Jacek Sawaszkiewicz “Stan zagrożenia”

Wracam do zdjęć lajfstajlowych. Na zdjęciu (efekt atomic w pixlr.com) książka z Polski, zegarek z Chin, podstawka z Danii, kubek z Tarnowa, herbata z Chin. Niestety nie miałem nic “atomowego” w mieszkaniu – takie czasy cóż zrobisz.

Ahoj! Czołem, pół litra za stołem, drugie pół pod stołem. Staram się te moje zaległości w pisaniu o książkach nadrabiać i w dzisiejszym odcinku będzie o moim absolutnym odkryciu (co dla znawców polskiej fantastyki naukowej wcale odkryciem nie jest, i brak znajomości tego pisarza może być dla nich obrazą, ale niestety tak jest w moim przypadku – to moja pierwsza książka Sawaszkiewicza).

Continue reading

Stephen King “Under the dome” (“Pod kopułą”)

king

Zdałem sobie przed chwilą sprawę, że nie pisałem o żadnej książce Kinga na moim blogu, ale na pewno wielokrotnie o nim wspominałem. Dziwne to, bo pana Stefana to ja namiętnie czytywałem w liceum i trochę mniej namiętnie na studiach. Aha! Wcale to nie dziwne, bo gdy ja byłem w liceum to Internet był na kartki lub na modemy, a ja nie miałem własnego modemu:( Dobra nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i czas opowiedzieć Wam o książce Kinga „Pod kopułą”.

Zacznę od wyznania, że to kolejna książka napisana po angielsku, którą przeczytałem! Nigdy nie myślałem, że będę w stanie czytać książki po angielsku, moim marzeniem jest też zacząć czytać książki po niemiecku, ale do tego baaardzo długa droga. Miałem więc styczność z oryginałem.

Dodatkowo nie zdawałem sobie, że to jest taka cegła, bo czytałem ją na Kindlu i znów urządzenie Amazona zaburzyło mi odczucia czytelnicze, bo ominęło mnie odczuwania ciężaru historii jaką King spreparował.

King książkę zaczyna pierdolnięciem, idzie więc za radą Alfreda Hitchocka, który mawiał, że „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.” Bo rzeczywiście kilkanaście pierwszych stron to bezlitosny opis tragicznych zgonów, gdzie nawet biedny świstak z nadwagą nie zostaje oszczędzony. Atmosfera gęstnieje (dosłownie i w przenośni), bo miasteczko Chester’s Mill zostało otoczone niewidzialną barierą, która praktycznie nie przepuszcza powietrza, a ciągnie się na wiele kilometrów w górę i w głąb ziemi. Zadziwiający jest również fakt, że bariera idealnie odzwierciedla wytyczone przez człowieka granice administracyjne miasteczka. Wszyscy Amerykanie zakrzyknęli: what the fuck! A ci uwięzieni pod kopułą dodatkowo wzywali pana Boga nadaremno. Nawet amerykańska armia i amerykańscy naukowcy nic nie byli w stanie zrobić!

Wspomniałem, że atmosfera gęstnieje? Oj gęstnieje jak na posiedzeniu rządu w sprawie budżetu. King przedstawił nam całą masę bohaterów, mieszkańców małego miasteczka żyjących swoim życiem, którzy nagle zostali zamknięci niczym mucha pod szklanką. Łapaliście kiedyś tak muchy? Lub inne owady? Ja łapałem i z chorą fascynacją przyglądałem się jak tłuką się o brzegi szklanki. Mamy więc postacie nikczemne i bohaterskie, życzliwe i wywołujące odrazę. Radnego miejskiego, któremu zamarzył się sen o wielkości, bohatera wojennego, który chciał tylko smażyć burgery i mieć święty spokój, fanatyka religijnego i pastorkę (po polsku to jest?), która w Boga już nie wierzy. Ogólnie cały przekrój małej społeczności. To wszystko wrzucił King do tygla, a raczej umieścił pod kopułą i zamieszał. Jest krwawo, ludzie giną co chwila i ogólnie cały czas coś się dzieje, aż do samiuśkiego końca.

Ulubiony motyw Kinga czyli ludzie z małego miasteczka na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych postawieni przed sytuacją nie z tej ziemi, paranormalną i wywołującą przerażenie tutaj nabrał jeszcze większej intensywności, gdyż całe to miasteczko jest zamknięte, nie ma szans ucieczki, a mieszkańcy są skazani na siebie. Intensyfikacja doznań, emocji i uczuć jest silna. Jest krwiście i trup ściele się gęsto.

