Maryla Szymiczkowa “Tajemnica domu Helclów”

Kraków. Widok na Wisłę. Rząca Tadeusz (1905-1915). Źródło: http://zbiory.mhf.krakow.pl/node/54658

Dzień dobry! moi drodzy czytelnicy! Dzisiaj będzie krótko, zwięźle i treściwie. Jak możecie się domyśleć z tytułu posta przeczytałem Tajemnicę… kryminał retro Jacka Dehnela oraz Piotra Tarczyńskiego (oczywiście musiałem wspomnieć, że Maryla Szymiczakowa to literacki pseudonim tych dwóch Panów).

Continue reading

Andrzej Pilipiuk “Srebrna łania z Visby”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zdjęcie przedstawiające pewnego pana Meyera, któren to karmił niedźwiadki. Źródło: flickr.com

Dalej podążam tropem Oka Jelenia kolejny tom już dawno za mną. I bez bicia się Wam przyznam, że nadrabiam wpisowe zaległości sprzed kilku miesięcy. Tak moi drodzy takie mam zaległości jeśli chodzi o internetowe poletko.

Continue reading

Maciej Zaremba Bielawski “Higieniści: z dziejów eugeniki”

Kiki chowa się za książką, bo jeszcze nie wie co to sterylizacja...

Kiki chowa się za książką, a przecież jeszcze nie wie co to sterylizacja…

Się czasem człowiekowi trafi książka, z którą ma problem. I to nie dlatego, że książka zła, niedobra i do dupy i jak tu o niej coś napisać. Czasem chodzi o książkę, która porusza bardzo kontrowersyjne tematy i człowiek nie wie zwyczajnie co ma na ten temat myśleć! Bielawski pochyla się nad bardzo wstydliwą sprawą, o której wielu Szwedów (zwłaszcza tych będących u steru rządów) chce zapomnieć, czyli przymusowej sterylizacji obywateli czynionej w imię dobra społeczeństwa.

Continue reading

Adolf Nowaczyński “Nowe Ateny: satyra na Wielki Kraków”

Strona tytułowa wydania oryginalnego.

Strona tytułowa wydania oryginalnego.

Czasem mnie ochota najdzie na takie starocie, że nawet sam się sobie dziwię.

Continue reading

Włodzimierz Borodziej i Maciej Górny “Nasza wojna. Tom I. Imperia: 1912 – 1916”

Krajobraz po bitwie. Źródło: http://www.theatlantic.com/static/infocus/wwi/introduction/

Krajobraz po bitwie. Źródło: http://www.theatlantic.com/static/infocus/wwi/introduction/

Czasem człowiek powinien przeczytać książkę nie tylko dla zwykłej rozpasanej duchowej rozrywki, ale także by wzbogacić swoją wiedzę, rozszerzyć spojrzenie na świat i poznać fascynujące informacje na jakiś określony temat.

Continue reading

Andrzej Pilipiuk “Czerwona gorączka”

czerwonaZacznę od refleksji. KFASON, KFASON i po KFASONIE. Moim zdaniem było sympatycznie i ciekawie. Zwłaszcza jak na pierwszą edycję. Moje spotkanie z panem Andrzejem Pilipiukiem chyba też dobrze wypadło. Denerwowałem się strasznie, ale może trochę niepotrzebnie, bo pan Andrzej to świetny gawędziarz, bardzo inteligentny człowiek z ogromnym poczuciem humoru. I teraz będzie wspomniana refleksja: przygotowując się do spotkania przeczytałem sporo wywiadów z autorem, obejrzałem dość znaczną liczbę filmików dostępnych w sieci, jednym słowem znacznie przybliżyłem sobie postać twórcy Wędrowycza. I tu wreszcie refleksja: gdy się bliżej pozna autora i jego poglądy, jego sposób patrzenia na świat to czytanie jego książek nie będzie już takie samo. Pojawiają się zupełnie nowe tropy, zupełnie inaczej patrzę na pomysły i użyte schematy i motywy. A dodatkowo jeśli się pogada chwilkę, pozna pisarza osobiście to już percepcja i odbiór książek znów się zmieni. I u mnie ten proces nastąpił:)

Tak miałem podczas lektury „Czerwonej gorączki”. Pilipiuka czytywałem wcześniej. Jednak „Czerwoną gorączkę” odebrałem zupełnie inaczej niż wcześniejsze książki. Na blogu pisałem o „Rzeźniku drzew” i „Wampirze z M-3”. Nie wiem czy miałem jakieś oczekiwania dotyczące „Czerwonej…”, na pewno spodziewałem się dobrej rozrywki i takową otrzymałem. Tematyka opowiadań oscyluje w obszarach, do których Pilipiuk nas przyzwyczaił. Carska Rosja, rewolucja październikowa, podróże w czasie i alternatywne wersje historii.

