Ursula K. Le Guin “Cztery drogi ku przebaczeniu”

Ursula K. Le Guin "Cztery drogi ku przebaczeniu"

Ursula K. Le Guin “Cztery drogi ku przebaczeniu”

Tren “Ku przebaczeniu”

Wielkieś mi uczyniła zamieszanie w domu moim,

moja droga Ursulo tym pisaniem swoim.

Pełno go, a jakby czegoś nie było,

jedną książką wszystko się przeciążyło.

Tyś tak ładnie mówiła i ładnie pisała.

Poważneś  zagadnienia dobrze poruszała.

To ten temat, to owy wdzięcznie poruszając,

i mądrymi tekstami głowę zaprzątając.

Sprawiałaś, że człowiek zaczynał się frasować.

Nad kondycją ludzkości swą głowę myśleniem psować.

Teraz wszystko się skończyło, iskry brakło,

jest może ciekawie, ale nie za bardzo.

Serce czasem coś fajnego znajduje,

ogólne wrażenie nuda i niedokładność psuje.

Czytać by Cię Ursulo można po kres wieków,

choć trochę przynudzasz pisząc do człowieków.

Wszytkie ludzkie wady umiesz wypunktować,

jednak science-fiction zaczyna brakować.

Czytelnik nie wie jaki gatunek czytuje,

obcości i nowości bardzo mu brakuje.

I wszytkie ludzkie rzeczy w książce znajduje,

ale zupełnie tego już nie czuje…

Ty może i dobrze Ursulo chciałaś,

niewolnictwo i szowinizm męski opisałaś.

Piszesz o prawdzie lokalnej i ogólnej,

piszesz o sprawie wszystkim ludziom wspólnej.

Robisz to dobrze, nie ma wątpliwości,

Lecz mały żal zostaje po przeczytaniu całości.

Nawet nie będę się tłumaczył z wyżej napisanych zwrotek, które nieudolnie naśladują mistrza Jana, który lipę lubi.

Cztery historie z uniwersum Hain. Losy dwóch planet Yeowe i Werel, które są bardzo blisko siebie (Ups! Czyżbyśmy skądś to znali? Patrz “Wydziedziczeni”). Ale tym razem jest o niewolnictwie oraz walce kobiet o równouprawnienie.

Werel to świat, w którym system społeczny opiera się na niewolnictwie. Mamy rasę czarnoskórych (sic!) panów, którzy trzymają pod butem resztę trochę bielszych ludzi. I tak ten skostniały system trwa od wieków. Nie zmienia niczego nawiązanie kontaktu z Ekumeną. Rozwój nowych technologii też nie ma żadnego wpływu na jakże wydajną niewolniczą gospodarkę. Dzięki rozwojowi technologii kosmicznych Werel kolonizuje pobliską planetę Yeowe i tam wprowadza bardzo okrutne niewolnicze rządy. Nie ma litości, a ludzie rodzą się i umierają w zagrodach. Dopiero po trzystu latach niewolnicy z Yeowe powstaną i zrzucą jarzmo i kajdany.

Momentami bardzo interesująca, lecz w większości sztywna i nudnawa książka. Najlepsze fragmenty dotyczą opisu planety Hain, z której pochodzi bohater jednego z opowiadań oraz opisu zwyczajów niewolników. Mocne akcenty to historie cierpień niewolników zwłaszcza kobiet, które służyły zarówno panom jak i niewolnikom do zaspokajania seksualnych potrzeb. Służyły również do rozpłodu.

Natomiast cała historia wyzwoleńczej walki jest banalnie i naiwnie napisana. Brakowało czegoś, pewnej autentyczności w tym wszystkim. Dlatego książka nie zostawiła po sobie najlepszego wrażenia. I tak jak napisałem w trenie “Ku przebaczeniu” nie ma science-fiction! Gdyby nie opis Hain czułbym się jakbym czytał opowiadania z Ziemi. Nawet podróż statkiem kosmicznym opisana została niemal jak podróż niewolniczym statkiem sprzed kilkuset lat. Dodatkowo próba usystematyzowania wiedzy o Werel w posłowiu do książki wypadła beznadziejnie i nienaturalnie.

Ale może to mój przesyt Ursulą. Na razie dam sobie spokój z jej pisaniem.