Muszę napisać, że jednak w pewnym momencie byłem już znużony, gdyż tak naprawdę wszystko rozegrało się może w połowie książki – to znaczy bohaterowie zostali przedstawieni i nam czytelnikom i sobie nawzajem. Doskonale było wiadomo kto jest dobry, a kto zły i teraz tylko można było ewentualnie zgadywać kto zginie i jaką śmiercią. Trochę to męczyło,  jednak nie na tyle, by nie chcieć dowiedzieć się co będzie dalej i jakie nowe męczarnie zgotowała Kopuła mieszkańcom Chester’s Mill. A zgotowała sporo.

King pisze prostym językiem nie miałem problemów ze zrozumieniem. Zauważyłem, że ma kilka ulubionych słów i zwrotów, które wciska wszędzie. Jak refren piosenki Jamesa Mcmurtry’ego „It’s a small Town” (wrzucę ją na koniec wpisu). Angielski Kinga jest na poziomie zrozumiałym dla Charliego. Oczywiście nie mogło się obyć bez słownika, bez Urban dictionary, gdyż było mnóstwo związków frazeologicznych, powiedzonek, których za Chiny ludowe nie mogłem skumać od razu. A sprawdzanie w słowniku poszerzyło mój zasób słów w języku “angielskiem” :)

Krótkie podsumowanie, bo rozpisywać się nie lubię – to King jakiego znamy, jeśli go czytamy. Ze swoimi popkulturowymi wstawkami, z bohaterami, którzy są z krwi i kości i do szpiku tych kości amerykańscy. Republikanie, demokraci, “rednecki” i wojskowi. Jest śmierć, jest groza, jest lęk przed nieznanym, ale również przed innym człowiekiem, przed sąsiadem, który w momencie zagrożenia może stać się Twoim śmiertelnym wrogiem. Jest trochę metafizyki i moralności, zwłaszcza w zakończeniu, które jest niczym z kina familijnego. Napisałem wcześniej o znużeniu podczas lektury, lecz nie było to znużenie pokroju: Dżizas, ależ on pierdzieli, kiedy to się wreszcie skończy! Tylko raczej coś w stylu: no dalej panie King, ja już wszystko wiem, pokaż co jeszcze mogłeś tutaj dodać. I King dodawał.

Ja z lektury jestem zadowolony.  Może nie zachwycony, ale cieszę się, że książkę przeczytałem. Zwłaszcza, że lekturę rozpocząłem ze względu na serial, który już miał swoją premierę w Stanach. Chcę obejrzeć serial i porównać z książką, bo materiał na dobry, wciągający serial z tej książki jest idealny.

Wspomniana piosneczka (zresztą w książce jest wspominana cała masa innych piosenek, które muszę sobie sprawdzić):

Księgarnia idealna?

Księgarnia idealna? Jaka musiałaby być? Czy chodzi w niej o książki, którymi handluje, atmosferę jaką wokół siebie roztacza czy też może o podejście do klienta i podejście do czytania książek? Znalazłem dzisiaj w sieci takie zdjęcie:

Paradox bookstore

Dla nie znających angielskiego: znak mówi o cenie książek, które są na ganku (porch) w godzinach otwarcia sklepu. Gdy sklep jest zamknięty książki z ganku można pożyczyć za darmo, lub zabrać ze sobą i później zapłacić właścicielowi księgarni. ZAWSZE można pożyczyć książki do przeczytania jeśli czujemy taką potrzebę, a nie mamy pieniędzy by te książki kupić.

Dla mnie super sprawa. Znalazłem fotkę na buzzfeed.com. Myślałem, że będzie kolejnym anonimowym znaleziskiem. Coś mnie tknęło i wrzuciłem zdjęcie do Google grafiki. I bach! Dowiedziałem się gdzie jest ta księgarnia, w Wheeling, West Wirginia. Znalazłem nawet informacje o niej na stronie Indiebound.org.

Paradox Boookstore założył przed trzydziestu pięciu laty Tom Stobart, który miał wówczas siedemnaście lat! I prowadzi ją do dzisiaj. Z opisu artykułu na indiebound wynika, że księgarnia ma niesamowity klimat, można w niej znaleźć stare czasopisma, plakaty filmowe, winyle i oczywiście książki. Wszystko za maksymalnie kilka dolarów.

Kurczę chciałbym odwiedzić to miejsce, głównie ze względu na ten znak, który wskazuje na mocno wyluzowanego właściciela:)

 

P. S. Wyobrażacie sobie taki znak w Empiku?

Kampania reklamowa biblioteki…

I znowuż Internety przyniosły mi ciekawe znalezisko. Otóż Biblioteka Publiczna w Milwaukee zrobiła sobie trzy billboardy, które w interesujący, intrygujący sposób zachęcają do odwiedzenia biblioteki.

