Ursula K. Le Guin “Lewa ręka ciemności”

Ursula K. Le Guin "Lewa ręka ciemności"

Ursula K. Le Guin "Lewa ręka ciemności"

Kolejna książka osadzona w świecie Hain. A tak zupełnie różna od poprzednich. „Lewa ręka…” to już nie baśniowe fanasy z elementami science-fiction, to nie wędrówka po postapokaliptycznej Ziemi podbitej przez Shinga. To książka znacznie bardziej dojrzała, mądrzejsza i poruszająca zupełnie inną tematykę, to niemalże esej socjologiczny i etnograficzny.

„Lewa ręka…” to laureatka nagród Nebula i Hugo, (podobnie jak ”Równi bogom”), ale gdybym miał porównywać te dwie książki to zdecydowanie i to w przedbiegach zwyciężyłaby „Lewa ręka…” Na potrzeby tej recenzji założę, że większość, która trafiła na mojego bloga i na Fantastykon „Lewą rękę…” przeczytała. Ale zrobię również małe wprowadzenie. Gethen to świat, na którym istnieje cywilizacja istot humanoidalnych, w której nie ma podziału na płcie. Przez większą część pozostają bezpłciowi i tylko przez kilka dni w miesiącu są aktywni płciowo. Z czego mogą być albo kobietą albo mężczyzną. I na ten świat przybywa wysłannik Ekumeny czyli Ligi Światów by im zaoferować współpracę. Jego oczyma i nie tylko jego poznajemy to zadziwiające społeczeństwo.

Co napędza cywilizację, rodzi postęp technologiczny i sprawia, że ludzie wciąż pragną czegoś więcej. Chcą robić rzeczy szybciej, lepiej, z większym rozmachem? Co jest tą siłą napędową ludzkości? Odpowiedzi na to pytanie będzie tak wiele, jak wiele jest dziedzin nauki i ludzi. Sprawa jest bardzo skomplikowana i nie do opisania w jednym wpisie. Jako, że naukowcem nie jestem będę mógł sobie pozwolić na ogromne uproszczenia w moim tekście. Co sprawiło i sprawia, że ludzie wymyślają coraz to nowe wynalazki i rozwiązania technologiczne. Nie poprzestają na jednych osiągnięciach i chcą mieć więcej i więcej. Zarówno jako pojedynczy osobnicy jak i jako cały gatunek. Uwaga! Będzie pierwsze uproszczenie: popęd płciowy. Libido jako forma energii psychicznej, która pcha nas do przodu, zmusza do popełniania różnych czynów a wszystko to w celu zdobycia partnera seksualnego! Cały czas obecna, praktycznie nie uśpiona. Dwadzieścia cztery godziny na dobę zarówno kobiety jak i mężczyźni myślą o seksie (uproszczenie numer 2). I dla tego seksu, dla tej obietnicy seksu potrafią wszczynać wojny, zabijać, kraść, wreszcie czynić dobro.

Uproszczenie numer 3. Wojna. Na Gethen nie ma wojen. Są zabójstwa, bójki, rodowe waśnie, ale nie ma wojen w naszym ziemskim rozumieniu tego słowa. Jest nienawiść, jest miłość, ale dotyka ona ludzi w sposób osobisty, nie ma nienawiści do jakiegoś narodu, państwa, idei. Takie uogólnienia są Getheńczykom obce. Jeśli występuje tam patriotyzm to w jak najbardziej pierwotnej, lokalnej formie. Patriotyzm rozumiany poprzez miłość do domu rodzinnego, okolic w których się dorastało, a nie do kraju, którego granice nakreślone są na mapie. Książka Le Guin została wydana w czasie, gdy na naszej własnej planecie dwa mocarstwa w każdej chwili mogły doprowadzić do wojny totalnej, do anihilacji ludzkiej rasy. I nie wiem dlaczego piszę w czasie przeszłym. Dwa mocarstwa i nie tylko owe dwa, wciąż mogą doprowadzić do wspomnianej już przez mnie anihilacji. Dlatego opisanie świata, w którym choć są różne organizmy państwowe, a nie ma wojen wywołało swego czasu taką sensację.

Getheńczycy są najprawdopodobniej wynikiem eksperymentów genetycznych prowadzonych przez starożytnych mieszkańców planety Hain. Nikt nie wie w jakim celu stworzono Getheńczyków, o ile ich stworzono. Genly Ai myśli, że może chodziło o wykreowanie społeczeństwa pozbawionego wojen. Ale czy rzeczywiście jedyną przyczyną braku wojen na Gethen jest brak płci? Aby to zrozumieć należy wiedzieć, że Getheńczycy mimo tego, że przez większą część miesiąca są nieaktywni i obojętni seksualnie oraz nie istnieje wśród nich podział na płeć, to przez kilka dni podczas kemmeru to jest fazy podobnej do rui u zwierząt nadrzędnym celem, absolutnie zwyciężającym wszystkie inne jest znalezienie partnera. Dlatego na Gethen są specjalne domy, w których można spędzić kilka dni kemmeru, by oddać się  miłości. Rozwiązłość seksualna jest tam w pełni akceptowana, ale tylko podczas kemmeru i zresztą występuje ona tylko podczas tej fazy. Dlatego moim zdaniem ciężko jest prowadzić wojnę z armią, w której nagle część twoich żołnierzy zamiast walczyć z przeciwnikami rzuci się na nich w miłosnym szale i zamiast orgii krwi będzie orgia miłości i to za obopólną zgodą. Gdyż na Gethen nie ma gwałtów, są one fizycznie i biologicznie niemożliwe. Ten stan kemmeru to jedna z bardzo ważnych, prozaicznych przyczyn z powodu których nie ma wojen na Gethen.