P. S. Aha i nie lekceważę tematu niewolnictwa, po prostu Ursula jak dla mnie nie podźwignęła ciężaru.

Ursula K. Le Guin “Wydziedziczeni”

Ursula K. Le Guin "Wydziedziczeni"

Ursula K. Le Guin "Wydziedziczeni"

Dawno mnie tu  nie było, ale miałem taki szalony okres od początku czerwca, że szkoda gadać. Dużo się działo, dużo się piło. Powrót do szarej (dosłownie i w przenośni – bo w Krakowie pochmurno) rzeczywistości jest bolesny. Ale ja nie o tym, a o książce „Wydziedziczeni”.

Książka została wydana w 1974 roku. To czas gdy w USA powstawało mnóstwo hippisowskich albo religijnych komun, przeprowadzano różnego rodzaju eksperymenty społeczne, które obalały lub potwierdzały wiele mitów. W znacznie szerszym ujęciu na planecie Ziemia ścierały się dwie ideologie, doktryny polityczne i style życia (chociaż o komunizmie jako stylu życia to raczej ciężko pisać). Imperializm radziecki i imperializm amerykański walczyły o strefy wpływów. Wielu polityków, socjologów, naukowców próbowało stworzyć model idealnego społeczeństwa. Wielkie eksperymenty urbanistyczne we Francji, Anglii nawet w Polsce. Wszystko to stanowiło interesujący temat dla pisarki, pani Le Guin.

I pani Ursula napisała książkę, w której widać jej fascynację anarchistyczną filozofią (jest coś takiego?) szybki „look” na Wikipedię i okazuje się, że jest:)

Fabuła książki. „Wydziedziczeni” to historia tym razem z układu Tau Ceta, gdzie mamy planetę Urras oraz jej księżyc Anarres. Na obydwu ciałach niebieskich istnieją cywilizacje, z tymże Anarres zamieszkują uciekinierzy z Urras, dobrowolni emigranci, którzy wyznają odonizm, a ten z kolei jest pewną formą anarchizmu. Na Anarres nie ma prywatnej własności, nie ma centralnej władzy, nie ma elity, nie ma bogatych ani biednych, nie ma określonych słów takich jak „więzienie”, „religia”, „nienawiść”. Żyją oni sobie tam w takich jakby komunach, gdzie wszystkim zarządza komputer. I ciężko pracują, bo życie na Anarres to prawdziwa suka. I nikogo nie oszczędza, mimo tego wszyscy są zadowoleni bo mają się w co ubrać, mają coś do zjedzenia i mogą oddawać się rozrywkom kulturalnym w domach publicznych kultury (taki mój kiepski żarcik). Ogólnie społeczeństwo wydaje się  być naprawdę mądrze zaprojektowane i wydaje się funkcjonować dobrze. Wszyscy są zadowoleni, wolność jednostki jest definiowana poprzez potrzebę i chęć pracy dla społeczności. Kluczem jest słowo „wydaje się”.

Poznajemy Anarres dzięki Szevekowi, który jest trochę inny od swoich ziomków. Znaczy się taki trochę z niego indywidualista, a takich to na Anarres za bardzo nie lubią. Szevek jest fizykiem, geniuszem i ma kilka świetnych pomysłów. Na jego nieszczęście Anarres to  naukowe zadupie, gdzie problemy fizyki czasu i przestrzeni traktowane są po macoszemu, bo ważniejsze są zbiory drzew holum (taka ich roślina), bo coś trzeba jeść. Szevek jest dobrym obywatelem i pracuje tam gdzie go pośle komputer. Lecz chce i pragnie czegoś więcej. Dostaje swoją szansę i opuszcza Anarres, aby na Urras dokończyć swoją teorię.

I poznajemy teraz Urras – planetę z bogatą historią i różnymi ustrojami społecznymi i państwami. Poznajemy ją w momencie, gdy dowiedzieli się, że nie są sami we Wszechświecie, bowiem odwiedzili ich Hainowie i Ziemianie. Szevek trafia na uniwersytet, który żywcem przypomina ziemskie uniwersytety. Jest na Urras obcy, trafia do państwa, które do złudzenia przypomina zachodnie demokracje. Nie zna żadnych zwyczajów, nie zna prawideł jakie rządzą tym państwem. A trafił do kapitalistycznego A-Io. I tak sobie żyje omamiony bogactwem do czasu, aż zobaczy kontrast pomiędzy biednymi a bogatymi i stanie po stronie biednych.

