Tadeusz Konwicki “Nic albo nic”

Takie to wydanie.

Czasem moi drodzy bywa tak, że trzeba odłożyć na bok ulubiony rodzaj literatury
i sprawdzić co tam Panie słychać w innych rejonach świata literackiego. Czasem taką decyzję podejmuje się świadomie, a czasem zupełnie bez udziału świadomości. Dzisiaj będzie o książce, którą przeczytałem żeby na chwilę odskoczyć od science and fiction, a kryterium wyboru było takie, że akurat stała u mnie na półce i kojarzyłem nazwisko autora (taki żarcik).

Continue reading

Andrzej Bińkowski “Kuba, Castro, rewolucja”

Doktor Fidel. Źródło: https://flic.kr/p/eRDV8q

Dzień wieczór! Postanowiłem zmienić trochę koncepcję i zaczynam od końca, bo to nie ma sensu, żebym odgrzebywał książki sprzed kilku miesięcy. Będę teraz jak gdyby zaczynał od tych najświeższych i dopiero co przeczytanych.

Continue reading

Filip Springer “Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL.”

To moje zdjęcie "Kukurydz" z Osiedla Tysiąclecia w Katowicach. Jednym z projektantów był Aleksander Franta.

To moje zdjęcie “Kukurydz” z Osiedla Tysiąclecia w Katowicach. Jednym z projektantów był Aleksander Franta.

Tę książkę przeczytałem już dość dawno temu, ale słuchajcie wciąż pamiętam pod jakim ogromnym wrażeniem byłem. Dżizas Chrajst! Jak to się świetnie czytało. To moja pierwsza książka Springera i nie wiem jak pozostałe, ale jestem pełen entuzjazmu i byłem nią zachwycony.

Continue reading

Bronisław Kijewski “Progi tolerancji”

A tu takie tolerancyjny teleskop :) Źródło: https://flic.kr/p/jKCsTu

A tu taki tolerancyjny teleskop :) Źródło: https://flic.kr/p/jKCsTu

Ha! Powolutku, pomalutku podganiam moje posty o książkach. Może to kwestia ogarnięcia, a może to zwykły przypadek. Niestety nie jestem w stanie Wam powiedzieć jak długo będę mógł w miarę regularnie pisywać. Na razie staram się jak mogę, a jak nie mogę to się nie staram (żarcik taki, może niezbyt wyrafinowany).

Continue reading

Andrzej Pilipiuk “Wampir z MO”

IMAG0628Przygoda ma z Pilipiukiem dalej trwa. Czuję, że rymuję kiepsko i żałośnie, ale przez to ego mi rośnie.

Kontynuuję książki zaczęte przed rozmową z Andrzejem Pilipiukiem. „Wampir z MO” to zbiór opowiadań z bohaterami, których poznałem w „Wampirze z M-3”. Tamta książka towarzyszyła mi w pociągu, a ta pomagała mi spędzić kilka godzin w zaciszu domowym na krakowskich Azorach, gdzie skutecznie zagłuszała świst maczet i gromkie pokrzykiwania miejscowego elementu konsumującego alkohol z akcyzą i w ten sposób przyczyniającego się do wzrostu PKB Najjaśniejszej Rzeczyposopolitej. Żartuję, żartuję. Azory są naprawdę dobrym miejscem do mieszkania. Ciach! Świiissst! AŁA! Wracając do książki. Umiliła jeden wieczór, takie jej zadanie było, które spełniła i cóż mam więcej do dodania.

Pilipiuk świetnie (moim zdaniem) wykorzystał popkulturowe motywy i zaprzągł je do swojego świata, w którym wampiry muszą sobie radzić z uciążliwymi sąsiadami przy pomocy pewnej dziewczynki wyłażącej ze studni czy też muszą się przygotować na odwiedziny wampira ze zgniłego kapitalistycznego zachodu, który przeszedł na wegetarianizm, wysysa biedne sarenki i jest degeneratem, a w dodatku się błyszczy. Cały czas oczywiście nasi nieumarli “walczą” z Wydziałem “Z” esbecji i majorem Nefrytowem pragnącym raz na zawsze zlikwidować przeczące materialistycznej i racjonalistycznej ideologii państwowej zabobony. Ta walka raczej nie jest zbyt zacięta, gdyż major nie jest w ciemię bity i zdaje sobie sprawę, że jak raz na zawsze zlikwiduje zabobony to jemu zlikwidują Wydział “Z”. Także pozwala na istnienie podejrzanego elementu w ramach statusu quo.

