Stanisław Lem “Bajki robotów”

Sowiecki robot. Źródło: http://weird-vintage.com/post/52082975778/this-robot-normally-appeared-in-a-local-russian

Sowiecki robot. Źródło: http://weird-vintage.com/post/52082975778/this-robot-normally-appeared-in-a-local-russian

Cześć i czołem, guten tag kup se znak. Zacznę tradycyjnie i obrzydliwie wręcz od narzekania, że wciąż nie doganiam liczby książek przeczytanych od tych opisanych na blogu. I dlatego naprawiam ten błąd. Oczywiście zabieram się do tego jak pies do jeża, albo polityk do pracy na rzecz społeczności. Niemniej jednak będzie trochę o książce, którą czytałem w podstawówce i która bardzo skutecznie na długie lata zniechęciła mnie do Lema (do Lema zniechęcił mnie również Pilot Pirx, ale to zupełnie inna historia).

Continue reading

Aniela Kowalska “Od utopii do antyutopii”

Gdzie ten humanizm? Się pytam no gdzie? Źródło: https://www.pinterest.com/pin/377246906260339576/

Gdzie ten humanizm? Się pytam no gdzie? Źródło: https://www.pinterest.com/pin/377246906260339576/

Czasem przeczytam trochę poważniejszej publicystyki lub esejów. Tytuł książeczki pani Anieli Kowalskiej siłą rzeczy musiał mnie zainteresować. Tematyka utopijnych wizji i antyutopijnych proroctw jest mi bliska od czasu, gdy przeczytałem Tomasza Morusa oraz Aleksandra Świętochowskiego, a zresztą tak naprawdę od dawna, bo wiele książek z gatunku science and fiction w mniejszym lub większym stopniu ociera się o utopię lub antyutopię. A wszystko co się przejawia w tym temacie może być dla mnie pożywką.

Continue reading

Przeróżne formaty książki – zabawny rysunek.

Internet pokazał mi taki oto rysunek pana Toma Gaulda:tumblr_nexntvmgxr1rwkrdbo1_1280

Moje pierwsze skojarzenie to “Kongres futorologiczny” Lema, w którym Ijon Tichy odwiedzając księgarnię przyszłości ma pełen asortyment literatury w postaci pigułek:

“Nareszcie dowiedziałem się, jak wejść w posiadanie encyklopedii. Już ją mam
nawet — mieści się w trzech szklanych fiolkach. Kupiłem ją w naukowej sięgarni. Książek się teraz nie czyta, książki się je, nie są z papieru, lecz z informacyjnej substancji, pokrytej lukrem.

Byłem też w delikatesowej dietotece. Pełna samoobsługa. Na półkach leżą pięknie opakowane argumentanki, kredybilany, multiplikol w omszałych gąsiorkach, ciżbina, purytacje i ekstazydy. […] Wszystko w pastylkach, pigułkach, w syropach, kroplach, w łomie, są nawet lizaki dla dzieci. Byłem  niedowiarkiem, ale przekonałem się do tej innowacji. Po zażyciu czterech tabletek algebryny opanowałem, ani wiem kiedy, wyższą matematykę bez najmniejszego starania z mej strony; wiedzę zdobywa się teraz przez żołądek.”

Pan Tom Gauld to znany rysownik i bardzo oczytany facet, ale chyba “Kongresu…” nie czytał, bo w swoim rysunku pewnie by zamieścił taki format książek:)

Stanisław Lem “Niezwyciężony”

IMAG0519

I znów Lem. Tym razem w klasycznej wersji. Klasycznej do bólu, ale to nie oznacza złego bólu oj nie, nie. „Niezwyciężony” to eksploracja kosmosu w starym dobrym stylu. Rakieta ma kształty rakiety (if you know what i mean), ludzie na statku kosmicznym mają funkcje i stopnie jak w marynarce, ludzkość podbiła całkiem sporą część kosmosu i w owym kosmosie życie rozkwita jak kiedyś rozkwitło w moim pokoju w akademiku w puszcze po paprykarzu szczecińskim (przysięgam wydawało mi się, że widziałem tam miniaturowe miasta wydrążone w ziarenkach ryżu).

„Niezwyciężony” to krążownik kosmiczny, 25 piętrowa, ogromna stalowa bestyja, która eksploruje kosmos niczym załoga statku „Enterprise” z bratniego kraju kapital… ups trochę się zapędziłem.

Wracamy do eksploracji kosmosu. „Niezwyciężony” ląduje na planecie „Regis III” gdzie zaginął „Kondor” inny krążownik kosmiczny. Regis to pustynna planeta, gdzie życie jest, ale jedynie w oceanie, a na lądzie króluje piasek, tajemnicze ruiny i dziwaczne chmury z których kapie metalowy deszcz. W trakcie poszukiwań „Kondora” oraz wyjaśnienia zagadki co się stało z załogą statku naukowcy “Niezwyciężonego” dochodzą do niesamowitego odkrycia, które może odmienić los całej planety (trochę dramatyzuję, ale odkrycie jest naprawdę niesamowite). Nie będę się rozpisywał o fabule, bo uważam, że akurat w tym przypadku jest to niepotrzebne. I choć zagadka nie jest jakaś szczególnie wymagająca to jednak warto trochę pogłówkować co też naukowcy odkryli.

