Romain Rolland “Colas Breugnon : żyje jeszcze poczciwy człowiek”

I lajfstajlowe zdjęcie. Kieliszek z Polski, wino z Niemiec (nadpite – jest takie słowo), (choć książka francuska), cebula (nadgryziona)- z polskiej ziemi, ser (nadgryziony) też z polskich krówek, korkociąg z Polski.

Bonjour, chers lecteurs! Dzisiaj będzie o książce poleconej i to tak poleconej, że okazała się strzałem w dziesiątkę, a później jeszcze ten strzał (czy też ta strzała) została przepołowiona przez kolejną. Dziękuję Evie Scribie za podrzucenie lektury, wszak ona zna się na książkach jak mało kto, skoro jest Młodą Bibliotekarką :)

Continue reading

W piąteczek strzeż swoje zdrowie!

Ludziska, kiedyś to plakaty reklamowe nie tylko zachęcały do zakupów, ale przemycały również mądrości! Taka oto reklama na Polonie znaleziona. Z racji tego, że słowo drukowane świętym dla mnie jest to mam zamiar dzisiaj strzec swojego zdrowia! Nie pić wody, ani innych napojów szkodliwych. Tylko piwo!

Tani miesiąc piwa! Źródło: http://polona.pl/item/7968886/0/

Tani miesiąc piwa! Źródło: http://polona.pl/item/7968886/0/

Jerzy Pilch “Pod Mocnym Aniołem”

Wpis będzie ilustrowany fotografiami z filmu Smarzowskiego, bo premiera tej ekranizacji spowodowała, że przeczytałem książkę. Źródło: http://mediarivermagazine.pl/filmy/pod-mocnym-aniolem/

Wpis będzie ilustrowany fotografiami z filmu Smarzowskiego, bo premiera tej ekranizacji spowodowała, że znów przeczytałem książkę. Źródło: http://mediarivermagazine.pl/filmy/pod-mocnym-aniolem/

Alkohol. Jeśli czytacie tego bloga od dłuższego czasu to wiecie doskonale, że stosunek mam do tego związku chemicznego dość osobisty. Czy alkohol odwzajemnia owo uczucie? Raczej wątpię, bo to przecież tylko połączenie kilku pierwiastków. Ta substancja narkotyczna, która wpływa na błony komórkowe neuronów nie może mieć uczuć, nie może mieć świadomości, a przecież o alkoholu napisano, nakręcono, zaśpiewano setki i tysiące książek, filmów, piosenek.

Czytaj dalej->

Polska nie jest suchym krajem, czyli jak pito we Lwowie…

I czasem ma dusza znajdzie w gazetach sprzed wielu lat temat jakże bliski sercu. I tak stało się tym razem, w swych “Listach ze Lwowa” korespondent “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” poruszył temat nocnego, alkoholowego życia we Lwowie:) Zdaję sobie sprawę, że to zapewne tylko wierzchołek góry lodowej przedwojennych knajp i lokali lwowskich, ale miło poczytać o świecie, którego już dawno nie ma. A który tętnił życiem bardzo kolorowym i ciekawym.

 

“Henryk  ZBIERZCHOWSKI.

LISTY ZE LWOWA.

Gdzie i jak się pije we Lwowie?

Jestem pewny, że list ten wzbudzi wielkie zainteresowanie w całej Polsce, większe nawet, niż wszystkie poprzednie listy, dotykające przeróżnych dziedzin lwowskiego życia. Trudno! Polska nie jest suchym krajem i każdy Polak, jeżeli nie jest chory pije chętnie i lubi dowiedzieć się, gdzie i jak piją jego współrodacy. Więc niejeden wytnie sobie ten feljeton i po przyjeździe do Lwowa używać go będzie jako przewodnika po mieście. Lwów lubiał zawsze pić dużo i dobrze. Pod tym względem nie da się do dzisiejszego dnia zapędzić w kozi róg ani Warszawie, ani Krakowowi, ani Poznaniowi. I jeszcze jedna cecha charakterystyczna lwowskiego pijaństwa: Kraków pije na smutno, Poznań na tęgo, Lwów zaś pije na wesoło. Lwowianin na dnie kieliszka zawsze znajdzie wesołą anegdotę, sprośny żart lub pijacką piosenkę. Więc dlatego nocami jest tak bardzo rozśpiewany od przedmieść, które śpiewają słynny „Bal u weteranów” aż do centrum miasta, które nuci „Walc nocny”. Grzmią więc przedmieścia refrainem:

A muzyczka tirli, tirli

A muzyczka rżnie.

