Zbigniew Nienacki “Dagome Iudex” – trylogia

Ja Dago       Ja Dago Piastun        Ja Dago Władca

Dziś opowiem Wam o trzech książkach „Ja Dago”, „Ja Dago Piastun” i „Ja Dago Władca”. Wchodzą one w skład trylogii „DAGOME IUDEX”, którą Nienacki napisał pod koniec lat osiemdziesiątych, a która praktycznie zupełnie nie istnieje w  świadomości czytelniczej Polaków (trochę generalizuję, ale tak jest). Chciałbym pochylić się nad przyczynami, które sprawiły, że książka nie stała się hitem, nie zdobyła nagród, nie utrwaliła się w kanonie książek literatury popularnej w Polsce. Jakim cudem Zbigi nie powalił ludzi na kolana swą trylogią?

Zacznę od tego, że jest to strasznie długi wpis. Nie wiem czy nie najdłuższy jaki kiedykolwiek napisałem dlatego wrzucę ze dwa obrazki coby go trochę urozmaicić. Zauważyłem na innych blogach, że ładnie to wygląda i może u mnie się przyjmie.

Aby było Wam łatwiej przybliżę fabułę książek. Najpierw jednak zacznę od przydługiego wstępu, żebyście nie dostali wszystkiego od razu.

Jak powstają państwa? Co skłania ludzi do tego, by współtworzyli grupę osób zjednoczonych pod władzą jakiegoś osobnika lub rządu? I dlaczego ludzie oddają władzę nad sobą w ręce innego człowieka? Wikipedia mówi, że państwo to:

trwały związek ludzi stale zamieszkujących określone terytorium, podlegających władzy zwierzchniej oraz zdolność do nawiązywania i utrzymywania stosunków dyplomatycznych z innymi państwami.

Wiki podaje również kilka teorii dotyczących powstawania państw. Mamy teorię teistyczną, teologiczną, patriarchalną, marksistowską, teorię podboju i przemocy lub umowy społecznej. Tych teorii trochę jest. Można powiedzieć, że co człowiek to teoria. Proces powstawania państwa pewnie zawiera elementy z każdej z nich (może z wyjątkiem boskiej interwencji i boskiego pochodzenia władcy). Ale można też powiedzieć, że dawniej państwa rozwijały się głównie przez podbój. Rzym podbijał, Babilon podbijał, Imperium Ottomańskie podbijało, Frankowie i Teutoni podbijali, Czynghis Chan podbijał, a nie on nie podbijał. On tylko najeżdżał, rozpierd… wszystko w drobny mak, gwałcił, rabował i wracał do siebie na „przestwór suchego oceanu”, by tam płodzić kolejnych potomków. Piszę w trzeciej osobie liczby pojedynczej o wszystkich tych czynnościach, ale wiadomo, że Czynghis Chan nie robił tego sam (nie czuję kiedy rymuję). Było z nim z reguły kilkadziesiąt tysięcy kumpli z podwórka. Wracając do genezy państwa. Podbój to jedno, przekazanie władzy w ręce jakiegoś osobnika to drugie. W małych społecznościach, plemionach w dawnych czasach najczęściej wodzem zostawał najsilniejszy facet. Samiec alfa, macho. Z racji tego, że wszystkim pozostałym mógł spuścić wpierdol i często miał smykałkę do wojowania. Gdy umierał jego potomstwo nie miało szans na dziedziczne objęcie władzy, chyba, że było również najlepsze.

