Ursula K. Le Guin “Cztery drogi ku przebaczeniu”

Ursula K. Le Guin "Cztery drogi ku przebaczeniu"

Ursula K. Le Guin “Cztery drogi ku przebaczeniu”

Tren “Ku przebaczeniu”

Wielkieś mi uczyniła zamieszanie w domu moim,

moja droga Ursulo tym pisaniem swoim.

Pełno go, a jakby czegoś nie było,

jedną książką wszystko się przeciążyło.

Tyś tak ładnie mówiła i ładnie pisała.

Poważneś  zagadnienia dobrze poruszała.

To ten temat, to owy wdzięcznie poruszając,

i mądrymi tekstami głowę zaprzątając.

Sprawiałaś, że człowiek zaczynał się frasować.

Nad kondycją ludzkości swą głowę myśleniem psować.

Teraz wszystko się skończyło, iskry brakło,

jest może ciekawie, ale nie za bardzo.

Serce czasem coś fajnego znajduje,

ogólne wrażenie nuda i niedokładność psuje.

Czytać by Cię Ursulo można po kres wieków,

choć trochę przynudzasz pisząc do człowieków.

Wszytkie ludzkie wady umiesz wypunktować,

jednak science-fiction zaczyna brakować.

Czytelnik nie wie jaki gatunek czytuje,

obcości i nowości bardzo mu brakuje.

I wszytkie ludzkie rzeczy w książce znajduje,

ale zupełnie tego już nie czuje…

Ty może i dobrze Ursulo chciałaś,

niewolnictwo i szowinizm męski opisałaś.

Piszesz o prawdzie lokalnej i ogólnej,

piszesz o sprawie wszystkim ludziom wspólnej.

Robisz to dobrze, nie ma wątpliwości,

Lecz mały żal zostaje po przeczytaniu całości.

Nawet nie będę się tłumaczył z wyżej napisanych zwrotek, które nieudolnie naśladują mistrza Jana, który lipę lubi.

Cztery historie z uniwersum Hain. Losy dwóch planet Yeowe i Werel, które są bardzo blisko siebie (Ups! Czyżbyśmy skądś to znali? Patrz “Wydziedziczeni”). Ale tym razem jest o niewolnictwie oraz walce kobiet o równouprawnienie.

Werel to świat, w którym system społeczny opiera się na niewolnictwie. Mamy rasę czarnoskórych (sic!) panów, którzy trzymają pod butem resztę trochę bielszych ludzi. I tak ten skostniały system trwa od wieków. Nie zmienia niczego nawiązanie kontaktu z Ekumeną. Rozwój nowych technologii też nie ma żadnego wpływu na jakże wydajną niewolniczą gospodarkę. Dzięki rozwojowi technologii kosmicznych Werel kolonizuje pobliską planetę Yeowe i tam wprowadza bardzo okrutne niewolnicze rządy. Nie ma litości, a ludzie rodzą się i umierają w zagrodach. Dopiero po trzystu latach niewolnicy z Yeowe powstaną i zrzucą jarzmo i kajdany.

Momentami bardzo interesująca, lecz w większości sztywna i nudnawa książka. Najlepsze fragmenty dotyczą opisu planety Hain, z której pochodzi bohater jednego z opowiadań oraz opisu zwyczajów niewolników. Mocne akcenty to historie cierpień niewolników zwłaszcza kobiet, które służyły zarówno panom jak i niewolnikom do zaspokajania seksualnych potrzeb. Służyły również do rozpłodu.

Natomiast cała historia wyzwoleńczej walki jest banalnie i naiwnie napisana. Brakowało czegoś, pewnej autentyczności w tym wszystkim. Dlatego książka nie zostawiła po sobie najlepszego wrażenia. I tak jak napisałem w trenie “Ku przebaczeniu” nie ma science-fiction! Gdyby nie opis Hain czułbym się jakbym czytał opowiadania z Ziemi. Nawet podróż statkiem kosmicznym opisana została niemal jak podróż niewolniczym statkiem sprzed kilkuset lat. Dodatkowo próba usystematyzowania wiedzy o Werel w posłowiu do książki wypadła beznadziejnie i nienaturalnie.

Ale może to mój przesyt Ursulą. Na razie dam sobie spokój z jej pisaniem.

P. S. Aha i nie lekceważę tematu niewolnictwa, po prostu Ursula jak dla mnie nie podźwignęła ciężaru.

Ursula K. Le Guin “Wydziedziczeni”

Ursula K. Le Guin "Wydziedziczeni"

Ursula K. Le Guin "Wydziedziczeni"

Dawno mnie tu  nie było, ale miałem taki szalony okres od początku czerwca, że szkoda gadać. Dużo się działo, dużo się piło. Powrót do szarej (dosłownie i w przenośni – bo w Krakowie pochmurno) rzeczywistości jest bolesny. Ale ja nie o tym, a o książce „Wydziedziczeni”.

