Ziemowit Szczerek “Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”

Miałem wrzucać zdjęcia swoje z Krymu, ale je już wrzucałem. Także flaga Ukrainy. Źródło: https://flic.kr/p/594B8n

Miałem wrzucać zdjęcia swoje z Krymu, ale je już wrzucałem. Także flaga Ukrainy. Źródło: https://flic.kr/p/594B8n

Skończyłem Endymiona i akurat miałem pod ręką książkę Ziemowita Szczerka „Przyjdzie Mordor i nas zje…”. Książkę kojarzę z szumu jaki się zrobił po tym jak autor otrzymał Paszport Polityki właśnie za “Mordor” (taki skrót myślowy). Pomyślałem sobie A przeczytam, toż to Ukraina, byłem, coś tam widziałem, co nieco liznąłem, a jeszcze więcej łyknąłem, zobaczę sobie co też ten Szczerek zmajstrował.

Continue reading

Irvine Welsh “Sekrety sypialni mistrzów kuchni”

Irvine Welsh "Sekrety..."

Irvine Welsh "Sekrety..."

 Oglądaliście „Trainspotting”? Zakładam, że tak. Ja oglądałem ten film wielokrotnie, uwielbiam jego klimat, aktorów i szkocki akcent. Przez bardzo długi czas nie zdawałem sobie sprawy, że „Trainspotting” to ekranizacja książki! Wielokrotnie obiecywałem sobie przeczytanie „Trainspotting”, nawet trzymałem egzemplarz w swoich bibliotekarskich paluchach w Taniej Książce na ul. Grodzkiej. Przekartkowałem go i nie spodobały mi się tłumaczenia ksywek głównych bohaterów… Film wrył mi się tak głęboko w świadomość, że trochę minie zanim zabiorę się za książkę. Mam po prostu obawy, co do tłumaczenia.

Dlatego świadomie lub mniej świadomie zacząłem od ostatniej książki autora „Trainspotting”. Jakie wrażenia po lekturze, spytacie się moi drodzy czytelnicy? Poczekajcie chwilkę, tylko wypiję trzy jasne piwa, załyczę łyskacza i wciągnę kreskę koki, po drodze jeszcze zaliczę barmankę, wywołam kilka bójek i pójdę sobie w siną dal uliczkami Edynburga… Ups! Chyba coś mi się pomieszało, ale tak już w tej książce jest. Ona (ta książka) ocieka alkoholem i innymi używkami. Wóda, piwsko, whisky, wino, koka, amfa, hasz – tak się bawi urzędnik miejski w Edynburgu, Danny Skinner. Młodzieniec na stanowisku, inteligentny i wygadany. Spędza wolny czas znieczulając się wszelkimi możliwymi wyrobami spirytusowymi jakie ma do zaoferowania szkockie miasto Edynburg… Odczułem nić łączącą mnie i Skinnera. Sam wielokrotnie na tym blogu wspominałem o moich „flirtach” z etanolem odbywających się praktycznie co weekend. Na przykład tutaj, i tutaj, o jeszcze tam i tu, a tego linka również nie dałem jeszcze. Czy wspominałem o tym? Nie ma co ukrywać – „czarodziejka gorzałka tańczyła ze mną” i wciąż lubi sobie ze mną zatańczyć, ale nie tak często jak dawniej:) Wracając do Skinnera to postać dość skomplikowana – czyta poezję, potrafi być współczujący jednak na zewnątrz z reguły okazuje się być zimnym draniem i chamem. Ogólnie nie wzbudzał we mnie zbytniej sympatii. Na własnej skórze przekonuje się o tym nowy pracownik urzędu miejskiego Brian Kibby. Pierdołowaty i nieśmiały chłopak, który jest zupełnym przeciwieństwem pewnego siebie, aroganckiego i wyszczekanego Skinnera. Danny od początku nie lubi Briana, z czasem zaczyna go nienawidzić. Nienawiścią tak silną, że zaowocuje ona zaskakują klątwą, która nieodwracalnie połączy Danny’ego i Briana. Nie będę tutaj zdradzał szczegółów, ale książka w pewnym momencie ostro nabiera  tempa. Danny również ma problem z ojcem, a dokładniej z jego brakiem. Skinner był wychowywany przez samotną matkę, starą punkówę, która za Chiny ludowe nie chciała mu powiedzieć, kto jest jego starym. Dlatego też nasz Danny rusza na poszukiwanie ojczulka. Podejrzenia padają na kucharzy pracujących w latach osiemdziesiątych w pewnym edynburskim lokalu.