Opowiadanka są raz dłuższe, raz krótsze (ano taką oczywistą oczywistością Wam tu pojechałem). Książka bardzo w stylu pilipiukowym to znaczy znajdują się tutaj zarówno jajcarskie i groteskowe wersje wielu mitów na temat wampirów, na przykład krwiopijca przemienia się w coś zupełnie niespotykanego zamiast w nietoperza, czy też nagle okazuje się, że chęć zaimponowania Hrabinie z odległej Francyji w myśl zasady zastaw się, a postaw się przyniesie wielkie rozczarowanie. Mamy także ciekawe opisy praskich kiziorów, którzy wampirów nie lubią, ale ich tolerują bo to wszak swojacy z jednej dzielnicy.

Zbiorek ciekawy, nie męczy zbytnio i jest w sam raz na poprawę humoru. W tej książce moim zdaniem Pilipiuk świetnie pogrywał sobie swoimi motywami i kliszami wziętymi z popkultury. Absurd i groteska rządzą. Zresztą Pilipiuk ma dar tworzenia i opisywania sytuacji w sposób prześmiewczy, humorystyczny. Co nie znaczy, że nie przebija się w nich czasem taki śmiech przez łzy, bo skoro jest, aż tak źle to trzeba się tylko i wyłącznie śmiać.

Adrian Markowski “13 opowiadań o króliku”

IMAG0503

Czasem wpadnie w moje łapki coś zupełnie niespodziewanego, coś na co sam raczej nigdy bym nie trafił. Tym razem niewielka objętościowo książeczka pana Markowskiego trafiła za sprawą koleżanki z pracy, która stwierdziła, że może mi się spodobać. I miała rację.

“13 opowiadań o króliku” to miniaturki literackie, dziejące się w bezimiennym mieście, najprawdopodobniej u schyłku PRL-u, w kamienicy, w której sąsiedzi znają się na wylot. To niewielkie kilkustronicowe historie nie z tej ziemi. Absurd, groteska, szydera i kompletny brak sensu. Za to z przewrotnym ironicznym humorem i dystansem. Nawet Wam nie będę opisywał historii, które dzieją się na kartach książki Markowskiego. Dość Wam wiedzieć, że jest niesłychanie nonsensownie oraz zabawnie. Lektura całej książeczki trwa zaledwie chwilkę. Nie wolno się zrażać jeśli chodzi o styl pisania. Dużo przecinków może trochę irytować i spowodować gubienie się w wątku, ale to naprawdę niewielki mankament.

Proste, wydawałoby się jednoznaczne słowa w książce Markowskiego stają się zaczątkiem groteskowych historii, w których rolę przewodnią gra Królik. Zarówno jako bohater i antybohater, jako przedmiot, którego jedzą wszyscy jak i żywa istota, rozumna dodajmy. Ja bawiłem się świetnie i chcę więcej. Dla mnie odkrycie miesiąca. Chcę więcej książek autora, a jest ich chyba jeszcze dwie:)

P. S. Nie mogłem nie wspomnieć, że pan Adrian jest autorem mnóstwa gier planszowych, wydawanych w latach dziewięćdziesiątych przez wydawnictwo Sfera, z Magicznym Mieczem na czele  (kto grał ten wie, kto nie grał ten jeleń). Dżizas ile to wieczorów człowiek nad tym przesiedział:)

P. S. 2 I nie wiem skąd i dlaczego, ale podczas lektury towarzyszył mi obraz królika Franka z filmu “Donnie Darko”, o ten obraz:

tumblr_mi0pbsXFBe1s3u3dco1_500

Źródło:http://www.tumblr.com/tagged/donnie%20darko%20gif

Nie jest on zupełnie związany z tematyką książki, ot Frank kojarzy mi się ostatnio dość często ze wszystkim.