Wysłannik Ekumeny Genly Ai przebywał również w obozach pracy, założonych przez państwo Orgoryen. Tam poddawany był działaniu środków farmakologicznych i hormonalnych tak jak inni skazani. Środki owe blokowały fazę kemmeru wśród rodowitych mieszkańców Gethen. I sprawiały, że stawali się gnuśni i otępiali. „Byli wyprani z seksu jak wałachy. Byli pozbawieni wstydu i pożądania jak anioły. Ale to nie jest ludzkie, żeby nie znać wstydu i pożądania”. Czyli wracamy do popędu płciowego, który na Gethen jest ściśle związany z cyklem biologicznym. Ale nawet taki popęd sprawia, że Getheńczycy są ludźmi. Moje uproszczenie się sprawdza – seks rządzi wszystkim. A na Gethen rządzi wszystkim w jeszcze większym stopniu niż na Ziemi. My ludzie podzieleni na płcie może i ulegamy popędowi, ale możemy go kontrolować. Możemy nie reagować na bodźce seksualne choćby nie wiem jak silne były (ja wiem, że to bardzo trudne jest). Getheńczycy pozbawieni byli tej możliwości.

Genly Ai opisuje cywilizację Getheńczyków jako determinowaną przez okrutne warunki świata Gethen, który nazwany został przez zwiadowców Ekumeny Zimą. Choć Gehteńczycy osiągnęli dość znaczny poziom rozwoju nie było u nich żadnego skoku cywilizacyjnego. Nowoczesne wynalazki sąsiadują obok tradycyjnych urządzeń i nie ma żadnego konfliktu między tym co dawniej, a tym co teraz. Jedną z przyczyn na pewno jest świat, z którym nie wygrasz. Albo się dostosujesz, albo Zima się zmiażdży. Drugą może być z kolei ów kemmer. Skoro cały system społeczny podporządkowany jest temu cyklowi, a system funkcjonuje skutecznie od wieków to po co go zmieniać? Kemmeru nie przeskoczysz, choć i to zaczęło się na Gethen zmieniać wraz z pojawieniem się antykoncepcji i środków hormonalnych. Co do antykoncepcji i rozmnażania– wyobrażacie sobie sytuację w której to jeden osobnik może być zarówno matką jak i ojcem swoich dzieci? Jaka to gama przeżyć psychicznych i tak dalej i tak dalej. Dla mnie sytuacja zupełnie abstrakcyjna i nie do wyobrażenia.

Można jeszcze napisać o braku społecznych oczekiwań wobec osobników ze względu na płeć. Na Gethen nie oceniają Cię przez pryzmat tego kim masz być, ale patrzą na takiego jakim jesteś. Nie ma żadnych oczekiwań co do roli społecznej, jaką masz spełniać, bo możesz być zarówno matką  jak i ojcem!

„Lewa ręka…” to książka którą można interpretować na mnóstwo sposobów. Daje mnóstwo wrażeń, oprócz tych czysto literackich jak pięknie opisany świat planety Gethen po te głębsze, metafizyczne i moralne. Książka nic nie straciła od momentu wydania. Wciąż mnóstwo w niej trafnych obserwacji kulturowych i społecznych.

Książkę przeczytałem jako wyzwanie czytelnicze “Queer w fantastyce”. Tę samą recenzję  zamieściłem na Fantastykonie. LINK.


Isaac Asimov “Równi bogom”

Isaac Asimov "Równi bogom"

Isaac Asimov "Równi bogom"

Długo się zbierałem do napisania tej recenzji. Sam nie wiem właściwie dlaczego, aż tak długo. Być może mój leniwy umysł nie znosi wszelakiego przymusu. A przecież „przymus” ów sam sobie nałożyłem postanawiając wziąć udział w wyzwaniu czytelniczym. Wyzwaniu zatytułowanym „Queer w fantastyce”. O „Queer” to ja raczej mam pojęcie średnie:)  Ale czemu by nie spróbować. Na pierwszy ogień poszła właśnie powieść Asimova. Dlatego teraz tylko linkuję do recenzji na stronie wyzwania.


Bibliotekarze wszystkich krajów łączcie się!

Nadszedł Nasz dzień. Złączeni wspólnym trudem rozwoju czytelnictwa i niesieniem kaganka oświaty dziś możemy odetchnąć na chwilę czystym, pozbawionym kurzu powietrzem i wsłuchać się w peany wychwalające nasz trud. Peany płynące ze wszystkich stron.

Plon

Premier w specjalnym orędziu przemówił do Narodu. Obiecał w nim nie tylko poprawę losu materialnego bibliotekarskiej braci. Obiecał dołożenie wszelkich starań, aby biblioteki były nowocześniejsze, z ładnymi książkami, szybkimi komputerami. Postanowił uchwalić dwadzieścia dziewięć ustaw, sto pięćdziesiąt poprawek do innych ustaw, aby żyło i czytało się lepiej. Prosił Nas ze łzami w oczach, abyśmy docenili jego starania i jeszcze bardziej zacisnęli pasa, bo kraj przechodzi chwilowe trudności i nie wiadomo kiedy los Nasz się poprawi. Podziękował i pochwalił dotychczasową naszą postawę. W końcu obiecał zmianę nazwy kraju na Polska Rzeczpospolita Bibliotekarska.

W mądrych i okrągłych zdaniach bez błędów prezydent Polski powiedział “Kiedy pytają mnie… gdzie czytam? Odpowiadam: W bibliotece!”. Następnie pochwalił się ostatnio przeczytanymi książkami.