Książka została wydana w 1974 roku. To czas gdy w USA powstawało mnóstwo hippisowskich albo religijnych komun, przeprowadzano różnego rodzaju eksperymenty społeczne, które obalały lub potwierdzały wiele mitów. W znacznie szerszym ujęciu na planecie Ziemia ścierały się dwie ideologie, doktryny polityczne i style życia (chociaż o komunizmie jako stylu życia to raczej ciężko pisać). Imperializm radziecki i imperializm amerykański walczyły o strefy wpływów. Wielu polityków, socjologów, naukowców próbowało stworzyć model idealnego społeczeństwa. Wielkie eksperymenty urbanistyczne we Francji, Anglii nawet w Polsce. Wszystko to stanowiło interesujący temat dla pisarki, pani Le Guin.

I pani Ursula napisała książkę, w której widać jej fascynację anarchistyczną filozofią (jest coś takiego?) szybki „look” na Wikipedię i okazuje się, że jest:)

Fabuła książki. „Wydziedziczeni” to historia tym razem z układu Tau Ceta, gdzie mamy planetę Urras oraz jej księżyc Anarres. Na obydwu ciałach niebieskich istnieją cywilizacje, z tymże Anarres zamieszkują uciekinierzy z Urras, dobrowolni emigranci, którzy wyznają odonizm, a ten z kolei jest pewną formą anarchizmu. Na Anarres nie ma prywatnej własności, nie ma centralnej władzy, nie ma elity, nie ma bogatych ani biednych, nie ma określonych słów takich jak „więzienie”, „religia”, „nienawiść”. Żyją oni sobie tam w takich jakby komunach, gdzie wszystkim zarządza komputer. I ciężko pracują, bo życie na Anarres to prawdziwa suka. I nikogo nie oszczędza, mimo tego wszyscy są zadowoleni bo mają się w co ubrać, mają coś do zjedzenia i mogą oddawać się rozrywkom kulturalnym w domach publicznych kultury (taki mój kiepski żarcik). Ogólnie społeczeństwo wydaje się  być naprawdę mądrze zaprojektowane i wydaje się funkcjonować dobrze. Wszyscy są zadowoleni, wolność jednostki jest definiowana poprzez potrzebę i chęć pracy dla społeczności. Kluczem jest słowo „wydaje się”.

Poznajemy Anarres dzięki Szevekowi, który jest trochę inny od swoich ziomków. Znaczy się taki trochę z niego indywidualista, a takich to na Anarres za bardzo nie lubią. Szevek jest fizykiem, geniuszem i ma kilka świetnych pomysłów. Na jego nieszczęście Anarres to  naukowe zadupie, gdzie problemy fizyki czasu i przestrzeni traktowane są po macoszemu, bo ważniejsze są zbiory drzew holum (taka ich roślina), bo coś trzeba jeść. Szevek jest dobrym obywatelem i pracuje tam gdzie go pośle komputer. Lecz chce i pragnie czegoś więcej. Dostaje swoją szansę i opuszcza Anarres, aby na Urras dokończyć swoją teorię.

I poznajemy teraz Urras – planetę z bogatą historią i różnymi ustrojami społecznymi i państwami. Poznajemy ją w momencie, gdy dowiedzieli się, że nie są sami we Wszechświecie, bowiem odwiedzili ich Hainowie i Ziemianie. Szevek trafia na uniwersytet, który żywcem przypomina ziemskie uniwersytety. Jest na Urras obcy, trafia do państwa, które do złudzenia przypomina zachodnie demokracje. Nie zna żadnych zwyczajów, nie zna prawideł jakie rządzą tym państwem. A trafił do kapitalistycznego A-Io. I tak sobie żyje omamiony bogactwem do czasu, aż zobaczy kontrast pomiędzy biednymi a bogatymi i stanie po stronie biednych.

To fabuła w tak bardzo telegraficznym skrócie. Książka nie jest chronologicznie napisana – opis pobytu na Urras, przerywany jest fragmentami z Anarres.

Ładnie i zgrabnie i mądrze opisane stosunki społeczne zarówno na Anarres jak i Urras. Czytając fragmenty z Anarres miałem wrażenie, że czytam o czasach gomułkowskiej propagandy, czynie społecznym i naszej małej stabilizacji. I choć na początku wydawało się, że czytając o Anarres mam do czynienia  z ustrojem niemalże idealnym to w miarę dalszej lektury mogłem zauważyć pęknięcia i rysy na fundamentach tego wzbudzającego sympatię społeczeństwa. A gdzie widać te pęknięcia i rysy? Niby nie ma władzy centralnej, ale spora klika osób od dłuższego czasu jest wybierana do Komitetu Centralnego. Niby, że wszystkim po równo, ale niektórzy dostają  lepsze żarcie, niby że masz wolność jednostki, ale nikt nigdy nie zmienił swojego przydziału pracy z obawy ostracyzmu społecznego. Niby system efektywny i w miarę sprawny, a wystarczyło trochę dni suszy, klęska głodu i już wszystko zaczyna się sypać, a ludzie zapominają o solidarności społecznej i dbają tylko o swoje brzuchy. Niby wolność słowa jest, ale niewygodne jednostki wysyłane są do „sanatoriów”. Dzieci wychowywane są przez ośrodki kształceniowe, a nie rodziców. I tak dalej i tak dalej. Coś co wszyscy dobrze znają z naszego własnego podwórka sprzed lat kilkudziesięciu. Wciąż jednak Anarres wydaje się sporo sympatyczniejszy niż nasze podwórko. Równość udało im się zaprowadzić w przypadku płci. Kobiety i mężczyźni postrzegani są tak samo, tyle samo się od nich wymaga. Emancypacja na sto procent. I jeszcze swoboda seksualna. Nikt nikomu nie zakazuje uprawiania stosunków hetero- i homoseksualnych a ludzie łączą się w pary na zasadzie obopólnego partnerstwa. Nie ma instytucji małżeństwa. Aha i jeszcze co było interesujące – imię nadaje komputer. Jest unikatowe dla każdego mieszkańca Anarres.

