Andre Norton “Świt 2250”

Dobry wieczór i tradycyjnie zacznę od kajania się, za nieregularność wpisów, bo przecież nic innego mi nie pozostaje. Dziś podzielę się z Wami książką, którą przeczytałem kiedyś w moich szczenięcych latach i która była jedną z książek objawień, książek, które sprawiły, że chciałem czytać jeszcze więcej, jeszcze mocniej, jeszcze intensywniej. I sprawiła, że nawet próbowałem pisać swoje własne postapokaliptyczne historie, w których to złe mutanty kanibale polują na niewinnych ludzi ocalałych z atomowej zagłady. Na szczęście dla literatury polskiej moje lenistwo sprawiło, że trudna i ciężka praca twórcy została mi oszczędzona.

Continue reading

Roger Zelazny “Damnation Alley” (“Aleja potępienia”)

Ścieżki, które prowadzą mnie do przeczytania książek są czasem bardzo zadziwiające i pogmatwane. Czasem zwykły przypadek sprawi, że przeczytam jakąś książkę. Oczywiście tradycyjne kanały takie jak: polecenie książki przez znajomego/znajomą, recenzja na jakimś blogu, kolejna książka znanego mi pisarza także na mnie działają. Ale w tym przypadku miał miejsce dziwny zbieg okoliczności. Opowiem Wam tę historię, bo uważam, że jest ciekawa. Otóż wpierw na Wykopie ktoś wrzucił różnych lektorów czytających teksty ze „Szklanej pułapki”.

Jipikajej from Grzegorz Brzeczyszczykiewicz on Vimeo.

Czytaj dalej->

Marek Baraniecki “Głowa Kasandry”

głowa

Chciałbym zacząć od krótkiej refleksji. Wielu ludziom wydaje się, że zagrożenie globalnym konfliktem jądrowym przeminęło razem z rozpadem ZSSR (Związkiem Sowieckich Socjalistycznych Republik). Wielu myślało i myśli, że groźba atomowego holokaustu już nam nie grozi. Moim skromnym zdaniem nic bardziej mylnego.

Cała zimna wojna opierała się na zasadzie równowagi między dwoma supermocarstwami, których przywódcy doskonale (mam taką nadzieję) zdawali sobie sprawę, że w przypadku konfliktu z użyciem broni jądrowej nie będzie żadnych zwycięzców.

Dziś arsenał atomowy może wpaść w różne ręce, ileż to się człowiek naczytał lub naoglądał o „brudnych” bombach, zaginionych rakietach balistycznych i materiałach do budowy bomb. Pal licho, że to w większości fikcja literacka lub filmowa była. Zagrożenie związane z użyciem atomowej broni jest znacznie poważniejsze niż kiedyś.

Obecnie jesteśmy świadkami wymachiwania szabelką przez niejakiego Kima, który musi po prostu pokazać swoim towarzyszom, że Zachodu się nie boi. Robi to by utrzymać władzę we własnym państwie (taka ma skromna opinia). Musiałby być szaleńcem ryzykując otwartą wojnę, ale z drugiej strony nigdy nie ma się pewności.

O szaleńcach i efektach ich postępowań napisał Baraniecki w połowie lat osiemdziesiątych w tytułowym opowiadaniu zbioru czyli w „Głowie Kasandry”. Wówczas nad ludzkością cały czas wisiała niczym miecz Demoklesa groźba globalnego konfliktu atomowego, o której już wspomniałem. Teraz też powinna istnieć taka obawa, ale ludzkość ma tyle spraw na głowie, że szkoda gadać. Co się będzie przejmować wojną atomową. Baraniecki w “Głowie Kasandry” opisał rzeczywistość po atomowym konflikcie. Zrobił to koncentrując się na opisach świata, w którym nastąpiło przebiegunowanie ziemi, zmiany stref klimatycznych, ogromne radioaktywne i chemiczne burze niszczące wielkie połacie naszej planety.