A przy tej muzyczce

 Goście bawią się.

 Wszystko jedno czy to damska

 Czy to męska jest,

Byle tylko rżnęła fest, ach,fest!

a na to im odpowiada zaraz śródmieście:

Gdy ciemność zapada

I światła latarni zapłoną,

Do naszych serc się zakrada

Jakaś tajemna moc.

Hej! serce nam bije.

W wódce niech troski zatoną,

Szerzej i piękniej się żyje —

 Cudną, cudną jest noc.

Więc, gdy ciemność zapada i morze świateł zaleje plac Marjacki, przejdźmy się po Lwowie, ażeby zobaczyć, gdzie i jak piją.

Kto ma dwadzieścia złotych i czysty kołnierzyk, wstępuje do jednej z trzech pierwszorzędnych restauracyj hotelowych: w hotelu George’a  pije ziemiaństwo i złota (pozłacana) młodzież. Nastrój dystyngowany, rozmawia się tylko półgłosem, na stołach koniak i francuskie wino. W hotelu „Imperial” nastrój już więcej demokratyczny i trochę więcej głośny. Tu gromadzi się inteligencja żydowska rozprawiając głośno o procesie Steigera i politycy ukraińscy z Undo raczą się ciagłą fundą. Lecz dopiero w hotelu Krakowskim jest naprawdę przyjemnie. Królewskie sale, a nastrój demokratyczno-cygański. Teatr, literatura, malarstwo i kamieniarstwo, zbiega się tu od czasu do czasu, ażeby nacieszyć się czystym obrusem i świetną muzyczką. Pije się piwo, kawę i śliwowicę, bo to najtańsze. Czasem na jedną karafkę składa się trzech aktorów, dwóch poetów i jeden sekretarz teatru. A kto chce w tajemnicy przed towarzystwem wlać w siebie „dużą mocną”, wymyka się do kuchni, do Walusia, generała od butelek i kropi. Ale często wymykają się za nim chytrzy współtowarzysze i oszczędność bywa ukarana postawieniem całej kolejki. Kredyt łatwy, a uprzejmi gospodarze, pan Tygrys i pan Franio, zbierają karteczki, z których niejedna będzie kiedyś cennym autografem sławnego artysty.

Lwowscy śniadankowicze nie mogą się skarżyć na brak urozmaicenia. W każdej dzielnicy jest jakiś sławny pokój do śniadań, do którego wiatr zimowy zawieje zmarzniętego przechodnie: Szkowron, Musiałowicz, Lasocki, Lewicki, nazwiska szacowne, popularne i nie mające przeciwników politycznych. Partja zielonych (piołunówka) nie pokłóci się tam nigdy z partją białych (żytnia Baczewskiego), a najczęściej wstępują wszyscy solidarnie do klubu K. C. D. (każ coś dać), które posiada imponującą ilość członków i sympatyków. Tam walczy się z moskalami (w chwilach kociokwiku), tam znajdzie się zawsze „jeńca”, gdy pragnienie jest większe od kieszeni. (Jeńcem nazywa się ten, który coś postawi).

Lwowscy piwarze mają swoje własne sanatorium przy ulicy Krakowskiej w lokalu Mariana Kafki. Dzięki tajemnicy piwnic i aparatu, piwo tam zawsze jak śmietana. Piękne tradycje ma ten lokal — asylum ś. p. Tadeusza Pawlikowskiego i jego kochanych aktorów. Pod ciemnemi sklepieniami rodziły się najpiękniejsze pomysły inscenizacyjne, korygowano linje kreacyj po wrażeniach premjery, wiernymi słuchaczami tej teatralnej akademji byli wszyscy ci, co już odeszli na tamtą stronę: Nowacki, Feldman, Jaworski. Hierowski, Okoński. Dzisiaj mieszczaństwo wzięło w arendę tą artystyczną spelunkę, a lwowska „Strzelnica” przypomina sobie swe dawne rycerskie dzieje, walcząc z „bombami” piwa lwowskiego. Czasem nawet sam Król Kurkowy przyjdzie na flaczki i duże lwowskie, a jego marszałek kupi sobie małpę u bufetowego Władzia.

Lwowscy wódczanie, zakrapiacze, mieszańcy, mają swój ulubiony lokalik pod firmą Atlasa. Niejednego Atlasa on już wykończył, bo w wódczanych mieszaninach jest jak magik Cagliostro. A upaść w tym lokalu nie można, bo z przodu podtrzymuje pijaka bufet, a z tylu ściana. Osobliwością lokalu jest śmietankówka i krupnik. I gospodarz, najgrzeczniejszy z lwowskich szynkarzy.