Niewielka objętościowo książeczka, a w niej ludzie i ich chęć dopasowywania całego otoczenia do własnych wyobrażeń, ich wieczna pasja odkrywania i ciekawość, która prowadzi czasem do piekła. Zero polityki, zero umoralniających gadek tylko czyste, twarde science – fiction z przydługimi opisami automatów i procedur lądowania, ale i tak wciąż grzejące serducho niczym atomowe reaktory silniki „Niezwyciężonego”. Lektura bardzo interesująca – polecam każdemu, kto kiedykolwiek otarł się o science – fiction. Dziwne, że ja tego nie czytałem w młodości.

Tak mógł wyglądać “Niezwyciężony”:

http://monsterkidclassichorrorforum.yuku.com/topic/2521#.UeT0EY2Syy8

Źródło: http://monsterkidclassichorrorforum.yuku.com/topic/2521#.UeT0EY2Syy8

Stanisław Lem “Powrót z gwiazd” – fragment

Przytoczę Wam krótki bo krótki, ale jakże trafny fragment dotyczący książek, które chciał zakupić główny bohater “Powrotu…” i jakież jego było zdziwienie, gdy wszedł do księgarni…

„Całe popołudnie spędziłem w księgarni. Nie było w niej książek. Nie drukowano ich już od pół wieku bez mała. A tak się na nie cieszyłem, po mikrofilmach, z których składała się biblioteka „Prometeusza”. Nic z tego. Nie można już było szperać po półkach, ważyć w ręce tomów, czuć ich ciężaru, zapowiadającego rozmiar lektury. Księgarnia przypominała raczej elektronowe laboratorium. Książki to były kryształki z utrwaloną treścią. Czytać można je było przy pomocy optonu. Był nawet podobny do książki, ale o jednej, jedynej stronicy między okładkami. Za dotknięciem pojawiały się na niej kolejne karty tekstu. Ale optonów mało używano, jak mi powiedział robot-sprzedawca. Publiczność wolała lektony — czytały głośno, można je było nastawiać na dowolny rodzaj głosu, tempo i modulację. Tylko naukowe publikacje o bardzo małym zasięgu drukowano jeszcze na plastyku imitującym papier. Tak że wszystkie moje zakupy mieściły się w jednej kieszeni, choć było tego prawie trzysta tytułów. Garść krystalicznego zboża – tak wyglądały książki.”[1]

 

Użytkownicy czytników elektronicznych zwłaszcza tych nowszych czujecie znajomy klimat? Dotykasz palcem ekranu i następna strona, BAM! Lem tak jak w “Obłoku Magellana” świetnie wykoncypował sobie możliwy scenariusz rozwoju technologicznego jeśli chodzi o książki.

A w tym fragmencie Bregg należy do starej szkoły, która tęskni za fizycznością książki.

I są też reprezentowane audiobooki, zresztą idea czytania książek nie jest niczym nowym. Przecież radiowe słuchowiska istniały niemalże od początku radia.

Ostatnie zdanie jest po prostu piękne. “Garść krystalicznego zboża – tak wyglądały książki”. Do naszych czasów bardziej chybaby pasowało “Garść cyfrowego zboża – tak wyglądają książki”, ale i tak Lem pięknie to ujął.

Nawet się pokusiłem o ilustrację owego cytatu:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Słowa Lema o książkach przyszłości wyświetlone na czytniku elektronicznym pięćdziesiąt lat po napisaniu tych słów i ukazaniu się drukiem.

[1] Stanisław Lem „Powrót z gwiazd”

Stanisław Lem “Powrót z gwiazd”

Żródło: http://www.book.hipopotamstudio.pl/?p=578

Żródło: http://www.book.hipopotamstudio.pl/?p=578

 Dzień dobry, jak widać jadę z Lemowym koksem dalej:)

Wyobraźcie sobie, że jesteście na statku poruszającym się z prędkością światła. Wystartowaliście z Ziemi w kierunku gwiazdy odległej o 25 lat świetlnych i sobie lecicie, dla Was mija może z dziesięć lat ziemskich lotu (gdyż większość podróży spędziliście w stanie hibernacji), ale dla mieszkańców Ziemi mija około stu dwudziestu siedmiu lat (podróż w tę i z powrotem). Przylatujecie więc na Ziemię o dziesięć lat biologicznych starsi, ale w tym czasie umarli już wszyscy, których znaliście, a ludzkość diametralnie różni się od tej, którą zostawiliście.