Ale to było strasznie dawno temu. Później ludzie wynaleźli tyle rzeczy, że nie ogarniali tego wszystkiego. Rolnictwo, hodowla zwierząt, pismo, pieniądze. Zrobiło się tych wynalazków sporo. Dlatego podzielili się na klasy, kasty, stany, by „lepiej się żyło”. Dali władzę jednym, by ich chronili przed innymi. Dostali motykę od innych, by aż do śmierci uprawiać rolę. I w ten znacznie uproszczony sposób przedstawiony przez mnie, cywilizacje rodziły się, rozwijały i upadały. W Europie Zachodniej skrytej mrokami średniowiecza, czyli koło VIII/IX wieku naszej ery po rozpadzie Cesarstwa Rzymskiego scalanie różnych plemion, rodów następowało znacznie szybciej niż na Wschodzie. Lecz nawet na terenach dzisiejszych wschodnich Niemiec, Polski, Czech, Węgier, Ukrainy, Rosji, Litwy, Łotwy istniały związki plemienne, które posługiwały się wspólnym językiem i wybierały jednego wodza na czas wojny lub wypraw łupieżczych. Często takiemu wodzu/wodzowi udało się zatrzymać władzę na dłuższy czas, a nawet przekazać ją synowi lub synom. W ten sposób najprawdopodobniej zaczęły się tworzyć dzisiejsze państwa Europy Środkowo – Wschodniej.

Czasy te okryte są tajemnicą, mnóstwem legend i mitów. Nie inaczej jest z naszą kochaną Polską. Historycy pewni są Mieszka i trochę jego ojca. Wszystko co było wcześniej jest wielką niewiadomą.

Dlatego wziął sobie pan Nienacki ów okres na warsztat i postanowił spisać własną wersję legendy o powstaniu państwa polskiego. Cel szczytny, lecz jednocześnie wymagający. Czy podołał?

Powiem Wam na końcu.

O fabule będzie w skrócie.

Głównego bohatera poznajemy w momencie, gdy przekracza Rzekę Zapomnienia na wschód od cesarstwa Teutonów. Po to by obudzić śpiącego olbrzyma, czyli ludy słowiańskie i wprowadzić je na karty historii. Narracja nie jest prowadzona liniowo. Oprócz bieżących wydarzeń mamy retrospekcje, które przybliżają nam jego przeszłość. Rozdziały z historią jego dzieciństwa przeplatają się z tymi dotyczącymi aktualnych wydarzeń. Jego przeszłość to w skrócie: krew olbrzymów, która w nim płynie, znajomość sztuki miłości i sztuki czarów, pragnienie zemsty na mordercach opiekunki, wędrówka do miast nad Bałtykiem, magiczny miecz Tryfing, który odcina głowy, nauka na dworze w Konstantynopolu sztuki rządzenia ludźmi, choroba zwana Żądzą Czynów oraz wiecznie mu towarzyszące pragnienie zostania władcą, którego urzeczywistniania jesteśmy świadkiem.

Od tomu pierwszego towarzyszymy Dagobertowi w jego drodze do władzy nad plemionami słowiańskimi, które pragnie uczynić wielkimi. Jest to dość interesująca droga. Bardzo krwawa, bardzo wyboista, moralnie podejrzana. Tak eufemistycznie mógłbym określić potoki krwi, spermy, niezliczone ilości krzywoprzysięstw, zdrad, gwałtów, rabunków, kłamstw, którymi usłana jest ścieżka Dago do władzy. Czasem popełnia jakiś dobry czyn, ale tylko wtedy gdy jest pewien, że to się przysłuży jego interesom. Walcząc z kolejnymi miejscowymi władcami, nie nazywa siebie księciem, lecz Piastunem. Dlatego, że nie chce władać ludem, tylko się nim opiekować, piastować (ot, taka demagogia).

Dago poznał sztukę rządzenia ludźmi. Zna na pamięć Księgę grzmotów i błyskawic, z której mądrości przewijają się przez całą trylogię.

Na przykład fragment, który służy jako motto książki:

„Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest, wiec moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy Lak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać.”

Księga Grzmotów i Błyskawic rozdział: „O sztuce rządzenia ludźmi”

„Pikne” nieprawdaż? W książce znajdziemy mnóstwo przykładów idealnie wpasowujących się w ten fragment. Morderstwa nazwane słuszną karą, zdrada nazwana wiernością, niewola zamienia się w wolność i tym podobne.