Prymas Polski poświęcił pomnik świętego Hieronima ze Strydonu, patrona bibliotekarek i bibliotekarzy, który postawiony został na miejscu zburzonego budynku Biblioteki Narodowej. Pomnik Hieronima jest największy na świecie. A sam Hieronim dzierży w ręku rewers i kartę biblioteczną wielkości dwóch boisk do tenisa.

W całym kraju rolnicy obiecali oddawać więcej pogłowia świń oraz płodów rolnych na potrzeby pracujących umysłowo bibliotekarzy.

Energetycy zaprzysięgli, że nigdy w bibliotekach nie zabraknie prądu.

Elektrociepłownie obiecały ogrzewać biblioteki przez cały rok, aby nigdy bibliotekarze nie czuli chłodu przenikającego ich kości.

Dostawcy Internetu w specjalnym okólniku zobowiązali się do maksymalizacji przepustowości łącz internetowych.

Cały przemysł drzewny murem stanął za bibliotekami. Leśnicy i drwale krzyczeli, jak Polska długa i szeroka, że drzewa będą padać milionami, by celulozy na papier było w bród.

Tartaki i papiernie utrzymują, że produkcja wzrośnie o trzysta procent normy!

Przemysł drukarski, drukarze, zecerzy bez zastanowienia zwiększyli druk książek, czasopism i gazet.

Producenci kawy, herbaty, ciast i ciasteczek, by docenić trud siedzenia za ladą biblioteczną również obiecują zwiększone dostawy do bibliotek, dla tych styranych swym losem bibliotekarzy, którym odpoczynek w pracy się marzy.

Sklepy odzieżowe w kilku znaczących postulatach zapowiedziały, że nie zabraknie nigdy pulowerków, powyciąganych szaroburych, nijakich swetrów, pozbawionych uroku spódnic do kostek.

Wreszcie Naród. Umęczony, skostniały, któren “jest jak lawa Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa“. Ten Naród skrwawiony i wycieńczony w walce z codziennym szarym życiem. Naród, który dość ma wszystkiego. Ten Naród cały, wszystkie klasy i wszystkie stany. Jednym głosem niosącym się przez place i aleje, przez parki, lasy i polany, głosem mocnym i brzmiącym jak dzwon zakrzyknął: Będziem czytać!

Łezka się w oczach wszystkich Nas kręci, gdy zewsząd spływają tak zacne i tak wspaniałe deklaracje. Obyśmy godnie spełnili pokładane w nas nadzieje. Niech wznosi się jutrzenka czytelnictwa, a blask kagańca… ups! kaganka oświaty  niech przyświeca nam po czasów zmierzch!

P. S.Dziś z przymrużeniem oka:) Wszystkiego najlepszego bracia i siostry z bibliotekarskiego zakonu!

P. S. 2 Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń przypadkowe albo zamierzone sam już nie wiem!

 


I’m back!

Wróciłem szczęśliwie na Krakowa łono. Nie tylko szczęśliwie, ale i szczęśliwy. I choć zostawiłem na Mazurach sporo mej bibliotekarskiej krwawicy (przeklęte komary i przeklęte mazurskie ceny). Powiem krótko – warto było:)

Ponad tydzień żeglowania, w pogodzie, której często nie ma nawet latem! Jestem czerwony jak amerykański wiochmen z południa Stanów Zjednoczonych, a twarz ma ogorzała niczym starego wilka morskiego, któren niejedną łajbę w swoim życiu widział:) I kuternogą został, bo kula armatnia podczas bitwy morskiej piszczel zmiażdżyła. Oczywiście słodzę sobie bardzo, ale umiejętności me żeglarskie wzrosły i z chęcią spróbuję takiej przygody jeszcze raz.

Mazurskie porty Sztynort, Węgorzewo, Mikołajki. Przybijanie do “dzikich” miejscówek lub urokliwych zakątków z gościnnymi mieszkańcami jak Zwierzyniecki Róg lub siedziba Galindów, starożytnego plemienia. Słoneczna pogoda, pomyślne wiatry, zero stresów i szanty przy ognisku. To wszystko zlało się w jeden wielki sielankowy dzień.

Zaprawdę powiadam Wam, to był czas radości i czas śmiechu. Poniżej kilka fotografii z “Jeziurskich Mazur” (taki żart językowy).

Mazury

Mazury

Prosty, mocny przekaz jest najważniejszy! Lubię takie krótkie informacje podane w niewysublimowany sposób. Pierwsza dotyczy emocjonalnej strony człowieka, tego najważniejszego uczucia jakim jest miłość. Jasny i przejrzysty nakaz niczym z przykazania miłości każe nam kochać Mazury bezwarunkowo miłością mocną i nieskończoną.

Drugie trzy polecenia, dokładniej rozkazy spięte jednym zaprzeczeniem. Można powiedzieć, że po nakazie miłości mamy nakaz w jaki sposób tę miłość okazywać. Trzy bardzo proste poruczenia, a jaką niosą ze sobą moc. Gdyby wszyscy stosowali się do nich, Mazury byłyby jeszcze piękniejsze. Na szczęście większość stara się zachowywać w porządku wobec Mazur i wobec innych osób przebywających na Mazurach.

Galindia

Galindia

To jedna z mnóstwa interesujących rzeźb jakie można znaleźć we wspomnianej już przez mnie Galindii. To taka mieszanka hotelu, parku rozrywki, muzeum etnograficznego i wielu innych rzeczy. Bardzo interesująca i ciekawa.