 „Powrót z gwiazd” to historia ludzi, których spotkało to, o czym napisałem wcześniej. Wylecieli z Ziemi, by eksplorować kosmos i powrócili na ojczystą planetę sto dwadzieścia siedem lat później. I owi astronauci mają delikatnie rzecz mówiąc problemy z przystosowaniem się do nowego społeczeństwa, które jest Inne. Przechodzą okres adaptacji, ale to nie wystarcza. Nasz główny bohater Hal Bregg postanawia rzucić się na głęboką wodę i po krótkim pobycie w ośrodku adaptacyjnym na Księżycu wyrusza na Ziemię. Na miejscu okazuje się, że architektura, moda, zwyczaje, jedzenie niemalże wszystko jest dla niego całkowicie niezrozumiałe (oprócz języka, choć ten też sprawia mu kłopot). I tak poznajemy przygody Bregga, który miota się niczym neandertalczyk w mieście 21 wieku. A my wraz z nim coraz lepiej poznajemy nowe społeczeństwo ziemskie.

Społeczeństwo, które nie zna strachu i lęku przed wojną, głodem, nędzą i ubóstwem. Wszystkiego jest w bród, jedzenie w restauracjach jest za darmo, hotele za friko, a płacić trzeba jedynie za bardzo ekstrawaganckie zachcianki. Bregg ze zdumieniem odkrywa tajemnicę tego społeczeństwa – jest to proces, który nazwany został betryzacją. Każde dziecko na planecie jest poddawane temu procesowi neurologiczno – fizjologicznemu i w ten sposób wyeliminowano agresję z ludzkich zachowań. Dodatkowo dochodzi tutaj jeszcze wychowanie i warunkowanie zachowania za pomocą hipnozy.

Lem napisał książkę o kosmosie, o samotności człowieka w ogromnej pustce, ale jednocześnie o samotności człowieka w obcym społeczeństwie. Bregg jest reliktem, który w nowym świecie jest niepotrzebny i pasuje jak wół do karocy. On i jego towarzysze nie zostali zbetryzowani więc wciąż mogą być agresywni. Dlatego stanowią zagrożenie dla stabilności społeczeństwa. Czują się jak żywe wykopaliska.

Ich rozczarowanie nową Ziemią zwiększa świadomość, że ich wysiłek, ich towarzysze podróży, którzy zginęli na misji, ich podróż przez zimną ciemność w metalowej puszce nie obeszła nikogo, poza garstką historyków. Ludzkość zrezygnowała z marzeń o sięganiu dalej niż Układ Słoneczny, chociaż ma większe niż w czasach Bregga możliwości technologiczne. Ludzie wolną bawić się, zwiedzać, spędzać czas na błahostkach. Czy to możliwe, że wraz z wyeliminowaniem agresji zniknęła odwieczna chęć ludzi poznawania coraz to nowych tajemnic, odkrywania nieodkrytego? Czy następcy Bregga stali się miękkimi lalusiami, którzy nawet fizycznie stali się drobniejsi, mniejsi i bardziej delikatni i nie mają już w sobie żadnej ikry?

„Powrót…” może być uznany za antyutopię, jednak jest antyutopią dla Bregga i jego towarzyszy, którzy nie mogą zaakceptować takiego społeczeństwa, ale zbetryzowani ludzie wydają się  być szczęśliwi. Betryzacja nie jest stała, jest to proces odwracalny i istnieje możliwość zniesienia skutków betryzacji po to, aby lekarz mógł przeprowadzić operację. Stosuje się wtedy specjalny środek „perto”, który czasowo „wyłącza” ów proces. „Perto” zażywają betryzowani nielegalnie celem wzmocnienia wrażeń i chyba uważane jest za coś w rodzaju narkotyku. Nowe społeczeństwo nie jest w żaden sposób zhierarchizowane, nie ma władzy politycznej, ambicje posiadania władzy musiały zniknąć wraz z agresją. Ludzie spędzają czas na oglądaniu czegoś w rodzaju cyfrowej telewizji na żywo, w której odgrywane są coś jakby kiepskie telenowele (jednocześnie kwitnie nauka i sztuka, a jeśli ktoś chce zdobywać wiedzę może to robić w sposób nieograniczony). Nikt nikogo do niczego nie zmusza (oczywiście poza obowiązkową betryzacją w niemowlęctwie), z której wprowadzeniem były problemy i ludzie wówczas silnie protestowali, prawie doszło do wojny. Związki między kobietami i mężczyznami są wynikiem obopólnej zgody, małżeństwa istnieją, ale nie mają raczej długoletniego stażu, aby mieć dziecko trzeba być świetnie przygotowanym psychologiem, wychowawcą, gdyż wychowanie młodej istoty to ogromna odpowiedzialność.

Każdy obywatel ma do dyspozycji mnóstwo automatów i robotów, które są bardzo zaawansowane. I na tych robotach chciałem się trochę skupić. Jest w książce fragment, w którym Bregg dowiaduje się, że produkcja robotów swego czasu osiągnęła stan, w którym roboty były nieodróżnialne od ludzi, ale jednak przestano takie roboty produkować i została ich ledwie garstka. A co jeśli roboty, „androidy” gdy miały okazję przejęły władzę i potajemnie kierują losami ludzkości? Stworzyły betryzację i jak gdyby „wykastrowały” ludzkość z ambicji i chęci eksploracji czyniąc ją miękką i podatną na kontrolę. Zastanawiam się tylko po co miałyby to robić, bo jeśli przejęły władzę to mogłyby nas łatwo zniszczyć i zaprowadzić własną cywilizację. Może kierował nimi jakiś rodzaj sentymentu?