Urras to z kolei obraz Ziemi w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Mamy tam kapitalistyczne państwo A-Io oraz jego komunistycznego przeciwnika Thu. Ogromne różnice majątkowe, szowinistyczne społeczeństwo, gdzie kobiety nie są dopuszczane do udziału w życiu naukowym, społecznym i publicznym. Wojna, bieda i jednocześnie ogromne bogactwo wszystkiego. Szevek jest tam obcy i to bardzo. Nie rozumie wielu spraw, nie zna zwyczajów społecznych. Pierwszy raz pije alkohol, którego na Anarres nie ma. Urras nie przedstawia się dobrze w oczach mieszkańca pochodzącego z państwa niemalże realnego socjalizmu, ale jednocześnie jest dla niego pięknym miejscem, gdzie naukowcy nie muszą się martwić o to, że pojadą pielić pietruszkę, albo doglądać trzody chlewnej na jakimś wypizdowie.

Się rozpisałem, to może o wrażeniach. No cóż, jeśli mam być szczery to nie zachwyciła mnie aż tak bardzo. Za mało było science-fiction w tej książce z gatunku science-fiction. A za dużo ziemskich, swojskich klimatów. Czułem się jakbym czytał książkę o przygodach komsomolców i socjalisty z ZSRR, który nagle trafia na Zachód Europy. Książka jako trafna analiza społeczeństwa, różnego rodzaju rządów i tym podobne sprawdza się doskonale, ale jak dla mnie było tego za dużo.

Na końcu Szevek rozmawia z panią ambasador z Ziemi, która kreśli mu wizję naszej planety jako kompletnie zdewastowanej, zatrutej i zniszczonej. I gdyby nie Hainowie ludzkość zginęłaby marnie. Taka przestroga dla nas!

„Wydziedziczeni” to klasyk s-f, choć dla mnie tego s-f było jednak ciut za mało. Nie oznacza to, że książka jest zła. Czytało się ją fajnie, ale bez porywów serca. Poza tym było kilka nieścisłości, które dało się zauważyć. A może ja mam trochę już dość pani Le Guin? I należałoby na chwilę odstawić czytanie jej książek? Sam nie wiem.

 

 

Ursula K. Le Guin “Słowo “las” znaczy świat”

Ursula K. Le Guin "Słowo las znaczy świat"

Ursula K. Le Guin "Słowo las znaczy świat"

Dobra wróciłem. Ależ miałem tydzień moi kochani. Konferencja w Warszawie od środy do piątku, sobota to odjazdowy w Krakowie, a w niedzielę impreza rodzinna w Łodzi. Po prostu szok! Nawet nie miałem kiedy napisać o książce, którą przeczytałem w drodze do Warszawy. Idąc za ciosem będzie to kolejna Ursula i kolejna książka zaliczana do cyklu Hain.

Opowiem Wam o fabule troszkę. Bo to ważne jest jeśli chodzi o powieści fantastyczne. Uniwersum Hain, ziemska kolonia na Nowej Tahiti. Ziemianie kolonizują planetę, która niemal w całości pokryta jest lasem. I oni sobie to drzewo wycinają i wysyłają na Ziemię, bo na Ziemi nie ma już drzewa, wielu rzeczy na Ziemi nie ma. Zwierząt też już nie ma, oprócz szczurów. Ziemia to betonowa pustynia, na której zdarzają się klęski głodu. Ale na szczęście są statki kosmiczne, które Ziemianie skwapliwie wykorzystują do kolonizacji planet „we” kosmosie. Nowa Tahiti to raj, cieplutko, zwierzątka bardzo podobne do ziemskich (i są żywe a nie sztuczne), świeże powietrze, ciężka praca i wyzwanie skolonizowania nowego świata. Czyż nie jest to marzeniem każdego mężczyzny? Przybyć, zobaczyć, wyciąć, zwyciężyć? Zrobić z pięknego świata przytulny dom bez zwierząt, bez lasów za to z betonem i skażonym środowiskiem. Na Nowej Tahiti ludziom w zrealizowaniu ich celu nie przeszkadza nic, nawet tubylcza ludność, która znacznie różni się od Ziemian, lecz wykazuje cechy humanoidalne. „Stworzątka” bo tak określają miejscowych Ziemianie wykorzystywane są bez litości do ciężkich prac, ich wioski są  palone, kobiety gwałcone (zadziwiające, że choć Ziemianie brzydzą się „stworzątek” i uważają ich za coś podobnego do małp to jednak kobiety gwałcić można). I tak sobie kolonizują tę Nową Tahiti ćpając, rąbiąc las, paląc wioski, (można powiedzieć, że robią to w klasycznym dziewiętnastowiecznym stylu). Aż do momentu, w którym pokojowi mieszkańcy Athsheanu, bo tak naprawdę nazywa się Nowa Tahiti nie przyswoili sobie od ludzi pewnej „umiejętności” czyli zabijania. Całość kończy się swego rodzaju „happy endem” choć to mocno na wyrost powiedziane. “Happy endem” dla miejscowych, ale nie dla Ziemian.