11 opowiadań jak to w antologii bywa wywołuje różne emocje. Od szczerego śmiechu („Silnik z Łomży”) po delikatne rozdrażnienie, że w taki sposób można skończyć świetne opowiadanie („Zeppelin L-59/2”). Jest tradycyjnie jak to u Pilipiuka ostra nagonka na socjalistów i komunistów. Raz na poważnie i z całkiem interesującym pomysłem („Czerwona gorączka”), drugie już zupełnie jajcarskie i świetnie naśmiewające się z „przejściowych trudności” jakim jest poddane budujące się socjalistyczne społeczeństwo („Operacja „Szynka””). Trafiła się nawet w zbiorze historia o krasnoludach i najemnikach („Niebieski trąd”). Interesujące i nawiązujące (moim zdaniem) to twórczości Stefana Grabińskiego opowiadanie („Wujaszek Igor”) również chlastało ubecję i cały system komunistyczny po mordzie, a interesujący pomysł z pociągiem widmem, gdzie głównym maszynistą jest Piłsudski dodawał klimatu posępnej grozy. Mamy też historię alternatywną bardzo dla nas łaskawą (dla nas Polaków) czyli „Samolot von Ribbentropa”, bo w niej jesteśmy supermocarstwem i rządzimy światem. Trafiła się też opowieść znacznie mniej łaskawa, w której to Europa zdominowana jest przez islam i resztki chrześcijan szukają swojego świętego („Gdzie diabeł mówi dobranoc”). „Grucha” to opowiadanko o nauczycielce, którą spotyka słuszna kara (może trochę za bardzo hardkorowo i ewidentnie tu widać jak bardzo nie lubi pan Pilipiuk instytucji oświatowych w naszym kraju). „Po drugiej stronie” i „Piórko w żywopłocie” to dość fantasmagoryczne historie, w których przenikają się różne światy.

„Czerwona gorączka” to kilka godzin dobrej rozrywki, połączonej ze zgrzytaniem zębów na niektóre patenty autora. Nie zmieni to jednak mojej sympatii do pana Andrzeja, ale może przydałoby się przeskoczenie na jakieś nowe tematy, bo ileż można tych komuszków i socjalistów wszelkiej maści molestować:)

Niektóre opowiadania czasem trąciły odwetem na rzeczywistości naszej, szarej polskiej i pobożnymi życzeniami, że powinno być inaczej, a nie jest. Ale to święte prawo autora, że pisze co chce i jak jemu w głowie się układa. A że robi to składnie, zgrabnie, ciekawie i w miarę wciągająco to człowiek sobie podczytuje.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 24

Ha! I na wtorkowy, październikowy dzionek (w Krakowie słonecznie jest) “Książki najgorsze”!

Dzisiaj będzie o książce “Nowy pogląd na przyrodnicze skarby świata. Ustrój fizjologiczno – psychiczny” napisanej przez pana Franciszka Małysza.

Wiadomości Literackie nr 21, 24 maja 1925 roku

Nie wiem jak odczytujecie rubrykę, ale tutaj “druk ekranu” (taki żarcik) jest całkiem spory i raczej nieczytelny dlatego polecam transkrypcję:)

WL1925nr21dn24V_najgorsze

Książki najgorsza

 

“Nowy pogląd na przyrodnicze skarby świata. Ustrój fizjologiczno – psychiczny”. Napisał Franciszek Małysz. Cieszyn, 1917.

Jest to jedna z tych książek, które się nie starzeją: jak była w r. 1917 najgorszą polską książką, tak też i pozostała najgorszą w r. 1925, pomimo tylu złych książek, które nadrukowano od tego czasu.