Wielu zalicza książkę do powieści historycznej, która jest osadzona w konkretnym okresie historii. Obok postaci wymyślonych przez Nienackiego przewijają się przez książkę postacie historyczne, wspomina się autentyczne wydarzenia z historii Europy. Czas akcji powieści to około 860 roku naszej ery. Zapewne wnikliwy historyk dopatrzy się nieścisłości, ale mi one nie przeszkadzają. Niektórzy mówią również o “Dagome Iudex” jako historycznej fantasy, ale z tym fantasy to ja bym nie przesadzał. Jest zaczarowany miecz, ale czy nie jest on czasem zaczarowany w ten sposób, że włada nim zajebisty szermierz? Mamy wróżów, mamy górę Ślężę z pogańskimi rytuałami, mamy kąpiel w rosole długowieczności, magiczne runy i tym podobne. Lecz czy te zjawiska i artefakty działają za pomocą magii, czy może po prostu siłą sugestii? Ludzie w tamtych czasach byli strasznie zabobonni i łatwo dawali wiarę wszelakim magicznym sprawkom. Nawet mamy smoka! Szczek się smok nazywał i okazał się nie żadnym gadem, ale upośledzonym osiłkiem ze skłonnościami do małych dziewczynek.

– Nikt nie rodzi się wolnym. Najpierw jest niewolnikiem swoich rodziców, swego rodu, swojego języka, swojej wiary, a także swojej płci oraz rozumu i siły, którą go obdarzono. Rodzimy się też niewolnikami swoich słabości. Nie wiem, co to znaczy być człowiekiem wolnym, ponieważ nie wiem, co to jest wolność. Gdybyś żył tylko sam na świecie, być może mógłbyś myśleć o sobie, że jesteś wolnym. Ale jeśli spotkasz drugiego człowieka, to albo ty go weźmiesz pod swoja władzę, albo on ciebie sobie podporządkuje.

 

Z elementów fantasy mamy też drużynę. Dago to typowy heros. Piękny, silny, umięśniony. Przy tym bardzo mądry i wykształcony. Conan Barbarzyńca jak się patrzy. Wędruje wraz z Herimem, lubieżnym mnichem, który staje się jego kanclerzem oraz w towarzystwie Zyfiki – Dzikiej Kobiety potomkini Amazonek, która staje się kochanką Dago i później przyczyną wielu kłopotów.

Nienacki wrzucił wiele, wiele mitów i legend do swojej książki. Wymieszał je w tyglu swojego pisarstwa i stworzył bardzo interesujące ich wersje. Popiel i myszy, wspomniane Amazonki, Scytowie, nawet genezę husarii sobie stworzył. Niezłą zabawą jest rozszyfrowywanie tych mitów, choć w większości nie jest to szczególnie trudne.

Dago konsekwentnie dąży do celu. Zabija swoich wrogów w walce, często przy pomocy ogromnego sprytu. Jego przygody są interesujące, a sam Dago może budzić sympatię, choć jego czyny już niekoniecznie. Świat pogańskich Słowian jest barwnie i szczegółowo przedstawiony (przynajmniej dla mnie). Widać, że Nienacki lekcje odrobił, choć błędów się nie ustrzegł.

A tu heros austriackiego pochodzenia. W filmie nie wydaje się pałać zbytnią inteligencją

A tu heros austriackiego pochodzenia. W filmie nie wydaje się obdarzony zbytnią inteligencją.

Dlaczego więc skoro książka jest ciekawa, przygody interesujące, bohaterowie wiarygodni cykl „Dagome Iudex” nie powalił na kolana polskich czytelników? Pierwszym powodem jaki nasuwa mi się na myśl to seks. Mój Swarogu! Ileż tam jest seksu. I to nie takiego z romansów dla panienek z pensji. Żadnych tam całusów, miziania i przytulania. Opisy aktów miłosnych są delikatnie mówiąc niemal ginekologiczne. Seks jest opisany bardzo naturalistycznie.