I żeby nie było:) Zdjęcie z jachtu:)

Jacht

Jacht

 

Ech, to były piękne dni. Mam mnóstwo zdjęć, ale moje wrodzone lenistwo wzięło górę:)

 

 

 

 

P. S. I wstyd się przyznać, ale nic nie przeczytałem. Zwyczajnie czasu na to nie było.

Nawet zwrotkę morskich opowieści na ten temat ułożyłem:

 

Charlie pojechał na Mazury,

nie było na niebie żadnej chmury.

Na łajbie tylko pływał

książek nie czytywał.

 


Długi weekend is coming…

Jak mówi Pismo w Księdze Koheleta: “wszystko ma swój czas [...] jest czas rodzenia i czas umierania, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, [...] czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymania się od nich”.

 

Zaprawdę powiadam Wam niech w całej naszej krainie nastanie czas śmiechu i czas pląsów. Niech czas pieszczot cielesnych ogarnie wszystkich i wszędzie. Rodacy! Majówkę czas zacząć. Ja jako zapobiegliwy człowiek już w styczniu czterdziestego szóstego zarezerwowałem sobie ten termin. Wybrałem zaledwie trzy dni urlopu a majówkował się będę ponad tydzień. To można w naszym kraju pokochać.

Dlatego życzę Wam pięknej pogody, zimnego piwa/wina/wódki/whisky/rumu/tequili/bacardi/mojito czy co tam będzie pić, sączyć, wlewać do swych gardeł. Odpocznijcie od wszystkiego.

Ja sam będę podbijał mazurskie jeziora pijąc, śpiewając, tańcząc i odwiedzając wszystkie porty. To będzie mój pierwszy raz na Mazurach, pierwsze dłuższe pływanie na jachcie. Dlatego wish me luck!

Nie będzie mnie w Sieci przez tak długo, mam nadzieję, że zatęsknicie:)

I uśmiechu życzę!

Się śmiej!

Się śmiej!


Ursula K. Le Guin “Miasto złudzeń”

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ależ mam cug! Jadę z cyklem “Hain” jak polski rząd z bublami prawnymi – szybko, ostro i bez zastanowienia (bez przesady – ja się po lekturze zastanowię, rząd przed i po wydaleniu ze swych biurokratycznych trzewi jakiegoś przepisu nie zastanawia się w ogóle). Tym razem przedstawiam Wam trzecią część wspomnianego na początku cyklu. I dodam od siebie, że tę część darzę ogromnym sentymentem i ciepłymi uczuciami. Pamiętam tę książeczkę, która była moją w własnością w latach mych nastoletnich. Tego chłopczyka z okładki i cycatą kobietę z tyłu, w tle jakieś pterodaktyle. Okładkę nijak mającą się  do treści książki, ale kto by się tam tym przejmował. A ta moja się rozleciała, bo klejona była śliną morświna, a ślina morświna, co wiedzą wszyscy członkowie ludu Inuitów nie trzyma za długo. Pamiętam również złość jaka mnie ogarnęła, gdy wróciwszy na jakieś święta do domu, styrany po sesji egzaminacyjnej, nie mogłem znaleźć tej książki w mej biblioteczce. Oj, dostało się mej siostrze młodszej, dostało (oczywiście obyło się bez przemocy fizycznej. Na to byliśmy już oboje za starzy). Książka gdzieś zaginęła i od tamtej pory nie była nigdzie widziana. Dlatego odświeżenie jej było bardzo dobrym pomysłem. A teraz fabuła.

Budzisz się nieznanym miejscu, bania Cię napierd… boli straszliwie, nie pamiętasz nic z poprzedniej nocy… Brzmi znajomo? Na nieszczęście dla głównego bohatera książki to nie był kolejny niedzielny poranek. To było coś znacznie gorszego. Zagubiony człowiek w ogromnym lesie, nie pamięta nic, nic nie rozumie. Błąka się przez dziką puszczę. Na szczęście trafia pod opiekę dobrych ludzi z małej osady zwanej Domem Zove. Człowiek ów nic nie pamięta, jest bezrozumny jak ameba. Zero świadomości i śladu rozumu. Członkowie domostwa zagubionego wśród niezmierzonego lasu opiekują się przybyszem troskliwe. Powoli nieznajomy zyskuje wiedzę i swoją osobowość, ale nie odzyskuje pamięci a my wraz z nim dowiadujemy się, co spotkało Ziemię oraz Ligę Wszystkich Światów. Od ponad tysiąca lat nie ma już międzyplanetarnej Unii. Przegrała wojnę z tajemniczym najeźdźcą rasą/ludem/gatunkiem nazywającym siebie Shinga. Przegrała, gdyż Shinga mogli kłamać w myślomowie, a to wydawało się niemożliwe. Mieszkańcy Ziemi żyją odosobnieni w enklawach, nie ma żadnych państw, imperiów, narodów ani nawet miast poza jednym. Lecz to miasto jest siedzibą Shinga. Nowoczesne technologie praktycznie zostały zapomniane poza nielicznymi wyjątkami. Historia wojny i historia ludzi przetrwała w mitach i legendach. Dlatego Falk (tak nazwali dziwnego gościa mieszkańcy domu), który różni się trochę od mieszkańców Ziemi opuszcza dom i rusza na zachód do siedziby Shinga by poznać prawdę o sobie. Falk wędruje przez kontynent napotykając wiele pozostałości po dawnej cywilizacji. Niektóre budzą zachwyt, inne grozę. Wciąż wędrując trafia do niewoli barbarzyńców, spotyka kobietę, która staje się jego towarzyszką i której ufa, co okazuje się błędem. A śpiewała Budka Suflera, żeby nie wierzyć nigdy kobiecie, ale  skąd Falk mógł wiedzieć. Być może nagrania Budki Suflera przepadły podczas wojny z Shinga. Napotyka Tajemniczy lud Pszczelarzy, którzy kultywują dziwną religię związaną z symboliką krzyża i składaniem ofiar z ludzi. Ogólnie ma mnóstwo przygód i nieuchronnie zbliża się do Es Toch czyli siedziby Shinga. W tej siedzibie odkrywa, że Shinga wymazali mu tożsamość, okłamali go, przywrócili mu tożsamość kosztem starej, ale on zachował starą tożsamość i jednocześnie jest przybyszem z planety, której jeden Rok równa się sześćdziesięciu ziemskim latom i Falkiem z Ziemi (trochę to skomplikowane). Shinga chcą od niego namiarów na rodzinną planetę. On okazuje się od nich sprytniejszy i wywodzi ich w pole. I startuje na statku kosmicznym do domu. Wszystko kończy się chyba szczęśliwie:)

