Charlie w Chorwacji i na Adriatyku. Część I…

Widok z miejskich murów Dubrownika.

Dzień dobry! W Krakowie wieje jakiś orkan, rok akademicki się już dawno rozpoczął na szczęście dzięki silnym wiatrom smogu brak. Dlatego też dzisiaj będzie kolejna atrakcja, którą Wam obiecałem, czyli krótka relacja z mojego urlopu na Chorwacji. Będzie to bardzo krótka opowieść jak zostałem bibliotekarzem – żeglarzem i dlaczego Chorwacja jest taka piękna. Zostanie ona rozłożona na części, bo moja przygoda z żeglowaniem trwała prawie dwa tygodnie i ciężko będzie opowiedzieć wszystko w jednym długim wpisie.

Continue reading

Milena Moser “Księga samotnic”

Do książki będą pasować ilustracje kobiet łamiących stereotypy. Tutaj Maud Wagner pierwsza tatuażystka w Stanach Zjednoczonych. Źródło: http://ubersuper.com/a-history-if-women-and-tattoo/

Do książki będą pasować ilustracje kobiet łamiących stereotypy. Tutaj Maud Wagner pierwsza tatuażystka w Stanach Zjednoczonych. Źródło: http://ubersuper.com/a-history-if-women-and-tattoo/

Dzień dobry moi Wielce Szanowni Czytelnicy. Dzisiaj kolejna książka, którą ukończyłem w tak zwanym cugu kończenia. Naprawdę w jednym tygodniu skumulowało mi się kilka książek. I nie dlatego, że tak szybko czytam, ale po prostu tak się trafiło. A nie piszę
o nich bo zwyczajnie czasu ostatnio nie mam.

Continue reading

Seks, nagość i Śmierć na rysunkach z XVI wieku…

Śmierć i naga kobieta 1547. Domena publiczna.

Śmierć i naga kobieta 1547. Domena publiczna.

Ileż to razy ja Wam wspominałem, że kocham te Internety, to bogactwo różnorodności, te nieprzebrane i wciąż przyrastające zasoby. Gdyby nie Internet w życiu nie dowiedziałbym się o kimś takim jak: Hans Sebald Becham (1500 – 1550) niemiecki malarz, rytownik oraz twórca grafik i miniatur bardzo szczególnych grafik.

Continue reading

Garść różnych, bardzo różnych fotografii.

Alfred Hitchcock na planie "Ptaków". Fot. Phillippe Halsman, 1962

Alfred Hitchcock na planie “Ptaków”. Fot. Phillippe Halsman, 1962

Zdjęcia zwłaszcza te stare przyciągają mnie jak magnes. Dziękuję codziennie Internetowi, że jest i że za jego sprawą (i ludzi, którym się chce tworzyć sieć) mogę patrzeć w przeszłość. Oglądając na fotografiach rzeczy zwykłe, niezwykłe i niezwykle zwykłe. Tak mnie naszło żeby się z Wami podzielić różnymi fotografiami, które według mnie mają to COŚ.

Continue reading

Zbigniew Nienacki “Dagome Iudex” – trylogia

Ja Dago       Ja Dago Piastun        Ja Dago Władca

Dziś opowiem Wam o trzech książkach „Ja Dago”, „Ja Dago Piastun” i „Ja Dago Władca”. Wchodzą one w skład trylogii „DAGOME IUDEX”, którą Nienacki napisał pod koniec lat osiemdziesiątych, a która praktycznie zupełnie nie istnieje w  świadomości czytelniczej Polaków (trochę generalizuję, ale tak jest). Chciałbym pochylić się nad przyczynami, które sprawiły, że książka nie stała się hitem, nie zdobyła nagród, nie utrwaliła się w kanonie książek literatury popularnej w Polsce. Jakim cudem Zbigi nie powalił ludzi na kolana swą trylogią?

Zacznę od tego, że jest to strasznie długi wpis. Nie wiem czy nie najdłuższy jaki kiedykolwiek napisałem dlatego wrzucę ze dwa obrazki coby go trochę urozmaicić. Zauważyłem na innych blogach, że ładnie to wygląda i może u mnie się przyjmie.

Aby było Wam łatwiej przybliżę fabułę książek. Najpierw jednak zacznę od przydługiego wstępu, żebyście nie dostali wszystkiego od razu.

Jak powstają państwa? Co skłania ludzi do tego, by współtworzyli grupę osób zjednoczonych pod władzą jakiegoś osobnika lub rządu? I dlaczego ludzie oddają władzę nad sobą w ręce innego człowieka? Wikipedia mówi, że państwo to:

trwały związek ludzi stale zamieszkujących określone terytorium, podlegających władzy zwierzchniej oraz zdolność do nawiązywania i utrzymywania stosunków dyplomatycznych z innymi państwami.