Intrygujący bo wykorzystujący loga trzech bardzo znanych serwisów internetowych na świecie. Serwisów, na których ludzie spędzają czas liczony w setkach tysiącach godzin.

Billboardy rozgrzały amerykańskich bibliotekarzy i nie tylko. Niektórzy są zdecydowanie za twierdząc, że akcja jest dowcipna, inteligentna i odświeżająca. Inni ludzie wręcz przeciwnie uważają, że billboardy niepotrzebnie zaostrzają konflikt pomiędzy biblioteką, a social media.

Żeby Was dłużej nie trzymać w napięciu, przedstawię Wam owe billboardy zgromadzone na jednym zdjęciu:)

Milwaukee

Milwaukee

Przeciwnicy kampanii twierdzą, że billboardy deprecjonują użytkowników mediów społecznościowych w porównaniu z tymi czytającymi książki, przekazując informację, że czytanie książek jest znacznie lepsze niż oglądanie filmików kotów na Youtube, wciskanie przycisków “Lubię to” przy zdjęciach znajomych lasek z charakterystycznym całuskiem przypominającym kaczy dziobek lub pisanie o tym, że akurat jemy kanapkę z dżemem truskawkowym przygotowanym przez babcię. Nie będę się spierał o wyższość jednych czynności nad drugimi. Sam spędzam godziny na czytaniu książek (co uwielbiam), trochę mniej godzin na oglądaniu filmików na Youtubie, jeszcze mniej godzin na wciskaniu przycisków “Lubię to” (choć znajomi twierdzą inaczej), a zupełnie nie korzystam z “Twittera”, który nie podoba mi się.

Dla mnie pomysł kampanii jest świetny, wykonanie jeszcze lepsze, ale tak jak przeciwnicy kampanii mam tutaj wrażenie pewnego pstryczka w nos dla social media. Pstryczka mówiącego, że lepiej czytać książki. Zwłaszcza billboard z Youtube przemawia do mnie tym głosem. Biblioteka Publiczna w Milwaukee twierdzi, że chce zwrócić uwagę potencjalnych czytelników, na fakt swojej obecności w owych mediach. Dla mnie jakoś nie zwracają:) Jednak hasła użyte na billboardach mają swój urok.

Billboardy mają zwrócić uwagę ludzi przejeżdżających samochodem, którzy mają tylko bardzo krótką chwilę na rzucenie okiem. W takim przypadku przesłanie sprawdza się świetnie i na pewno przyciąga uwagę. Przy dłuższym zastanowieniu kampanii traci trochę na uroku.

Ważne jest, że amerykańscy bibliotekarze wiedzą co to jest social media, o kampanii reklamowej zrobiło się dość głośno w sieci. A stara zasada brzmi: “Nieważne co mówią, ważne żeby mówili”.

P. S. Choć piarowcy z Wedla się chyba z tą zasadą nie zgodzą:) Jedliście ostatnio Ptasie Mleczko®? Burza już ucichła, ale w piątek miałem naprawdę niezły ubaw czytając wpisy na facebookowym wallu Wedla. I nazwę ich produktu napisałem ze znakiem, bo nie chcę skończyć jak Iwusia… Jeśli jeszcze nie słyszeliście o akcji, kliknijcie w linka przy Wedlu, naprawdę warto.

P. S. 2 Śmiałem się choć, był to trochę taki głuchy śmiech…

Back to the past… vol. 3

Lubicie poniedziałki? Znając życie raczej za nimi nie przepadacie. Wiedzcie moi drodzy, że i tak żyjecie w szczęśliwych czasach. Weekend ma dwa dni, a nie jeden lub żadnego… Tak, tak. Dawniej ludzie musieli zapierdalać dwadzieścia cztery godziny/ siedem dni w tygodniu, od świtu do zmierzchu. Naprawdę żyjemy w najlepszym okresie rozwoju ludzkości, przynajmniej my z kręgu cywilizacji zachodniej. Dziś mam dla was trochę wycinków z międzywojennej prasy.

Zaczniemy od apoteozy Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. JU ES EJ oczyma rzeźbiarza A. Zeitlina:

IKC1925nr5

IKC1925nr5

Czy dziś ludzie w większości krajów tego świata w ten sposób postrzegają USA? Jako dziewczę o odsłoniętych piersiach z gałązką jakiegoś krzewu w cudnych rączuniach?