Niech książka p. Małysza mówi zresztą sama za siebie. Cytuję najpierw część rozdziału zatytułowanego „Ręce szóstym zmysłem głównym”. „Nauka przyjęła dotychczas pięć zmysłów u człowieka… Szóstym — i to głównym zmysłem, są bezsprzecznie „ręce” — które znowu pięcioma odrębnymi jakby eks-zmysłami są obdarzone, i które tu w następującym porządku podaję: 1) zmysł uzupełniający dotyk, 2) zmysł mistrzowski, 3) zmysł muzykalny, 4) zmysł dźwigni, 5) zmysł równowagi.

„Pierwszy ten eks-rączy (!) zmysł, możnaby nazwać uzupełniający dotyk, ponieważ… człowiek może się całem ciałem drugich ciał dotykać, lecz czyni (!) to bardzo niedołężnie, a rękami uzupełnia on tę czenność (!) w bardzo łatwy sposób.

„Drugi zmysł byłby „zmysł mistrzowski!” Zmysł ten sam w sobie się rozumi (!), są to ręce same, które przy pomocy mózgownicy wszelkie sztuki i największe dzieła świata wyrzeźbiły.

„Trzeci zmysł muzykalny”. Zmysł ten aczkolwiek jest też (!) od słuchu zależny, to jednakowoż największą rolę w tej czynności odgrywa ręka, — a względnie palce, ponieważ ta sama ręka, która przedewszystkiem instrument wykonała, uzupełnia też całą technikę muzykalną, a ucho tworzy tylko melodyjną całość. Ręka potrafi nawet bez słuchu mechanicznie różne głosy i kawałki odegrać, a słuch sam bez ręki w muzyce jest martwy. Jest niezbity dowód, że prawie cały zmysł muzykalny w rękach się znajduje.

„Piąty „zmysł równowagi”. Ręce mają jeszcze w swym posiadaniu jeden ważny czennik (!), a mianowicie równoważnik. Nauka poczeniła (!) spostrzeżenia u zwierząt morskich „chełbi” i odkryła u nich szósty zmysł równowagi; natomiast zapomniano zupełnie o człowieku „lino-skoczku”, który również tem (!) zmysłem równowagi jest obdarzony. Człowiek po linie chodzący, reguluje ruchy nóg rękami i utrzymuje cały swój ruchomy ciężar w równowadze. Cyklista, jadący na rowerze, reguluje znowu cały swój — i roweru ciężar nogami w biegu, – coby miało świadczyć o dalszym jego zmyśle, ale ponieważ w tej czynności rowerowej są pomocne ręce, — a w chodzeniu po linie są one głównem (!) czynnikiem równowagi, dlatego wypada cały ten zmysł równowagi na nie przenieść”.

Inny rozdział traktuje o darwinizmie. Jako człowiek prawdziwie „moderne” p. Małysz jest przeciwnikiem Darwina. Ale stanowisko swoje uzasadnia w sposób szczególny; mniema, że rodzaj ludzki nie mógł powstać ze skrzyżowania ras zwierzęcych, które posiadają swe własności i obyczaje, — a mianowicie: „Z doświadczenia zwierzęcego życia wiemy, że ich obyczajność pod względem płciowem (!), zachowuje się jaknajbardziej w karbach praw natury. Dlatego wydaje się niesłusznem i wprost krzywdzącem najwyższych uczuć (!), jeżelibyśmy takie przypuszczenia twierdzić bezkrytycznie chcieli”. I dodaje jeszcze: „Nie chcąc czenić (!) żadnej ujmy tem (!) boskim stworzeniom, które z nieopisaną dobrocią stoją człowiekowi na usługach, żywią go i ostatnią kroplę krwi bez szemrania w ofierze mu niosą (np. krowa i t. d.)…”