 Ludzkość jak to zwykle bywa (w przypadku globalnych konfliktów atomowych) przetrwała w niewielkich enklawach, które całkowicie porzuciły technologię, bo systemy naprowadzania rakiet i silosy rakietowe, te które ocalały, wciąż są zdolne do reagowania i wysyłania śmiercionośnej broni. Główny bohater to myśliwy, który nie poluje na zwierzynę, ale właśnie na pozostałości dawnych systemów rakietowych. Wykrywa aktywne silosy, zabiera się do pracy i likwiduje zagrożenie. Cały czas towarzyszy mu pragnienie odnalezienie mitycznej „broni ostatecznej” czyli owej Głowy Kasandry.

„Głowa Kasandry” to nowelka, która w bardzo ciekawy i interesujący sposób opowiada o końcu ludzkości, cyklu rozwoju cywilizacji i zadaje pytanie; Czy egoizm człowieka powinien stawać na drodze rozwoju innego inteligentnego życia? Skoro nie udało się Nam homo sapiens sapiens przetrwać, sami wykończyliśmy nie tylko własną cywilizację, ale również nasz dom czyli Ziemię, to czy w swej pysze powinniśmy mieć drugą szansę? Tematyka opowiadania zahacza o przeczytaną przez mnie niedawno „Kantyczkę dla Leibowitza” i wiele innych książek o tematyce postapokalitpycznej. Baraniecki zakończył opowiadanie bardzo efektownie i z nutką niepewności co do decyzji podjętych przez głównego bohatera.

Z pozostałych opowiadań ze zbioru jeszcze dwa są z lat osiemdziesiątych.

Karlgoro, godzina 18.00. Zupełnie mnie nie porwało. Statek kosmiczny, wypadek członka załogi i ludzie na Ziemi łączący swe jaźnie i siły psychiczne, by naprawić uszkodzenia ciała poszkodowanego setki milionów kilometrów dalej. Nie moje klimaty, w ogóle nie zaiskrzyło.

Wynajęty Człowiek.  Taka kryminalna historia z charakterystycznym motywem „zamkniętego pokoju”. Ale ów „zamknięty pokój” to statek kosmiczny, a członkowie załogi wplątani zostają w grę, która dzieje się w rzeczywistości. Pomysł bardzo interesujący, ale wykonanie znacznie już słabsze. Wydawało mi się takie chaotyczne i mało przekonywujące.

Ziarno Kirliana. To opowiadanie jest już dość świeże. Napisane do wydania książki z 2008 roku. Pomysł na opowieść oryginalny, bo mamy tutaj ogromny system, który wykorzystując odkrycie pól życiowej energii zarządza całą ludzką społecznością w taki sposób, aby wyeliminować wszelkie zło, konflikty i wojny. Znowuż nie moje klimaty, zbyt to ezoteryczne i takie metafizyczne.

Wesele dusz. To również nowe opowiadanie, ale to akurat sprawiło mi przyjemność. Mamy tutaj metafizykę, los, przeznaczenie, miłość zdolną zmienić świat. Może i naiwne, ale dla mnie krzepiące. Opowieść o dziesięciu sprawiedliwych, którzy mogą ocalić świat przed wojną taka pozytywna mi się wydała. Aha i pocieszenie może przynosić fakt, że istnieją w światowych rządach ludzie pragnący pokoju.

„Głowa Kasandry” zdobyła pierwszego „Zajdla”. Wcześniej to Zajdel zdobył „Zajdla” tylko wtedy nagroda nazywała się troszku inaczej, a dokładniej SFINKS się nazywała. Baraniecki słusznie „Zajdla” dostał. Tytułowe opowiadanie ze zbioru nie zestarzało się zupełnie. Być może dlatego, że porusza wątki wciąż aktualne w literaturze i popkulturze. Apokalipsa, zagłada ludzkości to strasznie „wdzięczny” temat. I oczywiście odbudowa ludzkiej cywilizacji po katastrofie. Baraniecki postawił świetne pytania dotyczące przyszłości ludzkości. Jedno z nich może brzmieć: Czy naprawdę jesteśmy warci całego tego zamieszania?

Pozostałe opowiadania w porównaniu do „Głowy Kasandry” wypadają dość blado. Przynajmniej dla mnie. Poruszanie się w tematyce ezoteryki, metafizyki, duchowości i tym podobne to nie moja działka.