„Słowo las…” to modelowa książka opisująca cywilizację białego człowieka w natarciu. Przeniesiona w kosmos. Hiszpanie w Ameryce Południowej, Anglicy w Indiach czy Afryce, Australii i Ameryce Północnej, Rosjanie na swoich wschodnich rubieżach. Wszyscy oni postępowali tak samo w stosunku do miejscowych jak ziemscy kolonizatorzy w stosunku do humanoidalnych „stworzątek”. Jeden tylko członek ziemskiej ekipy zadał sobie trud poznania kultury i cywilizacji owłosionych krewniaków ludzi. Nie wyszło z tego nic dobrego, ale zazwyczaj tak bywa.

Czytałem sobie tę książkę i skojarzenia z konfliktem w Wietnamie były nieuniknione. Po pierwsze książka została wydana w 1976 roku, chwilę po skończeniu wojny w Wietnamie. Po drugie mamy na planecie las, który niczym dżungla jest nieprzenikniony i Ziemianie nie przyzwyczajeni do takiej ilości drzew czują  się zagubieni jak Amerykanie w wietnamskiej dżungli. Po trzecie miejscowi są mali jak Wietnamczycy. Co prawda nie żółci, ale za to różnokolorowi i pokryci futrem. A las na swej planecie znają jak mało kto. Jest taka scena w „Czasie Apokalipsy” w której do muzyki Wagnera amerykańskie helikoptery atakują Wietnamczyków. Totalna rozpierducha, ogień, wybuchy i ta muzyka… Czytając książkę miałem przed oczyma podobny widok. I tu również pojawia się szalony żołnierz, który ukrywa się w dżungli i walczy z tubylcami. Nie zakłada swojego królestwa jak bohater „Czasu apokalipsy” ale dla mnie skojarzenie było dość oczywiste.

„Słowo las znaczy świat” jest znacznie słabszą pozycją niż „Lewa…”. Jak dla mnie czuć upływ czasu, czuć mocne zaangażowanie autorki w ówczesne sprawy społeczne i polityczne. Analogie i metafory są bardzo oczywiste i proste jak amerykańska „way of life”. Nie podobało mi się to. Nie to żeby książka była kiepska, o nie:) Czytało się ją bardzo dobrze i szybko, po prostu widać sporą różnicę jeśli chodzi o jakość, między jej poprzedniczką z cyklu Hain.

Innym smaczkiem może być umiejscowienie w czasie jeśli chodzi o cały cykl Hain. Jesteśmy bowiem świadkami narodzin Ligi Światów oraz wynalezienia ansibla.

I na koniec scena z “Czasu apokalipsy”:

“Czas apokalipsy”

P. S. Miałem również problem z kolejnością książek. Otóż na przykład na biblionetce „Słowo las” jest piątą książką z cyklu Hain, tak samo jak w polskiej Wikipedii. W angielskiej Wikipedii na stronie dotyczącej samego cyklu to „Wydziedziczeni” są piątą książką, a „Słowo las…” dopiero szóstą. Ale już na podstronach dotyczących poszczególnych książek to właśnie „Słowo las…” jest wymienione jako następna powieść po „Lewej…”

Zamieszanie wzięło się pewnie stąd, że powieść „Słowo las…” powstała na bazie opowiadania z 1972 roku. I teraz jestem w kropce, bo „Wydziedziczonych” to ja dopiero czytam:)

Ursula K. Le Guin “Lewa ręka ciemności”

Ursula K. Le Guin "Lewa ręka ciemności"

Ursula K. Le Guin "Lewa ręka ciemności"

Kolejna książka osadzona w świecie Hain. A tak zupełnie różna od poprzednich. „Lewa ręka…” to już nie baśniowe fanasy z elementami science-fiction, to nie wędrówka po postapokaliptycznej Ziemi podbitej przez Shinga. To książka znacznie bardziej dojrzała, mądrzejsza i poruszająca zupełnie inną tematykę, to niemalże esej socjologiczny i etnograficzny.

„Lewa ręka…” to laureatka nagród Nebula i Hugo, (podobnie jak ”Równi bogom”), ale gdybym miał porównywać te dwie książki to zdecydowanie i to w przedbiegach zwyciężyłaby „Lewa ręka…” Na potrzeby tej recenzji założę, że większość, która trafiła na mojego bloga i na Fantastykon „Lewą rękę…” przeczytała. Ale zrobię również małe wprowadzenie. Gethen to świat, na którym istnieje cywilizacja istot humanoidalnych, w której nie ma podziału na płcie. Przez większą część pozostają bezpłciowi i tylko przez kilka dni w miesiącu są aktywni płciowo. Z czego mogą być albo kobietą albo mężczyzną. I na ten świat przybywa wysłannik Ekumeny czyli Ligi Światów by im zaoferować współpracę. Jego oczyma i nie tylko jego poznajemy to zadziwiające społeczeństwo.