Sporo miejsca p. Małysz poświęca eugenice i higienie, szuka środków dla zapewnienia człowiekowi długowieczności. Środki jego są zresztą dość proste i znane: antyalkohlizm, jarska kuchnia i praca. Środki te są natomiast poparte nieposplitemi argumentami. Co do antyalkoholizmu: „Ludwik Wolcham umarł, mając lat 119. Do śmierci miał wszystkie zęby i ani jednego siwego włosa. Żywił się tylko kartoflami i mlekiem. Wódki nie pił nigdy, ale gdy się raz dał namówić, i opił się wódką, wtedy stracił przytomność i na drugi dzień umarł”. Co do pracy: „Brak zatrudnienia bezwarunkowo skraca życie. Wszyscy inwalidzi pobierający rentę, pensjoniści i t. d. wykazują bardzo wzmożoną śmiertelność”. W sprawie jarskiej kuchni pisze: „Człowiek niezadowolił się przydzielonemi mu (!) jarzynami, ziarnem i mlekiem, przywłaszczył on sobie zdaje się zupełnie bezprawnie mięso z potulnego bydlęcia”. „Potulne bydlęta” mają stać się dla człowieka właśnie wzorem moralności i higjeny: „Możemy ich sobie postawić za wzór, pod wzgl. życia i moralności… żyją one tak, jak przed tysiącami wieków i temisamemi odżywiają się roślinami. Dlatego też są zawsze zdrowe, zęby mają aż do starości dobre, nie widać sztucznej podniety, żadnych wenerycznych chorób i żyją według dawno oznaczonego okresu, będąc stworzeniami, które rozumu nie posiadają”.

Te cytaty powinny wystarczyć: całe 105 stron książki są napisane mniej więcej z tym samym sensem i w tym samym stylu. Najgorsze jest to, że p. Małysz jest człowiekiem myślącym, mającym wyczucie zagadnień doniosłych i ciekawych. To nie jest, jakby zdawało się wskazywać pierwsze wrażenie, człowiek niedorozwinięty, chory, maniak. Jest tylko niedouczony. Wystarczyłoby, żeby przeszedł sumiennie kurs czterech klas gimnazjalnych: jużby wtedy książkę swoją napisał lepiej, a prawdopodobnie nie napisałby jej, lecz uczyłby się dalej. Gdyż nie jest to uczony, któryby cały swój system naukowy chciał zbudować sam bez niczyjej pomocy; jeżeli jakie prace cudze zna, to korzysta z nich; nieszczęściem jego jest, że zna i korzysta głównie z artykułów „naukowych”… „Ilustrowanego Kurjera Codziennego” (podany jak źródło na str. 59). Pisanie książek jest zabawą niewinną i społecznie mało niebezpieczną; natomiast niebezpieczne jest — drukowanie książek. Książki drukowane, zwłaszcza najgorsze, bywają kupowane i czytanie. W sferach naukowych, uniwersyteckich książka p. Małysza nie jest znana; wykazy bibliograficzne nie ujawniły mi jej istnienia. Ale poznałem ją na prowincji, na wsi zapadłej. Dowiedziałem się o niej dopiero w dniu, gdy służący nie podał na czas obiadu, zaczytany w jej rozdziały p. t. „Elektryczność w ludzkim ciele” i „Laska, czyli pręt magiczny”; służący miał książkę od gospodyni, gospodyni od pisarza, pisarz od ogrodnika; wszyscy miejscowi alfabeci (przeciwieństwo analfabetów) zaspakajali tem dziełem swe pragnienie wiedzy…”

Łuk

Książka pana Małysza musi być bardzo interesującą książką. Powiem Wam szczerze, że fragmenty wybrane w rubryce ogromnie mnie zaciekawiły i ja na pewno ją przeczytam. W końcu także łaknę i pragnę wiedzy. Niestety w Jagiellonce nie ma:( Będę starał się książkę znaleźć. Nie ma to tamto:)

Autor w końcu popisał się niespotykaną wyobraźnią i swoistym wdziękiem:)

Wiadomości Literackie przeczytane jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Aha i dzisiaj rozpoczyna się rok akademicki. Także wszystkim studenciakom owocnego! I na koniec wpisu piosenka, którą puszczaliśmy w momentach najwyższego uniesienia duchowego i moralnego. Wyrażała ona nasz pogląd na ten skrawek przestrzeni w akademiku, który należał do nas:)

A puszczaliśmy sobie ją z pliku wideło, bo Youtuba jeszcze niebyło! Mój Boże! Zdałem sobie sprawę, że jak zacząłem studia nie było Youtube! Jak myśmy wtedy żyli? Jak?!