Walter M. Miller Jr. “A Canticle for Leibowitz” (“Kantyczka dla Leibowitza”)

canticleDziś opowiem wam o książce należącej do klasyki gatunku science-fiction. Klasyki przez duże K. „Kantyczka…” została wydana w 1959 roku, ale jej części składowe ukazały się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Dlaczego piszę o częściach składowych? Otóż Miller napisał swoją książkę na podstawie trzech opowiadań, które ukazały się w jednym z czasopism amerykańskich. Taką też konstrukcję ma ten klasyk. Trzy części, trzy epoki, trzy historie.

Nie da się opowiedzieć Wam o tej książce bez zarysowania fabuły, która przedstawia się następująco. W pierwszej części zatytułowanej „Fiat Homo” znajdujemy się w świecie post nuklearnego holocaustu, dokładniej kilka stuleci po tym, jak Człowiek sprowadził Demona Ognia i Opadu na swój gatunek i całą planetę. Sześć setek lat po nuklearnej wojnie ludzkość, a raczej jej resztki żyje sobie w okresie, który moglibyśmy nazwać Wiekami Ciemnymi. W dawnych Stanach Zjednoczonych nie ma praktycznie żadnych państw, istnieją plemiona, które wierzą w magię, demony, bogów. Ludzie nie pamiętają przeszłości, a wojna nuklearna określana jest mianem Ognistego Potopu. Istnieją plemiona mutantów, które żyją poza nawiasem „cywilizowanego” świata. Bezpośrednio po Armagedonie ci, którzy przetrwali wywarli zemstę na tych, którzy ich zdaniem winni byli wojnie. Rozpoczęto masowe mordowanie ludzi nauki, techniki, kultury, władzy. Palono książki, niszczono wszelkie przejawy wiedzy i kultury. Okres ten nazwany został okresem Prostoty bądź Uproszczenia (ja to tak sobie przetłumaczyłem, bom książkę po angielsku czytał). Skrawki dawnej cywilizacji przetrwały w Kościele Katolickim, który ocalił większość swoich rytuałów, hierarchii i historii. Powstał nawet specjalny zakon, który zajmował się przemycaniem książek („bookleggers” – nawiązanie do „bootleggers” z czasów prohibicji czyli przemytników alkoholu) i próbą ich ocalenia. Przewodził temu zakonowi Leibowitz, inżynier co się na wiarę nawrócił i zginął w mękach zamordowany przez tłum żądny krwi. Kilka stuleci po męczeńskiej śmierci Leibowitza, jego zakon dalej istnieje i zajmuje się przechowywaniem, konserwacją rozmaitych strzępków ludzkiej wiedzy. A młody nowicjusz Franciszek podczas postów na pustyni odkrywa (za sprawą tajemniczego pielgrzyma) schron przeciwatomowy z zachowanymi dokumentami być może będącymi własnością samego Leibowitza. Zaczyna się proces o beatyfikację, a nasz Franciszek odegra dużą rolę w tym procesie.

Wybaczcie, ale trochę o tej fabule będę pisał, bo naprawdę jest interesująca. Druga część nazwana „Fiat Lux” przenosi nas znów o kilkaset lat w czasie. Po ponad tysiącu lat od wojny ludzkość powoli zaczyna odkrywać tajniki nauki, wiedzy, techniki. Ta część może przypominać Renesans. Istnieją już państwa, a nawet mocarstwa, których władcom marzy się panowanie nad światem. A władcy owi zdają sobie sprawę, z tego jak ważna może być przewaga technologiczna nad przeciwnikiem. Powstają świeckie uniwersytety, które zaczynają konkurować z Kościołem Katolickim. Sam Kościół natomiast stał się strukturą skostniałą, niechętną nowościom. Nawet zakon świętego Leibowitza zajmuje się tylko przechowywaniem i bezmyślnym kopiowaniem zgromadzonej wiedzy. Dopiero wizyta świeckiego uczonego, rozrusza trochę zakonników, ale nie obędzie się bez konfliktu pomiędzy tym co boskie, a tym co cesarskie.