Co napędza cywilizację, rodzi postęp technologiczny i sprawia, że ludzie wciąż pragną czegoś więcej. Chcą robić rzeczy szybciej, lepiej, z większym rozmachem? Co jest tą siłą napędową ludzkości? Odpowiedzi na to pytanie będzie tak wiele, jak wiele jest dziedzin nauki i ludzi. Sprawa jest bardzo skomplikowana i nie do opisania w jednym wpisie. Jako, że naukowcem nie jestem będę mógł sobie pozwolić na ogromne uproszczenia w moim tekście. Co sprawiło i sprawia, że ludzie wymyślają coraz to nowe wynalazki i rozwiązania technologiczne. Nie poprzestają na jednych osiągnięciach i chcą mieć więcej i więcej. Zarówno jako pojedynczy osobnicy jak i jako cały gatunek. Uwaga! Będzie pierwsze uproszczenie: popęd płciowy. Libido jako forma energii psychicznej, która pcha nas do przodu, zmusza do popełniania różnych czynów a wszystko to w celu zdobycia partnera seksualnego! Cały czas obecna, praktycznie nie uśpiona. Dwadzieścia cztery godziny na dobę zarówno kobiety jak i mężczyźni myślą o seksie (uproszczenie numer 2). I dla tego seksu, dla tej obietnicy seksu potrafią wszczynać wojny, zabijać, kraść, wreszcie czynić dobro.

Uproszczenie numer 3. Wojna. Na Gethen nie ma wojen. Są zabójstwa, bójki, rodowe waśnie, ale nie ma wojen w naszym ziemskim rozumieniu tego słowa. Jest nienawiść, jest miłość, ale dotyka ona ludzi w sposób osobisty, nie ma nienawiści do jakiegoś narodu, państwa, idei. Takie uogólnienia są Getheńczykom obce. Jeśli występuje tam patriotyzm to w jak najbardziej pierwotnej, lokalnej formie. Patriotyzm rozumiany poprzez miłość do domu rodzinnego, okolic w których się dorastało, a nie do kraju, którego granice nakreślone są na mapie. Książka Le Guin została wydana w czasie, gdy na naszej własnej planecie dwa mocarstwa w każdej chwili mogły doprowadzić do wojny totalnej, do anihilacji ludzkiej rasy. I nie wiem dlaczego piszę w czasie przeszłym. Dwa mocarstwa i nie tylko owe dwa, wciąż mogą doprowadzić do wspomnianej już przez mnie anihilacji. Dlatego opisanie świata, w którym choć są różne organizmy państwowe, a nie ma wojen wywołało swego czasu taką sensację.

Getheńczycy są najprawdopodobniej wynikiem eksperymentów genetycznych prowadzonych przez starożytnych mieszkańców planety Hain. Nikt nie wie w jakim celu stworzono Getheńczyków, o ile ich stworzono. Genly Ai myśli, że może chodziło o wykreowanie społeczeństwa pozbawionego wojen. Ale czy rzeczywiście jedyną przyczyną braku wojen na Gethen jest brak płci? Aby to zrozumieć należy wiedzieć, że Getheńczycy mimo tego, że przez większą część miesiąca są nieaktywni i obojętni seksualnie oraz nie istnieje wśród nich podział na płeć, to przez kilka dni podczas kemmeru to jest fazy podobnej do rui u zwierząt nadrzędnym celem, absolutnie zwyciężającym wszystkie inne jest znalezienie partnera. Dlatego na Gethen są specjalne domy, w których można spędzić kilka dni kemmeru, by oddać się  miłości. Rozwiązłość seksualna jest tam w pełni akceptowana, ale tylko podczas kemmeru i zresztą występuje ona tylko podczas tej fazy. Dlatego moim zdaniem ciężko jest prowadzić wojnę z armią, w której nagle część twoich żołnierzy zamiast walczyć z przeciwnikami rzuci się na nich w miłosnym szale i zamiast orgii krwi będzie orgia miłości i to za obopólną zgodą. Gdyż na Gethen nie ma gwałtów, są one fizycznie i biologicznie niemożliwe. Ten stan kemmeru to jedna z bardzo ważnych, prozaicznych przyczyn z powodu których nie ma wojen na Gethen.