Okres międzywojenny to dynamiczny rozwój nauki, techniki, to era wynalazców. Niektóre pomysły mogłyby się doskonale sprawdzać w dzisiejszym świecie:

5groszy1935nr58

5groszy1935nr58

Nie ma to jak pobudka w potoku bluzgów. Solidne: wstawać kurwa! Czasem przydałoby się człowiekowi:)

Przekleństwa są obraźliwe, a dodatkowo jeśli jesteś lwowskim policjantem w Warszawie, to bardzo łatwo mogą cię zwyzywać od “galileuszów”! Ech, te warszawiaki cwaniaki, andrusy psia jego mać…

5groszy1935nr59

5groszy1935nr59

Galileusz się chyba w grobie przewracał…

Teraz coś dla miłośników książek i nowatorskich rozwiązań w dziedzinie księgarstwa.

5groszy1935nr62

5groszy1935nr62

Ciekawe czy zachowały się jakieś książki oprawione w ten sposób?

Wspomniałem na początku wpisu o ciężkiej pracy całe życie, a nie do emeryturki w wieku 67 lat. Poniżej fotografia bretońskich rybaków.

5groszy1935nr62

5groszy1935nr62

Mojej uwagi nie przykuła fotografia lecz podpis pod nią, a dokładniej jego kuriozalne zakończenie. Przecież życie nie jest romansem…

Skoro życie nie jest romansem, to skąd biorą się takie historie miłosne jak ta:

IKC1925nr19

IKC1925nr19

W artykule jest co prawda błąd, jeśli chodzi o wiek zazdrosnego kochanka, lecz z drugiej strony jakie to gorące i silne musiało być uczucie, a 62-letnia staruszka musiała być wciąż niczego sobie…

To na razie tyle. Mam nadzieję, że te informacje ze świata, który już dawno przestał istnieć pozwoliły Wam odetchnąć od czasów, w których żyjecie. Pracujcie ciężko, uczcie się pilnie, spędzajcie dni na wysiłku całkowitem… Przecież życie nie jest romansem… I basta!

Dashiell Hammett “Szklany klucz”

Dashiell Hammett "Szklany klucz"

Dashiell Hammett “Szklany klucz”

Zacząłem. Zacząłem po kryminalnej konferencji bibliotekarzy czytać kryminały.  Dokładniej jeden. Klasyk. Mocny. Zadymiony. Z kapeluszem i whisky oraz cygarem w zębach (taki  był klasyk, ja go tak nie czytałem: po pierwsze nie palę, a od whisky wolę czystą wódkę; ot takie skrzywienie narodowe). Klasyk napisany przez ojca chrzestnego czarnego kryminału. Dobrze zrobiłem, że zacząłem. Intrygę przed czasem rozwiązałem. Wiedziałem kto zabił zanim główny bohater wykrzyczał to w twarz mordercy. Miałem obawy co do sposobu w jaki  mój organizm zareaguje na klasyka czarnego kryminału. Czy nie będzie to zbyt klasyczne danie (to wciąż po „Grillbarze…” mam takie skojarzenia kulinarne). Nie było. Było dobre.

Ameryka czasy prohibicji. Skorumpowani politycy, nielegalne lokale sprzedające kiepski alkohol. Fortuny rodzące się z przemytu i pędzenia podejrzanego bimbru. Hazard, dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy. Wybory za pasem, lokalny boss półświatka i prominentny biznesmen popiera w wyborach senatora. W tajemniczych okolicznościach ginie syn owego senatora. Ned Beaumont przyjaciel i pracownik bossa postanawia odnaleźć mordercę. Po drodze zostaje pobity, kończy wieloletnią przyjaźń, zostaje zastępcą prokuratora, wygrywa na wyścigach, staje się przyczyną samobójstwa, wypija morze whisky i wypala z kilkadziesiąt cygar. Wszystko to z ironicznym uśmiechem na ustach. Twardy, męski, bezwzględny, przebiegły i inteligentny. Ned nie jest postacią do końca pozytywną. W końcu robi w półświatku. Niejeden grzech i grzeszek ma zapewne na swym sumieniu. Ale czułem do niego sympatię, choć momentami postępował irracjonalnie (wtedy tak mi się wydawało). On miał jednak plan. Przeprowadził go i wykrył sprawcę morderstwa. Na koniec wyprowadził się z bezimiennego amerykańskiego miasta w poszukiwaniu nowych przygód.

To była dobra książka. Ciekawa i dobrze napisana. Klimaty Ala Capone, Niewidzialnych, czy też jednego z moich ulubionych seriali „Zakazane Imperium”. Mężczyźni pachną whisky i fajkami, biją się na pięści, a jednocześnie potrafią być dżentelmenami. Szalone i mroczne lata trzydzieste.