To fabuła w tak bardzo telegraficznym skrócie. Książka nie jest chronologicznie napisana – opis pobytu na Urras, przerywany jest fragmentami z Anarres.

Ładnie i zgrabnie i mądrze opisane stosunki społeczne zarówno na Anarres jak i Urras. Czytając fragmenty z Anarres miałem wrażenie, że czytam o czasach gomułkowskiej propagandy, czynie społecznym i naszej małej stabilizacji. I choć na początku wydawało się, że czytając o Anarres mam do czynienia  z ustrojem niemalże idealnym to w miarę dalszej lektury mogłem zauważyć pęknięcia i rysy na fundamentach tego wzbudzającego sympatię społeczeństwa. A gdzie widać te pęknięcia i rysy? Niby nie ma władzy centralnej, ale spora klika osób od dłuższego czasu jest wybierana do Komitetu Centralnego. Niby, że wszystkim po równo, ale niektórzy dostają  lepsze żarcie, niby że masz wolność jednostki, ale nikt nigdy nie zmienił swojego przydziału pracy z obawy ostracyzmu społecznego. Niby system efektywny i w miarę sprawny, a wystarczyło trochę dni suszy, klęska głodu i już wszystko zaczyna się sypać, a ludzie zapominają o solidarności społecznej i dbają tylko o swoje brzuchy. Niby wolność słowa jest, ale niewygodne jednostki wysyłane są do „sanatoriów”. Dzieci wychowywane są przez ośrodki kształceniowe, a nie rodziców. I tak dalej i tak dalej. Coś co wszyscy dobrze znają z naszego własnego podwórka sprzed lat kilkudziesięciu. Wciąż jednak Anarres wydaje się sporo sympatyczniejszy niż nasze podwórko. Równość udało im się zaprowadzić w przypadku płci. Kobiety i mężczyźni postrzegani są tak samo, tyle samo się od nich wymaga. Emancypacja na sto procent. I jeszcze swoboda seksualna. Nikt nikomu nie zakazuje uprawiania stosunków hetero- i homoseksualnych a ludzie łączą się w pary na zasadzie obopólnego partnerstwa. Nie ma instytucji małżeństwa. Aha i jeszcze co było interesujące – imię nadaje komputer. Jest unikatowe dla każdego mieszkańca Anarres.

Urras to z kolei obraz Ziemi w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Mamy tam kapitalistyczne państwo A-Io oraz jego komunistycznego przeciwnika Thu. Ogromne różnice majątkowe, szowinistyczne społeczeństwo, gdzie kobiety nie są dopuszczane do udziału w życiu naukowym, społecznym i publicznym. Wojna, bieda i jednocześnie ogromne bogactwo wszystkiego. Szevek jest tam obcy i to bardzo. Nie rozumie wielu spraw, nie zna zwyczajów społecznych. Pierwszy raz pije alkohol, którego na Anarres nie ma. Urras nie przedstawia się dobrze w oczach mieszkańca pochodzącego z państwa niemalże realnego socjalizmu, ale jednocześnie jest dla niego pięknym miejscem, gdzie naukowcy nie muszą się martwić o to, że pojadą pielić pietruszkę, albo doglądać trzody chlewnej na jakimś wypizdowie.

Się rozpisałem, to może o wrażeniach. No cóż, jeśli mam być szczery to nie zachwyciła mnie aż tak bardzo. Za mało było science-fiction w tej książce z gatunku science-fiction. A za dużo ziemskich, swojskich klimatów. Czułem się jakbym czytał książkę o przygodach komsomolców i socjalisty z ZSRR, który nagle trafia na Zachód Europy. Książka jako trafna analiza społeczeństwa, różnego rodzaju rządów i tym podobne sprawdza się doskonale, ale jak dla mnie było tego za dużo.

Na końcu Szevek rozmawia z panią ambasador z Ziemi, która kreśli mu wizję naszej planety jako kompletnie zdewastowanej, zatrutej i zniszczonej. I gdyby nie Hainowie ludzkość zginęłaby marnie. Taka przestroga dla nas!