Wysłannik Ekumeny Genly Ai przebywał również w obozach pracy, założonych przez państwo Orgoryen. Tam poddawany był działaniu środków farmakologicznych i hormonalnych tak jak inni skazani. Środki owe blokowały fazę kemmeru wśród rodowitych mieszkańców Gethen. I sprawiały, że stawali się gnuśni i otępiali. „Byli wyprani z seksu jak wałachy. Byli pozbawieni wstydu i pożądania jak anioły. Ale to nie jest ludzkie, żeby nie znać wstydu i pożądania”. Czyli wracamy do popędu płciowego, który na Gethen jest ściśle związany z cyklem biologicznym. Ale nawet taki popęd sprawia, że Getheńczycy są ludźmi. Moje uproszczenie się sprawdza – seks rządzi wszystkim. A na Gethen rządzi wszystkim w jeszcze większym stopniu niż na Ziemi. My ludzie podzieleni na płcie może i ulegamy popędowi, ale możemy go kontrolować. Możemy nie reagować na bodźce seksualne choćby nie wiem jak silne były (ja wiem, że to bardzo trudne jest). Getheńczycy pozbawieni byli tej możliwości.

Genly Ai opisuje cywilizację Getheńczyków jako determinowaną przez okrutne warunki świata Gethen, który nazwany został przez zwiadowców Ekumeny Zimą. Choć Gehteńczycy osiągnęli dość znaczny poziom rozwoju nie było u nich żadnego skoku cywilizacyjnego. Nowoczesne wynalazki sąsiadują obok tradycyjnych urządzeń i nie ma żadnego konfliktu między tym co dawniej, a tym co teraz. Jedną z przyczyn na pewno jest świat, z którym nie wygrasz. Albo się dostosujesz, albo Zima się zmiażdży. Drugą może być z kolei ów kemmer. Skoro cały system społeczny podporządkowany jest temu cyklowi, a system funkcjonuje skutecznie od wieków to po co go zmieniać? Kemmeru nie przeskoczysz, choć i to zaczęło się na Gethen zmieniać wraz z pojawieniem się antykoncepcji i środków hormonalnych. Co do antykoncepcji i rozmnażania– wyobrażacie sobie sytuację w której to jeden osobnik może być zarówno matką jak i ojcem swoich dzieci? Jaka to gama przeżyć psychicznych i tak dalej i tak dalej. Dla mnie sytuacja zupełnie abstrakcyjna i nie do wyobrażenia.

Można jeszcze napisać o braku społecznych oczekiwań wobec osobników ze względu na płeć. Na Gethen nie oceniają Cię przez pryzmat tego kim masz być, ale patrzą na takiego jakim jesteś. Nie ma żadnych oczekiwań co do roli społecznej, jaką masz spełniać, bo możesz być zarówno matką  jak i ojcem!

„Lewa ręka…” to książka którą można interpretować na mnóstwo sposobów. Daje mnóstwo wrażeń, oprócz tych czysto literackich jak pięknie opisany świat planety Gethen po te głębsze, metafizyczne i moralne. Książka nic nie straciła od momentu wydania. Wciąż mnóstwo w niej trafnych obserwacji kulturowych i społecznych.

Książkę przeczytałem jako wyzwanie czytelnicze “Queer w fantastyce”. Tę samą recenzję  zamieściłem na Fantastykonie. LINK.

Ursula K. Le Guin “Miasto złudzeń”

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ależ mam cug! Jadę z cyklem “Hain” jak polski rząd z bublami prawnymi – szybko, ostro i bez zastanowienia (bez przesady – ja się po lekturze zastanowię, rząd przed i po wydaleniu ze swych biurokratycznych trzewi jakiegoś przepisu nie zastanawia się w ogóle). Tym razem przedstawiam Wam trzecią część wspomnianego na początku cyklu. I dodam od siebie, że tę część darzę ogromnym sentymentem i ciepłymi uczuciami. Pamiętam tę książeczkę, która była moją w własnością w latach mych nastoletnich. Tego chłopczyka z okładki i cycatą kobietę z tyłu, w tle jakieś pterodaktyle. Okładkę nijak mającą się  do treści książki, ale kto by się tam tym przejmował. A ta moja się rozleciała, bo klejona była śliną morświna, a ślina morświna, co wiedzą wszyscy członkowie ludu Inuitów nie trzyma za długo. Pamiętam również złość jaka mnie ogarnęła, gdy wróciwszy na jakieś święta do domu, styrany po sesji egzaminacyjnej, nie mogłem znaleźć tej książki w mej biblioteczce. Oj, dostało się mej siostrze młodszej, dostało (oczywiście obyło się bez przemocy fizycznej. Na to byliśmy już oboje za starzy). Książka gdzieś zaginęła i od tamtej pory nie była nigdzie widziana. Dlatego odświeżenie jej było bardzo dobrym pomysłem. A teraz fabuła.