Książki najgorsze – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 23

Wróciły! Prawdopodobnie tylko na chwilkę, ale są! Książki najgorsze, co prawda tak jak poprzednio znów jest o przekładzie, ale to nie zmienia faktu, że są! A tak za nimi tęskniłem (oczywiście żartuję, nie tęsknię za najgorszymi książkami, tęskniłem za rubryką:) Coby długo nie owijać w bawełnę. Dzisiaj przed państwem Michał Asanka – Japołł Mową włoskich  poetów.

Wiadomości Literackie nr 20, 17 maja 1925 roku

WL1925nr2017V

 

Książki najgorsze

Michał Asanka – Japołł. Mową włoskich  poetów. Kraków, 1925; str. 84.

Jest to wiązanka przekładów z poezji włoskiej. Tłumacz poświęcił swe dzieło ministrowi spraw zagranicznych Skrzyńskiemu. Pan Asanka-Japołł tłumaczy wiersz Ugo Foscolo w podobnie bezwstydny sposób:

„Na czole brózdy, w głębi oczu płomień zapału.

 Włos płowy, różowe lica, wygląd pewności…

Warga, czy ząb, gotowe do uniesień szału,

Głowa pochylona, na szyi, ku starości”.

Pozwolę sobie ząb wyrwać, jeżeli w oryginale włoskim jest sportretowany „ząb, gotowy do uniesień szału”. Jak widzimy, w pierwszym wierszu jest za dużo o sylabę, a w pozostałych za mało sensu.

 …„gdy niemasz świątyni, obce świętych twarze,

ani słów matki co mienią świat w obrazki — — —”

Słowa matki zmieniają świat w obrazki! Panie Asanka – Japołł! to już nie obrazki — to obraza boska.

…. rzekę, jak i świat, czas zrodził, w nieskończoności…

użyczając podobieństw z błękitem lazuru;

pełne dziwnej harmonji, chociaż nie z miłości…”

Nie z miłości, tylko dla pieniędzy. A swoją drogą przydałby się jakiś podmiot albo jakieś orzeczenie. Wiersz o Cyganach Buzziego tak brzmi:

“Często ich wiedzie jakaś tęsknota:

W krainę zgoła pustych przestrzeni.

Znów wracają, żebrzą, strudzeni,

Nawrotem w inne strony —” (?)

Kraina zgoła pustych przestrzeni — to głowa tłumacza.

Pan minister Skrzyński, któremu ta książka jest poświęcona, powinien z własnej szkatuły wyznaczyć fundusz potrzebny na wywiezienie p. Asanki – Japołła do Włoch oraz dopilnować, aby Asankę oddano w ręce autorów przez niego tłumaczonych. Na drogę powrotną nie potrzeba ani grosza, bo go Włosi napewno już nie wypuszczą.”

bt

O autorze tych słów można sporo poczytać na Wikipedii. Na poezji się nie znam mówię to od razu, ale prowadzący rubrykę ewidentnie nie lubi jak ktoś szarga (przynajmniej w jego mniemaniu) świętą sztukę słowa pisanego. Chociaż metafora z krainą zgoła pustych przestrzeni i głową tłumacza świetna.

Jak zwykle można przeczytać egzemplarz w Bibliotece Jagiellońskiej. Karta katalogowa pod tym linkiem.

Sponsorem dzisiejszego odcinka jest pan Asanka – Japołł i Małopolska Biblioteka Cyfrowa.

“W kraju wiosny, pomiędzy rozkosznymi sady” Charlie pławi się w Morzu Czarnem i zażywa zabawy. Krymu część piąta i ostatnia.

Pierwszy wers jest z sonetu “Grób Potockiej”, a dzisiaj nie będzie o zwiedzaniu, dzisiaj będzie o plażowaniu, kąpieli zażywaniu i Krymu smakowaniu:)

Nasz pensjonat znajdował się pięćset metrów od plaży. Plaży która miała być piaszczysta, a była hmm…. raczej połączeniem żwiru sypanego na polne drogi i kamieni ze strumienia. Nie była jednak taka najgorsza, bo im głębiej w morze tym piasku więcej. Jedyny minus był taki, że raczej nie dało się zbudować zamków z piasku czy też biblioteki. Bo przecież jak?

Oprócz aktywnego podróżowania po Krymie zajmowaliśmy się mega słodkim lenistwem, czytaniem książeczek i opalaniem swojej skóry na piękny brązowy kolor. I przede wszystkim pływaniem w słonej i cieplutkiej wodzie Morza Czarnego.