Jest świetny fragment w książce, w którym Bregg trafia do zakładu utylizującego stare roboty. Tam wśród resztek maszyn wydaje mu się, że słyszy prawdziwe wołanie o pomoc, słyszy strach i błaganie o litość. Tak jakby roboty miały świadomość tego, że istnieją. Zresztą świat automatów i ludzi jest praktycznie rozdzielony. Automaty same siebie produkują i one same decydują kiedy już czas iść na przemiał. Ludzie nie mają  nic do gadania, bo tak jest wygodniej. Czy to nie podejrzane?

A na końcu książki Lema, ludzie, którzy przybyli z gwiazd znów mają okazję do nich wyruszyć. Czyżby to była próba pozbycia się kłopotu? Na zasadzie – polecą w chu… ekhm… bardzo daleko i wrócą za lat sto pięćdziesiąt i to już nie będzie nasz problem.

Dobra dość teorii spiskowych, ale wyobrażacie sobie spin-off „Powrotu do gwiazd”, gdzie ktoś odkrywa spisek androidów i zaczyna się walka o oswobodzenie ludzkości.To naprawdę mogłoby zaiskrzyć.

Jest kilka słabszych elementów książki zwłaszcza relacje damsko – męskie. Bregg i jego emocje oraz uczucia zupełnie do mnie nie przemawiają, są płaskie i w gruncie rzeczy nie obchodzi mnie czy on kocha czy nie kocha. Wręcz irytują te jego wynurzenia swoją infantylnością, ale to naprawdę niezbyt straszliwy mankament, choć fragmentów z emocjami Bregga jest sporo.

„Powrót…” ukazał się w roku 1960. Nie dam sobie głowy uciąć, ale Lem mógł być pierwszym, który ugryzł temat podróży międzygwiezdnych od tej strony, czyli astronautów po wielu latach powracających na Ziemię, która jest już zupełnie inna. Trochę później mamy „Planeta małp” Pierre’a Bouelle, gdzie główni bohaterzy wracają z Sorory na Ziemię i zastaną, (kto czyta ten wie co zastaną na Ziemi), a film robi to w sposób jeszcze bardziej dosłowny. Sporo później był Joe Haldeman z jego „Wieczną wojną” – gdzie główny bohater dzięki podróżom międzygwiezdnym jest świadkiem zmieniających się społeczeństw ludzkich. Jest też opowiadanie ze zbioru Karla Michaela Armera „Pustynny blues” zatytułowane „Przez wszechświat gnam, szubiduba”, w którym wojenny statek międzygwiezdny przemierza galaktykę i niszczy wszystkie planety bez wyjątku, a wraz z upływem czasu załoga pogrąża się w szaleństwie i wracają na Ziemię, a tam… Nie będę tutaj spoilerował. Wspominam o tym opowiadaniu, bo szczególnie utkwiło mi w pamięci.

Na pewno jest tego sporo więcej, ale teraz nic mi do głowy nie przychodzi.

“Powrót do gwiazd” to bardzo dobra książka, która każe się zastanowić nad tym jaki kształt mogłoby przyjąć ludzkie społeczeństwo w wyniku różnych eksperymentów. Można powiedzieć, że Lem jest prekursorem tak zwanej fantastyki socjologicznej. I jak zwykle wyprzedzał swój czas, bo to o czym on pisał może dziać się na naszych oczach. Przecież obecnie mamy możliwości co prawda prymitywnie, bo prymitywnie, ale możemy zmieniać ludzkie charaktery za pomocą środków farmakologicznych. Kastracja chemiczna, różnego rodzaju psychotropy poprawiające nastrój i tym podobne, te środki są dostępne i są używane.

Lem znów mnie zaskoczył i pokazał, że ponad pięćdziesiąt lat temu żył sobie na Ziemi, w Polsce Ludowej (!), facet który stawiał takie trafne pytania dotyczące przyszłości ludzkości. Panie Lem czapki z głów!

Stanisław Lem “Obłok Magellana”

IMAG0507 “Obłok Magellana” to mała znana książka Lema. Podobno nawet sam autor jakby trochę się jej wstydził i nie była wznawiana przez bardzo wiele lat. Ja czytałem wydanie pierwsze z 1955. Dlaczego Lem się jej trochę wstydził? No cóż, nie da się ukryć, że rys ideologiczny w powieści jest dość mocno nakreślony i wiele fragmentów książki to peany na cześć komunistów i ideologii komunistycznej, ale gdy odrzucić te naleciałości to “Obłok Magellana” jest świetną powieścią o lękach, zagrożeniach i przełamywaniu barier jeśli chodzi o podróże w przestrzeń kosmiczną.