UWAGA! BĘDĘ PRZYTACZAŁ PRZYKŁADY! MOŻE BYĆ OBSCENICZNIE!
 Mamy więc spermę, nasienie ściekające po udach, wyprężone żołędzie, wnikanie w łono, drętwiejące członki (i nie chodzi tu o ręce czy nogi), piersi jak wymiona, gwałty, masturbację, zoofilię, pedofilię, i wiele, wiele innych.

Czy coś takiego:

„A on, zaspokojony, po raz pierwszy spełniwszy się z kobietą, z pogardą patrzył na swój wciąż sterczący członek lśniący od jej wydzielin”

lub

Niejednokrotnie, w izbie słabo rozświetlonej blaskiem księżyca przenikającego przez rybie pęcherze w oknach, obserwował, jak jego ojciec wpycha nabrzmiały członek w wypięty, obnażony zad macochy.

– wybrałem „lżejsze” przykłady.

Ogólnie Nienacki w tych trzech tomach umieścił chyba każdą dewiację seksualną jaka została stwierdzona przez Światową Organizację Zdrowia. Wyobraźcie sobie, że taki nastoletni czytelnik Nienackiego wychowany na panach Samochodzikach dostaje w swoje ręce książkę z kolorową okładką, myśli, że sobie poczyta jakieś fantasy czy „cuś”, a tu porno. Lub rodziców jego, którzy również nie przeczytali opis z tyłu, a w którym wyraźnie jest napisane, że powieść jest przeznaczona dla dorosłych lubiących „prozę drapieżną”. Mam tu na myśli rodziców nie znających książek dla dorosłych napisanych przez Nienackiego. Seks i jego opisy zdecydowanie mogły stać na przeszkodzie jeśli chodzi o sukces książki.

Drugim powodem był okres, w którym się ukazała. Końcówka lat osiemdziesiątych, początek dziewięćdziesiątych to chyba nie był dobry pomysł na wydanie tego typu książki w Polsce. Czytelnicy nie byli wyrobieni jeśli chodzi o jakiekolwiek fantasy (jeśli patrzeć na książkę Nienackiego pod tym kątem). Gdyby wydawnictwo poczekało kilka lat. Rynek został wtedy zalany różnego rodzaju tłumaczeniami fantasy anglojęzycznej. Ludzie czytali wszystko, bo było z Zachodu. Odpowiedni PR, marketing, kilka chwytliwych haseł i ludzie by to kupili. Moim słowom może przeczyć fakt, że wznowienia powieści również okazały się fiaskiem. Wdowa po pisarzu wznowiła trylogię pod zmienionym tytułem „Historia Sekretna” – moim skromnym zdaniem brzmi jeszcze gorzej niż „Dagome Iudex”. Podobno oficyna wydawnicza „Warmia” wydała w 2009 roku wznowienie „Dagome Iudex” w jednym tomie. Książka chyba nie stała się hitem, przynajmniej ja nic o tym nie wiem.