I trzecia część „Fiat Voluntas Tua” to już rasowe science-fiction. Ludzkość nie tylko odzyskała wiedzę sprzed wojny, ale prześcignęła naszą cywilizację. Zaczęto kolonizować inne planety. Niestety nawet lekcja sprzed ponad półtora tysiąca lat niczego nie nauczyła włodarzy tego świata. I małpoludy znów stają na krawędzi wojny totalnej. Zakonnicy z zakonu Leibowitza mają do odegrania poważną rolę w ocaleniu ludzkiej wiedzy.

Po tym jakże przydługim wstępie charakteryzującym fabularne wątki książki chciałbym Wam powiedzieć o moich wrażeniach, o tym czym dla mnie była lektura „Kantyczki…”. To książka naprawdę wielowątkowa, w której każdy znajdzie coś dla siebie.

Dla mnie to opowieść o trudach zdobywania wiedzy, o tym jak łatwo zaprzepaścić dziedzictwo tysięcy lat i wielu pokoleń, w jednym szaleńczym akcie. Miller pisał książkę w latach pięćdziesiątych, „najzimniejszym” okresie zimnej wojny, tuż przed kryzysem kubańskim. Wielu ludzi drżało przed bardzo prawdopodobnym scenariuszem wojny nuklearnej. I w tym kontekście „Kantyczka…” jest książką przenoszącą owe lęki na papier.

 Jest to również opowieść o wierze, która może pozwolić ludziom przetrwać najgorsze czasy. Opowieść o wierze zarówno w Boga, który stworzył ludzi na swoje podobieństwo jak i wierze w naukę, w jej moc pozwalającą ludziom osiągnąć niemal boski status. Tylko, że gdy osiągamy ten niemal boski status okazuje się, że to niemal to dla nas za mało. I dlatego ludzie nigdy nie wejdą do Edenu, bo sami nie wiedzą czym Eden jest. Znajduję w „Kantyczce…” arogancję i pychę  naukowców przekonanych o swej nieomylności i wyższości nad prostaczkami dzięki posiadanym tajemnicom nauki. Znajduję również arogancję i pychę ludzi Kościoła przekonanych o swej nieomylności i wyższości nad prostaczkami dzięki posiadanym tajemnicom wiary.

To książka o odwiecznym konflikcie między Kościołem a państwem, przejawiającym się w podejściu do zagadnienia na przykład eutanazji, czy też wykorzystania zgromadzonej wiedzy i odkrytych technologii do celów politycznych i wojskowych. W „Kantyczce…” podobnie jak w naszej historii przez szereg stuleci to członkowie Kościoła mieli dostęp do wiedzy, do książek. I tego dostępu strzegli bardzo dobrze. Nic więc dziwnego, że gdy pojawiają się świeccy naukowcy wątpiący w naukę Kościoła, wytykający mu błędy ignorancji i marnotrawstwa zakonnicy od świętego Leibowitza zaczynają się irytować i denerwować. Jednak co znamienne nie blokują, nie zabraniają innym korzystać ze zgromadzonych ksiąg. Ta postawa bardzo przemawia na ich korzyść.

Znajdziemy w książce powtarzający się cykl wydarzeń. Od narodzin cywilizacji, mozolne wspinanie się coraz wyżej na drabinie technologicznego rozwoju, by z hukiem i błyskiem znów pogrzebać wszystko pod gruzami. Tę cykliczność można zauważyć w wielu religiach, filozofiach. To koło życia, wąż pożerający własny ogon. Na szczęście Miller daje nadzieją dla naszego gatunku w postaci kolonizacji obcych planet. Niestety nie daje gwarancji, że także i na owych obcych planetach ludzkość nie powtórzy owego zaklętego kręgu. Wniosek może nasuwać się taki, że jedyną szansą na przetrwanie naszego gatunku to rozprzestrzenienie się na jak największą liczbę światów. Niestety to daleka, bardzo daleka pieśń przyszłości.