Edmund Wnuk-Lipiński “Mord założycielski”

IMAG0414

Trzecia i ostatnia część tak zwanej trylogii Apostezjonu. I jakie miałem wrażenia podczas lektury? Zobaczyłem, że potężny Apostezjon chwieje się w posadach. Rozprężenie moralne i obyczajowe sięga zenitu. Wódka jest legalna, a oprócz temporystów powstała kolejna klasa społeczna tak zwani lovitci. Zupełny margines. Chleją wódkę, siedzą na zasiłkach i płodzą się bez badań genetycznych, mieszkają w gettach, kradną, niszczą. Zespół Ekspertów, aby złagodzić nastroje społeczne wprowadził zawody dla gawiedzi. To bardzo niebezpieczna i czasem śmiertelna rozgrywka, w której biorą udział najlepsi, odpowiednio wytrenowani zawodnicy. Na scenę wraca główny bohater z pierwszej części Ira Dogow, który poszukuje nowego żywiołu do odrodzenia świata wśród lovitów. Poznajemy też młodego profesjonalnego zawodnika Daniela. Młodego, acz zdolnego i mającego wysokie ambicje. Daniel wyrywa piękną Candy z rąk kilera, spuszcza kilerowi łomot i musi uciekać. Po drodze mamy jeszcze pisarza będącego na usługach rządu Apostezjonu, który w swoim “słowaku” (osobisty komputer) oprócz książek chwalących pod niebiosa panujący ustrój zapisuje swój własny, prywatny dziennik.

Iluż ludzi tak postępowało i postępuje. Jak wielu pisarzy miało swoje prywatne dzienniki, które nie miały nigdy się ukazać, albo miały dopiero wyjść drukiem po ich śmierci. Wiktor Nordmann, bo tak pisarzowi na imię niestety popada w niełaskę i również musi uciekać przed karzącą ręką (nie)sprawiedliwości. Mamy pułkownika Vitolliniego z pierwszej części, któremu marzy się władza nad Apostezjonem, a który lubi również chłopców. Mamy wielką katastrofę w zakładach chemicznych, która jest utrzymywana w ścisłej tajemnicy, a której skutki odczuwać będzie cały świat (!). Ogólnie coś tam się dzieje, następuje ferment społeczny i tak zwana pospolita ruchawka.

Co mi się podobało w “Mordzie założycielskim” – przed każdym rozdziałem zamieszczono fragmenty, które często pochodziły z oficjalnych komunikatów rządowych. Wypisz – wymaluj bełkot propagandy PRL.

Przykłady:

Elementy awanturnicze, które ostatnio podniosły głowy zostały poskromione, przy aktywnym poparciu społeczeństwa. Jednak nadał sytuacja jest złożona, Pożar Pałacu Centralnego spowodowany przez margines społeczny, został dziś nad ranem opanowany. Władze, korzystające przejściowo z innej siedziby, w pełni kontrują rozwój wydarzeń. W innych rejonach wyspy panuje całkowity spokój i rytmiczna praca…

Z artykułu wstępnego dziennika „Nasz Głos” nr 110/10849 z dnia 22 kwietnia 2044 roku

Zadaję sobie często pytanie, dlaczego utopie wprowadzone w życie obracają się w swoje przeciwieństwo? Tam gdzie miało być wyzwolenie – rośnie niewola, tam gdzie miało być braterstwo – wyrasta przemoc, tam gdzie miała być sprawiedliwość – pleni się zbrodnia, odwaga zaś zamienia się w strach. Dlaczego? Nie znajduję na to pytanie odpowiedzi.

Z „Dziennika prywatnego Wiktora Nordmanna” materiał nie publikowany. Archiwum Służb Specjalnych, sygnatura AG/1786/29

Autor określił wreszcie datę wydarzeń na Apostezjonie – 2044 rok. Akcja “Mordu…” rozgrywa się w kilka lub kilkanaście lat po wydarzeniach z “Wiru…”. Jak już wspomniałem Apostezjon rozpada się. Wciąż jest państwem, w którym nauka stoi na wysokim poziomie patrz: hoduje się kilerów w laboratoriach (szkoda, że autor nie pociągnął tego wątku bardziej), wciąż jest państwem gdzie istnieje broń zdolna unicestwić wszystko co znajdzie się na celowniku, ale jest też państwem, gdzie istnieje podział na biednych i bogatych, żywność jest na kartki (!), a ci, którzy są poplecznikami rządu mogą liczyć na ogromne przywileje. Utopia przestała być rajem i stała się zwykłym państwem.

Nowa klasa społeczna lovitci kojarzy mi się z prolami z “Roku 1984” Orwella. Są dość liczni, są płodni, są prości, ale gdyby dać im trochę czasu to powstanie z nich żywioł mogący zburzyć stary świat. Tylko są również niemoralni, pozbawieni skrupułów i prymitywni. Ira Dogow powoli przygotowuje ich na rewolucję, ale sam uważa, że jest jeszcze na to za wcześnie.