Książka ma klimat, czułem smród pubów, niemal razem z Dannym chlałem wódę i żłopałem piwsko. W Edynburgu nie byłem, ale byłem w Walii i wyobrażam sobie, ze puby w Szkocji przypominają te walijskie:) Plastyczny język i barwne opisy sprawiały, że książka żyła. W sumie po jej przeczytaniu doszedłem do wniosku, że przydałoby się ją czytać po kilku browarkach albo kilku głębszych:)

Żeby nie było tak różowo – na początku nie za bardzo jakoś szło mi czytanie, pierwszych kilkadziesiąt kartek wywoływało pytanie: O czym to kurwa jest? Dopiero później książka mnie wciągnęła i łyknąłem ją jak pierwsze piwo albo setkę wódki w sobotni wieczór tzn. szybko i bez popity (bez popity oczywiście wódzię, bo przecież piwa się nie przepija).

Czy po lekturze mam jakieś głębokie myśli, egzystencjalne przemyślania oraz filozoficzne rozmyślania? I am simple man, i nie lubię pisać o życiu, jego prawdach, metafizycznych doznaniach, zostawiam to innym. Po lekturze „Sekretów…” mogę powiedzieć tyle – życie jest niesprawiedliwe, Edynburg ponury, a wóda pokona każdego, choćby nawet był kozakiem nad kozakami. Pokona i zmusi do przyznania, że to ona jest władczynią życia i śmierci.

Dashiell Hammett “Szklany klucz”

Dashiell Hammett "Szklany klucz"

Dashiell Hammett “Szklany klucz”

Zacząłem. Zacząłem po kryminalnej konferencji bibliotekarzy czytać kryminały.  Dokładniej jeden. Klasyk. Mocny. Zadymiony. Z kapeluszem i whisky oraz cygarem w zębach (taki  był klasyk, ja go tak nie czytałem: po pierwsze nie palę, a od whisky wolę czystą wódkę; ot takie skrzywienie narodowe). Klasyk napisany przez ojca chrzestnego czarnego kryminału. Dobrze zrobiłem, że zacząłem. Intrygę przed czasem rozwiązałem. Wiedziałem kto zabił zanim główny bohater wykrzyczał to w twarz mordercy. Miałem obawy co do sposobu w jaki  mój organizm zareaguje na klasyka czarnego kryminału. Czy nie będzie to zbyt klasyczne danie (to wciąż po „Grillbarze…” mam takie skojarzenia kulinarne). Nie było. Było dobre.

Ameryka czasy prohibicji. Skorumpowani politycy, nielegalne lokale sprzedające kiepski alkohol. Fortuny rodzące się z przemytu i pędzenia podejrzanego bimbru. Hazard, dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy. Wybory za pasem, lokalny boss półświatka i prominentny biznesmen popiera w wyborach senatora. W tajemniczych okolicznościach ginie syn owego senatora. Ned Beaumont przyjaciel i pracownik bossa postanawia odnaleźć mordercę. Po drodze zostaje pobity, kończy wieloletnią przyjaźń, zostaje zastępcą prokuratora, wygrywa na wyścigach, staje się przyczyną samobójstwa, wypija morze whisky i wypala z kilkadziesiąt cygar. Wszystko to z ironicznym uśmiechem na ustach. Twardy, męski, bezwzględny, przebiegły i inteligentny. Ned nie jest postacią do końca pozytywną. W końcu robi w półświatku. Niejeden grzech i grzeszek ma zapewne na swym sumieniu. Ale czułem do niego sympatię, choć momentami postępował irracjonalnie (wtedy tak mi się wydawało). On miał jednak plan. Przeprowadził go i wykrył sprawcę morderstwa. Na koniec wyprowadził się z bezimiennego amerykańskiego miasta w poszukiwaniu nowych przygód.