Miałem sporo frajdy czytając tę książkę, która jest znacznie lepsza od dwóch poprzednich. Widać, że pani Le Guin się rozwijała i jej książki stają się bogatsze, pełniejsze oraz znacznie ciekawsze. Wędrówka Falka przez Ziemię, a dokładniej kontynent amerykański przypominała mi wędrówką przez jakiś postapokaliptyczny świat, w którym widać ślady dawnej świetności ludzkiej cywilizacji. Te szczątki informacji o dawnej Wojnie, o historii ludzkiej cywilizacji, jakie zbiera Falk, historie dawno wymarłych światów to dla mnie prawdziwy smaczek. Widocznie już jako małolat jarałem się wizją świata po zagładzie i zostało mi to do dzisiaj. Ledwie zarysowane dzieje wojny z Shinga, wzmianki o eksperymentach genetycznych, eugenice i tym podobnych sprawach rozbudzają wyobraźnię i prowokują do pytań o los ludzkości. Ech, jaka wielka szkoda, że nie mam już swojego egzemplarza „Miasta Złudzeń”.

I bawi mnie trochę ta maniera Le Guin zaludniająca swój kosmos samymi humanoidami, które tylko trochę różnią się od siebie:) Ale to przecież jej świat i może robić co chce.


Ursula K. Le Guin “Planeta wygnania”

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Odgrzebywania przeszłości ciąg dalszy. Dodam, że nie jest to jakaś przeszłość szczególnie mi bliska i którą darzę szczególną estymą i miłością. Ot, kiedyś się czytało i się podobało. A jak jest dzisiaj? Czy Charlie spojrzy wyniosłym wzrokiem na książki pani Le Guin i powie: a Fe! Ja tutaj „zaczytowywuję” się  Proustem, Shoppenhauerem i Kantem, więc won mi z tą fantastyką won! Ale Charlie nie należy do ludzi, którzy odrzucają bezwzględnie swoje korzenie. I nie należy również do ludzi, którzy uważają za złe czytanie Prousta lub Shoppenhauera i innych tuzów i bossów świata filozofii i literatury. Po prostu Charlie nie czuje się jeszcze gotowy na zmierzenie się z tak poważnymi tematami. A czytanie „Planety wygnania” pani Le Guin, drugiej książki z tak zwanego cyklu „Hain” sprawiło mu mnóstwo radości i bądźmy szczerzy poważnego wyzwania nie stanowi.

Co mamy w tej dość cienkiej, jeśli chodzi o objętość książce? Planetę o ciekawym cyklu rocznym, gdzie jeden rok to całe życie człowieka. Długie Lato dobiegło końca, kończy się Jesień i nadchodzi Zima (Winter is coming! George, Winter is coming! Wybaczcie nie mogłem się powstrzymać), Zima która zmusiła koczowniczy lud Askatewaru do wybudowania sobie zimowego miasta, które pozwoli im przetrwać srogą zimę. Obok tubylców żyją sobie tajemniczy farbornowie, uważani przez koczowników za czarowników i magów. Prawda jak zwykle okazuje się prozaiczna. To nie żadni magowie tylko przybysze z obcej planety (rzeczywiście prozaiczność z tego faktu, aż się wylewa). Przybyli tu przed sześciuset ziemskimi laty i zostali. Okazało się, że Liga ich zostawiła i się nie odzywa. Więc nie wiedzą, co się z Ligą stało. I tak sobie żyją ci farbornowie powoli wymierając, bo planeta dla nich jednak, aż tak gościnna nie jest. Są znacznie lepiej technologicznie rozwinięci od koczowników, ale coraz więcej zapominają i coraz mniej wierzą w jakiś znak od Ligi. Czują, że znikną z powierzchni tej planety, która stała się dla nich więzieniem i jest wciąż obca, mimo, że żyją tu od pokoleń. Wracając do fabuły. Wydawałoby się, że to będzie kolejna długa Zima, podczas, której większość z ludzi umrze, bo już byli starzy, a młodzi dorosną i przejmą ich obowiązki latem i tak zamknie się cykl życia. Niestety ghalowie, tacy jeszcze gorsi barbarzyńcy od koczowników, którzy co roku ciągną na południe uciekając przed Zimą, pokrzyżują im plany. Tegoroczni wędrowcy zdecydowali się bowiem połączyć swe wszystkie siły i maszerują ogromną hordą, paląc, grabiąc i mordując wszystkie inne Zimowe miasta. I tak zacznie się walka o przetrwanie w niegościnnej aurze pogodowej i z dość zaciekłym przeciwnikiem. Nie obędzie się bez wątku miłosnego aktywnie angażującego dwie rasy humanoidalne. Zarówno cieleśnie jak i umysłowo. Okazało się, że farbornowie potrafią się posługiwać telepatią, a nauczyli się tego na planecie zwanej Światem Rocannona. Nie będę ukrywał, że skończy się to wszystko happy endem. A jutrzenka nowego blasku zaświeci zarówno dla przybyszów z gwiazd jak i tubylców.

