Ursula K. Le Guin “Cztery drogi ku przebaczeniu”

Ursula K. Le Guin "Cztery drogi ku przebaczeniu"

Ursula K. Le Guin “Cztery drogi ku przebaczeniu”

Tren “Ku przebaczeniu”

Wielkieś mi uczyniła zamieszanie w domu moim,

moja droga Ursulo tym pisaniem swoim.

Pełno go, a jakby czegoś nie było,

jedną książką wszystko się przeciążyło.

Tyś tak ładnie mówiła i ładnie pisała.

Poważneś  zagadnienia dobrze poruszała.

To ten temat, to owy wdzięcznie poruszając,

i mądrymi tekstami głowę zaprzątając.

Sprawiałaś, że człowiek zaczynał się frasować.

Nad kondycją ludzkości swą głowę myśleniem psować.

Teraz wszystko się skończyło, iskry brakło,

jest może ciekawie, ale nie za bardzo.

Serce czasem coś fajnego znajduje,

ogólne wrażenie nuda i niedokładność psuje.

Czytać by Cię Ursulo można po kres wieków,

choć trochę przynudzasz pisząc do człowieków.

Wszytkie ludzkie wady umiesz wypunktować,

jednak science-fiction zaczyna brakować.

Czytelnik nie wie jaki gatunek czytuje,

obcości i nowości bardzo mu brakuje.

I wszytkie ludzkie rzeczy w książce znajduje,

ale zupełnie tego już nie czuje…

Ty może i dobrze Ursulo chciałaś,

niewolnictwo i szowinizm męski opisałaś.

Piszesz o prawdzie lokalnej i ogólnej,

piszesz o sprawie wszystkim ludziom wspólnej.

Robisz to dobrze, nie ma wątpliwości,

Lecz mały żal zostaje po przeczytaniu całości.

Nawet nie będę się tłumaczył z wyżej napisanych zwrotek, które nieudolnie naśladują mistrza Jana, który lipę lubi.

Cztery historie z uniwersum Hain. Losy dwóch planet Yeowe i Werel, które są bardzo blisko siebie (Ups! Czyżbyśmy skądś to znali? Patrz “Wydziedziczeni”). Ale tym razem jest o niewolnictwie oraz walce kobiet o równouprawnienie.

Werel to świat, w którym system społeczny opiera się na niewolnictwie. Mamy rasę czarnoskórych (sic!) panów, którzy trzymają pod butem resztę trochę bielszych ludzi. I tak ten skostniały system trwa od wieków. Nie zmienia niczego nawiązanie kontaktu z Ekumeną. Rozwój nowych technologii też nie ma żadnego wpływu na jakże wydajną niewolniczą gospodarkę. Dzięki rozwojowi technologii kosmicznych Werel kolonizuje pobliską planetę Yeowe i tam wprowadza bardzo okrutne niewolnicze rządy. Nie ma litości, a ludzie rodzą się i umierają w zagrodach. Dopiero po trzystu latach niewolnicy z Yeowe powstaną i zrzucą jarzmo i kajdany.

Momentami bardzo interesująca, lecz w większości sztywna i nudnawa książka. Najlepsze fragmenty dotyczą opisu planety Hain, z której pochodzi bohater jednego z opowiadań oraz opisu zwyczajów niewolników. Mocne akcenty to historie cierpień niewolników zwłaszcza kobiet, które służyły zarówno panom jak i niewolnikom do zaspokajania seksualnych potrzeb. Służyły również do rozpłodu.

Natomiast cała historia wyzwoleńczej walki jest banalnie i naiwnie napisana. Brakowało czegoś, pewnej autentyczności w tym wszystkim. Dlatego książka nie zostawiła po sobie najlepszego wrażenia. I tak jak napisałem w trenie “Ku przebaczeniu” nie ma science-fiction! Gdyby nie opis Hain czułbym się jakbym czytał opowiadania z Ziemi. Nawet podróż statkiem kosmicznym opisana została niemal jak podróż niewolniczym statkiem sprzed kilkuset lat. Dodatkowo próba usystematyzowania wiedzy o Werel w posłowiu do książki wypadła beznadziejnie i nienaturalnie.

Ale może to mój przesyt Ursulą. Na razie dam sobie spokój z jej pisaniem.

P. S. Aha i nie lekceważę tematu niewolnictwa, po prostu Ursula jak dla mnie nie podźwignęła ciężaru.

Ursula K. Le Guin “Miasto złudzeń”

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ależ mam cug! Jadę z cyklem “Hain” jak polski rząd z bublami prawnymi – szybko, ostro i bez zastanowienia (bez przesady – ja się po lekturze zastanowię, rząd przed i po wydaleniu ze swych biurokratycznych trzewi jakiegoś przepisu nie zastanawia się w ogóle). Tym razem przedstawiam Wam trzecią część wspomnianego na początku cyklu. I dodam od siebie, że tę część darzę ogromnym sentymentem i ciepłymi uczuciami. Pamiętam tę książeczkę, która była moją w własnością w latach mych nastoletnich. Tego chłopczyka z okładki i cycatą kobietę z tyłu, w tle jakieś pterodaktyle. Okładkę nijak mającą się  do treści książki, ale kto by się tam tym przejmował. A ta moja się rozleciała, bo klejona była śliną morświna, a ślina morświna, co wiedzą wszyscy członkowie ludu Inuitów nie trzyma za długo. Pamiętam również złość jaka mnie ogarnęła, gdy wróciwszy na jakieś święta do domu, styrany po sesji egzaminacyjnej, nie mogłem znaleźć tej książki w mej biblioteczce. Oj, dostało się mej siostrze młodszej, dostało (oczywiście obyło się bez przemocy fizycznej. Na to byliśmy już oboje za starzy). Książka gdzieś zaginęła i od tamtej pory nie była nigdzie widziana. Dlatego odświeżenie jej było bardzo dobrym pomysłem. A teraz fabuła.