Wiki podaje również kilka teorii dotyczących powstawania państw. Mamy teorię teistyczną, teologiczną, patriarchalną, marksistowską, teorię podboju i przemocy lub umowy społecznej. Tych teorii trochę jest. Można powiedzieć, że co człowiek to teoria. Proces powstawania państwa pewnie zawiera elementy z każdej z nich (może z wyjątkiem boskiej interwencji i boskiego pochodzenia władcy). Ale można też powiedzieć, że dawniej państwa rozwijały się głównie przez podbój. Rzym podbijał, Babilon podbijał, Imperium Ottomańskie podbijało, Frankowie i Teutoni podbijali, Czynghis Chan podbijał, a nie on nie podbijał. On tylko najeżdżał, rozpierd… wszystko w drobny mak, gwałcił, rabował i wracał do siebie na „przestwór suchego oceanu”, by tam płodzić kolejnych potomków. Piszę w trzeciej osobie liczby pojedynczej o wszystkich tych czynnościach, ale wiadomo, że Czynghis Chan nie robił tego sam (nie czuję kiedy rymuję). Było z nim z reguły kilkadziesiąt tysięcy kumpli z podwórka. Wracając do genezy państwa. Podbój to jedno, przekazanie władzy w ręce jakiegoś osobnika to drugie. W małych społecznościach, plemionach w dawnych czasach najczęściej wodzem zostawał najsilniejszy facet. Samiec alfa, macho. Z racji tego, że wszystkim pozostałym mógł spuścić wpierdol i często miał smykałkę do wojowania. Gdy umierał jego potomstwo nie miało szans na dziedziczne objęcie władzy, chyba, że było również najlepsze.

Ale to było strasznie dawno temu. Później ludzie wynaleźli tyle rzeczy, że nie ogarniali tego wszystkiego. Rolnictwo, hodowla zwierząt, pismo, pieniądze. Zrobiło się tych wynalazków sporo. Dlatego podzielili się na klasy, kasty, stany, by „lepiej się żyło”. Dali władzę jednym, by ich chronili przed innymi. Dostali motykę od innych, by aż do śmierci uprawiać rolę. I w ten znacznie uproszczony sposób przedstawiony przez mnie, cywilizacje rodziły się, rozwijały i upadały. W Europie Zachodniej skrytej mrokami średniowiecza, czyli koło VIII/IX wieku naszej ery po rozpadzie Cesarstwa Rzymskiego scalanie różnych plemion, rodów następowało znacznie szybciej niż na Wschodzie. Lecz nawet na terenach dzisiejszych wschodnich Niemiec, Polski, Czech, Węgier, Ukrainy, Rosji, Litwy, Łotwy istniały związki plemienne, które posługiwały się wspólnym językiem i wybierały jednego wodza na czas wojny lub wypraw łupieżczych. Często takiemu wodzu/wodzowi udało się zatrzymać władzę na dłuższy czas, a nawet przekazać ją synowi lub synom. W ten sposób najprawdopodobniej zaczęły się tworzyć dzisiejsze państwa Europy Środkowo – Wschodniej.

Czasy te okryte są tajemnicą, mnóstwem legend i mitów. Nie inaczej jest z naszą kochaną Polską. Historycy pewni są Mieszka i trochę jego ojca. Wszystko co było wcześniej jest wielką niewiadomą.

Dlatego wziął sobie pan Nienacki ów okres na warsztat i postanowił spisać własną wersję legendy o powstaniu państwa polskiego. Cel szczytny, lecz jednocześnie wymagający. Czy podołał?

Powiem Wam na końcu.

O fabule będzie w skrócie.

Głównego bohatera poznajemy w momencie, gdy przekracza Rzekę Zapomnienia na wschód od cesarstwa Teutonów. Po to by obudzić śpiącego olbrzyma, czyli ludy słowiańskie i wprowadzić je na karty historii. Narracja nie jest prowadzona liniowo. Oprócz bieżących wydarzeń mamy retrospekcje, które przybliżają nam jego przeszłość. Rozdziały z historią jego dzieciństwa przeplatają się z tymi dotyczącymi aktualnych wydarzeń. Jego przeszłość to w skrócie: krew olbrzymów, która w nim płynie, znajomość sztuki miłości i sztuki czarów, pragnienie zemsty na mordercach opiekunki, wędrówka do miast nad Bałtykiem, magiczny miecz Tryfing, który odcina głowy, nauka na dworze w Konstantynopolu sztuki rządzenia ludźmi, choroba zwana Żądzą Czynów oraz wiecznie mu towarzyszące pragnienie zostania władcą, którego urzeczywistniania jesteśmy świadkiem.