Interesujące w „Kantyczce…” jest również tło polityczno – historyczne nowej cywilizacji. Miller przemycił strzępki informacji o wojnach, państwach, granicach i wydarzeniach w bardzo inteligentny i rozbudzający wyobraźnię sposób. Ja już pisałem, kiedyś, gdzieś, że uwielbiam tło w książkach science-fiction, historiach alternatywnych. Im lepiej zarysowane, im ciekawsze, im bardziej prawdopodobne tym lepiej. A w “Kantyczce…” tło jest przedstawione bardzo zgrabnie i bardzo interesująco.

I mało co a byłbym zapomniał. Książka jest również zabawna. Momentami co prawda, ale humoru jest całkiem sporo. W dodatku tego czarnego, który moim ulubionym rodzajem humoru jest.

Została wydana jeszcze jedna książka Millera, będąca kontynuacją „Kantyczki…” „Saint Leibowitz and the Wild Horse Woman”. Ukazała się ona w roku 1997, już po samobójczej śmierci Millera. Książka została dokończona przez innego pisarza Terry’ego Bissona. Podobno zawiera rozwinięcie drugiej części „Kantyczki…”. Chyba sobie czytnę.

Podsumowując. Nie bez powodu „Kantyczka…” stała się klasyką. Sprzedała się i sprzedaje się dalej w milionach egzemplarzy. Nie bez powodu wielu różnych ludzi znajduje w niej wiele różnych rzeczy. To naprawdę bardzo dobra  literatura.  Polecam gorąco tę książkę.

 

P. S. Tak sobie szperałem po sieci i trafiłem na fascynującą stronę opisującą bardzo możliwy i prawdopodobny scenariusz nuklearnej zagłady. I tym razem nie chodzi o polityków z przerośniętym ego i dostępem do czerwonego guzika. Oj nie. Tym razem chodzi o wybuchy na słońcu, falę promieniowania elektromagnetycznego, która niszczy wszelkie urządzenia elektroniczne i ponad czterysta elektrowni atomowych rozsianych po całym świecie, które w wyniku zniszczenia sieci energetycznej po kilkunastu dniach zaserwują  nam Czarnobyl pomnożony kilkaset razy na całym ziemskim globie.

Przeczytajcie sobie (niestety po angielsku):

400 Chernobyls: Solar Flares, EMP, and Nuclear Armageddon [Fulll Length Version]

 

 

Cormac McCarthy “Droga”

Cormac McCarthy "Droga"

 Ja to jednak jestem jakiś dziwny:) Wspominałem o ostatniej niedzieli, że była brzydka i ponura. I dlatego przeczytałem sobie książkę Szczygła na poprawę humoru:) Tak było, ale książkę Szczygła czyta się szybko. A niedziela wciąż była szara i paskudna. Dlatego wziąłem się za kolejną  książkę, o której wiedziałem, że raczej nie należy do książek obfitujących w humor. Tą książką była właśnie „Droga”. I jeśli już pastwię się nad tą okropną deszczową niedzielą to muszę napisać, że „Droga” idealnie się  wkomponowała w klimat owej szpetnej niedzieli.

Dobra wracając do książki. Postapokaliptyczny świat. Cywilizacja przestała istnieć po tajemniczej katastrofie, która zasnuła  niebo, wypaliła lasy i pola. Nic nie rośnie, nic nie kwitnie. Wszystko jest szare, ciemne, umierające oraz przykryte popiołem z niezliczonych pożarów. W tej scenerii rodem z mrocznego koszmaru dwóch wędrowców, ojciec i syn, przemierzają dawne Stany Zjednoczone (chyba to są Stany) w kierunku oceanu, który w wyobrażeniu ojca ma być ziemią obiecaną i wybawieniem i miejscem, gdzie można spróbować żyć.