To była dobra książka. Ciekawa i dobrze napisana. Klimaty Ala Capone, Niewidzialnych, czy też jednego z moich ulubionych seriali „Zakazane Imperium”. Mężczyźni pachną whisky i fajkami, biją się na pięści, a jednocześnie potrafią być dżentelmenami. Szalone i mroczne lata trzydzieste.

Dasheill Hammett to jeden z twórców, prekursorów i filarów gatunku czarnego kryminału. Dobrze, że zacząłem od jego książki. Na pewno na „Szklanym kluczu” się nie skończy. Polecam książkę nie tylko miłośnikom kryminałów, ale czytelnikom, którzy do tej pory kryminał raczej omijali z daleka (normalnie sam nie wierzę, że to piszę:).

Zielone wzgórza nad Soliną i forfiter…

Pisałem o tym już rok temu we wpisie: Wakacyjnie. Mamy z przyjaciółmi taką naszą małą świecką tradycję i jeździmy nad Solinę. Jeździmy po to, aby wspólnie sobie popływać na wysłużonej DeZecie, pośpiewać (choć śpiewaniem nazywamy to tylko my). W tym roku wyjazd także się odbył i wszyscy zgodnie stwierdzili, że się udał.

Było wszystko co potrzebne do wspaniałego weekendu. Łódka, towarzystwo, piękna pogoda, wspaniałe bieszczadzkie krajobrazy i nawet forfiter się trafił:)

Piszę o tym dopiero teraz (choć działo się to w poprzedni weekend), bo jakoś tak wcześniej nie mogłem się zebrać. A przed nami ostatni wakacyjny weekend. Więc życzę wszystkim udanego ostatniego weekendu wakacji!

Tak jak przed rokiem – troszkę fotek z magią chwili:)

Forfiter na łódce

Forfiter na łódce

zimne i pyszne browarki

zimne i pyszne browarki

krajobraz soliński

krajobraz soliński

Jacek Hugo-Bader “Biała gorączka”

Jacek Hugo-Bader "Biała gorączka"

Jacek Hugo-Bader “Biała gorączka”

Są książki mocne, są książki tak mocne, że po ich lekturze człowiek długo nie może się otrząsnąć. Książka o której napiszę poniżej taka była.

Trochę o autorze – pan Jacek jest reporterem “Gazety Wyborczej”. Podróżuje dużo po byłych krajach Związku Radzieckiego. Wydał dwie książki ze swoimi reportażami o jednej napiszę poniżej.

“Biała gorączka” to zbiór reportaży z ostatniej dekady. Wszystkie dotyczą Rosji lub republik, które oderwały się od ZSRR. Część reportaży znałem z “Dużego formatu” część była całkowicie nowym objawieniem. Czynnikiem spinającym je jest podróż reportera z Moskwy do Władywostoku. Podróż samotna, przez bezdroża Syberii i jakby tego było mało ten gościu pojechał tam ZIMĄ! Trzynaście tysięcy kilometrów w zabójczym mrozie, nawalającym ruskim łaziku. Najlepsze fragmenty książki to właśnie opisy jego przygód na trasie. Przygód związanych z jego autem, jego noclegami, ludźmi jakich poznał podczas podróży. Obraz Rosji jaki kreśli nam autor jest przerażający a jednocześnie znajomy. Ludzie tacy jak my, z trudem odnajdujący się w nowej, brutalnej, kapitalistycznej rzeczywistości. Historie połamanych życiorysów i połamanych ludzi, którzy niosą ten beznadziejny krzyż swojego żywota bo cóż innego robić.