“Mord…” miał trochę więcej życia, akcji w sobie niż “Rozpad…”. Dobrze i szybko się czytało, choć i tutaj odczuwałem niedostyy jeśli chodzi o nakreślenie sytuacji Apostezjonu. Jak na fantastykę socjologiczną strasznie mało tam nauki. Ot autor wpadł na pomysł, że kilerów robią w laboratoriach i o tym wspomniał.  A zapomniał powiedzieć skąd i po co ci kilerzy się lęgną w próbówkach. Zupełnie z dupy pojawiają się menele (lovitci) i stanowią od razu bardzo liczną grupę społeczną, która rządzi się własnymi prawami.Garść świetnych pomysłów bardzo ciekawych, które jednak nie wystarczyły, by uczynić z „Mordu…” bardzo dobrą książkę.

Ogólnie mówiąc, gdyby te trzy książki wymieszać, wziąć z każdej to co najlepsze to mogłaby powstać naprawdę świetna, zajebista książka. Dystopia jak się patrzy. Z państwem, które stoi na straży bezpieczeństwa obywateli, zapewnia im wszystko, co niezbędne do życia, a w razie jakiekolwiek oznaki buntu bądź niepokoju pierze tym swoim obywatelom mózgi, aż im szare komórki skwierczą, a ci są jeszcze wdzięczni za takie działanie.

A jak dla mnie mamy trzy dobre książeczki, które czyta się przyjemnie i szybko. I które kiedyś musiały robić znacznie większe wrażenie niż teraz.

Edmund Wnuk-Lipiński “Rozpad połowiczny”

IMAG0413Mam problem z drugą częścią trylogii Apostezjonu. Problem niewielki, ale irytujący. Książka dostała Zajdla w 1988 roku, pisana była w 1983 roku, podobno autor miał duże problemy z cenzurą, która ingerowała w kształt książki. Ja czytałem wydanie z czasów PRL, a w 2000 roku ukazało się wydanie zbiorcze całej trylogii nakładam wydawnictwa superNowa i tam podobno zostały umieszczone te ocenzurowane fragmenty. A mój problem polega na tym, że “Rozpad…” czytany zaraz po “Wirze pamięci” odebrałem praktycznie wyłącznie jako lepiej lub gorzej zawoalowaną  krytykę systemu socjalistycznego i opis szarej rzeczywistości PRL w okresie stanu wojennego, fantastyki tam było tyle co kot napłakał. Ja rozumiem, że nie zawsze ta fantastyka musi być, ale akurat w „Rozpadzie…” drażniło mnie to.

“Wir…” mówił o społeczeństwie, w którym można dopatrywać się śladów  myśli socjalistycznej, w miarę inteligentnie krążył wokół tematu inwigilacji obywateli, roli jednostki w owym społeczeństwie. Natomiast “Rozpad…” to łopatologicznie wyłożony obraz PRL lat osiemdziesiątych. Apostezjon z części pierwszej to społeczeństwo dostatnie, rozwinięte technologicznie, a Apostezjon z “Rozpadu…” to miejsce gdzie karierowicze pną się po szczeblach władzy, Zespół Ekspertów to banda starych dziadów, która osiągnęła dobrobyt kosztem obywateli i nie ma zamiaru się nim dzielić. W “Rozpadzie…” młodzież działa w Lidze Młodych Entuzjastów, jest mowa o gospodarce centralnie sterowanej, o konflikcie z sąsiadami wyspy. Wyścig zbrojeń, bazy na Księżycu produkujące śmiertelną broń, funkcjonariusze tak zwani Technicy Bezpieczeństwa, czyli tebecy (!) chodzący z dużymi, białymi gumowymi pałkami. Plotki wypowiadane szeptem i bełkot oficjalnych organów informacyjnych. Ten Apostezjon znacznie różni się od tego z pierwszej części, choć według akcji z powieści nie minęło zbyt dużo czasu.

Akcja drugiej części krąży wokół Ośrodka Resocjalizacyjnego wykorzystującego podczas “terapii” i “leczenia” jednostek zdemoralizowanych metody “naturalne” bez wspomagania środkami farmakologicznymi. Opis metod stosowanych w Ośrodku stanowi najmocniejszą stronę książki. Psychomanipulacje, tortury psychiczne i fizyczne stosowane by złamać psychikę „pacjenta” zostały opisane dość sugestywnie i z dużą znajomością tematu.