Dasheill Hammett to jeden z twórców, prekursorów i filarów gatunku czarnego kryminału. Dobrze, że zacząłem od jego książki. Na pewno na „Szklanym kluczu” się nie skończy. Polecam książkę nie tylko miłośnikom kryminałów, ale czytelnikom, którzy do tej pory kryminał raczej omijali z daleka (normalnie sam nie wierzę, że to piszę:).

Ruchome obrazki…

Witajcie moi drodzy w ten piękny listopadowy dzień. W Krakowie cudna mgła, która unieruchomiła samoloty z Balic, a miastu nadała iście młodopolski wygląd i charakter. Taki Kraków uwielbiam:)

Mgła już rzednie, a ja sobie pomyślałem, że skoro Pulowerek.pl ma swój audiowizualny piątek to Charlie nie będzie gorszy:) Podzielę się z Wami linkami dosyć interesujących moim zdaniem filmików.

Zaczniemy od filmu, w którym postacie z okładek książek ożywają w pewnej francuskiej księgarni:

Spike Jonze: Mourir Auprès de Toi

Przepraszam za brak miniaturki i bezpośredniego linku, lecz mam jakieś problemy z osadzeniem filmu. Kliknijcie sobie w odnośnik:)

Pomysł był już wcześniej wykorzystywany i na przykład znane wszystkim Warner Bros. Pictures z ich Looney Tunes w roku 1946 wypuścili taką kreskówkę. Będzie trochę w klimacie vintage, ale przecież ostatnio jest to bardzo popularne:

Tu już znacznie lepiej widać:) Bo z Youtube:) Jeśli nie przeszkadza Wam ta muzyczna maniera z lat czterdziestych prześledźcie powoli tytuły, z których wyskakują postacie. Większość znałem, ale niektóre to literatura bardzo anglosaska:)

I w podobnym tonie utrzymany filmik tylko o osiem lat młodszy też od Merrie Melodies/Looney Tunes :

Tutaj też miałem całkiem niezłą zabawę z wyłapywaniem nieznanych mi książek:) Polecam tę zabawę:) Dziś niektóre postacie nie przeszłyby ze względu na ich niepoprawny politycznie wizerunek.

I mój ulubiony, też Looney Tunes/Merrie Melodies. Też postacie z okładek, tym razem jednak przewodników turystycznych. Film jest z roku 1938. Absolutne must see:

Film przedstawia jak najbardziej stereotypowe wyobrażenia o krajach, znajdziemy również świetną grę słów i zabawę konwencją. Niestety zabolało mnie, że nie ma tam Polski. Choć w pewnym momencie, przy tych dwóch Węgrach coś tam obok prześwituje takie POL. Dam Wam obrazek na dowód:

poland

Poland

Kreskówka pojawiła się 5 listopada 1938 roku. A więc już po Anschlussie Austrii przez Trzecią Rzeszę. Co prawda pojawia się, gdzieś na początku Vienna i para tańcząca walca, ale jakoś tak dziwnie podejrzanie robi się dłużej ciemno i zaraz wyskakuje Szkocja. Zresztą nie ma też nic o Niemcach. Z reguły przedstawianych jako Bawarczykach pijących piwo i jodłujących. Czyżby cenzura?

Internet wciąż mnie zaskakuje. Otóż jak wyczytałem z Wikipedii, o tym odcinku, oryginał trwał o 45 sekund dłużej… Isn’t that interesting? (Ach, błysnął swą angielszczyzną!).

I ostatni film, co prawda był już na pulowerku, ale bardzo mi się podoba:

This Is Where We Live from 4th Estate on Vimeo.

Film ten powstał z okazji dwudziestopięciolecia wydawnictwa 4th Estate.

Niektóre filmy znalezione na openculture.com, inne samemu:)

Małgorzata Szejnert “Wyspa Klucz”

Małgorzata Szejnert "Wyspa Klucz"

Małgorzata Szejnert “Wyspa Klucz”

Bo to nie jest tak, że Charlie nie czyta. Charlie czyta wciąż, ale ostatnio trochę mniej i jakby tak bardziej rozdrobnionym jest w tym swoim czytaniu. Tu stroniczka jakiejś książki, tam rozdzialik i tak zbiera Charlie te okruchy literatury w swojej główce. Może coś mu po tym zostanie a może to wszystko wywietrzeje, zostanie spalone w alkoholowym ciągu. Tego nikt nie wie, tym bardziej Charlie. Jedno jest pewne: “Wyspa Klucz” tak szybko z Charliego głowy nie zniknie. Ten reportaż, ten zbiór esejów, ta książka  jest fantastyczna. Cud, miód i orzeszki – ale proszę nie myśleć, że taka ta książka słodziutka. Oj nie.