Budzisz się nieznanym miejscu, bania Cię napierd… boli straszliwie, nie pamiętasz nic z poprzedniej nocy… Brzmi znajomo? Na nieszczęście dla głównego bohatera książki to nie był kolejny niedzielny poranek. To było coś znacznie gorszego. Zagubiony człowiek w ogromnym lesie, nie pamięta nic, nic nie rozumie. Błąka się przez dziką puszczę. Na szczęście trafia pod opiekę dobrych ludzi z małej osady zwanej Domem Zove. Człowiek ów nic nie pamięta, jest bezrozumny jak ameba. Zero świadomości i śladu rozumu. Członkowie domostwa zagubionego wśród niezmierzonego lasu opiekują się przybyszem troskliwe. Powoli nieznajomy zyskuje wiedzę i swoją osobowość, ale nie odzyskuje pamięci a my wraz z nim dowiadujemy się, co spotkało Ziemię oraz Ligę Wszystkich Światów. Od ponad tysiąca lat nie ma już międzyplanetarnej Unii. Przegrała wojnę z tajemniczym najeźdźcą rasą/ludem/gatunkiem nazywającym siebie Shinga. Przegrała, gdyż Shinga mogli kłamać w myślomowie, a to wydawało się niemożliwe. Mieszkańcy Ziemi żyją odosobnieni w enklawach, nie ma żadnych państw, imperiów, narodów ani nawet miast poza jednym. Lecz to miasto jest siedzibą Shinga. Nowoczesne technologie praktycznie zostały zapomniane poza nielicznymi wyjątkami. Historia wojny i historia ludzi przetrwała w mitach i legendach. Dlatego Falk (tak nazwali dziwnego gościa mieszkańcy domu), który różni się trochę od mieszkańców Ziemi opuszcza dom i rusza na zachód do siedziby Shinga by poznać prawdę o sobie. Falk wędruje przez kontynent napotykając wiele pozostałości po dawnej cywilizacji. Niektóre budzą zachwyt, inne grozę. Wciąż wędrując trafia do niewoli barbarzyńców, spotyka kobietę, która staje się jego towarzyszką i której ufa, co okazuje się błędem. A śpiewała Budka Suflera, żeby nie wierzyć nigdy kobiecie, ale  skąd Falk mógł wiedzieć. Być może nagrania Budki Suflera przepadły podczas wojny z Shinga. Napotyka Tajemniczy lud Pszczelarzy, którzy kultywują dziwną religię związaną z symboliką krzyża i składaniem ofiar z ludzi. Ogólnie ma mnóstwo przygód i nieuchronnie zbliża się do Es Toch czyli siedziby Shinga. W tej siedzibie odkrywa, że Shinga wymazali mu tożsamość, okłamali go, przywrócili mu tożsamość kosztem starej, ale on zachował starą tożsamość i jednocześnie jest przybyszem z planety, której jeden Rok równa się sześćdziesięciu ziemskim latom i Falkiem z Ziemi (trochę to skomplikowane). Shinga chcą od niego namiarów na rodzinną planetę. On okazuje się od nich sprytniejszy i wywodzi ich w pole. I startuje na statku kosmicznym do domu. Wszystko kończy się chyba szczęśliwie:)

Miałem sporo frajdy czytając tę książkę, która jest znacznie lepsza od dwóch poprzednich. Widać, że pani Le Guin się rozwijała i jej książki stają się bogatsze, pełniejsze oraz znacznie ciekawsze. Wędrówka Falka przez Ziemię, a dokładniej kontynent amerykański przypominała mi wędrówką przez jakiś postapokaliptyczny świat, w którym widać ślady dawnej świetności ludzkiej cywilizacji. Te szczątki informacji o dawnej Wojnie, o historii ludzkiej cywilizacji, jakie zbiera Falk, historie dawno wymarłych światów to dla mnie prawdziwy smaczek. Widocznie już jako małolat jarałem się wizją świata po zagładzie i zostało mi to do dzisiaj. Ledwie zarysowane dzieje wojny z Shinga, wzmianki o eksperymentach genetycznych, eugenice i tym podobnych sprawach rozbudzają wyobraźnię i prowokują do pytań o los ludzkości. Ech, jaka wielka szkoda, że nie mam już swojego egzemplarza „Miasta Złudzeń”.

I bawi mnie trochę ta maniera Le Guin zaludniająca swój kosmos samymi humanoidami, które tylko trochę różnią się od siebie:) Ale to przecież jej świat i może robić co chce.

Ursula K. Le Guin “Planeta wygnania”

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Odgrzebywania przeszłości ciąg dalszy. Dodam, że nie jest to jakaś przeszłość szczególnie mi bliska i którą darzę szczególną estymą i miłością. Ot, kiedyś się czytało i się podobało. A jak jest dzisiaj? Czy Charlie spojrzy wyniosłym wzrokiem na książki pani Le Guin i powie: a Fe! Ja tutaj „zaczytowywuję” się  Proustem, Shoppenhauerem i Kantem, więc won mi z tą fantastyką won! Ale Charlie nie należy do ludzi, którzy odrzucają bezwzględnie swoje korzenie. I nie należy również do ludzi, którzy uważają za złe czytanie Prousta lub Shoppenhauera i innych tuzów i bossów świata filozofii i literatury. Po prostu Charlie nie czuje się jeszcze gotowy na zmierzenie się z tak poważnymi tematami. A czytanie „Planety wygnania” pani Le Guin, drugiej książki z tak zwanego cyklu „Hain” sprawiło mu mnóstwo radości i bądźmy szczerzy poważnego wyzwania nie stanowi.