O fabule w skrócie: śledzimy losy kilku bohaterów. Długiego, który pojawił się w „Wirze…” jako przemytnik i specjalista do wszystkiego, a w „Rozpadzie…” trafił do Ośrodka, gdzie na jego przykładzie obserwujemy metody resocjalizacji. Drugim bohaterem jest młody Jorgen. Chłopak z zacięciem ideologicznym, który działa w Lidze Młodych Entuzjastów, był w księżycowej bazie, ale przez swoją nadgorliwość narobił sporo szkód i mało co nie spowodował skandalu międzynarodowego. Jorgen rozpoczyna praktyki w Ośrodku Resocjalizacyjnym profesora Nemeczki z poczuciem misji. Jorgen to idealny przykład obywatela poddanego indoktrynacji. Ślepo wierzy w ideały Apostezjonu, wykonuje bez wahania każde zarządzenie władz i nigdy, ale to przenigdy nie kwestionuje poleceń przełożonych. Praktyka w Ośrodku sprawi, że z młodego, głupiego i pozbawionego wątpliwości idealisty przeistoczy się w młodego, głupiego idealistę z dużymi wątpliwościami. Jest jeszcze Claire, która jest prawą ręką profesora Nemeczki. Piękna dziewczyna o tragicznej historii. Poznamy również bliżej profesora Nemeczkę, który raczej nam do gustu nie przypadnie. Kulminacyjnym momentem w książce jest powstanie Strefy, w której część temporystów i zwykłych obywateli przez pewien czas żyła poza zasięgiem władz Apostezjonu.

Podobnie jak w części pierwszej nie znamy daty, w której dzieje się akcja. Możemy przyjmować, że to połowa dwudziestego pierwszego wieku. Już wspomniałem, że Apostezjon z „Rozpadu…” to inna wyspa niż z „Wiru…”. Wszędzie widać degrengoladę i beznadziejność systemu. Przemytnicy i lokalni producenci sprowadzają i produkują alkohol, narkotyki i inne używki, które cieszą się wielkim powodzeniem wśród prominentów i decydentów. Infrastruktura i gospodarka są w opłakanym stanie, syntetyczne jedzenie smakuje straszliwie, a rarytasem są potrawy naturalne. Zespół Ekspertów koncentruje się na wewnętrznych rozgrywkach, Służby Specjalne mają ogromne uprawnienia. Wszystko da się załatwić, jeśli ma się znajomości. Ośrodki Resocjalizacyjne to miejsca, w których skutecznie niszczy się jednostki zbuntowane.

Książka przez swoje proste i niczym niekryte nawiązania do socjalistycznej rzeczywistości PRL-u nie ma w sobie nimbu tajemniczości. Nic dziwnego, że ówczesna cenzura miała z nią kłopot. Analogie są dość oczywiste. Wielka Zmiana, podczas której liczba ludności Apostezjonu zmniejszyła się o połowę, a stary porządek świata runął w gruzy. Czarny Batalion owiany złą sławą podczas działań prewencyjnych bezlitośnie rozprawiający się z przeciwnikami systemu. Tebecy noszący białe pałki i wybierani do pracy ze względu na niski iloraz inteligencji. Brutalni i okrutni. Oficjalna propaganda chwaląca osiągnięcia Apostezjonu, a oczerniająca resztę świata. Ziemia podzielona na wrogie obozy. W „Rozpadzie…” profesor Nemeczko wspomina swoje dzieciństwo i wizyty w wielkich gmachach, w których palono ogromne ilości świec woskowych, a atmosfera była podniosła. Mnóstwo jest takich mało wyrafinowanych odniesień do rzeczywistości współczesnej pisarzowi. Drażniło mnie to trochę. Co nie znaczyło, że książkę czytało się źle, ale te nachalne wręcz analogie irytowały. Aha, a po głównym bohaterze z „Wiru…” ani widu, ani słychu.