Od tomu pierwszego towarzyszymy Dagobertowi w jego drodze do władzy nad plemionami słowiańskimi, które pragnie uczynić wielkimi. Jest to dość interesująca droga. Bardzo krwawa, bardzo wyboista, moralnie podejrzana. Tak eufemistycznie mógłbym określić potoki krwi, spermy, niezliczone ilości krzywoprzysięstw, zdrad, gwałtów, rabunków, kłamstw, którymi usłana jest ścieżka Dago do władzy. Czasem popełnia jakiś dobry czyn, ale tylko wtedy gdy jest pewien, że to się przysłuży jego interesom. Walcząc z kolejnymi miejscowymi władcami, nie nazywa siebie księciem, lecz Piastunem. Dlatego, że nie chce władać ludem, tylko się nim opiekować, piastować (ot, taka demagogia).

Dago poznał sztukę rządzenia ludźmi. Zna na pamięć Księgę grzmotów i błyskawic, z której mądrości przewijają się przez całą trylogię.

Na przykład fragment, który służy jako motto książki:

„Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest, wiec moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy Lak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać.”

Księga Grzmotów i Błyskawic rozdział: „O sztuce rządzenia ludźmi”

„Pikne” nieprawdaż? W książce znajdziemy mnóstwo przykładów idealnie wpasowujących się w ten fragment. Morderstwa nazwane słuszną karą, zdrada nazwana wiernością, niewola zamienia się w wolność i tym podobne.

Wielu zalicza książkę do powieści historycznej, która jest osadzona w konkretnym okresie historii. Obok postaci wymyślonych przez Nienackiego przewijają się przez książkę postacie historyczne, wspomina się autentyczne wydarzenia z historii Europy. Czas akcji powieści to około 860 roku naszej ery. Zapewne wnikliwy historyk dopatrzy się nieścisłości, ale mi one nie przeszkadzają. Niektórzy mówią również o “Dagome Iudex” jako historycznej fantasy, ale z tym fantasy to ja bym nie przesadzał. Jest zaczarowany miecz, ale czy nie jest on czasem zaczarowany w ten sposób, że włada nim zajebisty szermierz? Mamy wróżów, mamy górę Ślężę z pogańskimi rytuałami, mamy kąpiel w rosole długowieczności, magiczne runy i tym podobne. Lecz czy te zjawiska i artefakty działają za pomocą magii, czy może po prostu siłą sugestii? Ludzie w tamtych czasach byli strasznie zabobonni i łatwo dawali wiarę wszelakim magicznym sprawkom. Nawet mamy smoka! Szczek się smok nazywał i okazał się nie żadnym gadem, ale upośledzonym osiłkiem ze skłonnościami do małych dziewczynek.

– Nikt nie rodzi się wolnym. Najpierw jest niewolnikiem swoich rodziców, swego rodu, swojego języka, swojej wiary, a także swojej płci oraz rozumu i siły, którą go obdarzono. Rodzimy się też niewolnikami swoich słabości. Nie wiem, co to znaczy być człowiekiem wolnym, ponieważ nie wiem, co to jest wolność. Gdybyś żył tylko sam na świecie, być może mógłbyś myśleć o sobie, że jesteś wolnym. Ale jeśli spotkasz drugiego człowieka, to albo ty go weźmiesz pod swoja władzę, albo on ciebie sobie podporządkuje.

 

Z elementów fantasy mamy też drużynę. Dago to typowy heros. Piękny, silny, umięśniony. Przy tym bardzo mądry i wykształcony. Conan Barbarzyńca jak się patrzy. Wędruje wraz z Herimem, lubieżnym mnichem, który staje się jego kanclerzem oraz w towarzystwie Zyfiki – Dzikiej Kobiety potomkini Amazonek, która staje się kochanką Dago i później przyczyną wielu kłopotów.

Nienacki wrzucił wiele, wiele mitów i legend do swojej książki. Wymieszał je w tyglu swojego pisarstwa i stworzył bardzo interesujące ich wersje. Popiel i myszy, wspomniane Amazonki, Scytowie, nawet genezę husarii sobie stworzył. Niezłą zabawą jest rozszyfrowywanie tych mitów, choć w większości nie jest to szczególnie trudne.

Dago konsekwentnie dąży do celu. Zabija swoich wrogów w walce, często przy pomocy ogromnego sprytu. Jego przygody są interesujące, a sam Dago może budzić sympatię, choć jego czyny już niekoniecznie. Świat pogańskich Słowian jest barwnie i szczegółowo przedstawiony (przynajmniej dla mnie). Widać, że Nienacki lekcje odrobił, choć błędów się nie ustrzegł.