Jest wiek trzydziesty. Ludzkość osiągnęła stan pokoju, dobrobytu, równowagi i ogromnego rozwoju technologicznego. Skolonizowaliśmy cały Układ Słoneczny, dzieci latają sobie na lekcje przyrodnicze z Ziemi na Marsa, nauka i kultura kwitnie, nie ma państw,  nie ma chorób, nikt nie cierpi, nie ma również religii, nikt nie wierzy w żadnego boga, bożka, makaronowego potwora. Jest tylko wiara w postęp. Jednym słowem utopia pełną gębą. Utopia podług ładu komunistycznego dodajmy. Ludzie nie patrzą w przeszłość, nasz wiek dwudziesty jest dla nich starożytnością, o której sobie opowiadają anegdotki w rodzaju:

– A wiesz, że w dwudziestym wieku ludzie chcieli mieć wsyzstko na właśność,

– A co to znaczy mieć coś na własność?

Ludzkości żyje się więc dostatnio. I owa ludzkość cały czas się rozwija, w końcu postanowiła polecieć poza Układ Słoneczny, do najbliższej gwiazdy czyli Proximy Centauri. Podróż do tej gwiazdy i leżącej stosunkowo niedaleko Alfy Centauri nawet w trzydziestym wieku to wyzwanie ogromne. I ludzie to wyzwanie podejmują. Budują ogromny statek Geę, która ma za zadanie przewieźć setki osób wraz z ewentualnymi dziećmi podróżników. Kosmiczna wyprawa w tę i z powrotem będzie trwała bowiem prawie dwadzieścia lat, choć Gea poruszać się będzie z prędkością stu dziewięćdziesięciu tysięcy kilometrów na sekundę.

“Obłok Magellana” to opowieść o eksploracji, o stykaniu się z nieznanym i przezwyciężaniu własnego strachu. Już tutaj można zuważyć tematy, które Lem później będzie namiętnie poruszał: etyczne i praktyczne strony spotkania z obcą cywilizacją, trudności związane z podróżami międzygwiezdnymi, samotność człowieka i jego znikomość wobec ogromu wszechświata. Wirtualna rzeczywistość i pigułki, które pozwalają zmienić nastrój – Lem poruszył w “Obłoku…” prawdziwy ogrom zagadnień i pytań jakie stawiała i stawia sobie nauka po dziś dzień.

“Obłok…” to także książka o emocjach i uczuciach, głównie o miłości. Naprawdę, bardzo dużo jest  miłości nieszczęśliwej i pełnej cierpienia. Jest też dużo strachu, strachu przed niezmierzoną pustką, strachu przed nieznanym niebezpieczeństwem.

I o popełnianiu błędów też jest. Ludzie z trzydziestego wieku, choć znacznie mądrzejsi od nas to jednak pozostają wciąż ludźmi i błędy popełniają. Ze strachu, ze wstydu, z niewiedzy, ale oni potrafią z tych błędów wyciągnąć wnioski.

I byłbym zapomniał, że o poświęceniu i bohaterstwie też jest ta książka. Takim kolektywnym poświęceniu i indywidualnym dla dobra innych.

Krótko i zwięźle – pomijając nadmierne moralizatorstwo i ideologiczne wtręty „Obłok Magellana” niesłusznie jest pomijany i tylko czasem wstydliwie się o tej książce gdzieś tam napomknie. Lem pokazał w tej powieści zalążki swojego imponującego talentu, ogromnej wyobraźni oraz wiedzy, no może zabrakło zupełnie jego poczucia humoru, ale na szczęście w innych książkach rozkwitło ono w pełni.

Gdyby Amerykanie dorwali się do scenariusza, który ktoś utalentowany napisałby na podstawie „Obłoku…” wyszłaby z tego zajebista hollywoodzka super produkcja. Jest tutaj bowiem wszystko – samotny bohater poświęcający życie dla dobra reszty, miłość odwzajemniona i nieodwzajemniona oraz międzygalaktyczna podróż na ogromnym statku, który atmosferą przypomina wielkie transoceaniczne wycieczkowce z ociekającymi luksusem pokładami (serio).

P. S. Film nakręcili Czesi i Słowacy w roku 1963. “Ikaria XB 1” się nazywał, ale zapomnieli wspomnieć (pewnie przypadkiem), że pomysł na film “zaczerpnęli” z Lema.

P. S. 2 Ciekawy fragment tego filmu wrzuciłem na fejsa, ale mogę go tutaj przypomnieć:

 

A tu znajdziecie fragment z książki, który odzwierciedla jak wielkim wizjonerem był Lem. FRAGMENT.

Stanisław Lem “Obłok Magellana” – fragment

Podczytuję sobie teraz Lema “Obłok Magellana” i trafiłem na fragment, którym muszę, po prostu muszę się z Wami podzielić, bo nie tylko jest o bibliotekarzach, ale ten fragment poraża wizją przyszłości i trafności z jaką Lem opisuje NASZĄ teraźniejszość (no może bez tego komunizmu).

obłok

Mały Obłok Magellana

“Za jeszcze dziwniejszy uważam upór czy raczej konserwatyzm, z jakim przez długie wieki stosowano archaiczny sposób magazynowania wszelkiej wiedzy w sporządzonych z papieru książkach, jest to zdumiewający dowód bezwładności nawyków przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Stosując odziedziczone środki, ludzie często komplikują sobie przez to wiele problemów, które rozważone w oderwaniu od tradycji, dałyby się pokonać znacznie prościej i szybciej.