Galeria ludzkich charakterów i historii jaką przedstawia nam pan Jacek jest porażająca w swej różnorodności. Poznajemy nastolatkę, która ma AIDS bo ćpała heroinę, szamankę z syberyjskiej tajgi, która walczy o pamięć o swoim ludzie. Pierwszych hippisów ze Związku Radzieckiego, dzikich punków. Bezdomnych z dworca moskiewskiego. Czy też wyznawców new ageowych religii, którzy budują swoje osady na syberyjskim pustkowiu. Bader opisał mnóstwo smutnych, depresyjnych historii. O narodach Syberii, które dosłownie zapijają się aż do wyginięcia. Tytułowa biała gorączka to właśnie stan po kilkudniowym pijaństwie, gdy człowiek już nie pije. Gdy jego umysł trzeźwieje – to wtedy przychodzą demony. Do każdego człowieka przychodzi jego osobisty własny koszmar, nawet nie puka do drzwi umysłu tylko od razu rozgaszcza się w głowie jakby tu był panem. Podczas ataku białej gorączki myśliwi strzelają sobie w łeb, wybiegają na siarczysty mróz całkowicie nadzy i biegną na oślep przed siebie. Reportaż o Ewenkach czyli syberyjskim narodzie, który właśnie przeżywa swój wódczany holocaust był jednym z lepszych w tej książce.

Historie o górniczych katastrofach na Ukrainie czy o państwie, gdzie są całe wioski ludzi z jedną nerką dawały do myślenia. Uświadamiają człowiekowi, że jednak nie ma większych powodów do zmartwień, może to okrutnie zabrzmi inni mają po stokroć gorzej. Najgorsza była ta bezradność podczas czytania. I tylko wnioski nasuwające się, że ten świat jest tak kurewsko urządzony, bo jego architekt musiał być na niezłej bani albo na mega kacu.

Rosja przedstawiona jest tutaj przez pryzmat Polaka, który zawsze postrzegał ją jako wroga. Tutaj wrogość zanika i reporter pokazuje nam zwykłych ludzi, którzy po prostu chcą jakoś żyć. W wielu historiach przewija się obraz Rosji jako kraju ogarniętego wszechobecną korupcją, bandytyzmem. Ludzie nie zatrzymują się na autostradach żeby pomóc komuś w wypadku bo boją się napadów. Mafijni bonzowie przyjeżdżają sobie na tydzień do ośrodka wypoczynkowego i urządzają tam sobie jatkę, po czym wyjeżdżają bez żadnych konsekwencji. Przeraża ta bezkarność. Z reportaży Badera wynika, że w Rosji jeśli ma się pieniądze można wszystko. Dosłownie wszystko. Mam nadzieję, że u nas w Polsce tak nie jest.

Co przewija się w wielu historiach to wódka. Wódka i wszelkiego rodzaju alkohol. W Rosji piją wszyscy, nie pijesz toś nie prawdziwy mężczyzna. Nie pijesz to coś z Tobą nie tak i raczej nie zdobędziesz naszego zaufania. Piją młodzi, starzy, kobiety – wszyscy. Piją z radości, piją ze smutku, piją bo ktoś umarł, piją bo na świat przyszedł nowy człowiek. Trochę mnie to przerażało bo jak sami wiecie sam raczej do abstynentów nie należę ale ogrom tego pijaństwa przedstawiony w książce poraża.

Co mnie trochę drażniło w książce. Otóż czasem odnosiłem wrażenie, że Bader trochę pogardliwie i wyniośle traktuje swoich rozmówców. Czasem nawiedzało mnie takie nieuchwytne wrażenie. Nie było może zbyt silne i częste ale kilka razy tak odbierałem lekturę.

Poza tą drobną uwagą chylę czoła przed autorem, który wykazał się nie lada odwagą, determinizmem oraz uporem. Szacunek za jego pracę. I za napisanie tej świetnej książki. Polecam każdemu.