Wnuk – Lipiński świetnie opisuje metody prania mózgów, psychiczne tortury. Złamać można każdego, wystarczy odpowiednia ilość czasu, cierpliwość, okrucieństwo i wyrachowanie. Wszystko to podlane sosem naukowego bełkotu i w efekcie Ośrodki Resocjalizacyjne opuszczają ludzie, którzy nigdy w swoim życiu nie podniosą ręki na władzę. Nawet jeśli władzy nienawidzą i w głębi duszy pragną jej zniszczenia to już nigdy nie podejmą się próby oporu. Władza ma gdzieś czy ktoś ją kocha czy nienawidzi. Ważne aby był posłuszny. Istnienie Strefy, która jest oazą innego porządku na Apostezjonie doprowadzi do ludobójstwa. System nie interesuje się w jaki sposób żyją ludzie w Strefie, ważne, że żyją inaczej niż chce tego władza. To już jest wystarczający powód do podjęcia drastycznych kroków.

Apostezjon jest społeczeństwem zaprojektowanym odgórnie. Każda dziedzina nauki miała swój udział w tworzeniu owego „idealnego” państwa. Dzieci nie są wychowywane przez rodziców, ale przez państwo. Wśród normalnych obywateli nie ma małżeństw z dziećmi. Jeśli jakaś para się pozna i chce zawrzeć kontrakt na związek i mieć z niego potomstwo ich genotypy muszą być dopasowane. Inaczej potomstwa nie będzie.

Lipiński również pisze o nowym narkotyku o niezbyt wymyślnej nazwie „drug”. Jazda po nim jest nieziemska, a człowiek może dostąpić „łaski” zobaczenia przyszłości. „Druga” zażywają wszyscy. Jest jedyną ucieczką od szarej rzeczywistości.

Jest oczywiście promyk nadziei w ludziach, którzy przeciwstawili się systemowi i stwierdzili, że wolność będzie zawsze tam gdzie oni, że do powstania strefy wolności wystarczy grupka przyjaciół oddanych sprawie.

Nigdy nie dowiem się jaką wizję Apostezjonu miał autor, gdy kończył „Wir…”. Wydaje mi się, że zupełnie inną niż to co napisał w „Rozpadzie…”. Uważam, że wydarzenia w Polsce mocno wpłynęły na twórczość pana Edmunda. Co dla mnie z perspektywy czasu również wpłynęło znacząco na odbiór książki.

„Rozpad…” to dobra książka i czytało się ją świetnie. Jednak moim zdaniem w porównaniu do „Wiru…” zdecydowanie bardziej się zestarzała. Za mało w niej było szczegółów dotyczących Apostezjonu. Ja lubię jak świat powieściowy jest mocno zarysowany, rozbudowany, a historia świata brzmi w miarę wiarygodnie. W „Rozpadzie…” brakowało mi tego. Ale muszę przyznać, że opis pracy Ośrodka Resocjalizacyjnego to mistrzostwo.

Janusz Zajdel “Paradyzja”

 

zajdel

Zastanawiam się jak pisać o Zajdlu? Czy podchodzić z nabożną czcią do pisarza, który stawiany jest na równi z Lemem przynajmniej jeśli chodzi o rozwój polskiej literatury fantastycznej? Czy może zrównać z ziemią jego dorobek, który nie oparł się próbie czasu i dziś jest li tylko zatęchłym zbiorem słów?

A może pisać, że Zajdel wciąż się podoba, wciąż przykuwa uwagę i interesuje. Interesuje na wiele sposobów.

Jedną z najczęściej wymienianych cech pisarstwa Zajdla jest jego umiejętność obchodzenia cenzury, doskonałe ukrywanie aluzji do i krytyki z ówczesnego systemu. Ci, którzy przeczytali „Paradyzję” ze zdumieniem powtarzają słowa, że nie mogą uwierzyć jakim cudem książka przeszła przez sito cenzury. Uderzające jest w niej właśnie nakreślenie życia w systemie totalitarnym, zmuszającym ludzi do bezwzględnego posłuszeństwa. Posługującym się wszędobylskimi kamerami, mikrofonami, czujnikami, by inwigilować społeczeństwo niby dla jego dobra. Analogii do realiów PRL mnóstwo (może poza tą rozbudowaną techniką i elektroniką).