A tu heros austriackiego pochodzenia. W filmie nie wydaje się pałać zbytnią inteligencją

A tu heros austriackiego pochodzenia. W filmie nie wydaje się obdarzony zbytnią inteligencją.

Dlaczego więc skoro książka jest ciekawa, przygody interesujące, bohaterowie wiarygodni cykl „Dagome Iudex” nie powalił na kolana polskich czytelników? Pierwszym powodem jaki nasuwa mi się na myśl to seks. Mój Swarogu! Ileż tam jest seksu. I to nie takiego z romansów dla panienek z pensji. Żadnych tam całusów, miziania i przytulania. Opisy aktów miłosnych są delikatnie mówiąc niemal ginekologiczne. Seks jest opisany bardzo naturalistycznie.

UWAGA! BĘDĘ PRZYTACZAŁ PRZYKŁADY! MOŻE BYĆ OBSCENICZNIE!
 Mamy więc spermę, nasienie ściekające po udach, wyprężone żołędzie, wnikanie w łono, drętwiejące członki (i nie chodzi tu o ręce czy nogi), piersi jak wymiona, gwałty, masturbację, zoofilię, pedofilię, i wiele, wiele innych.

Czy coś takiego:

„A on, zaspokojony, po raz pierwszy spełniwszy się z kobietą, z pogardą patrzył na swój wciąż sterczący członek lśniący od jej wydzielin”

lub

Niejednokrotnie, w izbie słabo rozświetlonej blaskiem księżyca przenikającego przez rybie pęcherze w oknach, obserwował, jak jego ojciec wpycha nabrzmiały członek w wypięty, obnażony zad macochy.

– wybrałem „lżejsze” przykłady.

Ogólnie Nienacki w tych trzech tomach umieścił chyba każdą dewiację seksualną jaka została stwierdzona przez Światową Organizację Zdrowia. Wyobraźcie sobie, że taki nastoletni czytelnik Nienackiego wychowany na panach Samochodzikach dostaje w swoje ręce książkę z kolorową okładką, myśli, że sobie poczyta jakieś fantasy czy „cuś”, a tu porno. Lub rodziców jego, którzy również nie przeczytali opis z tyłu, a w którym wyraźnie jest napisane, że powieść jest przeznaczona dla dorosłych lubiących „prozę drapieżną”. Mam tu na myśli rodziców nie znających książek dla dorosłych napisanych przez Nienackiego. Seks i jego opisy zdecydowanie mogły stać na przeszkodzie jeśli chodzi o sukces książki.

Drugim powodem był okres, w którym się ukazała. Końcówka lat osiemdziesiątych, początek dziewięćdziesiątych to chyba nie był dobry pomysł na wydanie tego typu książki w Polsce. Czytelnicy nie byli wyrobieni jeśli chodzi o jakiekolwiek fantasy (jeśli patrzeć na książkę Nienackiego pod tym kątem). Gdyby wydawnictwo poczekało kilka lat. Rynek został wtedy zalany różnego rodzaju tłumaczeniami fantasy anglojęzycznej. Ludzie czytali wszystko, bo było z Zachodu. Odpowiedni PR, marketing, kilka chwytliwych haseł i ludzie by to kupili. Moim słowom może przeczyć fakt, że wznowienia powieści również okazały się fiaskiem. Wdowa po pisarzu wznowiła trylogię pod zmienionym tytułem „Historia Sekretna” – moim skromnym zdaniem brzmi jeszcze gorzej niż „Dagome Iudex”. Podobno oficyna wydawnicza „Warmia” wydała w 2009 roku wznowienie „Dagome Iudex” w jednym tomie. Książka chyba nie stała się hitem, przynajmniej ja nic o tym nie wiem.

Trzeci powód. Książka może zostać uznana za mocno szowinistyczną. Wszyscy wiemy, że kobiety w dawnych czasach nie miały, ekhm… „lekko”. Były traktowane jak przedmiot, niezbędny element do reprodukcji. Wartość kobiety mierzono w jej zdolności do rodzenia kolejnych dzieci. Na szczęście ludzkość (niestety nie cała) przeszła od tamtych zwyczajów w miarę pozytywne przeobrażenie. Nie jest jeszcze tak różowo, ale jest lepiej i cały czas staramy się, aby było lepiej. Czym innym jest znać suche fakty historyczne o niedoli kobiet, a czym innym jest czytać o gwałconych kobietach, kobietach traktowanych jak bydło. Jest w trylogii Nienackiego kilka postaci kobiecych, które są dość silnie zarysowane. Każda ma swoje pragnienia, swoje dążenia. Najczęściej są to kobiety u boku władców, które manipulują nimi przy pomocy swego ciała, kontrolując ich poczynania obietnicami rozkoszy. To pokazuje jak prości w obsłudze byli i chyba dalej są mężczyźni. Niestety czasem autor, bo zdecydowanie czuć w książce osobę autora rzuci jakiś bardzo niesmaczny komentarz dotyczący natury i charakteru kobiet, za który mógłby spokojnie zostać rozszarpany przez adresatki. Nie skreślałbym jednak tej książki przez owe wpadki.