Książka w porównaniu ze „Światem Rocannona” wydawała mi się pełniejsza, bardziej żywa i lepiej napisana. Wciągnęła mnie ponownie. W trakcie czytania miałem gwałtowne błyski odświeżanych wspomnień. To aktywowały się szare komórki, które wydawałoby się już dawno poległy w szlachetnej, lecz beznadziejnej walce z demonem alkoholu. Muszę podziękować pani Le Guin za odratowanie niektórych elementów, które składają się na całościowy obraz Charliego.

Napiszę jeszcze o zderzeniu dwóch cywilizacji. Jedna to barbarzyńcy, którzy nawet nie wynaleźli koła i dla nich czas to

“[…] był ten jeden bieżący dzień nieogarnionego umysłem Roku. Nie znali słów na określenie zaszłości historycznych – wszystko działo się albo „dziś”, albo w „przedczasie”. Jeśli wybiegali myślami w przyszłość, to nie dalej niż do następnej pory Roku. Nie patrzyli na czas jak na coś zewnętrznego, ale tkwili wewnątrz niego, jak lampa w ciemności nocy, jak serce w żywym ciele.[…].”

Drudzy natomiast to potomkowie kosmicznych wędrowców, którzy pochodzą z tej samej planety co Rocannon. Co prawda zmuszeni są do przestrzegania Embarga Kulturowego i nie mogą wykorzystywać swej technologicznej przewagi w kontaktach z tubylcami. Co jest trochę absurdem, bo kurde przybyli z gwiazd i posiadają wiedzę wykraczającą poza wszelkie wyobrażenia tubylców. Znają koło, szkło, a nawet bieżącą wodę, a więc Embargo Kulturowe już dawno cholera złamali.  Wiedzą, że są na Kolonii Gamma Smoka III. Wiedzą, że Ziemia jest ich prawdziwym “Domem”! I te dwie kultury i społeczeństwa żyły obok siebie przez sześćset ziemskich lat we względnym spokoju. Przybysze z gwiazd nawet, gdy utracili nadzieję na kontakt ze swoimi pobratymcami z Ligi to wciąż przestrzegali Praw i Kodeksów Ligii. I w ogóle ani razu nie korciło ich, aby podbić tę planetę. Co mnie trochę jednak dziwi znając naturę humanoidów. W końcu mieli możliwości, przynajmniej na początku. No, ale na początku była nadzieja, że Liga wróci. W końcu Liga rządzi, Liga radzi, Liga nigdy Cię nie zdradzi, ale czasem Cię zapomni. A na szczęście czas pokazał, że natura i ewolucja są potężnymi siłami i nawet przybysze z gwiazd poczuli się w końcu jak w domu.

To tyle moi drodzy. Idę spać, bom zmęczony, a długi weekend is coming.


Ursula K. Le Guin “Świat Rocannona”

Ursula K. Le Guin "Świat..."

Ursula K. Le Guin "Świat..."

Czasem moi kochani czytelnicy warto wrócić do klasyki, którą kiedyś się czytało, lecz czas w swej pracowitości (w moim przypadku czas plus alkohol) zatarł praktycznie wszystkie wspomnienia o książce. Dlatego, gdy ostatnio wpadła w oczęta me krótkowzroczne, książka znanej i uznawanej za kultową pisarkę science – fiction i fantasy, czyli pani Ursuli K Le Guin nie wahałem się użyć mojej zdolności odbioru informacji jaką jest umiejętność czytania. Książkę tę na pewno czytałem w latach mej młodości. Przyznam Wam się jednak, że nie pamiętałem z niej nic. Dopiero ponowne odkrywanie stronic trochę rozświetliło mi mrok i pobudziło do życia uśpione szare komórki.

W latach dziewięćdziesiątych wolny rynek wtargnął do Polski jak pijany Anglik do krakowskiego pubu. To znaczy głośno, buńczucznie i chwiejąc się na swych zachodnich nóżkach, ale to wtedy ów wolny rynek wyzwolił prawdziwą falę i wywołał zalew zagranicznej fantastyki (pijany Anglik wyzwala inne fale i wywołuje odmienne zalewy). Szczęście to było w nieszczęściu. Bo choć dotarła do Polski klasyka science – fiction, której większość społeczeństwa (czytającego społeczeństwa) nie znała i której ludzie wyczekiwali jak kania dżdżu to często te książki były tłumaczone na szybko, zbyt niedbale i niechlujnie. Ale takie gnojki jak ja tym się nie przejmowały i chłonęły setkami stron książki pochodzące najczęściej ze stajni Wydawnictwa Amber. Ach, te wszystkie Stalowe Szczury, czarownice, smoki i lasery, nosz do cholery! To były piękne czasy… Chlip… Chlip…

Ale dość rozczulania się nad przeszłością, bo nic jej już nie wróci, a raz przeczytana książka nigdy nie będzie mieć tego powabu świeżości i tajemnicy. Dlatego ponowna lektura książki Le Guin była przeżyciem dość sentymentalnym, ale bez żadnych fajerwerków. Gdy spojrzałem na datę pierwszego wydania tej książki, uświadomiłem sobie jak daleko była Polska, jeśli chodzi o literaturę fantastyczną. Le Guin wydała „Świat Rocannona” w sześćdziesiątym szóstym roku! Polscy czytelnicy poznali go dopiero w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym… No, ale ważne, że poznali.