Ich wędrówka jest długa, niebezpieczna i wycieńczająca. Mijają opuszczone domy, spalone miasta. Wszędzie króluje szarzyzna i śmierć. Nawet płatki śniegu są szare. Chłopiec ma zaledwie kilka lat, nie pamięta świata przed katastrofą. Jedyną jego rzeczywistością jest bezustanna wędrówka, krycie się w lesie przed obcymi i wieczny głód. Ojciec opowiada mu o świecie sprzed katastrofy. Utwierdza go też w przekonaniu, że obaj są dobrymi ludźmi. Wpaja mu pojęcia moralności związane ze światem przed katastrofą. Czy dobrze czyni? Na swej drodze natykają się na mniej lub bardziej zorganizowane grupy ludzi. Wszyscy, których bezimienny ojciec ze swoim równie bezimiennym synem spotykają są bez wyjątku kanibalami. W świecie, w którym większość zapasów żywności została już zjedzona, a pozostałe resztki kurczą się gwałtownie kanibalizm ma się bardzo dobrze. I nie jest to bynajmniej kanibalizm rytualny, lecz ściśle związany z przeżyciem. Nic nie ma prawa  się zmarnować.

Surowy i okrutny świat, w jakim przyszło dorastać chłopakowi nie ma przyszłości. Ojciec doskonale to rozumie i zdaje sobie z tego sprawę. Nie znajduje jednak w sobie na tyle siły, by wcześniej zakończyć  ewentualne cierpienia syna, który mógłby skończyć jako danie główne lub bardziej przystawka, bo raczej do dobrze odżywionych chłopak nie należy.

Wydawałoby się, że postapokaliptyczny temat został wyczerpany do cna w setkach filmów i książek. I “Droga” również nie  wnosi żadnej nowości do tego tematu. Bardziej chodzi tutaj o sposób opowiedzenia tej historii. Nie znajdziemy w tej książce informacji, jak skończył się świat. Nie wiemy co doprowadziło do tego, że ocalali ludzie polują na siebie jak na zwierzynę łowną. Czy była to wojna, wielka asteroida, gniew boży? Nic nie wiemy.  Ani słowa o polityce, strzępki zdań o dniach świeżo tuż po kataklizmie. Po dawnym świecie została jedynie „szara naga jama szara naga jama (cytat z pewnego polskiego poety). I co najważniejsze nie przeszkadzało mi to zupełnie. Ja, który lubię poznawać tło i świat w książkach, nie zżymałem się ani razu na lakoniczność opisów świata w trakcie katastrofy i krótko po niej. Nie interesowało mnie to zupełnie. „Droga” tym się różni od wielu książkach opisujących koniec ludzkiej cywilizacji. Inne książki starają się choćby w zarysie opowiedzieć co doprowadziło do zniszczenia świata, lub jak taki „Bastion” Kinga opisują krok po kroku czas apokalipsy.

Dawno nie czytałem książki, która tak sugestywnie, mocno oddziaływałaby na emocje czytelnika. Zasługą zdecydowanie jest język książki (nie znam oryginału, ale wydaje mi się, że pochwały należą się tłumaczowi). Oszczędny, mroczny i zimny. Praktycznie brak dialogów, jedynie zdania, które naprawdę oddziałują na czytelnika.

Niemal cała książka składa się ze zdań, które wwiercają się w mózg i zostają tam na długo. Na przykład takie:

“Spopielone trupy skurczone do wielkości dziecka, siedzące na gołych sprężynach foteli. Dziesięć tysięcy marzeń zamkniętych w grobowcach ich zwęglonych serc.”

„Droga” podobała mi się bardzo. Choć jako lektura na deszczową niedzielę nie była zbyt dobrym pomysłem. Na szczęście mogłem w każdej chwili wstać i zrobić sobie na przykład herbaty:) Ojciec z synem takiej możliwości nie mieli. I żyję w świecie, który póki co jeszcze nie rozpadł się na kawałki.

 

Polecam gorąco! I tych, którzy jeszcze nie czytali ostrzegam, że lektura do przyjemnych nie należy.

Suzanne Collins “Igrzyska śmierci”

Suzanne Collins "Igrzyska śmierci"

Suzanne Collins "Igrzyska śmierci"

Wielokrotnie na mym blogu wspominałem, że uwielbiam klimaty postapokaliptyczne. Łykam większość badziewia i dobrych rzeczy, jakie mają coś wspólnego z tym wątkiem w literaturze, filmie czy jakiejkolwiek ludzkiej artystycznej działalności. Ostatnio przeczytałem „Ciepłe ciała”, powieść w tym klimacie skierowaną raczej do młodych ludzi. Moje wrażenia z tego, co pamiętam nie były zbyt pozytywne i pełne zachwytu.