„Wydziedziczeni” to klasyk s-f, choć dla mnie tego s-f było jednak ciut za mało. Nie oznacza to, że książka jest zła. Czytało się ją fajnie, ale bez porywów serca. Poza tym było kilka nieścisłości, które dało się zauważyć. A może ja mam trochę już dość pani Le Guin? I należałoby na chwilę odstawić czytanie jej książek? Sam nie wiem.

 

 

Ursula K. Le Guin “Miasto złudzeń”

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ależ mam cug! Jadę z cyklem “Hain” jak polski rząd z bublami prawnymi – szybko, ostro i bez zastanowienia (bez przesady – ja się po lekturze zastanowię, rząd przed i po wydaleniu ze swych biurokratycznych trzewi jakiegoś przepisu nie zastanawia się w ogóle). Tym razem przedstawiam Wam trzecią część wspomnianego na początku cyklu. I dodam od siebie, że tę część darzę ogromnym sentymentem i ciepłymi uczuciami. Pamiętam tę książeczkę, która była moją w własnością w latach mych nastoletnich. Tego chłopczyka z okładki i cycatą kobietę z tyłu, w tle jakieś pterodaktyle. Okładkę nijak mającą się  do treści książki, ale kto by się tam tym przejmował. A ta moja się rozleciała, bo klejona była śliną morświna, a ślina morświna, co wiedzą wszyscy członkowie ludu Inuitów nie trzyma za długo. Pamiętam również złość jaka mnie ogarnęła, gdy wróciwszy na jakieś święta do domu, styrany po sesji egzaminacyjnej, nie mogłem znaleźć tej książki w mej biblioteczce. Oj, dostało się mej siostrze młodszej, dostało (oczywiście obyło się bez przemocy fizycznej. Na to byliśmy już oboje za starzy). Książka gdzieś zaginęła i od tamtej pory nie była nigdzie widziana. Dlatego odświeżenie jej było bardzo dobrym pomysłem. A teraz fabuła.

Budzisz się nieznanym miejscu, bania Cię napierd… boli straszliwie, nie pamiętasz nic z poprzedniej nocy… Brzmi znajomo? Na nieszczęście dla głównego bohatera książki to nie był kolejny niedzielny poranek. To było coś znacznie gorszego. Zagubiony człowiek w ogromnym lesie, nie pamięta nic, nic nie rozumie. Błąka się przez dziką puszczę. Na szczęście trafia pod opiekę dobrych ludzi z małej osady zwanej Domem Zove. Człowiek ów nic nie pamięta, jest bezrozumny jak ameba. Zero świadomości i śladu rozumu. Członkowie domostwa zagubionego wśród niezmierzonego lasu opiekują się przybyszem troskliwe. Powoli nieznajomy zyskuje wiedzę i swoją osobowość, ale nie odzyskuje pamięci a my wraz z nim dowiadujemy się, co spotkało Ziemię oraz Ligę Wszystkich Światów. Od ponad tysiąca lat nie ma już międzyplanetarnej Unii. Przegrała wojnę z tajemniczym najeźdźcą rasą/ludem/gatunkiem nazywającym siebie Shinga. Przegrała, gdyż Shinga mogli kłamać w myślomowie, a to wydawało się niemożliwe. Mieszkańcy Ziemi żyją odosobnieni w enklawach, nie ma żadnych państw, imperiów, narodów ani nawet miast poza jednym. Lecz to miasto jest siedzibą Shinga. Nowoczesne technologie praktycznie zostały zapomniane poza nielicznymi wyjątkami. Historia wojny i historia ludzi przetrwała w mitach i legendach. Dlatego Falk (tak nazwali dziwnego gościa mieszkańcy domu), który różni się trochę od mieszkańców Ziemi opuszcza dom i rusza na zachód do siedziby Shinga by poznać prawdę o sobie. Falk wędruje przez kontynent napotykając wiele pozostałości po dawnej cywilizacji. Niektóre budzą zachwyt, inne grozę. Wciąż wędrując trafia do niewoli barbarzyńców, spotyka kobietę, która staje się jego towarzyszką i której ufa, co okazuje się błędem. A śpiewała Budka Suflera, żeby nie wierzyć nigdy kobiecie, ale  skąd Falk mógł wiedzieć. Być może nagrania Budki Suflera przepadły podczas wojny z Shinga. Napotyka Tajemniczy lud Pszczelarzy, którzy kultywują dziwną religię związaną z symboliką krzyża i składaniem ofiar z ludzi. Ogólnie ma mnóstwo przygód i nieuchronnie zbliża się do Es Toch czyli siedziby Shinga. W tej siedzibie odkrywa, że Shinga wymazali mu tożsamość, okłamali go, przywrócili mu tożsamość kosztem starej, ale on zachował starą tożsamość i jednocześnie jest przybyszem z planety, której jeden Rok równa się sześćdziesięciu ziemskim latom i Falkiem z Ziemi (trochę to skomplikowane). Shinga chcą od niego namiarów na rodzinną planetę. On okazuje się od nich sprytniejszy i wywodzi ich w pole. I startuje na statku kosmicznym do domu. Wszystko kończy się chyba szczęśliwie:)