Dokumenty pisane istnieją (moja wiedza historyczna jest bardzo uboga), jak się zdaje, od wielu tysięcy lat; różne cywilizacje wytworzyły odmienne rodzaje pisma. Wynalazek druku przyniósł wielkie udogodnienia, sądzę jednak, że już w XX i XXI wieku takie magazynowanie informacji było utrudniającym życie anachronizmem. Jak wiadomo, istniały wówczas tak zwane biblioteki publiczne, nieustannie kompletujące zestawy istniejących druków; już z końcem XX wieku każdy wielki księgozbiór liczył kilkanaście do kilkudziesięciu milionów tomów i proces wzrostu ich liczby przyśpieszył się po zapanowaniu komunizmu i związanym z tym upowszechnieniem oświaty. Centralne biblioteki kontynentów posiadały w roku 2100 przeciętnie po 90 milionów książek, ich fundusz podstawowy podwajał się co dwanaście lat i już w pół wieku później największe, takie jak berlińska, londyńska, leningradzka czy pekińska miały po siedmiuset katalogujących bibliotekarzy. Obliczano wtedy, że za sto lat w każdej bibliotece będzie ich musiało pracować około trzech tysięcy, a po dalszych dwustu latach – około stu osiemdziesięciu tysięcy. Nieodparcie nasuwała się groteskowa wizja świata z roku 2600, pokrytego grubą warstwą książek i katalogów; cała ludzkość musiałaby się przemienić w bibliotekarzy czuwających nad bezustannie rosnącymi stosami dzieł, gdyż proces ich starzenia się i wycofywania z bibliotek był — w epoce coraz powszechniejszej twórczości umysłowej – wielokrotnie powolniejszy od tempa, w jakim pojawiały się nowe.

Wprowadzane w pierwszej połowie trzeciego tysiąclecia innowacje miały charakter zachowawczy. Tworzono biblioteki specjalne, działowe, wprowadzono masowe mikrofilmy, skonstruowanie zaś automatów katalogujących zlikwidowało karykaturalną wizję ludzkości przemienionej w jeden ogromny zespół strażników ksiąg, nadal jednak powstawały katalogi katalogów i bibliografie bibliografii i proces ten wikłał się coraz bardziej, tak że wreszcie koło roku 2400 uczony, potrzebujący jakiegoś starego dzieła, musiał na nie czekać czasem i tydzień, rzecz, która wydaje się nam nonsensem z uwagi na to, że ówcześni ludzie na dobrą sprawę mieli już do dyspozycji środki techniczne pozwalające odmienić radykalnie tak niekorzystny stan rzeczy. Mimo to sprzeczność między archaicznymi formami przechowywania wiedzy, a jej nową treścią narastała aż do połowy tysiąclecia; dopiero w roku 2531 światowa narada najwybitniejszych specjalistów ustaliła zupełnie nowy sposób utrwalania myśli ludzkiej.

 Posłużyły do tego dawno już odkryte, lecz stosowane tylko W technice triony – kryształki kwarcu, których strukturę cząsteczkową można trwale zmieniać działaniem drgań elektrycznych. Nie większy od ziarnka piasku kryształek mógł zawrzeć w sobie ilość informacji równoważną starożytnej encyklopedii. Reforma nie ograniczyła się tylko do zmiany sposobów zapisu; decydujące było wprowadzenie jakościowo nowego sposobu korzystania z trionów. Stworzona została jedyna dla całej kuli ziemskiej Biblioteka Trionowa, w której odtąd miały być magazynowane wszystkie bez wyjątku płody pracy umysłowej. Specjalnie wiele trudu pochłonęło przełożenie na język współczesny dzieł, odziedziczonych po kulturach starożytnych, dla umieszczenia ich w Bibliotece Trionowej. Ten gigantyczny zbiór tworów umysłowości ludzkiej posiada urządzenia umożliwiające każdemu mieszkańcowi Ziemi doraźne korzystanie z dowolnej, byle utrwalonej w jednym z miliardów kryształów informacji., a to dzięki prostemu urządzeniu radiotelewizyjnemu. Posługujemy się nim dziś, nie myśląc wcale o sprawności i potędze tej olbrzymiej, niewidzialnej sieci opasującej glob; czy w swej pracowni australijskiej, czy w obserwatorium księżycowym, czy w samolocie — ileż razy każdy z nas sięgał po kieszonkowy odbiornik wywoławszy centralę Biblioteki Trionów, wymieniał pożądane dzieło, by w ciągu sekundy mieć je już przed sobą na ekranie telewizora. Nikt nie zastanawia się nawet nad tym, że dzięki doskonałości urządzeń z każdego trionu może jednocześnie korzystać dowolnie wielka ilość odbiorców, nie przeszkadzając sobie wzajem w najmniejszej mierze.