„Igrzyska śmierci” to kolejna książka dla młodzieży, utrzymana w klimacie postapo, którą przeczytałem. Ach, Charlie! Czemu na błędach się nie uczysz! Młodzieżą już dawno nie jesteś i niekoniecznie musi Cię ciągnąć do literatury dla nastolatków. Błędy, błędami, ale niby, że ekranizacja kinowa tej książki to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku. Więc chciałem poznać o co chodzi, o co cały ten hałas. Zapomniałem, że ekranizacja jest również wyczekiwana przez nastolatków! Dobra wracamy do książki.

Zarys fabuły i miejsca akcji Wam przedstawię. Kontynent północnoamerykański po licznych katastrofach, falach tsunami, które najprawdopodobniej zmiotły porządek świata, który znamy. Jest zasiedlony przez obywateli państwa Panem. Kraj ten jest rządzony przez ludzi ze stolicy zwanej Kapitolem. Ustrój jaki w nim panuje to reżim i dyktatura. Podział administracyjny kraju wygląda następująco: Kapitol, oraz dwanaście podległych mu Dystryktów, był trzynasty dystrykt, ale się zbuntował i władcy Kapitolu zrównali go z ziemią. Gospodarka kraju: każdy Dystrykt odpowiada za określoną gałąź przemysłu, niektóre są rolnicze, inne przemysłowe. Wszyscy mieszkańcy każdego Dystryktu Panem podlegają władzy Kapitolu i nie mogą się między Dystryktami komunikować. Przejdźmy teraz do clou całej opowieści. Co roku urządzane są w Kapitolu Głodowe Igrzyska, które mają na celu uświadomienie mieszkańcom każdego Dystryktu, że Kapitol rulez! Loteria przeprowadzana w każdym dystrykcie wyłania dwójkę tak zwanych trybutów chłopca i dziewczynkę w wieku od 12-18 lat, którzy jadą do Kapitolu i walczą na arenie na śmierć i życie. To byłoby na tyle jeśli chodzi o zarys „intrygi”.

Wszystkich tych informacji dowiadujemy się od narratorki, która jednocześnie jest główną bohaterką książki. Katniss ma szesnaście lat, pochodzi z Dwunastego Dystryktu i zgłasza się na ochotnika do Głodowych Igrzysk, na miejsce swojej dwunastoletniej siostry. Podczas zmagań na śmierć i życie wykazuje się siłą, sprytem, odwagą, hartem ducha i bla, bla, bla…

Dobra nie będę się rozpisywał, później większość książki to opis zmagań na arenie, aż do finału.

Książkę czytało się szybko, w miarę sprawnie napisana, choć bardzo prosto. Świat Panem nakreślony przez autorkę jest ubogi w detale, słabo zarysowany i wiele rzeczy nie trzyma się kupy. Przełknąłem to jednak cały czas powtarzając sobie, że to książka dla młodych ludzi.

W książce mamy poruszane ważkie problemy tyranii, głodu, cierpienia, śmierci, przetrwania. Wszystkie te mądre rzeczy nie trafiały do mnie i zupełnie nie potrafiły mnie wzruszyć. Katniss natomiast to „chyba” typowa nastolatka (nie wiem, bo dawno z nastolatkami nie miałem do czynienia), ciężko doświadczona przez los i twarda. Nie brak oczywiście wątku romantycznego, miłości, która rozkwita wśród bezpardonowej walki na śmierć i życie…

Dobrze, że przeczytałem to szybko, zapoznałem się, puszczę tę książkę w niepamięć za jakiś czas. Przecież te moje dwie szare komórki nie mogą archiwizować takich rzeczy. Jak dla mnie bardzo średnia ta książka. Może gdybym przeczytał ją z dziesięć lat temu, to odbiór byłby całkiem inny…