Stany Zjednoczone – Imperium Rzymskie naszych czasów. Kraj, który miał i ma ogromny wpływ na kształt współczesnego świata. Ziemia Obiecana dla wszystkich. Stworzona przez przybyszy i imigrantów ojczyzna wolności i swobody. Kraj, w którym możliwe są historie w rodzaju od pucybuta do milionera. My Polacy mamy swoje własne wyobrażenie o USA. O Ojczyźnie dolara. Społeczeństwo amerykańskie zostało opisane w tak wielu rozprawach, książkach, że chyba nie sposób tego ogarnąć. Więc po cóż jeszcze jedna książka o USA? Można powiedzieć, że ta książka jest i nie jest o Ameryce. Bo opowiada ona losy ludzi, którzy dopiero przybywali do tej Ziemi Obiecanej. Opowiada ich dzieje w momencie gdy pierwszy raz stawiali stopę na amerykańskiej ziemi. A ziemią tą była wyspa Ellis. Gdzie przez kilkadziesiąt lat była stacja imigracyjna przyjmująca przybyszów do Stanów. Oczywiście było to w czasach gdy z Europy do Stanów płynęło się statkami. Czyli koniec wieku XIX i pierwsze dekady wieku XX. To wtedy Stany przyjęły najwięcej imigrantów w swej historii. Ale nie przyjmowały wszystkich z otwartymi ramionami.

O, nie było tak łatwo. Wszyscy, którzy przypłynęli z Europy na wielkich parowcach, płynąc w okrutnych warunkach, często gorszych niż w bydlęcych wagonach. Wszyscy ci Niemcy, Rosjanie, Polacy, Włosi, Szwedzi, Żydzi, Cyganie, Ormianie i wiele wiele innych narodowości, szczepów, plemion, nacji pierwsze swe kroki stawiało właśnie na wyspie Ellis. I tutaj byli poddawani “selekcji” i choć to brzydkie słowo tak to się odbywało. Stany Zjednoczone odrzucały chorych, szalonych, wszystkich, którzy mogli stanowić w przyszłości ciężar dla społeczeństwa. Autorka książki w bardzo sugestywny sposób opisuje wszelkie procedury, maluje nam przed oczami wygląd pomieszczeń stacji. Idealnie przedstawia zachowania różnych ludzi. Ja czułem wszystko, czułem strach i przerażenie ludzi, którym każe się robić dziwne rzeczy, zabiera się ich bagaże, każe się rozbierać. Brud, smród i ubóstwo jakie panuje na stacji przedostaje się dzięki słowom Szejnert nie tylko przez strony książki ale przez stulecie. Szejnert skupia się na poszczególnych osobach, zarówno pracownikach stacji jak i przybyszach, nakreśla ich portret i przedstawia dzieje. Poznajemy historie smutne i wzruszające. Historie mające tragiczny finał ale również te z tak lubianym przez nas happy endem.

Ta książka pełna jest wszystkiego: śmierci, bólu, nędzy, rozpaczy, cierpienia ale jednocześnie historii nieprawdopodobnych, wzruszających i dających nadzieję. Losy milionów pokazane na przykładzie losów kilkudziesięciu osób. Pełno w niej faktów i liczb ale to w żaden sposób nie przeszkadza, wręcz przeciwnie pozwala sobie wyobrazić skalę i ogrom przedsięwzięcia jakim przez lata była stacja witająca przybyszów w Nowym Świecie. Książka choć reportażem jest, nie pozbawiona jest poetyckości i metafor. Stojąca tyłem do imigrantów Statua Wolności (tak ją widzą imigranci patrząc na nią z Wysyp Ellis), wydaje się mieć ich w d… Drapacze chmur, które dla dziesięcioletniego włoskiego chłopca i jego brata wydają się masywem górskim. Ogromne znaczenie przedmiotu nazywanego buttonhook, który pierwotnie służył do zapinania guzików a oddał nieocenione usługi służbom medycznym wyspy Ellis.

To rewelacyjna książka. Rzadko gruboskórnego Charliego coś wzruszy, czy tam dotknie wrażliwszej części jego duszy (zresztą facet nie powinien w ogóle o tym wspominać), jednak ta książka go wzruszyła. I to wystarczająca rekomendacja. Polecam tę książkę każdemu. Jest świetna!

Bizarro… bitch!

Oj chyba odkryłem coś niesamowitego i dla mnie zupełnie nowego. Gatunek literatury nazywany bizarro fiction. Z tego co mi mówi wikipedia: bizarro fiction to gatunek literatury współczesnej wykorzystujący elementy absurdu, satyry, groteski. Wiki podaje dalej, że bizarro najbliżej do science – fiction i horroru niż do awangardy czy dadaizmu, jednak takie elementy również znajdziemy w bizarro.