W pierwszych wiekach po reformie istniały jeszcze księgozbiory stanowiące własność osobistą rozmaitych uczonych. Był to niewątpliwy dowód konserwatyzmu, który zdawał się podpowiadać, że z papierowego tomiska, stojącego na półce w pokoju, szybciej można skorzystać niż z trionu odległego nieraz o tysiące kilometrów. Nic bardziej fałszywego nad ten pogląd; aby skorzystać z książki, trzeba wstać, podejść do pólek, wybrać potrzebne dzieło – wszystko to zabiera kilkanaście sekund czasu, gdy tymczasem od wywołania trionowni i podania hasła do ujrzenia żądanego dzieła w telewizorze upływa tylko tyle czasu, ile go trzeba automatom’ nastawni katalogującej oraz falom radiowym na przebycie przestrzeni dzielącej trionownię od odbiorcy. Czas ten wyraża się zazwyczaj ułamkiem sekundy. Tylko odbiorcy przebywający na drugiej półkuli księżyca muszą czekać o półtorej sekundy dłużej. Trion może magazynować nie tylko obrazy świetlne, sprowadzone do zmian jego struktury krystalicznej, a więc podobizny stronic książkowych, nie tylko wszelkiego rodzaju fotografie, mapy, obrazy, wykresy czy tablice, jednym słowem wszystko, co można przedstawić w sposób dostępny odczytaniu wzrokiem. Trion może magazynować równie łatwo dźwięki, a więc głos ludzki, jak i muzykę, istnieje też metoda „zapisu woni” – krótko mówiąc, każda postrzegalna zmysłami rzecz może zostać utrwalona, przechowana i na żądanie przekazana odbiorcy. Wreszcie trion może zawierać zapis „recepty produkcyjnej”. Połączony Z nim drogą radiową automat wykonuje potrzebny odbiorcy przedmiot i w taki sposób mogą zostać zaspokojone nawet najwymyślniejsze zachcianki fantastów pragnących mieć meble w stylu starożytnym czy najniezwykiejsze odzienie, trudno bowiem rozsyłać we wszystkie części Ziemi niewyobrażalną różnorodność dóbr, jakich może ktoś z rzadka zapragnąć.

 Telewizja nasza, w przeciwieństwie do średniowiecznej, jest barwna i plastyczna, obrazy jej dają pełne złudzenie rzeczywistości i człowiek, ślęczący u telewizora nad powieścią czy pracą naukową, nawet nie pomyśli o tym, że czytane dzieło czy oglądany przedmiot nie istnieją „naprawdę” w takiej postaci, W jakiej jawią się przed nim, to jest jako ważki tom, barwna plansza czy odłamek minerału, ale że to są tylko obrazy przestrzenne, wytwarzane w polu elektrycznym, a powstawaniem ich rządzi z oddali wprawiony w ruch jego rozkazem trion.

Gdyby rola trionów ograniczyła się tylko do wyparcia niewygodnej, staroświeckiej formy magazynowania wiedzy, dalej do umożliwienia każdemu korzystania z dzieł współczesności i starożytności, z jej sztuk teatralnych, symfonii, utworów poetyckich, z całego skarbca kultury człowieczej, wreszcie do uproszczenia systemu rozprowadzania dóbr użytkowych, byłaby bardzo wielka, ale rola ta okazała się nieporównanie poważniejsza i zapoczątkowała przemiany psychiczne, o jakich pierwsi reformatorzy nawet nie marzyli.[…]”

Czy ja czegoś nie kojarzę, czy Lem na chwilkę przeniósł się do dwudziestego pierwszego wieku i zerknął na chwilkę co też u nas się wyrabia:

Wielka Sieć oplatająca cały świat, do której dostęp mamy z przenośnych urządzeń?

Automaty, które “tworzą” różne rzeczy dzięki “przepisom” z Sieci?

Obrazy, muzyka, filmy, literatura – zgromadzona na wyciągnięcie ręki w owej ogromnej Sieci?

Internet, drukowanie 3D, telewizja 3D to wszystko się dzieje. Może drukowanie 3D jest jeszcze w powijakach, ale rozwija się dynamicznie. Czy to oznacza, że wreszcie zapanuje komunizm i sprawiedliwy podział dóbr?

Nośnik i technologia inne, ale zasada taka sama.

Nie mamy jeszcze zapachów, które można poczuć z komputera, ale mamy próby sterowania komputerem myślami.

Wizja ludzkości jako bibliotekarzy katalogujących książki przeraża mnie:)

Chylę znów czoła przed Lemem. Geniusz, czysty geniusz.

Lem żartowniś…

Niedawno skończyłem czytać Lema “Kongres futurologiczny” i tak mi utkwiło jedno hasło w pamięci, że postanowiłem do tego dorobić grafikę. Mam nadzieję, że Wam się spodoba:

 

“Tylko głupiec i kanalia lekceważy genitalia, bo najbardziej jest dziś modne reklamować części rodne!”

Stanisław Lem “Kongres futurologiczny”

Stanisław Lem "Kongres..."