Winiarze lwowscy, potomkowie po kądzieli zacnego Colas Bregnon cztery mają rozkoszne przytułki pod godłem Bakchusa. Winiarnie Ludwika, Stadmullera, Wiksla i Koziołowej, uczą radości życia przez pryzmat złocistego wina.

A ten, kogo o świcie ze wszystkich już knajp wyleją, a do domu iść się boi, znajdzie przystanek u Dickera albo u Icka Spaka. Lecz trzeba być ostrożnym, bo o lokalach tych tak śpiewa piosenka:

Aż tu nagle już nad ranem

Przyszli dwaj cywili,

Włosy pomierzwione,

Wąsy jak badyli.

Nic nikomu nie mówili,

Lampy pogasili ,

Gościom mordy zbili

Taj już, taj już”

 

Naprawdę przecudny felieton. Lekki, przyjemny, ironiczny i zabawny. Wywołał u mnie nieodpartą chęć wycięcia go, wynalezienia wehikułu czasu i udania się w na wycieczkę po wszystkich wymienionych lokalach lwowskich. Na pohybel wątrobie. (Skoro wynajdę wehikuł czasu, to nie będzie problemu z nową wątrobą). Wszak “Polska nie jest suchym krajem” – rozwaliło mnie to stwierdzenie.

Czy i dzisiaj Kraków pije na smutno? Chyba to już się zmieniło, ale głowy lub ręki nie dam sobie za to uciąć, ani tym bardziej wątroby wyciąć.

Znalezione jak zwykle w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”. “Ilustrowany Kuryer Codzienny, nr 335 z 6 grudnia 1925 roku.

 

 

 

P. S. Znalazłem na Youtubie fragment jakiegoś telewizyjnego programu p. t. “Piosenki lwowskiej ulicy”.

 

Wygląda dość interesująco choć mocno schematycznie. Czy tak śpiewały lwowskie przedmieścia:

http://www.youtube.com/watch?v=_sQxy9P0vXQ&feature=plcp—cz.3

 

 

Ludwik Stanisław Liciński “Halucynacje ; Z pamiętnika włóczęgi”

Ludwik Stanisław Liciński "Halucynacje..."

Ludwik Stanisław Liciński "Halucynacje..."

 

Kiedy czytałem próbę biografii Korczaka, Joanna Olczak – Ronikier wspomniała o epizodzie w życiu młodego Janusza, w którym Korczak włóczył się po melinach i pił wódkę z prostytutkami, złodziejami i “andrusami” warszawskimi. Towarzyszem jego eskapad był pisarz, który był “wschodzącą” gwiazdą polskiej literatury. Wielu uznanych polskich literatów, dziennikarzy, krytyków literackich wróżyło mu ogromny sukces. Mówiono o nim, jako burzycielu  starego porządku, piewcy nędzarzy i dziwek. Miał być poetą o iście młodopolskim stylu będącym za pan brat z przedstawicielami proletariatu. Z tego, co wyczytałem z biografii pisarza, to rzeczywiście niezłym był włóczęgą, pijakiem, brał nawet udział w rewolucji 1905 roku. Ścigany przez Ruskich i Austriaków pałętał się od zaboru do zaboru. Ogólnie był pisarzem, który żyje takim życiem, jakie opisuje w swoich książkach. Wielu biografów Zofii Nałkowskiej określa go jako wielką niespełnioną miłość pisarki. Co mnie uderzyło, to podkreślane wszędzie opinie wystawiane Licińskiemu przez mu współczesnych dotyczące jego wielkości, ogromnym talencie literackim i niesamowitej wrażliwości społecznej na krzywdę dołów społecznych. Miał być objawieniem i jego literatura miała odmienić oblicze Ziemi, tej Ziemi. Weryfikacja nastąpiła dość szybko. Już w kilkadziesiąt lat po jego śmierci na gruźlicę w wieku trzydziestu czterech wiosen. Nikt z szerszej publiczności o Licińskim nie pamięta. Kojarzą go jedynie poloniści siedzący w bibliografiach literatury polskiej i niejaki Charlie bibliotekarz, który w swej bibliotece miał egzemplarz jego dzieł wydany z okazji siedemdziesięciolecia zgonu pisarza. A Charlie sięgnął po niego tylko, dlatego, że pewna pisarka wspomniała o nim w biografii Starego Doktora, bo Stary Doktor zanim był Stary to był młody i wódeczkę też lubił sobie grzmotnąć, jak na prawdziwego polskiego Żyda przystało.