Miałem sporo frajdy czytając tę książkę, która jest znacznie lepsza od dwóch poprzednich. Widać, że pani Le Guin się rozwijała i jej książki stają się bogatsze, pełniejsze oraz znacznie ciekawsze. Wędrówka Falka przez Ziemię, a dokładniej kontynent amerykański przypominała mi wędrówką przez jakiś postapokaliptyczny świat, w którym widać ślady dawnej świetności ludzkiej cywilizacji. Te szczątki informacji o dawnej Wojnie, o historii ludzkiej cywilizacji, jakie zbiera Falk, historie dawno wymarłych światów to dla mnie prawdziwy smaczek. Widocznie już jako małolat jarałem się wizją świata po zagładzie i zostało mi to do dzisiaj. Ledwie zarysowane dzieje wojny z Shinga, wzmianki o eksperymentach genetycznych, eugenice i tym podobnych sprawach rozbudzają wyobraźnię i prowokują do pytań o los ludzkości. Ech, jaka wielka szkoda, że nie mam już swojego egzemplarza „Miasta Złudzeń”.

I bawi mnie trochę ta maniera Le Guin zaludniająca swój kosmos samymi humanoidami, które tylko trochę różnią się od siebie:) Ale to przecież jej świat i może robić co chce.

Ursula K. Le Guin “Planeta wygnania”

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Odgrzebywania przeszłości ciąg dalszy. Dodam, że nie jest to jakaś przeszłość szczególnie mi bliska i którą darzę szczególną estymą i miłością. Ot, kiedyś się czytało i się podobało. A jak jest dzisiaj? Czy Charlie spojrzy wyniosłym wzrokiem na książki pani Le Guin i powie: a Fe! Ja tutaj „zaczytowywuję” się  Proustem, Shoppenhauerem i Kantem, więc won mi z tą fantastyką won! Ale Charlie nie należy do ludzi, którzy odrzucają bezwzględnie swoje korzenie. I nie należy również do ludzi, którzy uważają za złe czytanie Prousta lub Shoppenhauera i innych tuzów i bossów świata filozofii i literatury. Po prostu Charlie nie czuje się jeszcze gotowy na zmierzenie się z tak poważnymi tematami. A czytanie „Planety wygnania” pani Le Guin, drugiej książki z tak zwanego cyklu „Hain” sprawiło mu mnóstwo radości i bądźmy szczerzy poważnego wyzwania nie stanowi.