Czwarty powód. Jesteśmy Polakami. Lubimy o sobie myśleć jako o nacji szlachetniejszej od innych. Nie splamiliśmy się zbrodniami pokroju tych popełnionych przez naszych zachodnich sąsiadów (to na pewno), zawsze postępowaliśmy fair wobec pokonanych i tym podobne (to już nie jest takie pewne). Dlatego nikt nie lubi czytać o tym, że podwaliny jego państwa to mordy, grabieże, niewolnictwo i wyzysk, strach przed obcym, chciwość i wiele, wiele innych bardzo wątpliwych moralnie czynów. Bądźmy szczerzy, czy w historii ludzkości powstało jakiekolwiek państwo bez tych wyżej wymienionych? Wątpię. A jeśli tak to chciałbym o nim poczytać. Dlatego Nienacki mógł trochę podrażnić dumę narodową. Z drugiej strony w tej książce cały czas się przewijają motywy gloryfikujące Słowian. Ich sposób bycia, ich przywiązanie do ziemi, ich pogaństwo, brak pojęcia grzechu, umiłowanie natury, tradycji rodzinnych i tym podobne. Nienacki chwali bardzo nasze pogańskie korzenie (chodzi mi o naszych praszczurów, a nie o nasze… a zresztą nieważne). Czyli patriotyzm jest.

Piąty powód. Książka jest poważna, ponura i brutalna. Niby nic wielkiego, ale zupełnie nie ma w niej humoru. Wiem, że porównanie może trochę na wyrost, ale taki Martin w swoich „Pieśniach Lodu i Ognia” bardzo zgrabnie połączył seks, przemoc i humor. Nienacki pojechał po całości. Niby, że opisuje jacy to Słowianie są weseli, ale żadnych przykładów poza seksualną rozwiązłością nie podaje. Po przeczytaniu „Dagome Iudex” można zwątpić w człowieka. Nienacki opisuje ludzi którymi rządzi strach, chciwość, żądza, zazdrość i nienawiść. Nikt niczego nie robi bezinteresownie. Miłość to tylko pożądanie i chuć. Smutne to trochę…

Jedno jest pewne, opowieść Nienackiego w niczym nie przypomina "Starej Baśni". Obrazek z rusalke.tumblr.com/

Jedno jest pewne, opowieść Nienackiego w niczym nie przypomina “Starej Baśni”.
Obrazek z rusalke.tumblr.com

Trochę trudności może sprawiać również nazewnictwo w książce. Nienacki starał się zarchaizować język, choć robił to trochę niekonsekwentnie. Czy Słowianie nosili kalesony? W książce występuje wiele ludów, plemion. Ze skojarzeniem większości nie miałem problemu, ale były takie, które za cholerę mi nic nie mówiły. Przydałyby się jakieś przypisy, ale może przypisów nie było, bo część rzeczy pan Nienacki sobie powymyślał? Znalazłem świetny artykuł w “Poradniku językowym” z roku 1990, w którym Bogdan Walczak chwali niektóre posunięcia językowe pana Nienackiego, ale też zwraca mu uwagę na rażące błędy, obok których językoznawca przejść obojętnie nie może.:) A które mogą czytelnikowi nieobeznanemu z historią języka polskiego dać mylne wyobrażenie o języku jakim posługiwali się nasi przodkowie w IX wieku.

Nawiązując do Martina. Uważam, że „Dagome Iudex” to zajebisty materiał na serial HBO. Dużo się dzieje, jest mnóstwo seksu i przemocy. Są intrygi w celu zdobycia władzy, jest walka, jest krew. Ktoś powinien przerobić to na scenariusz i wysłać do HBO.

– Milcz, głupi mnichu – rozgniewał się na niego Dago. – Czy to nie ty zgrzeszyłeś w Fuldzie przeciw czystości, gwałcąc niewiastę? Ludzie mają tyle utrapień, a wyznawcy krzyża dołożyli im najgorsze: grzech. Ci ludzie tutaj nie grzeszą, ponieważ nie znają grzechu. Także ich bogowie nie wiedzą, co to grzech. Powiedz mi jak może grzeszyć bóg rzeki, prastare drzewo albo kamień’? One są poza grzechem i poza dobrem i złem, w ich świecie nie ma grzechu, bo nie ma także dobra i zła. Wszelkie prawa na ziemi ustanowili ludzie i oni wedle nich sądzą innych. Prawo ludzkie nie może pochodzić od bogów, gdyż różne kraje mają swoje własne prawa, często zresztą zmieniane.