Dajmy sobie spokój ze szczegółami biograficznymi. Nie chcę Was zanudzić. Przecież sobotni wieczór jest, wszyscy zmęczeni po wczorajszych marszach (był ktoś w Warszawie?). Ja spacerowałem po Krakowie, który był piękny i iście świąteczny. Dobra, dość tego off topicu:) Przeczytałem dwa zbiory ni to opowiadań, ni to krótkich form literackich. Po pierwsze Liciński jako obserwator życia społecznego sprawdza się świetnie. Bystry obserwator, znający najgorsze dzielnice Warszawy w mocnych słowach opisuje świat wyrzutków społeczeństwa. Wyrzutków, których los jest nieraz gorszy niż zwierząt. Za wszystko wini on oczywiście społeczeństwo i przedstawicieli kleru, władz i arystokracji. Podobał mi się zwłaszcza antyklerykalizm Licińskiego w iście Chrystusowym stylu (jakkolwiek dziwnie to brzmi). Gdy Liciński opisuje świat kurew, nożowników, pijaków – czyta się go wtedy bardzo dobrze. Wiele jego spostrzeżeń wciąż jest aktualnych. Natomiast, gdy przychodzi do spraw miłości, zaczyna się ten rozbudowany, wyegzaltowany i barokowy styl pisania, który po tylu latach trąci myszką i to mocno zdechłą. Te fragmenty czytałem bardzo wolno i ze zmęczeniem. Te wszystkie uczucia, które nim szarpały jak jesienny, pożółkły liść kasztanowy spadający z wysokiego drzewa, którym miota wicher targający krakowskim powietrzem. Drażniło mnie to strasznie.

Liciński znajduje więcej wspólnego z dnem społecznym, mętami lub jak pisali krytycy w dobie komuny lumpenproletariatem niż z „normalnymi” poważanymi obywatelami, którzy dla niego są pełni obłudy, hipokryzji i gorsi są od zwierząt. W prostytutce znajduje pokrewną duszę i uważa za lepszą od wszystkich dam z dobrych domów, które dają po cichu i udają moralnie lepsze. Liciński w dziwce widzi przynajmniej szczerość i smutek oraz brak nadziei na poprawę losu. Już wspomniałem wyżej te fragmenty były dla mnie najlepszą częścią książki. Przeczytałem również opowieść o jednym ze wspólnych wypadów z Korczakiem. Bardzo interesująca i ciekawa.

Podsumowując moi drodzy. Nie dziwi mnie, dlaczego Liciński zapomnianym pisarzem jest. Część jego prozy wciąż jest interesująca. Opisana rzeczywistość slumsów warszawskich wciąż intryguje i przeraża. Jednak wiele cennych obserwacji i ciekawych zdarzeń, opisów ludzi, ginie w manierycznym stylu pisarskim, który mnie osobiście nużył i męczył. Dziś Liciński byłby świetnym reporterem. Miał podobno łatwość nawiązywania kontaktów z tak zwanym „elementem”, który przecież niechętny obcym, zwłaszcza z inteligenckich sfer, natychmiast brał go za swojego. Ogólnie mówiąc cieszę się, że poznałem jego pisarstwo, ale jeśli ktoś nie musi może sobie spokojnie darować. Wiem, że to smutne, bo w ten sposób Liciński skazany na dalsze zapomnienie jest.

Jacek Hugo-Bader “Biała gorączka”

Jacek Hugo-Bader "Biała gorączka"

Jacek Hugo-Bader “Biała gorączka”

Są książki mocne, są książki tak mocne, że po ich lekturze człowiek długo nie może się otrząsnąć. Książka o której napiszę poniżej taka była.

Trochę o autorze – pan Jacek jest reporterem “Gazety Wyborczej”. Podróżuje dużo po byłych krajach Związku Radzieckiego. Wydał dwie książki ze swoimi reportażami o jednej napiszę poniżej.