Trzeci powód. Książka może zostać uznana za mocno szowinistyczną. Wszyscy wiemy, że kobiety w dawnych czasach nie miały, ekhm… „lekko”. Były traktowane jak przedmiot, niezbędny element do reprodukcji. Wartość kobiety mierzono w jej zdolności do rodzenia kolejnych dzieci. Na szczęście ludzkość (niestety nie cała) przeszła od tamtych zwyczajów w miarę pozytywne przeobrażenie. Nie jest jeszcze tak różowo, ale jest lepiej i cały czas staramy się, aby było lepiej. Czym innym jest znać suche fakty historyczne o niedoli kobiet, a czym innym jest czytać o gwałconych kobietach, kobietach traktowanych jak bydło. Jest w trylogii Nienackiego kilka postaci kobiecych, które są dość silnie zarysowane. Każda ma swoje pragnienia, swoje dążenia. Najczęściej są to kobiety u boku władców, które manipulują nimi przy pomocy swego ciała, kontrolując ich poczynania obietnicami rozkoszy. To pokazuje jak prości w obsłudze byli i chyba dalej są mężczyźni. Niestety czasem autor, bo zdecydowanie czuć w książce osobę autora rzuci jakiś bardzo niesmaczny komentarz dotyczący natury i charakteru kobiet, za który mógłby spokojnie zostać rozszarpany przez adresatki. Nie skreślałbym jednak tej książki przez owe wpadki.

Czwarty powód. Jesteśmy Polakami. Lubimy o sobie myśleć jako o nacji szlachetniejszej od innych. Nie splamiliśmy się zbrodniami pokroju tych popełnionych przez naszych zachodnich sąsiadów (to na pewno), zawsze postępowaliśmy fair wobec pokonanych i tym podobne (to już nie jest takie pewne). Dlatego nikt nie lubi czytać o tym, że podwaliny jego państwa to mordy, grabieże, niewolnictwo i wyzysk, strach przed obcym, chciwość i wiele, wiele innych bardzo wątpliwych moralnie czynów. Bądźmy szczerzy, czy w historii ludzkości powstało jakiekolwiek państwo bez tych wyżej wymienionych? Wątpię. A jeśli tak to chciałbym o nim poczytać. Dlatego Nienacki mógł trochę podrażnić dumę narodową. Z drugiej strony w tej książce cały czas się przewijają motywy gloryfikujące Słowian. Ich sposób bycia, ich przywiązanie do ziemi, ich pogaństwo, brak pojęcia grzechu, umiłowanie natury, tradycji rodzinnych i tym podobne. Nienacki chwali bardzo nasze pogańskie korzenie (chodzi mi o naszych praszczurów, a nie o nasze… a zresztą nieważne). Czyli patriotyzm jest.

Piąty powód. Książka jest poważna, ponura i brutalna. Niby nic wielkiego, ale zupełnie nie ma w niej humoru. Wiem, że porównanie może trochę na wyrost, ale taki Martin w swoich „Pieśniach Lodu i Ognia” bardzo zgrabnie połączył seks, przemoc i humor. Nienacki pojechał po całości. Niby, że opisuje jacy to Słowianie są weseli, ale żadnych przykładów poza seksualną rozwiązłością nie podaje. Po przeczytaniu „Dagome Iudex” można zwątpić w człowieka. Nienacki opisuje ludzi którymi rządzi strach, chciwość, żądza, zazdrość i nienawiść. Nikt niczego nie robi bezinteresownie. Miłość to tylko pożądanie i chuć. Smutne to trochę…

Jedno jest pewne, opowieść Nienackiego w niczym nie przypomina "Starej Baśni". Obrazek z rusalke.tumblr.com/

Jedno jest pewne, opowieść Nienackiego w niczym nie przypomina “Starej Baśni”.
Obrazek z rusalke.tumblr.com

Trochę trudności może sprawiać również nazewnictwo w książce. Nienacki starał się zarchaizować język, choć robił to trochę niekonsekwentnie. Czy Słowianie nosili kalesony? W książce występuje wiele ludów, plemion. Ze skojarzeniem większości nie miałem problemu, ale były takie, które za cholerę mi nic nie mówiły. Przydałyby się jakieś przypisy, ale może przypisów nie było, bo część rzeczy pan Nienacki sobie powymyślał? Znalazłem świetny artykuł w “Poradniku językowym” z roku 1990, w którym Bogdan Walczak chwali niektóre posunięcia językowe pana Nienackiego, ale też zwraca mu uwagę na rażące błędy, obok których językoznawca przejść obojętnie nie może.:) A które mogą czytelnikowi nieobeznanemu z historią języka polskiego dać mylne wyobrażenie o języku jakim posługiwali się nasi przodkowie w IX wieku.