Troszkę o fabule, jeśli ktoś nie zna. Pochodzący z Ziemi pisarz Rinah Devi ma niebywałą okazję zwiedzić Paradyzję, największy sztuczny twór w kosmosie. Planetę zbudowaną na orbicie świata Tartar, który okazał się zbyt niegościnny dla ziemskich kolonistów. Sztuczny świat, który od początku do końca został zaprojektowany i stworzony przez ludzi i dla ludzi, miejsce życia stu pięćdziesięciu milionów mieszkańców, którzy twierdzą, że żyją na najlepszym ze światów. Rinah Devi musi porzucić ziemskie przyzwyczajenia, ziemskie nawyki i przekonania, gdyż wkroczył do czegoś tak niezrozumiałego dla istoty urodzonej na Ziemi, że wielu rzeczy musi się uczyć  od nowa. Zwiedzając Paradyzję, rozmawiając jej mieszkańcami, obserwując ich zachowanie Rinah Devi dochodzi do przerażających wniosków i odkrywa oszustwo, które od stu lat wpajane jest kolejnym pokoleniom paradyzyjczyków (? -> ten znak zapytania to refleksja nad tym czy dobrze odmieniłem).

Tyle o fabule, która jest tylko pretekstem do pokazania mechanizmów rządzących społeczeństwem Paradyzji.

Poniższy fragment odsłania bardzo sporą część książki, dlatego jeśli ktoś nie czytał niech lepiej przeskoczy dalej.

Primus: wszechobecna inwigilacja elektroniczna. Kamery, podsłuchy, latające kamerki,  czujniki ruchu, przezroczyste ściany. Identyfikatory noszone przez cały czas, dzięki którym doskonale znana jest lokalizacja każdego obywatela. To wszystko towarzyszy paradyzyjczykom na co dzień. Wszystko dla ich bezpieczeństwa. W końcu mieszkają w stalowej  puszcze zawieszonej w próżni, a każda najdrobniejsza rzecz może skończyć się tragedią dla całego świata.

Secundus: System zarządzający tą całą siecią inwigilującą. System komputerowy rozbudowywany przez lata, wciąż uczący się nowych algorytmów, wychwytujący podejrzane słowa, gesty, zachowania. Logiczny, racjonalnie „myślący”, „bezstronny”. Na Paradyzji nie ma donosów, nie ma szpiegów, nie ma procesów o zdradę. Wszystko jest nagrywane, przetwarzane i oceniane. Kto podpadnie traci punkty SC. A SC to trzecia rzecz składająca się na skomplikowany system społeczny Paradyzji.

Tertius: SC – to punktacja określająca status obywatela w danym momencie. Polega ona na systemie kar i nagród. Za każde zachowanie przyznawana jest określona liczba punktów karnych lub dodatnich. Liczone jest wszystko. Oglądanie telewizji to punkty na plus, oglądanie telewizji z zamkniętymi oczami to punkty na minus. Ludzie cały czas myślą tylko o swoich punktach, gdyż ich niska liczba może ich skazać na pracę w kopalniach Tartaru. Przy liczeniu punktów nie ma rywalizacji między obywatelami. Nie można nikomu „podłożyć świni” System wszystko widzi i nie dałoby się ukryć celowo robionych świństw. A kopalnie Tartaru są niczym łagry lub gułagi (analogia jest oczywista). Dlatego każdy myśli o swoich punktach SC (nie będę rozwijał skrótu, znajdziecie rozwinięcie w książce).

Quartus: propaganda sącząca się z telewizji, oficjalnych rządowych programów i ogłoszeń, prasy, literatury, szkolnictwa. Propaganda nienawiści do Ziemi, propaganda sukcesu w wydobywaniu zasobów naturalnych Tartaru, za które Paradyzja kupuje niezbędne do przetrwania produkty. Nachalna, prostacka i wszędobylska ta propaganda jest.

Quintus: społeczeństwo Paradyzji jest niepiśmienne. Wszystkie książki, prasa, ogłoszenia podawane są w formacie audio lub audiowizualnym. Nie ma papieru. Niewielu potrafi odcyfrować alfabet, ale to tylko dzięki napisom na ziemskich produktach. Oczywiście brak papieru ma swoje uzasadnienie. Papier jest łatwopalny, a na stacji kosmicznej, którą w istocie Paradyzja jest pożar może być przyczyną katastrofy. Nie zmienia to faktu, że społeczeństwem niepiśmiennym jest łatwiej manipulować.

Można już czytać z powrotem.