Stanisław Lem “Kongres…”

Nie wiem co się ostatnio dzieje, ale zupełnie nie mam czasu na porządne zasiądnięcie przed moim blogiem i napisanie jednej, malutkiej recenzji z jednego długiego opowiadania pana Stanisława Lema. Na szczęście teraz piszę te słowa i czuję jak moje neurotransmitery i substancje czynne chemicznie w mózgu łączą się ze sobą w heroicznej próbie zmuszenia dwóch ostatnich szarych komórek  mego do tytanicznej pracy.

Ach! Przyszłości świetlana, ileż to dobroci od Ciebie może oczekiwać ludzkość. Nie będzie głodu, nie będzie chorób, nie będzie śmierci, nie będzie niesprawiedliwości społecznej, a każdy będzie mógł dostać własna Nagrodę Nobla! Loty ku odległym gwiazdom, zdobywanie nowych światów, walka z obrzydliwymi i bezlitosnymi obcymi. Tyle możliwości i tyle pięknych perspektyw. Oddałbym dużo, by móc zobaczyć świat powiedzmy w w roku 2089.

Ijon Tichy nie oddałby tak dużo, ale i tak dane mu było zobaczyć świat przyszłości, tyle że w 2039 (o ile dobrze pójdzie powinienem jeszcze wtedy wdychać tlen, o ile mi wątroba nie nawali, tudzież z głodu nie zemrę). Otóż pojechał on sobie na Ósmy Światowy Kongres Futurologiczny do jednej z bananowych republik w Ameryce Południowej. I tam dopadła go rewolucja ludu przeciw dyktaturze i reżimowi. I chroni się przed bembami czyli Bombami Miłości Bliźniego z kilkoma uczestnikami kongresu w kanale. Niestety i to miejsce nie jest zbyt bezpieczne. Tichy zostaje poważnie ranny i amerykańscy naukowcy postanawiają go zamrozić, z nadzieją, że ludzie z przyszłości go odmrożą i będą mogli go uleczyć. Tak też się dzieje i Tichy wędruje po praktycznie niezrozumiałym dla niego świecie, w którym ludzkość posługuje się środkami chemicznymi, by czytać, uczyć się, budować roboty, zdobywać gwiazdy, wierzyć, kochać, nienawidzić. Nie ma prawdziwych uczuć na wszelkie dolegliwości istnieje pigułka, proszek, ciecz. Wszyscy są bogaci, mogą być szczęśliwi kiedy chcą lub nieszczęśliwi kiedy im się zamarzy. Wszystko jest wspaniałe, tylko czemu tak dziwnie wszyscy sapią?

Tajemnica sapania zostaje odsłonięta Tichiemu przez innego ożywieńca z kongresu futurologicznego profesora Trottelreinera. I rzeczywistość nie wspomagana środkami halucynogennymi zrzuca wszelkie fatałaszki i…

Ale na szczęście lub nieszczęście Tichy…

Dla tych którzy nie czytali nie będę spoilerował. Dziwię się sobie, że tej książki Lema nie znałem. Przecież ten rodzaj czarnego humoru, sarkazmu i ironii odpowiada mi najbardziej. „Kongres…” to książka, która wpasowała się idealnie w me gusta i upodobania. To była ostra jazda bez trzymanki. Nie słyszałem ani też nigdzie nie czytałem, aby pan Stanisław Lem zażywał jakiekolwiek substancje halucynogenne. Opisy halucynacji Tichiego, które przeczytałem zdają się przeczyć tej powszechnie znanej prawdzie. Lem zabawnie i z dużą wprawą przekazuje nam fantasmagoryczne wizje gwiezdnego wędrowcy, który na potrzeby opowiadania stał się nie tylko futurologiem, ale również podróżnikiem w czasie.

Nie brak w tej książce mądrego spojrzenia na kondycję rasy ludzkiej. To mądre spojrzenie ukryte jest za fasadą szydery i ironii, lecz od czasu do czasu wyziera zza węgła i rzuca nam się w oczy jak spragniona spojrzeń ludzkich celebrytka.

Czasem przeszkadzało mi nadmierne nagromadzenie neologizmów, ale tylko czasem i tylko wtedy kiedy nie za bardzo wiedziałem od czegóż ten neologizm mógł pochodzić i co oznaczać.

Wizja Stanisława Lema choć podana w sposób bardzo humorystyczny i groteskowy nie jest wizją zbytnio optymistyczną. Człowiek od wieków eksperymentował z różnymi środkami chemicznymi, które pomagały i pomagają mu opuścić ten padół łez choć na chwilkę i przez określony czas pobyć w raju. Niestety taka ucieczka ma swoją cenę i to cenę bardzo wysoką. A co gdy ludzkość naprawdę będzie w stanie praktycznie idealnie oszukać rzeczywistość? Czy to już będzie koniec nasz, a może dopiero początek?

 

„Kongres…” to świetna książka, która po raz kolejny pokazuje wielkość Lema jako pisarza, jego zdolność do swobodnego operowania językiem naszym ojczystym, jego przenikliwość i mądrość oraz niebanalne i ogromne poczucie humoru. Polecam gorąco!