Liga Wszystkich Światów to Unia Międzyplanetarna większości humanoidalnych ras, dzierży władzę w kosmosie i nie pozwala sobie grać na nosie. Cały czas zbiera siły na walkę z tajemniczym wrogiem. Zbiera siły w taki sposób, że ściąga haracze od zacofanych planet, których największym osiągnięciem technologicznym jest koło młyńskie… (Jaki jest sens zabierania tubylcom daniny w złocie przez wysoce rozwiniętą cywilizację kosmiczną nie wiem, ale widocznie humanoidy to strasznie chciwe, inteligentne bestie). Przylecieli więc na planetę zamieszkaną przez kilka inteligentnych ras, które tkwią sobie w głębokim średniowieczu, poza jedną rasą, które siedzi cały czas w jaskiniach i coś tam kombinują z przemysłem. Liga przez chwilę bywa na tej planecie, jednym pomaga w rozwoju. Od innych ściąga tę daninę… Jednak postanawiają ją zostawić, bo pewien entograf stwierdził, że dobrze byłoby się im przyjrzeć na spokojnie, bez wypalania ich pastwisk silnikami rakietowymi.

Dobra, nie będę tutaj się rozpisywał o fabule. W skrócie jest tak, że etnograf z Ligi wraca na ową planetę i odkrywa, że jacyś rebelianci założyli sobie tutaj bazę i planują podbić prymitywne ludy. Rocannon wyrusza w epicką podróż przez niemal całą planetę odziany jedynie w swój super wytrzymały kombinezon. Po drodze lata na wiatrogonach (takie gryfy). Płonie na stosie, ale się nie spala. Walczy z wampirami, które wyglądają jak anioły i otrzymuje zdolność telepatii, by w końcu…. A nie będę Wam pisał, bo może ktoś nie czytał.

Ogólnie „Świat Rocannona” można chyba nazwać baśnią science – fiction? Fantasy science? Mamy tutaj przecież podróże podświetlne i nadświetlne, statki kosmiczne i helikoptery, ale jest też podróż z wiernymi towarzyszami wśród różnych niebezpieczeństw. Mamy swego rodzaju artefakt, którym jest klejnot rodowy. I magię, która dla Rocannona jest technologią, ale dla tubylców jest magią najprawdziwszą.

Po latach czyta się to dobrze i miło. Prosty i ładny język, swobodna narracja, ładna opowieść, która może wyzwolić w nas pytania dotyczące narodzin ziemskich mitów i legend oraz baśni. Dobrze było znów sobie przypomnieć książkę pani Le Guin. A czyta się to bardzo szybko, bo książka jest mała objętościowo i bardzo dobrze napisana.

„Świat Rocannona” jest pierwszą książką z tak zwanego cyklu „Hain”. Chyba sobie przypomnę wszystko:)

 

P. S. Czuć trochę ciężar ponad czterdziestu kilku lat od wydania książki. Ale tylko trochę, tak troszeńkę, ociupinkę.


Czytaj! Zobacz więcej – oficjalny spot.

Od kilku dni w sieci krąży filmik kampanii społecznej zachęcającej/zniechęcającej do czytania. Charlie czuje się w tę piękną  sobotę na siłach obejrzeć ten filmik, zaprezentować go Wam i powiedzieć trochę co o tym myśli.

Z góry uprzedzam, film mnie nie przekonał, bo ja już czytam. Niepotrzebne mi są  więc żadne akcje społeczne zachęcające do czytania. I lojalnie informuję, że do samego filmu jestem sceptycznie nastawiony również. Dlatego zastanówmy się kogo film ma przekonać do czytania.

Mam grupkę celebrytów, którzy przekornie nawołują Polaków do nie czytania książek. Wiadomo nie od dziś, że Polakowi jak czegoś zabronisz to natychmiast  zacznie to robić. Jak w tym starym dowcipie:

Anglik, Francuz, Niemiec i Polak lecą samolotem, który nagle wpada w turbulencje.  Stewardessa wpada i krzyczy, że aby ratować samolot ktoś musi wyskoczyć. Podchodzi do Anglika i mówi:
- Skacz!
- Nie skoczę.
- Gentleman by skoczył.
Anglik skoczył. Sytuacja się uspokoiła. Po chwili jednak znów samolot wpada w turbulencje. Stewardessa podchodzi do Francuza i mówi:
- Skacz!
- Nie skoczę.
- Gentleman by skoczył.
- Nie skoczę.
- Ale teraz jest taka moda.
Francuz skoczył. Sytuacja się powtarza. Ktoś musi skoczyć by ratować samolot. Stewardessa podchodzi do Niemca i mówi:
- Skacz!
- Nie skoczę.
- Gentleman by skoczył.
- Nie skoczę.
- Ale teraz jest taka moda.
- Nie skoczę.
- Taki jest rozkaz!
Niemiec skoczył. Chwila spokoju i znów samolotem trzęsie. Stewardessa podchodzi do Polaka i mówi:
- Skacz!
- Nie skoczę.
– Gentleman by skoczył.
- Nie skoczę.
- Ale teraz jest taka moda.
- Nie skoczę.
- To rozkaz!
- Nie skoczę.
- Eee, Polak wiedziałam, że nie skoczysz.

- Co, ja nie skoczę?!

I skoczył.