Jest jeszcze kwestia religii. Dago to wyrachowany skurwysyn, który twierdzi, że najlepiej służyć wszystkim bogom, bo nie wiadomo, który się przyda. Został ochrzczony, ale żywi pogardę dla bożego syna, który zginął na krzyżu. Sam swego kraju nie chce włączyć do grona krajów chrześcijańskich. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że któryś z jego potomków będzie musiał to zrobić. Po to by ocalić swoją władzę i nie zostać poddanym jakiegoś niemieckiego barona. I tak się stało. Zresztą w całej książce czuć sympatię do pogaństwa. Z całym bagażem wiary w słońce, wodę. Z przeświadczeniem, że życie ma się jedno i należy je spędzić w miarę wesoło (oczywiście jeśli się było niewolnym kmieciem to raczej szału nie było). I kompletnym niezrozumieniem pojęcia grzechu i monogamii.

Ależ się rozpisałem. Podsumowując. Dla mnie „Dagome Iudex” to ciekawa powieść historyczna z mocno naciąganymi elementami fantasy. Ze świetnie opisanym światem Słowian, ich obyczajami, wierzeniami. Jednym bohaterem głównym i całym tabunem dość dobrze napisanych innych bohaterów. Obnażająca mechanizmy władzy, które chyba nie zmieniły się od stuleci. Powody braku sukcesu wymieniłem, ale nie zmienia to faktu, że jest mi trochę smutno, że ta książka nie znalazła szerszego kręgu odbiorców.

Aha, tak jak obiecałem. Miałem Wam powiedzieć czy Dago podołał i stworzył własne państwo? A w jakim kraju mieszkacie? Po jakiemu (przepraszam za kolokwializm) gadacie? Jasne, że podołał:)

P. S. Nie wiem dlaczego akurat za ten kolokwializm przeprosiłem, wszak pisanina ma się od nich roi.

P. S. 2 Tutaj opis wspomnianego artykułu

Walczak Bogdan: Osobliwe nazewnictwo powieści Zbigniewa Nienackiego “Dagome iudex”. Poradnik Językowy 1990 z. 1 s. 19-32

“Powstanie w bluzce w kwiatki”. Film.

Wiadomo jaki dziś dzień.

Już jest po godzinie “W”. W Krakowie syreny zawyły. Nie wiem czy ludzie przystanęli, bo jestem w mieszkaniu.

Dołączę do grona wielu ludzi, która udostępnia film “There is a city”.

Świetnie zrobiony. Nagrania pochodzą z tamtego roku.

Chciałbym Wam polecić inny film. Dokument. Stworzony przez Fundację Feminoteka, która prowadzi wirtualny projekt Muzeum Historii Kobiet.

Tutaj fragmenty na Youtubie:

A tu cały film: “Powstanie w bluzce w kwiatki”.

Wywiady z kobietami, które w momencie Powstania miały od kilkunastu po dwadzieścia kilka lat.

Mocna rzecz. Polecam gorąco.

Międzynarodowy Dzień Kobiet!

Drogie Czytelniczki tego bloga, życzeń pewnie dzisiaj dostałyście sporo. Niech i moje dołączą do ogromnej ilości wszystkiego najlepszego, sukcesów w pracy, uśmiechu i radości, zadowolenia z życia i innych frazesów, które usłyszałyście dzisiaj! Nie twierdzę, że frazesy są złe czy zbędne, ale pewnie pod koniec dnia macie ich już trochę dość. Zwłaszcza, że sypią się takie życzenia tylko w ten jeden dzień…

Dlatego żeby nie przedłużać:

Bądź kobietą!

Bądźcie kobietami! Spełniajcie się w sposób, który same sobie wybierzecie i bądźcie szczęśliwe!

Rzekłem:)

Jacek Dehnel “Saturn: Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya”

Jacek Dehnel "Saturn..."

Jacek Dehnel “Saturn…”

Goya Francisco to znane nazwisko. Nawet prawdziwemu ignorantowi w dziedzinie malarstwa obiło się to nazwisko o ignoranckie uszy. Jakieś tam Spanie rozumu i budzenie się duchów, albo coś o rozstrzelaniu powstańców warszawskich, a może raczej madryckich. W każdym bądź razie Goya wielkim malarzem był i długo żył. (Naprawdę żył długo). Jak mi mówi Wikipedia (licząca sobie dziesięć lat internetowa encyklopedia, bez której polscy uczniowie i studenci nie potrafią się obejść. Przyganiał kocioł garnkowi – nawet ja bibliotekarz korzystam z niej!) Goya był malarzem, który chciał oddać dziejową sprawiedliwość i unowocześnił malarstwo. To krótkie wprowadzenie miało na celu uświadomienie, (w bardzo ograniczonym zakresie) ignorantów w dziedzinie malarstwa, że Goya to nie byle kto!