Dlaczego przykuło to moją uwagę? Otóż jak w zwykle w przepaściach internetu znalazłem informację o takiej książce:

Nie będę ukrywał, że zainteresował mię tytuł tejże powieści napisanej przez Camerona Pierce’a, tytuł w wolnym tłumaczeniu może brzmieć: Dupo Gobliny z Auschwitz albo Gobliny-dupy z Auschwitz albo może jeszcze inaczej. Fabuła (za Amazon.com): najpierw w ingliszu:

“In a land where black snow falls in the shape of swastikas, there exists a nightmarish prison camp known as Auschwitz. It is run by a fascist, flatulent race of aliens called the Ass Goblins, who travel in apple-shaped spaceships to abduct children from the neighboring world of Kidland. Prisoners 999 and 1001 are conjoined twin brothers forced to endure the sadistic tortures of these ass-shaped monsters. To survive, they must eat kid skin and work all day constructing bicycles and sex dolls out of dead children.

While the Ass Goblins become drunk on cider made from fermented children, the twins plot their escape. But it won’t be easy. They must overcome toilet toads, cockrats, ass dolls, and the surgical experiments that are slowly mutating them into goblin-child hybrids.

Forget everything you know about Auschwitz…you’re about to be Shit Slaughtered.”

A teraz po mojemu, pokrótce chodzi o to, że w świecie gdzie spada czarny śnieg w kształcie swastyk, mamy obóz koncentracyjny w Auschwitz. Obóz prowadzony jest przez rasę obcych, którzy wyznają ideologię faszystowską a zwią się właśnie Dupo Gobliny. Podróżują oni statkami kosmicznymi w kształcie jabłek, by porywać dzieci z sąsiedniego świata Kidlandii. Więźniowie o numerach 999 i 1001 to bracia syjamscy, którzy muszą znosić sadystyczne tortury dupokształtnych potworów. Aby przetrwać muszą jeść skórę dzieci i pracować cały dzień przy produkcji rowerów oraz sex lalek, które są robione z martwych dzieci.

Bracia wymyślają plan ucieczki, który przeprowadzają podczas gdy Dupo gobliny są pijane ciderem ze sfermentowanych dzieci. Ale na ich drodze czeka bardzo wiele przeszkód takich jak kiblowe ropuchy, cockrats – stawiam na fiutoszczury, chujoszczury, kutasoszczury albo coś w ten deseń (chociaż kutasoszury brzmią chyba najlepiej) i jakieś tam chirurgiczne eksperymenty.

I sloganik na końcu: Zapomnij wszystko co wiesz o Auschwitz – zostaniesz nieźle wyjebany? zajebany? Niestety nie wiem jak przetłumaczyć ten idiom:  Shit slaughtered.

Opis tej książki sprawił, że zapragnąłem ją mieć tu i teraz, zaraz ale już, natychmiast ku**a! To musi być taki kosmos, że po prostu maskra (tutaj słownictwo Charliego stało się tak proste jak konstrukcja cepa, albowiem gdyż oraz już i ponieważ aczkolwiek wciąż, Charlie w momentach dużej ekscytacji zapomina, że język jego ojczysty jest przebogaty jak skarbiec Sknerusa McKwacza). Niestety z tego co sprawdziłem chyba nie ma jeszcze książek z tego gatunku u nas. I solennie obiecuję, że jeśli będę cierpiał na nadmiar gotówki zakupię sobie książki tego pana Camerona Pierce na Amazon.com bo innej drogi chyba nie ma. Obietnice mogę składać bo szczerze mówiąc nie wiem kiedy będę miał nadmiar gotówki.

A może zainteresować tym jakieś polskie wydawnictwo? Albo jeszcze lepiej – samemu zacząć pisać bizarro fiction!

Wyobrażacie to sobie Charlie bibliotekarz i jego najnowsza powieść “Moher punch from Mars” albo inna powieść “Świt Odysei” (eee… nie to chyba już gdzieś było i jest bardzo ale to bardzo bizarro).

I mam trochę obaw przed tym amazon.com bo to i w dolarach się płaci, i że niby ze Stanów to leci, to chyba drogo wychodzi. Ale może czas spróbować.

W każdym bądź razie od tej pory intensywnie przeszukuję sieć w poszukiwaniu informacji o tym gatunku i zbieram pieniążki!