Budzisz się nieznanym miejscu, bania Cię napierd… boli straszliwie, nie pamiętasz nic z poprzedniej nocy… Brzmi znajomo? Na nieszczęście dla głównego bohatera książki to nie był kolejny niedzielny poranek. To było coś znacznie gorszego. Zagubiony człowiek w ogromnym lesie, nie pamięta nic, nic nie rozumie. Błąka się przez dziką puszczę. Na szczęście trafia pod opiekę dobrych ludzi z małej osady zwanej Domem Zove. Człowiek ów nic nie pamięta, jest bezrozumny jak ameba. Zero świadomości i śladu rozumu. Członkowie domostwa zagubionego wśród niezmierzonego lasu opiekują się przybyszem troskliwe. Powoli nieznajomy zyskuje wiedzę i swoją osobowość, ale nie odzyskuje pamięci a my wraz z nim dowiadujemy się, co spotkało Ziemię oraz Ligę Wszystkich Światów. Od ponad tysiąca lat nie ma już międzyplanetarnej Unii. Przegrała wojnę z tajemniczym najeźdźcą rasą/ludem/gatunkiem nazywającym siebie Shinga. Przegrała, gdyż Shinga mogli kłamać w myślomowie, a to wydawało się niemożliwe. Mieszkańcy Ziemi żyją odosobnieni w enklawach, nie ma żadnych państw, imperiów, narodów ani nawet miast poza jednym. Lecz to miasto jest siedzibą Shinga. Nowoczesne technologie praktycznie zostały zapomniane poza nielicznymi wyjątkami. Historia wojny i historia ludzi przetrwała w mitach i legendach. Dlatego Falk (tak nazwali dziwnego gościa mieszkańcy domu), który różni się trochę od mieszkańców Ziemi opuszcza dom i rusza na zachód do siedziby Shinga by poznać prawdę o sobie. Falk wędruje przez kontynent napotykając wiele pozostałości po dawnej cywilizacji. Niektóre budzą zachwyt, inne grozę. Wciąż wędrując trafia do niewoli barbarzyńców, spotyka kobietę, która staje się jego towarzyszką i której ufa, co okazuje się błędem. A śpiewała Budka Suflera, żeby nie wierzyć nigdy kobiecie, ale  skąd Falk mógł wiedzieć. Być może nagrania Budki Suflera przepadły podczas wojny z Shinga. Napotyka Tajemniczy lud Pszczelarzy, którzy kultywują dziwną religię związaną z symboliką krzyża i składaniem ofiar z ludzi. Ogólnie ma mnóstwo przygód i nieuchronnie zbliża się do Es Toch czyli siedziby Shinga. W tej siedzibie odkrywa, że Shinga wymazali mu tożsamość, okłamali go, przywrócili mu tożsamość kosztem starej, ale on zachował starą tożsamość i jednocześnie jest przybyszem z planety, której jeden Rok równa się sześćdziesięciu ziemskim latom i Falkiem z Ziemi (trochę to skomplikowane). Shinga chcą od niego namiarów na rodzinną planetę. On okazuje się od nich sprytniejszy i wywodzi ich w pole. I startuje na statku kosmicznym do domu. Wszystko kończy się chyba szczęśliwie:)

Miałem sporo frajdy czytając tę książkę, która jest znacznie lepsza od dwóch poprzednich. Widać, że pani Le Guin się rozwijała i jej książki stają się bogatsze, pełniejsze oraz znacznie ciekawsze. Wędrówka Falka przez Ziemię, a dokładniej kontynent amerykański przypominała mi wędrówką przez jakiś postapokaliptyczny świat, w którym widać ślady dawnej świetności ludzkiej cywilizacji. Te szczątki informacji o dawnej Wojnie, o historii ludzkiej cywilizacji, jakie zbiera Falk, historie dawno wymarłych światów to dla mnie prawdziwy smaczek. Widocznie już jako małolat jarałem się wizją świata po zagładzie i zostało mi to do dzisiaj. Ledwie zarysowane dzieje wojny z Shinga, wzmianki o eksperymentach genetycznych, eugenice i tym podobnych sprawach rozbudzają wyobraźnię i prowokują do pytań o los ludzkości. Ech, jaka wielka szkoda, że nie mam już swojego egzemplarza „Miasta Złudzeń”.

I bawi mnie trochę ta maniera Le Guin zaludniająca swój kosmos samymi humanoidami, które tylko trochę różnią się od siebie:) Ale to przecież jej świat i może robić co chce.