 

Takie tam bezkresne morze i ludki.

Takie tam bezkresne morze i ludki.

 Miejscowość, w której się zatrzymaliśmy dopiero “uczyła się” jak być kurortem. Stąd pewien chaos architektoniczny, w którym okazałe pensjonaty ociekające “luksusem” stały obok opuszczonych ruder, albo niedokończonych inwestycji.

Komuś chyba nie poszedł biznes, albo czeka na lepsze czasy.

Komuś chyba nie poszedł biznes, albo czeka na lepsze czasy.

Ogólnie widać, że miejscowość jest na tak zwanym “dorobku”. Nad morzem dopiero powstawała infrastruktura – restauracje, dyskoteki, sklepy, wypożyczalnie rowerków, łódek, skuterów i tym podobne. A efekty tego takie, że człowiek może sobie baraninkę z grilla prawie nad samym morzem wsunąć, popić dobrym ukraińskim piwkiem i na zachód słońca popatrzeć:) Cud, miód i baraninka.

Pyszna to była baraninka, choć trochę koścista:)

Pyszna to była baraninka, choć trochę koścista:)

 

 

Słowacki na Krymie nie był, ale aż się ciśnie na usta "Dla mnie na zachodzie. Rozlałeś tęczę blasków promienistą" - tylko, że smutno mi nie było:)

Słowacki na Krymie nie był, ale aż się ciśnie na usta “Dla mnie na zachodzie. Rozlałeś tęczę blasków promienistą” – tylko, że smutno mi nie było:)

Ludzie jakich spotykaliśmy na swej drodze sympatyczni, ciężko pracujący, mimo wszystko uśmiechnięci i bardzo życzliwi. Widać było, że każda okazja do zarobku jest wykorzystywana. Stragan na straganie i straganem poganiał. Na plażach mnóstwo ludzi handlujących czym się dało. Głównie kholodnym pyvemchorne more krevetky. W busikach marszrutkami zwanymi tłok, każdy gdzieś jedzie, każdy coś wiezie, każdy rzeczy swych pilnuje, a jednocześnie uczciwość ogromna w narodzie panuje, bo pieniądze na bilet przechodzą z rąk do rąk i tak samo wraca reszta.

Nie mam śmiałości do fotografowania ludzi, nie pytam nawet ich o to. Gdybym był odważniejszy sypnąłbym tutaj obrazkami, na których z bagażników starych ład wysypują się arbuzy, a obok stoi babuszka i handluje rybami, które świeże to były może gdy ona nie miała jeszcze zmarszczek, a piersi jej jędrne był  “jak dwoje koźląt, bliźniąt gazeli” (“Pieśń nad pieśniami”).

Tylko takie z ukrycia strzelałem:)

Tylko takie z ukrycia strzelałem:)

To był naprawdę dobry wyjazd. I chociaż moja wątroba ma mi za złe i to bardzo, ja jestem zadowolony, że ten akurat kawałek świata zobaczyłem. I z chęcią do niego bym wrócił jeszcze raz przynajmniej.

P. S. Byłbym zapomniał. Pływanie było super, ale były morskie stwory, które potrafiły zepsuć przyjemność z pływania. Okazało się, że z tego co mówili miejscowi jakiś prąd przygnał im meduzy na wybrzeże. Podobno mają takie inwazje co jakiś czas. I zaprawdę powiadam Wam tego tałatajstwa w pewnej odległości od brzegu było mnóstwo. Na szczęście nie parzyły, ale wiecie, to żadna gdy coś galaretowatego ociera się o Twoje ciało bądź nagle obły stwór wyrasta tuż przed waszymi oczyma! Meduzy były paskudne! Meduzowym najeźdźcom mówimy zdecydowane nie!

Meduzy w ilości znacznej.

Meduzy w ilości znacznej.

 

“Wypuszczam na wiatr konia i nie szczędzę razów”, a Charlie nie szczędzi zachwytu wyrazów. Krym część czwarta.

Tym razem pierwszy wers z sonetu “Bajdary”. A my dzisiaj zobaczymy Jaskółcze gniazdo, pałac w Liwadii, czyli tam gdzie odbyła się konferencja Wielkiej Trójki, która zadecydowała o losach powojennego świata. Oraz zobaczymy miejsce, gdzie kręcono “Podróże pana Kleksa”.