Dobra stronka o bizarro: bizarro central

Pisanie zza grobu…

ruth montogomery

ruth montogomery

Wyjątkowo będzie dzisiaj o książce, której jeszcze nie przeczytałem ale powiem szczerze, że chciałbym przeczytać. Wczoraj napisałem o podróżach w kosmos do innych galaktyk, gwiazd i planet. Dziś też będzie o podróżach ale takich bardziej hardkorowych. Co powiecie na książkę, która została napisana po TAMTEJ STRONIE. Tak, tak proszę państwa okazuje się, że można napisać książkę będąc zimnym trupem. Nie mam tutaj na myśli wydawania kolejnych płyt jak Majkel czy 2pac czy inny sławny artysta posiadający masę chciwych krewnych, którzy często zarobią więcej niż ci artyści przed śmiercią. Chodzi mi o książkę napisaną całkowicie  zza grobu. Autorka książki o bardzo wdzięcznym tytule “Ruth Montgomery writes again” czyli w wolnym tłumaczeniu “Ruth Montgomery znowu pisze” od dawna gryzie ziemię albo jest rozsypana na cztery strony świata. Ale jej dusza oraz jej Duchowi Przewodnicy są gdzieś tam i fruwają sobie w niebiesiech albo w dziesiątym wymiarze i postanawiają opowiedzieć jak to tam u nich jest. Czy mają na przykład wolne niedziele, albo czy można u nich na rowerze sobie pojeździć? Bardzo mnie to ciekawi, gdyż jako natura sceptyczna zakładam raczej, że nic po tamtej stronie na nas nie czeka. A jeśli już czeka to nie jest to na pewno nic przyjemnego. No ale wracając do książki. Otóż Ruth nie pisała jej w ten sposób, że usiadła sobie gdzieś tam na chmurce w niebie i machnęła kilkadziesiąt kartek. To nie jest takie proste. Pani Montgomery (świeć panie nad jej książką), przy pomocy trójki rodzeństwa, które posiada zdolności kontaktowania się ze zmarłymi wysyłała transmisje. Te transmisje były odbierane przez owo rodzeństwo, które siadało sobie przy stole i trzymało w rękach długopisy. A długopisami sterowała już świętej pamięci nieboszczka Ruth. Takie działanie nazywane jest automatic writing. I podobno sprawdza się znakomicie, tak przynajmniej twierdzą spirytualiści. Na stronie reklamującej książkę (link podam na końcu wpisu), możemy się dowiedzieć co owa przeduchowa książka będzie zawierać. Jak myślicie? Co chciała nam powiedzieć autorka, która pokonała tę nieprzekraczalną barierę życia i śmierci. Ruth na pewno będzie chciała nas przekonać, że jej książka jest prawdziwa i na przykład poda datę zgonu papieża albo innej ważnej osobistości. No bo skoro jest duchem to może naginać czas i przestrzeń. Może robić co chce podróżować w czasie, przechodzić przez ściany czy też podglądać orgię Charliego Sheena. Dlatego też drobna wskazówka dla nas czytelników a przynajmniej takich jak ja czyli niedowiarków znacznie zwiększyłaby wiarygodność autorki jako martwej od dawna kobiety. Cóż począć, że taki ze mnie niewierny Tomasz. Wracając do strony, która reklamuje owo wydawnictwo duchowe – z książki można dowiedzieć się następujących rzeczy:

  • Plany Niebios dotyczące planety Ziemia (a więc coś zostanie ujawnione, mam tylko nadzieję, że nie żaden koniec świata)
  • Niebiańską korespondencję od jakiś znanych medium (a więc nie tylko od Ruth)
  • porady jak pokonać strach i żyć pełnią Miłości (to jest dobre, to może się przydać)
  • odkrywa przed czytelnikami sekrety królestwa Duchowych Przewodników (nigdy bowiem nie wiadomo jakiego przewodnika będziemy potrzebować)
  • dodatkowe informacje, które mogą się przydać w życiu

Oprócz tego jakieś detale biograficzne na temat naszej martwej ale wciąż piszącej autorki. Dodam, że książka to e-book i można go zakupić za jedyne $18,88. Jeśli kiedykolwiek będę cierpiał na nadmiar gotówki i przez chwilę będzie mnie korciło aby zakupić ten stek bzdur, będę potrzebował kogoś kto mnie kopnie w dupę i powie, że połączyć się można z duchami za pomocą seansu spirytusowego a nie spirytystycznego. Z reguły nie osądzam książki po okładce no ale bez przesady. Wiem jestem stronniczy i nic na to nie poradzę. Może rzeczywiście Ruth jest tam gdzieś w górze, siedzi sobie na słupie telegraficznym i śmieje się z głupiego bibliotekarza, który ma klapki na oczach i  nie potrafi się otworzyć na świat cudów i mistycznych doznań.

A jeśli jakaś osoba wierząca poczuła się urażona wpisem to mówi się trudno.

P. S. Tutaj obiecany link