Co mamy w tej dość cienkiej, jeśli chodzi o objętość książce? Planetę o ciekawym cyklu rocznym, gdzie jeden rok to całe życie człowieka. Długie Lato dobiegło końca, kończy się Jesień i nadchodzi Zima (Winter is coming! George, Winter is coming! Wybaczcie nie mogłem się powstrzymać), Zima która zmusiła koczowniczy lud Askatewaru do wybudowania sobie zimowego miasta, które pozwoli im przetrwać srogą zimę. Obok tubylców żyją sobie tajemniczy farbornowie, uważani przez koczowników za czarowników i magów. Prawda jak zwykle okazuje się prozaiczna. To nie żadni magowie tylko przybysze z obcej planety (rzeczywiście prozaiczność z tego faktu, aż się wylewa). Przybyli tu przed sześciuset ziemskimi laty i zostali. Okazało się, że Liga ich zostawiła i się nie odzywa. Więc nie wiedzą, co się z Ligą stało. I tak sobie żyją ci farbornowie powoli wymierając, bo planeta dla nich jednak, aż tak gościnna nie jest. Są znacznie lepiej technologicznie rozwinięci od koczowników, ale coraz więcej zapominają i coraz mniej wierzą w jakiś znak od Ligi. Czują, że znikną z powierzchni tej planety, która stała się dla nich więzieniem i jest wciąż obca, mimo, że żyją tu od pokoleń. Wracając do fabuły. Wydawałoby się, że to będzie kolejna długa Zima, podczas, której większość z ludzi umrze, bo już byli starzy, a młodzi dorosną i przejmą ich obowiązki latem i tak zamknie się cykl życia. Niestety ghalowie, tacy jeszcze gorsi barbarzyńcy od koczowników, którzy co roku ciągną na południe uciekając przed Zimą, pokrzyżują im plany. Tegoroczni wędrowcy zdecydowali się bowiem połączyć swe wszystkie siły i maszerują ogromną hordą, paląc, grabiąc i mordując wszystkie inne Zimowe miasta. I tak zacznie się walka o przetrwanie w niegościnnej aurze pogodowej i z dość zaciekłym przeciwnikiem. Nie obędzie się bez wątku miłosnego aktywnie angażującego dwie rasy humanoidalne. Zarówno cieleśnie jak i umysłowo. Okazało się, że farbornowie potrafią się posługiwać telepatią, a nauczyli się tego na planecie zwanej Światem Rocannona. Nie będę ukrywał, że skończy się to wszystko happy endem. A jutrzenka nowego blasku zaświeci zarówno dla przybyszów z gwiazd jak i tubylców.

Książka w porównaniu ze „Światem Rocannona” wydawała mi się pełniejsza, bardziej żywa i lepiej napisana. Wciągnęła mnie ponownie. W trakcie czytania miałem gwałtowne błyski odświeżanych wspomnień. To aktywowały się szare komórki, które wydawałoby się już dawno poległy w szlachetnej, lecz beznadziejnej walce z demonem alkoholu. Muszę podziękować pani Le Guin za odratowanie niektórych elementów, które składają się na całościowy obraz Charliego.

Napiszę jeszcze o zderzeniu dwóch cywilizacji. Jedna to barbarzyńcy, którzy nawet nie wynaleźli koła i dla nich czas to

“[…] był ten jeden bieżący dzień nieogarnionego umysłem Roku. Nie znali słów na określenie zaszłości historycznych – wszystko działo się albo „dziś”, albo w „przedczasie”. Jeśli wybiegali myślami w przyszłość, to nie dalej niż do następnej pory Roku. Nie patrzyli na czas jak na coś zewnętrznego, ale tkwili wewnątrz niego, jak lampa w ciemności nocy, jak serce w żywym ciele.[…].”

Drudzy natomiast to potomkowie kosmicznych wędrowców, którzy pochodzą z tej samej planety co Rocannon. Co prawda zmuszeni są do przestrzegania Embarga Kulturowego i nie mogą wykorzystywać swej technologicznej przewagi w kontaktach z tubylcami. Co jest trochę absurdem, bo kurde przybyli z gwiazd i posiadają wiedzę wykraczającą poza wszelkie wyobrażenia tubylców. Znają koło, szkło, a nawet bieżącą wodę, a więc Embargo Kulturowe już dawno cholera złamali.  Wiedzą, że są na Kolonii Gamma Smoka III. Wiedzą, że Ziemia jest ich prawdziwym “Domem”! I te dwie kultury i społeczeństwa żyły obok siebie przez sześćset ziemskich lat we względnym spokoju. Przybysze z gwiazd nawet, gdy utracili nadzieję na kontakt ze swoimi pobratymcami z Ligi to wciąż przestrzegali Praw i Kodeksów Ligii. I w ogóle ani razu nie korciło ich, aby podbić tę planetę. Co mnie trochę jednak dziwi znając naturę humanoidów. W końcu mieli możliwości, przynajmniej na początku. No, ale na początku była nadzieja, że Liga wróci. W końcu Liga rządzi, Liga radzi, Liga nigdy Cię nie zdradzi, ale czasem Cię zapomni. A na szczęście czas pokazał, że natura i ewolucja są potężnymi siłami i nawet przybysze z gwiazd poczuli się w końcu jak w domu.

To tyle moi drodzy. Idę spać, bom zmęczony, a długi weekend is coming.