Pałac Woroncowa w Ałupce to miejsce, które kazał wybudować ówczesny gubernator Nowej Rosji, czyli Michaił S. Woroncow – to bardzo interesująca postać historyczna arystokrata, żołnierz, znawca sztuki, który przyczynił się znacznie do rozwoju Odessy i całego półwyspu krymskiego.

Wracając do pałacu – był budowany prawie dwadzieścia lat od 1830 roku. I jest zbudowany w różnych stylach architektonicznych co widać, gdy człowiek trochę po kompleksie pałacowym połazi. Pałac otacza bardzo duży i pięknie utrzymany park. A widoki jakie roztaczają się z pałacowych okien są przepiękne.

Miał rozmach ten Woroncow.

Miał rozmach ten Woroncow.

 

Wstajesz sobie rano z kawusią wychodzisz na taras i taki widoczek! Żyć nie umierać.

Wstajesz sobie rano z kawusią wychodzisz na taras i taki widoczek! Żyć nie umierać.

Przejedziemy teraz do miejscówki, która jest wizytówką Krymu. Bardzo charakterystyczną wizytówką i chyba nie ma na świecie osoby, która by nie widziała przynajmniej jednego zdjęcia Jaskółczego Gniazda, bo o nim będzie teraz mowa.

Każdy chyba to widział gdzieś, kiedyś.

Każdy chyba to widział gdzieś, kiedyś.

Miejscówka, gdzie znajduje się Jaskółcze Gniazdo jest bardzo urokliwa. Zatoczka z wysokimi urwiskami, kawałkiem plaży i hotelem na dole, do którego cumują promy wycieczkowe wygląda jak z jakiegoś śródziemnomorskiego kurortu. Jedynym minusem są tłumy ludzi przetaczających się przez Jaskółcze, ale taki los znanych turystycznie miejsc.

Panie! Jakie to wszystko pikne!

Panie! Jakie to wszystko pikne!

Z Jaskółczego pojechaliśmy do Liwadii, czyli miejscowości leżącej obecnie na przedmieściach Jałty, gdzie w Pałacu Potockich (pałacyk wybudował w połowie dziewiętnastego wieku polski magnat!), w 1945 roku odbyła się słynna konferencja Jałtańska. Pałac po śmierci Potockiego wykupili rosyjscy carowie i im głównie poświęcone są ekspozycje oczywiście oprócz tych poświęconych Konferencji. Dużo informacji znajdziemy też o ostatnim carze Mikołaju II Romanowie.

Naprawdę chciałoby się tam zamieszkać!

Naprawdę chciałoby się tam zamieszkać!

Stół przy którym dzielono świat.

Stół przy którym dzielono świat.

 

Taki widok miał ze swojego gabinetu ostatni car Rosji.

Taki widok miał ze swojego gabinetu ostatni car Rosji.

 

Zabawne wykończenia mebli pałacowych. Ludziom to się kiedyś chciało.

Zabawne wykończenia mebli pałacowych. Ludziom to się kiedyś chciało.

Niedoróby też się zdarzają - imitująca drewno okleina sufitu w jednej z sal.

Niedoróby też się zdarzają – imitująca drewno okleina sufitu w jednej z sal.

Opuściliśmy Liwadię. Ja miałem mieszane uczucia – byłem zachwycony pięknem tego miejsca, ale świadomość, że w tym pałacu został przypieczętowany los Polski zostawiła gorzki posmak w ustach.

Przyszła pora na Jałtę, która jest miejscem zatłoczonym, zakorkowanym, ale z ładną promenadą. Jak możecie wywnioskować szału na mnie nie zrobiła.

Towarzysz Lenin ma wzrok skierowany dokładnie na budynek ogromnego McDonalda. Ot taki kaprys i paradoks historii.

Towarzysz Lenin ma wzrok skierowany dokładnie na budynek ogromnego McDonalda. Ot taki kaprys i paradoks historii.

Na dziś to koniec. Jak sobie przeglądam te zdjęcia, to mnie szlag trafia, że u nas jesień zaczyna się pełną gębą. Ja chcę słońca, trzydziestostopniowych upałów i plaży!