Trzech mężczyzn, trzy punkty widzenia, trzy istoty ludzkie. Francisco – uznany i rozchwytywany malarz, Javier jego syn z talentem malarskim, ale bez natchnienia. Gdzieś tam w połowie pojawia się Mariano, wnuk Francisca (przepraszam, że tak piszę z hiszpańska, ale po prostu lepiej to brzmi, niż jakiś Franek). Każdy dostał swój głos na kartach książki. I mówią. Jak oni mówią! O swoich bolączkach i radościach! O tym jak Javier nienawidzi ojca, który w jego oczach jest rozpasanym, wyuzdanym capem. Francisco z kolei z pogardą patrzy na syna, apatycznego, kluchowatego i niezdarnego, który cały dzień siedzi w domu i czyta książki. Ani do burdelu nie pójdzie, żadnej dziwki nie przerżnie. Francisco mówi, że on, gdy był w wieku swego syna to żadnej dziewce nie przepuścił. Tak im sakwy trzepał, że nawet grosik nie zostawał, to nie moje to “Testosteron“. Javier ogromny żal do ojca chowa, za brak szacunku do matki, która z milczeniem godzi się na wyczyny męża. Kobiety zresztą na w wypowiedziach trzech pokoleń mężczyzn z rodziny Goi się nie liczą. To opowieść synów o ojcach i ojców o synach. Do tego dochodzi wnuk. Gardzący ojcem, a uwielbiający dziadka. Opowieści tych trzech mężczyzn dotyczą ostatecznego rozrachunku, w którym i tak niedaleko pada jabłko od jabłoni. O zatrutym drzewie genealogicznym, które przekazuje błędy dalej i dalej i dalej. Powielając schematy, którym na początku się zaprzecza. O braku szczerości, niedomówieniach, które nie wyjaśnione nabrzmiewają do ogromnych problemów. Jeśli pojawi się jakiś gest czułości, akceptacji i zrozumienia natychmiast kryje się go pod maską gburowatości. Ot, takie rodzinne życie.

Jaka to świetna książka! To jest literatura przez duże L. Dehnel ma prawdziwy talent. Jakiż zasób słów, jakie piękne teksty. I zazdrość mnie bierze, za ten jego talent. Zazdrość, a jednocześnie radość, że mogę sobie takiego Dehnela poczytać. Podobnie jak w Fotoplastikonie, Dehnel maluje. Maluje słowami jak Goya pędzlem. Wydobywa na świat najczarniejsze barwy i myśli bohaterów. Wszystko takie sugestywne i żywe. PRAWDZIWE. Czytając nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że tak mogły wyglądać relacje rodzinne w domu Goya. Polecam tę książkę każdemu!

Byłbym zapomniał – inspiracją do napisania książki były tak zwane “Czarne obrazy”, malowidła w domu, w którym przebywał Goya na starość. Obrazy są mocno niepokojące i mroczne. Wypowiedzi mężczyzn z rodziny Goya przerywane są interpretacją malowideł. Sugestywną, mocną, niebanalną.

P. S. Autor w związku z ostatnimi rewelacjami dotyczącymi autorstwa dzieł Goi (podobno nie namalował kilku swoich rzeczy) wysnuwa śmiałą tezę, która jest może i podyktowana wyobraźnią Dehnela, ale całkiem prawdopodobna i możliwa. Nie będę zdradzał szczegółów, zachęcam do czytania:)

P. S. 2 Garść obrazów Goi TU i TU. I jeszcze może Europeana. I “Czarne obrazy” z angielskiej Wikipedii.

Stieg Larsson “Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”

Stieg Larsson "Mężczyźni..."