Co mamy w tej dość cienkiej, jeśli chodzi o objętość książce? Planetę o ciekawym cyklu rocznym, gdzie jeden rok to całe życie człowieka. Długie Lato dobiegło końca, kończy się Jesień i nadchodzi Zima (Winter is coming! George, Winter is coming! Wybaczcie nie mogłem się powstrzymać), Zima która zmusiła koczowniczy lud Askatewaru do wybudowania sobie zimowego miasta, które pozwoli im przetrwać srogą zimę. Obok tubylców żyją sobie tajemniczy farbornowie, uważani przez koczowników za czarowników i magów. Prawda jak zwykle okazuje się prozaiczna. To nie żadni magowie tylko przybysze z obcej planety (rzeczywiście prozaiczność z tego faktu, aż się wylewa). Przybyli tu przed sześciuset ziemskimi laty i zostali. Okazało się, że Liga ich zostawiła i się nie odzywa. Więc nie wiedzą, co się z Ligą stało. I tak sobie żyją ci farbornowie powoli wymierając, bo planeta dla nich jednak, aż tak gościnna nie jest. Są znacznie lepiej technologicznie rozwinięci od koczowników, ale coraz więcej zapominają i coraz mniej wierzą w jakiś znak od Ligi. Czują, że znikną z powierzchni tej planety, która stała się dla nich więzieniem i jest wciąż obca, mimo, że żyją tu od pokoleń. Wracając do fabuły. Wydawałoby się, że to będzie kolejna długa Zima, podczas, której większość z ludzi umrze, bo już byli starzy, a młodzi dorosną i przejmą ich obowiązki latem i tak zamknie się cykl życia. Niestety ghalowie, tacy jeszcze gorsi barbarzyńcy od koczowników, którzy co roku ciągną na południe uciekając przed Zimą, pokrzyżują im plany. Tegoroczni wędrowcy zdecydowali się bowiem połączyć swe wszystkie siły i maszerują ogromną hordą, paląc, grabiąc i mordując wszystkie inne Zimowe miasta. I tak zacznie się walka o przetrwanie w niegościnnej aurze pogodowej i z dość zaciekłym przeciwnikiem. Nie obędzie się bez wątku miłosnego aktywnie angażującego dwie rasy humanoidalne. Zarówno cieleśnie jak i umysłowo. Okazało się, że farbornowie potrafią się posługiwać telepatią, a nauczyli się tego na planecie zwanej Światem Rocannona. Nie będę ukrywał, że skończy się to wszystko happy endem. A jutrzenka nowego blasku zaświeci zarówno dla przybyszów z gwiazd jak i tubylców.

Książka w porównaniu ze „Światem Rocannona” wydawała mi się pełniejsza, bardziej żywa i lepiej napisana. Wciągnęła mnie ponownie. W trakcie czytania miałem gwałtowne błyski odświeżanych wspomnień. To aktywowały się szare komórki, które wydawałoby się już dawno poległy w szlachetnej, lecz beznadziejnej walce z demonem alkoholu. Muszę podziękować pani Le Guin za odratowanie niektórych elementów, które składają się na całościowy obraz Charliego.

Napiszę jeszcze o zderzeniu dwóch cywilizacji. Jedna to barbarzyńcy, którzy nawet nie wynaleźli koła i dla nich czas to

“[…] był ten jeden bieżący dzień nieogarnionego umysłem Roku. Nie znali słów na określenie zaszłości historycznych – wszystko działo się albo „dziś”, albo w „przedczasie”. Jeśli wybiegali myślami w przyszłość, to nie dalej niż do następnej pory Roku. Nie patrzyli na czas jak na coś zewnętrznego, ale tkwili wewnątrz niego, jak lampa w ciemności nocy, jak serce w żywym ciele.[…].”

Drudzy natomiast to potomkowie kosmicznych wędrowców, którzy pochodzą z tej samej planety co Rocannon. Co prawda zmuszeni są do przestrzegania Embarga Kulturowego i nie mogą wykorzystywać swej technologicznej przewagi w kontaktach z tubylcami. Co jest trochę absurdem, bo kurde przybyli z gwiazd i posiadają wiedzę wykraczającą poza wszelkie wyobrażenia tubylców. Znają koło, szkło, a nawet bieżącą wodę, a więc Embargo Kulturowe już dawno cholera złamali.  Wiedzą, że są na Kolonii Gamma Smoka III. Wiedzą, że Ziemia jest ich prawdziwym “Domem”! I te dwie kultury i społeczeństwa żyły obok siebie przez sześćset ziemskich lat we względnym spokoju. Przybysze z gwiazd nawet, gdy utracili nadzieję na kontakt ze swoimi pobratymcami z Ligi to wciąż przestrzegali Praw i Kodeksów Ligii. I w ogóle ani razu nie korciło ich, aby podbić tę planetę. Co mnie trochę jednak dziwi znając naturę humanoidów. W końcu mieli możliwości, przynajmniej na początku. No, ale na początku była nadzieja, że Liga wróci. W końcu Liga rządzi, Liga radzi, Liga nigdy Cię nie zdradzi, ale czasem Cię zapomni. A na szczęście czas pokazał, że natura i ewolucja są potężnymi siłami i nawet przybysze z gwiazd poczuli się w końcu jak w domu.

To tyle moi drodzy. Idę spać, bom zmęczony, a długi weekend is coming.