wpisem na blogu, bo raczej nie będę konkurował z Mistrzem Adamem.

Podróż moi drodzy na Krym z Krakowa podzielona była na etapy. Pierwszy etap to autobus (w naszym przypadku z Krakowa do Lwowa), a później dwadzieścia pięć godzin jazdy pociągiem relacji Lwów – Symferopol, później jeszcze godzinka drogi autobusem z Symferopolu do miejscowości Saki bądź Saky, gdzie mieliśmy noclegi.

Dworzec we Lwowie

Dworzec we Lwowie

 

Wybraliśmy podróżowanie i noclegi z biurem podróży, które zajęło się organizacją wszystkiego. Myśmy musieli tylko zapłacić pieniążki i być w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. A pobyt na Krymie, w Saki nie był w żaden sposób ograniczany przez biuro. Mogliśmy robić co chcieliśmy i robiliśmy co chcieliśmy:)

Wydawałoby się, że podróż całą dobę pociągiem może być męcząca. Może i była, ale upływ czasu zdecydowanie umililiśmy sobie spożywaniem alkoholu, który okazał się środkiem bardzo pomocnym jeśli chodzi o ugaszanie tak zwanego reisefieber

Piweczko

Piweczko

Pociąg musi przejechać ponad tysiąc sto kilometrów, jest bardzo długi – nasz składał się z ponad dwudziestu wagonów. My mieliśmy wykupione miejsca w czteroosobowej kuszetce czyli w przedziale zamkniętym. Radziecka myśl techniczna, która na początku wydawała się prymitywna i bezsensowna, w trakcie podróży ujawniała powoli swoje niemalże magiczne możliwości i bardzo ergonomiczne właściwości. Przedział okazał się bardzo wygodny i dość zadbany.

Podgrzewacz ciepłej wody użytkowej czyli bojler.

Podgrzewacz ciepłej wody użytkowej czyli bojler.

Każdy wagon ma swojego prowadnika, czyli jak wszyscy podkreślali – drugiego po Bogu obywatela wagonu. Trzeba było z chłopem w zgodzie żyć, bo to on dzierżył klucze do WC, serwował herbatę i kawę, ogólnie służył wyjaśnieniami. I w ten sposób się dowiedzieliśmy, że w wagonie nie ma toalety tylko jest sanitarna zonaNasz prowadnik był w porządku i chyba nas polubił.

Korytarz pociągu

Korytarz pociągu

I nie mogę nie wspomnieć o przystankach na trasie, które czasem trwają pół godziny. Co pozwala zaopatrzyć się w słynne пельмені – czyli pierogi z przeróżnym farszem. Zresztą można na takim przystanku zakupić niemalże wszystko – od piwa, wódki począwszy, a na różnych częściach garderoby skończywszy.

If babuszka gives you a melons - buy and eat them!

If babuszka gives you a melons – buy them and eat them!

Moim zdaniem zdjęcie mówi samo za siebie. Takich pań (bo to głównie panie były) na dworcach było całe zatrzęsienie. I to dzięki nim człowiek mógł nasycić głód cieplutkim pierogiem. Zaprawdę powiadam Wam, że były przepyszne. Szkoda wielka, że nasz Mistrz Adam nie opisał ich w swoich sonetach, bo nie tylko wzmianki w sonecie, ale napisania całego sonetu warte były te pierogi.

To na razie koniec części pierwszej. Będzie ich może więcej jak tylko dojdę do siebie, pozwolę mojej wątrobie odpocząć i przyzwyczaję się do tego, że nie ma trzydziestu stopni w cieniu, a ja nie mogę wyjść na plażę i zanurzyć się w ciepłej wodzie:)

adam

Wieszcz Adam wsparty na Judahu skale, wypatrujący Charliego