“Biała gorączka” to zbiór reportaży z ostatniej dekady. Wszystkie dotyczą Rosji lub republik, które oderwały się od ZSRR. Część reportaży znałem z “Dużego formatu” część była całkowicie nowym objawieniem. Czynnikiem spinającym je jest podróż reportera z Moskwy do Władywostoku. Podróż samotna, przez bezdroża Syberii i jakby tego było mało ten gościu pojechał tam ZIMĄ! Trzynaście tysięcy kilometrów w zabójczym mrozie, nawalającym ruskim łaziku. Najlepsze fragmenty książki to właśnie opisy jego przygód na trasie. Przygód związanych z jego autem, jego noclegami, ludźmi jakich poznał podczas podróży. Obraz Rosji jaki kreśli nam autor jest przerażający a jednocześnie znajomy. Ludzie tacy jak my, z trudem odnajdujący się w nowej, brutalnej, kapitalistycznej rzeczywistości. Historie połamanych życiorysów i połamanych ludzi, którzy niosą ten beznadziejny krzyż swojego żywota bo cóż innego robić.

Galeria ludzkich charakterów i historii jaką przedstawia nam pan Jacek jest porażająca w swej różnorodności. Poznajemy nastolatkę, która ma AIDS bo ćpała heroinę, szamankę z syberyjskiej tajgi, która walczy o pamięć o swoim ludzie. Pierwszych hippisów ze Związku Radzieckiego, dzikich punków. Bezdomnych z dworca moskiewskiego. Czy też wyznawców new ageowych religii, którzy budują swoje osady na syberyjskim pustkowiu. Bader opisał mnóstwo smutnych, depresyjnych historii. O narodach Syberii, które dosłownie zapijają się aż do wyginięcia. Tytułowa biała gorączka to właśnie stan po kilkudniowym pijaństwie, gdy człowiek już nie pije. Gdy jego umysł trzeźwieje – to wtedy przychodzą demony. Do każdego człowieka przychodzi jego osobisty własny koszmar, nawet nie puka do drzwi umysłu tylko od razu rozgaszcza się w głowie jakby tu był panem. Podczas ataku białej gorączki myśliwi strzelają sobie w łeb, wybiegają na siarczysty mróz całkowicie nadzy i biegną na oślep przed siebie. Reportaż o Ewenkach czyli syberyjskim narodzie, który właśnie przeżywa swój wódczany holocaust był jednym z lepszych w tej książce.

Historie o górniczych katastrofach na Ukrainie czy o państwie, gdzie są całe wioski ludzi z jedną nerką dawały do myślenia. Uświadamiają człowiekowi, że jednak nie ma większych powodów do zmartwień, może to okrutnie zabrzmi inni mają po stokroć gorzej. Najgorsza była ta bezradność podczas czytania. I tylko wnioski nasuwające się, że ten świat jest tak kurewsko urządzony, bo jego architekt musiał być na niezłej bani albo na mega kacu.

Rosja przedstawiona jest tutaj przez pryzmat Polaka, który zawsze postrzegał ją jako wroga. Tutaj wrogość zanika i reporter pokazuje nam zwykłych ludzi, którzy po prostu chcą jakoś żyć. W wielu historiach przewija się obraz Rosji jako kraju ogarniętego wszechobecną korupcją, bandytyzmem. Ludzie nie zatrzymują się na autostradach żeby pomóc komuś w wypadku bo boją się napadów. Mafijni bonzowie przyjeżdżają sobie na tydzień do ośrodka wypoczynkowego i urządzają tam sobie jatkę, po czym wyjeżdżają bez żadnych konsekwencji. Przeraża ta bezkarność. Z reportaży Badera wynika, że w Rosji jeśli ma się pieniądze można wszystko. Dosłownie wszystko. Mam nadzieję, że u nas w Polsce tak nie jest.

Co przewija się w wielu historiach to wódka. Wódka i wszelkiego rodzaju alkohol. W Rosji piją wszyscy, nie pijesz toś nie prawdziwy mężczyzna. Nie pijesz to coś z Tobą nie tak i raczej nie zdobędziesz naszego zaufania. Piją młodzi, starzy, kobiety – wszyscy. Piją z radości, piją ze smutku, piją bo ktoś umarł, piją bo na świat przyszedł nowy człowiek. Trochę mnie to przerażało bo jak sami wiecie sam raczej do abstynentów nie należę ale ogrom tego pijaństwa przedstawiony w książce poraża.

Co mnie trochę drażniło w książce. Otóż czasem odnosiłem wrażenie, że Bader trochę pogardliwie i wyniośle traktuje swoich rozmówców. Czasem nawiedzało mnie takie nieuchwytne wrażenie. Nie było może zbyt silne i częste ale kilka razy tak odbierałem lekturę.

Poza tą drobną uwagą chylę czoła przed autorem, który wykazał się nie lada odwagą, determinizmem oraz uporem. Szacunek za jego pracę. I za napisanie tej świetnej książki. Polecam każdemu.