Nawiązując do Martina. Uważam, że „Dagome Iudex” to zajebisty materiał na serial HBO. Dużo się dzieje, jest mnóstwo seksu i przemocy. Są intrygi w celu zdobycia władzy, jest walka, jest krew. Ktoś powinien przerobić to na scenariusz i wysłać do HBO.

– Milcz, głupi mnichu – rozgniewał się na niego Dago. – Czy to nie ty zgrzeszyłeś w Fuldzie przeciw czystości, gwałcąc niewiastę? Ludzie mają tyle utrapień, a wyznawcy krzyża dołożyli im najgorsze: grzech. Ci ludzie tutaj nie grzeszą, ponieważ nie znają grzechu. Także ich bogowie nie wiedzą, co to grzech. Powiedz mi jak może grzeszyć bóg rzeki, prastare drzewo albo kamień’? One są poza grzechem i poza dobrem i złem, w ich świecie nie ma grzechu, bo nie ma także dobra i zła. Wszelkie prawa na ziemi ustanowili ludzie i oni wedle nich sądzą innych. Prawo ludzkie nie może pochodzić od bogów, gdyż różne kraje mają swoje własne prawa, często zresztą zmieniane.

Jest jeszcze kwestia religii. Dago to wyrachowany skurwysyn, który twierdzi, że najlepiej służyć wszystkim bogom, bo nie wiadomo, który się przyda. Został ochrzczony, ale żywi pogardę dla bożego syna, który zginął na krzyżu. Sam swego kraju nie chce włączyć do grona krajów chrześcijańskich. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że któryś z jego potomków będzie musiał to zrobić. Po to by ocalić swoją władzę i nie zostać poddanym jakiegoś niemieckiego barona. I tak się stało. Zresztą w całej książce czuć sympatię do pogaństwa. Z całym bagażem wiary w słońce, wodę. Z przeświadczeniem, że życie ma się jedno i należy je spędzić w miarę wesoło (oczywiście jeśli się było niewolnym kmieciem to raczej szału nie było). I kompletnym niezrozumieniem pojęcia grzechu i monogamii.

Ależ się rozpisałem. Podsumowując. Dla mnie „Dagome Iudex” to ciekawa powieść historyczna z mocno naciąganymi elementami fantasy. Ze świetnie opisanym światem Słowian, ich obyczajami, wierzeniami. Jednym bohaterem głównym i całym tabunem dość dobrze napisanych innych bohaterów. Obnażająca mechanizmy władzy, które chyba nie zmieniły się od stuleci. Powody braku sukcesu wymieniłem, ale nie zmienia to faktu, że jest mi trochę smutno, że ta książka nie znalazła szerszego kręgu odbiorców.

Aha, tak jak obiecałem. Miałem Wam powiedzieć czy Dago podołał i stworzył własne państwo? A w jakim kraju mieszkacie? Po jakiemu (przepraszam za kolokwializm) gadacie? Jasne, że podołał:)

P. S. Nie wiem dlaczego akurat za ten kolokwializm przeprosiłem, wszak pisanina ma się od nich roi.

P. S. 2 Tutaj opis wspomnianego artykułu

Walczak Bogdan: Osobliwe nazewnictwo powieści Zbigniewa Nienackiego “Dagome iudex”. Poradnik Językowy 1990 z. 1 s. 19-32

George R. R. Martin “Starcie królów”

George R. R. Martin "Starcie królów"

George R. R. Martin “Starcie królów”

To będzie jedna z krótszych recenzji. Dalsze losy bohaterów pierwszego tomu “Gra o tron”. Losy tych, których Martin nie uśmiercił w pierwszym tomie:) Czytało się bardzo dobrze, wrażenia takie same jak po pierwszym tomie, nie widzę więc sensu się rozpisywać. Tak jak napisałem to samo: krew, flaki, bitwy, rycerze, smoki, dziewice, śmierć, pieniądze, władza, chciwość, cycki, kutasy, miecze, Mur, Inni, olbrzymy, statki, czterech królów, konie, magia, oblężenia, zawiść, nienawiść, miłość, zmiennokształtni i tak dalej i tak dalej.