Stieg Larsson “Mężczyźni…”

Charlie ma dla Was książkę, która triumf popularności ma już za sobą. Wspominałem gdzieś, że za kryminałami nie przepadam, a tu bach! Postanowiłem jakoś zaznaczyć, że nie tylko czytuję kurzem pokryte manuskrypty z minionych stuleci, ale również oczęta swe kieruję na cokolwiek nowszą literaturę. Cóż by tu powiedzieć o Larssonie i jego trylogii “Millennium” – wydaje mi się, że raczej czytająca część Polski słyszała co nieco o tym kryminale. Jestem laikiem jeśli chodzi o kryminały, ale to chyba Larsson rozpoczął inwazję kryminałów ze Skandynawii na nasz piękny słowiański kraj. Zalał nas tymi kryminałami jak niegdyś jego przodkowie rozlali się w postaci “Potopu” po Rzeczpospolitej. (Jeśli macie za mało słów kryminał, kryminały w tej wypowiedzi to teraz Wam podrzucam:) Abstrahując od tego szwedzkiego “Potopu”. Z czym Wam się kojarzy Szwecja? Abba, Roxette, zimna, dobra wódka, chłodne blond piękności, które raczej przypominają posągi niż kobiety z krwi i kości? A może z czymś innym? Szwecji z Waszych wyobrażeń raczej w książce Larssona nie uświadczycie.

Krótko o fabule: dziennikarz ekonomiczny, który został skazany za zniesławienie znanego finansisty postanawia się wycofać z aktywnego życia zawodowego. Jak z nieba spada mu zlecenie napisania kroniki rodzinnej znanego w Szwecji rodu przemysłowców. Nestor rodu pod przykrywką tej kroniki zleca mu jednak prowadzenie śledztwa w sprawie zaginionej przed laty siostrzenicy. Mikael nie wierzy, że uda mu się rozwikłać zagadkę, ale podejmuje się wyzwania. Zadanie jest trudne i pracochłonne. Oprócz głównej postaci dziennikarza mamy jeszcze postać młodej niedostosowanej społecznie dziewczyny, Lisabeth. Dziewczę to jest niezłym ziółkiem i najlepszą hakerką w Szwecji. Wspólnie z Mikaelem zajmą się sprawą porwanej Harriet Vagner. Rezultaty ich śledztwa zaskoczą wszystkich, łącznie z głównymi bohaterami.

Tyle o fabule. Przeczytałem to opasłe tomisko. Nawet mi się podobało, ale szału nie było. Zastanawiam się skąd ludzie wzięli te wszystkie bardzo entuzjastyczne opinie i recenzje. Takie tam czytadło – nawet trochę przydługie. Dopiero koło trzechsetnej strony zaczęła mnie troszkę wciągać. Wrażenia po lekturze – stanowczo w Szwecji piją za dużo kawy. Chryste, tam idą spokojnie ze trzy dzbanki kawy na stronę. Ja wiem, że w Szwecji ciężko jest wódkę dostać, ale żeby sobie to odbijać pijąc hektolitry kawy! Druga sprawa – drobiazgowość opisów wszelakiego sprzętu elektronicznego. Naprawdę drażniło mnie to, że gościu ma komputer z dyskiem 60 giga, łączem, podświetlaną klawiaturą i kurwa czytnikiem kart, wszystko opisane i wymienione jak na jakimś folderze reklamowym. Autor starał się widocznie dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców i opisać im wygląd laptopa. (W sumie to zrozumiałe jest – książka była pisana na początku wieku). Co nie zmienia faktu, że mnie to irytowało.

Ogólnie jak napisałem wcześniej – książka mi się podobała. Napisana wartko, strony połykało się bardzo szybko. Jednak świat “Millennium” nie wciągnął mnie, aż tak bardzo. Mam w zasięgu następne dwa tomy, ale dam im trochę poleżeć za nim się do nich zabiorę.

P. S. Całkiem fajny artykuł o Larssonie w “Wyborczej”.

Cukier krzepi…

Wszyscy o tym wiemy doskonale. Ale, oj chyba będziemy mieć powrót do starych czasów, gdy cukier był luksusem. Tak wyglądała reklama społeczna w latach trzydziestych:

Cukier i trzy koszule

Cukier i trzy koszule

Oj chyba nasz premier i kochany rząd nie chcą aby wszyscy czuli się jak magnaci. Strach pomyśleć jak zdrożeją koszule?!

Cukier krzepi kobiety!

Cukier krzepi kobiety!

Intrygujące prawda? Że też biała śmierć miała taki PR. Zwróćcie uwagę na średni wiek – naprawdę ZUS bardzo chciałby powrotu starych dobrych czasów. A może wysokie ceny cukru – czyli artykułu przedłużającego życie to właśnie spisek ZUS-u. Te urzędasy chcą pozbawić narodu jego żywotności i wpędzić wszystkich do grobu znacznie wcześniej! Odkryłem ogólnokrajowy spisek! Na alarm, kto żyw do cukru!

Zdjęcia pochodzą z “Tygodnika Ilustrowanego”  z roku 1931, bodajże (zawsze jak robię zdjęcia to zapominam zapisać sobie z jakiego dokładnie numeru pochodzą – mało sumienny ze mnie bibliotekarz).