Twórcy spotu poszli dość oczywistą ścieżką:) Zasada negacji i zakazanego owocu miała tutaj odgrywać ogromną rolę. Wcześniej wypuszczono teaser spotu, który miał podgrzać atmosferę oraz zainteresować “ludziów”:

W moim przypadku podziałało i chciałem dowiedzieć się o co biega. Gdy się dowiedziałem, mój entuzjazm opadł i zaciekawienie zmalało. Powtarzam jeszcze raz; nie jestem grupą docelową tego spotu, bo ja już czytam (ooo Charlie czyta zobaczcie gościa jaki to on “mondry” jest, sie chwali cały czas:) Spot wisi już tydzień, komentarzy trochę się nazbierało dlatego podjąłem heroiczną decyzję przyjrzeć się im (tym komentarzom znaczy się).

Stan obecny komentarzy na 21.04.2012 godz. 12:30. Liczba 154, dwa będące “na topie” czyli takie, które zebrały najwięcej Youtubowych “łapek” brzmią następująco:

top comments

Użytkownicy w tych komentarzach nie komentują samej akcji, jej idei, przesłania i sposobu wykonania oraz przeprowadzania. Zwyczajnie minusują filmik z uwagi na osobę Michała Szpaka, dość kontrowersyjną postać z polskiego show biznesu. Ja tam telewizji nie oglądam, o Szpaku słyszałem, ale ogólnie nie jestem specjalnie zainteresowany co on tam sobie robi w życiu, i jak to robi. Na pewno nikogo nie krzywdzi.

Na 154 komentarze doliczyłem się mniej więcej ponad trzydziestu negatywnie oceniających udział Michała Szpaka w tym spocie. Pisząc słowa “negatywnie oceniających” użyłem dość sporego eufemizmu.

Całkiem w drugą stronę działają komentarze o Michale Żebrowskim, których też jest trochę.

comment2

A więc odpowiedni dobór celebrytów jest bardzo ważny jeśli chodzi o powodzenie kampanii. W tym spocie zdecydowanie negatywnym bohaterem jest Michał Szpak, który na Youtubie zdominował sferę komentarzy.

Komentujący zwracają również uwagę, że spot jest bardzo podobny do amerykańskiego spotu wyborczego z roku 2008 “Don’t vote”. I jak to zwykle bywa zarzucają plagiat, zerżnięcie wszystkiego i tak dalej i tak dalej. A wystarczy poszperać w sieci i przeczytać, że twórcy amerykańskim spotem się inspirowali i wcale tego nie ukrywają. Link do artykułu o akcji.

comment3

Jest kilka całkiem zabawnych komentarzy, mających (mam nadzieję) w ironiczny sposób podkreślić przewrotną akcję “Czytaj, zobacz więcej”

comment4

comment5

Użytkownicy Youtube zadają również pytania o sens takich akcji, które w ich mniemaniu mają utwierdzić czytających jacy to oni lepsi są od tych nie czytających. I tym podobne. Niektórzy się irytują, że to wszystko za pieniądze z ich podatków, choć pod filmem jest wyraźnie napisane, że film został zrealizowany ze środków własnych cokolwiek to znaczy. Niektórzy zwracają uwagę, że polscy celebryci angażują się  w każdą akcję, która może im przynieść choć trochę rozgłosu i tak dalej. Niektórzy piszą, że należy zachęcić do czytania nie poprzez spoty, ale poprzez rezygnację ze zmuszania młodzieży do czytania nudnych książek.

Generalnie zdecydowana większość komentujących jest niezbyt przychylnie nastawiona do spotu, z różnych względów. Pozytywne komentarze rzucają się od razu w oczy:) Oczywiście zdaję sobie sprawę, że komentarze na Youtubie nie są żadnym miarodajnym źródłem do wysnuwania wniosków, są raczej jedną z odnóg rzeki nazywanej obiektywizmem. Niestety Charlie jest wyposażony tylko w mały kajaczek i chcąc płynąć po tej rzece obiektywizmu musi się mocno wychylać by zobaczyć coś więcej niż najbliższe zakola owej rzeki, ale Charlie stara się bardzo i od tego wypatrywania i wiosłowania nabawił się wady wzroku i sporych bicepsów. A rzeka jest kręta i pełna meandrów i skał.

O profilu facebookowym akcji wspomnę. Tutaj nie ma zaskoczenia, same achy i ochy. Przecież to oczywiste, że klika się “lubię to” wtedy gdy coś się lubi, a może się mylę?. Dlatego raczej nie spodziewałem się krytycznych głosów.

Na początku wpisu mieliśmy się zastanowić kogo akcja ma zachęcić do czytania? I cholera nie wiem. Czytających nie ma co zachęcać, bo przecież czytają. Nie czytających w tej formie nie przekona, bo przekonać ich może chyba tylko dobra książka, albo materialna nagroda za przeczytanie książki (wiadomo: strawa duchowa to za mało:). Wielu ludzi ma uraz do czytania z czasów edukacji szkolnej, a takie urazy łatwo nie znikają. Także Charlie się rozpisał, nawklejał komentarzy, a jest tak samo głupi jak przed rozpoczynaniem tego wpisu.

Teraz jeszcze jeden link, z tej akcji. Filmik z wpadkami, który według mnie jest o niebo lepszy od oficjalnego, i który sprawił, że znacznie cieplejszym spojrzeniem i uczuciem obdarzyłem całą akcję. Najpierw przebrnijcie przez oficjalny spot, a później macie wpadki.

Urbański mówiący o czytelni:) Chyba swego czasu często bywał w bibliotekach:)

Podsumowanie – spot jest całkiem fajnie zrobiony, ale raczej wątpię, żeby miał jakiekolwiek przełożenie na rzeczywiste zwiększenie poziomu czytelnictwa w naszym przepięknym kraju. Jeden jest na to sposób, podany w komentarzu pod filmem. Sposób, który można określić tak: “CZYNY, NIE SŁOWA! “, a poniżej komentarz ze sposobem:

comment6