Lektura tak samo ciekawa jak pierwszy tom. Najgorsze jest to, że chyba będę sobie musiał kupić trzeci. A one do tanich nie należą:( Ech…

P. S. Niektórzy bohaterowie, których nie lubiłem w pierwszym tomie zaczynają zyskiwać w moich oczach:) Mowa tutaj o Daenerys, która z irytującej egzaltowanej dziewczynki zamienia się w niezłą bitch (fonet. bicz). Z kolei pani Catelyn Stark wkurza mnie niemiłosiernie:)

George R. R. Martin “Gra o tron”

George R. R. Martin "Gra o tron"

George R. R. Martin "Gra o tron"

 Ja, maestro Charlie Librarian adept sztuk wyzwolonych, bakałarz studiów wszelakich, strażnik Wiedzy i Mądrości oraz rycerz Słowa Drukowanego znany w całej krainie Stu Bibliotek opowiem Wam dzisiaj szlachetni czytelnicy o książce, która wielu znaną była. Lecz jeszcze większy rozgłos zyskała dzięki produkcji telewizyjnej.

„Gra o tron” choć nie jest książką wiekową zdążyła już zyskać status kultowej. Miłośnicy fantasy uważają książkę Martina za absolutne must known (ja przynajmniej spotkałem się z większością takich opinii). Mimo tej niewątpliwie wysokiej pozycji w literaturze fantasy „Gra o tron” nie była, aż tak bardzo popularną książką. Dzięki świetnemu serialowi HBO wielu ludzi postanowiło sięgnąć po prozę Martina, by skonfrontować wizję scenarzystów stacji telewizyjnej z oryginałem. Ja sam przeczytałem Martina (oczywiście te wydane w tamtych latach tomy) jeszcze w liceum. Niestety szare komórki odpowiedzialne za zapamiętanie wrażeń z lektury zginęły w oparach alkoholowych dnia 1.10.2005 ( trzeci rok studiów – inauguracja roku akademickiego). Niech odpoczywają w spokoju. Dlatego podczas oglądania serialu coś mi tam świtało, gdzieś dzwonili, ale nie wiem, w którym meczecie i zachowywałem się jak nasi posłowie, którzy nie wiedzą, nad czym głosują, ale próbują mądrych udawać i rączkę do góry podnoszą. Zawziąłem się, a że jakimś dziwnym trafem „Gra o tron” była jednym z prezentów pod choinkę, łyknąłem Martina jak zimne piwko w upalny dzień. To znaczy szybko, robiąc przerwy na zadowolone westchnienia i delektując się orzeźwieniem.

Streszczę Wam fabułę tak na jednym wydechu:

Westeros – kontynent z Siedmioma Królestwami, którymi włada jeden król, ale one były kiedyś naprawdę oddzielnymi królestwami, od czasu Aegona Zdobywcy są jednym królestwem, królestwem włada Robert Baratheon, który ma w herbie jelenia z dużym porożem, a tron na którym zasiada wykuty jest z mieczy i jest strasznie niewygodny. Robert jest kiepskim królem, bo w głowie ma tylko polowania, turnieje, chlanie, dupczenie dziewek i ruchanie dziwek. Nic więc dziwnego, że jego żona go nie lubi i rozkosz znajduje UWAGA SPOJLER w ramionach swego brata bliźniaka zwanego przez wszystkich Królobójcą a to dlatego, że zabił poprzedniego króla Aerysa Szalonego, choć należał do Gwardii Królewskiej i przysięgał go chronić i nie robić mu krzywdy a tu wbił mu miecz w plecy i wszyscy mają go w pogardzie, ale każdy się go boi, bo jest świetnym rycerzem i wszystkich zabija. Oboje z królową pochodzą z rodu Lannisterów, mają oni w herbie złotego lwa i ich zawołaniem jest „Lannister zawsze spłaca swoje długi”. Ród jest strasznie bogaty i trzęsie praktycznie całym królestwem i jeszcze jest Eddard Stark lord Północy, który nie lubi Lannisterów za to kocha króla Roberta jak brata, Starkowie mają w herbie wilkora czyli takiego większego wilka z północy zza Muru. Bo jest jeszcze na północy w mroźnych krainach Mur, wybudowany kilka tysięcy lat temu, który strzeże krainy ludzi przed zagrożeniem ze strony dzikich a na Murze czuwa Czarna Straż i ludzie z Czarnej Straży to w większość, złodzieje i inne męty, które by uniknąć topora wybrały życie na Murze, którzy nie mogą mieć dzieci i do końca swoich dni nie mogą opuszczać Muru, a Eddard Stark ma kilkoro dzieci i wszystkie one są takie szlachetne i każde z nich znalazło swojego wilkora i inni ludzie boją się wilkorów i zawołaniem Starków jest „WINTER IS COMING” i jest jeszcze….

Dobra koniec z tym. Naprawdę dużo się dzieje w tej książce i czasem można się zgubić. Intrygi, krew, śmierć, opisy walk, trochę magii, trochę legend z dawnych wspaniałych czasów kontynentu, sporo tajemnic i wartka akcja oraz świetna narracja sprawiły (kurczę zapomniałem o seksie, dużo seksu, cycków i tak dalej) sprawiły, że Martina przeczytałem błyskawicznie, pewnie też tak zrobiłem w liceum, nie pamiętam (ach te szare komórki! Świeć Panie nad ich dendrytami i aksonami). To naprawdę świetna książka rozrywkowa. Gdyż nie ma co ukrywać, „Gra o tron” do literatury szczególnie wysokich lotów nie należy (a niech mnie rozszarpią wilkory za te obrazoburcze stwierdzenia!). Dla mnie nie ma większego sensu debatowanie nad portretami psychologicznymi postaci, nie potrzebna mi jest ekonomiczna analiza sytuacji Siedmiu Królestw czy też dyskusje nad zasadnością użycia konnicy w tej czy innej bitwie. Martin w sam raz zadowolił mnie „realizmem” świata przedstawionego. A to, że często wkurzałem się na postępowanie bohaterów świadczy tylko o tym, że lektura oddziaływała na me emocje i ostatnie szare komórki tłukące się w bibliotekarskiej głowie. „Gra o tron” to po prostu powieść fantasy skupiająca się bardziej na walkach o władzę, namiętnościach ludzkich i politycznych intrygach niż wojnach z magami i trollami. Naprawdę solidna porcja niezłej przygody, a nie żadna egzystencjalna i siląca się na pełną powagę powieść o życiu. I jeszcze ta bezkompromisowość w pozbywaniu się bohaterów, którzy teoretycznie byli głównymi! Miszczostwo! Podobno amerykańscy telewidzowie się obrazili na stację HBO, która zgodnie z książką uśmierciła pewnego bohatera (nie będę zdradzał kogo, bo może ktoś nie wie:)

Martin zapewnił mi sporo dobrej zabawy i teraz właśnie jestem w trakcie drugiego tomu!

Byłbym zapomniał, trochę spóźnione, ale szczere. Wszystkiego najlepszego w NOWYM ROKU! Obyście żadnych recept nie potrzebowali, oby głowy Wasze wolne były od politycznego bagna (chyba, że to lubicie), oby serca Wasze biły zdrowo i radośnie w rytmie cza-cza!