Fenomen języka kojarzeniowo-aluzyjnego, zwanego popularnie koalangiem, polegał na tym, że używający go ludzie nie usiłowali kryć treści wypowiedzi przed postronnym żywym uchem. Kamuflaż służył jedynie ogłupieniu elektronicznych uszu systemu komputerowego, dla którego zdania koalangu były niewartym uwagi bełkotem[…]

Jest jeszcze w książce mnóstwo smaczków, które sprawiają, że czyta się ją znakomicie. Otóż mieszkańcy Paradyzji w ciągu pokoleń wykształcili wiele sposobów radzenia sobie z System, który choć wszędobylski, niezawodny i w większości przypadków nieomylny jest tylko Systemem komputerowym i obce są mu pojęcia abstrakcji, groteski, wyobraźni. Całe mnóstwo działań zmierzających do oszukania systemu świadczy o ogromnej zdolności przystosowawczej ludzi. Na przykład ludzie przekazują sobie wiadomości posługując się językiem przypominającym poezję awangardową. Język ten nazwany został językiem kojarzeniowo – aluzyjnym.

Zajdel za „Paradyzję” otrzymał Nagrodę Fandomu polskiego tzw. „Sfinksa”, a nagroda ta po jego śmierci nazwana została jego (Zajdla) imieniem. Prawie trzydzieści lat minęło od premiery książki, a czyta się ją znakomicie. Zajdel potrafił doskonale opisać społeczeństwo systemu totalitarnego, w którym władza oszukuje obywateli, że jest dobrze, a obywatele oszukują władzę, że jej wierzą. Opisując język kojarzeniowo – aluzyjny sam użył go w swojej powieści do opisania otaczającej go wtedy rzeczywistości.

Zajdel antycypował podobnie jak Orwell wszędobylską inwigilację, służącą jako jedno z narzędzi aparatu ucisku. Dziś taka inwigilacja dzieje się na naszych oczach. Zajdel pisał o inwigilacji jako narzędziu narzuconemu przez rząd, a obecnie wielu ludzi z własnej woli oddaje swoje prawo do prywatności w imię wygody, bezpieczeństwa i tym podobne. Przykładów daleko nie trzeba szukać. Ja zdaję sobie sprawę, że moje działania w sieci nie są anonimowe, ba! Wiem doskonale, że praktycznie wszystko można sprawdzić, ale jestem zbyt leniwy, by coś z tym zrobić. Czytałem o okrytej złą sławą sieci Tor, nawet chciałem ją sobie przetestować, ale okazało się, że korzystanie z niej będzie wymagało ode mnie zrezygnowania z moich przyzwyczajeń. Dlatego gdy coś mi się stanie w Sieci mogę winić tylko siebie.

Nawiązania do książek Orwella, Huxleya czy też Zamiatina wydają się być oczywiste i nie wymagające głębszej analizy. Zajdel “pisarzów” znał i czerpał z nich inspirację dodając do siebie niepowtarzalną atmosferę, którą mógł oddać tylko ktoś żyjący systemie socjalistycznym.

Ciekawe jak Zajdel patrzyłby na dzisiejszą rzeczywistość, na tę wszechobecność kamer monitoringu, smartfony z GPS, Internet, drony, czy też, kurwa szpiegujące ludzi liczniki elektryczne  (link). Wydaje mi się, że miałby ogromne pole do popisu, by po swojemu zanalizować nasze społeczeństwo. I jego diagnoza byłaby chyba niezbyt pochlebna.

“Paradyzji” nie czytałem wcześniej, znam za to większość książek Zajdla czytanych jeszcze w licealnych czasach. Będę musiał sobie je odświeżyć:)

W 1986 roku nakręcono ekranizację “Paradyzji”. Chciałbym ją zobaczyć, niestety na Youtubie jest tylko mały fragment:

Mikołaj Łoziński “Książka”

Mikołaj Łoziński "Książka"

Mikołaj Łoziński "Książka"

Laureat „Paszportu Polityki” w dziedzinie literatura za 2011, to już  powinno mi coś mówić. Rozchwytywany pisarz młodego pokolenia. To również powinno mi coś mówić. Autor „Reisefieber” to też powinno mi coś mówić. Powinno mówić, a nie mówi, psia jego mać! Ignorancją się wykażę i przyznam do indolencji czytelniczej. Nie znałem i nie słyszałem nazwiska Łoziński w kontekście „pisarzowania” do czasu, aż przeczytałem, że wyżej wspomniany literat dostał „Paszport” Polityki. Ale  za to nazwisko Łoziński poznałem dzięki ojcu pana Mikołaja Marcelemu, który jest reżyserem i którego dokumenty oglądałem kiedyś tam. Jeden szczególnie mnie zachwycił. Linka wrzucę Wam na końcu wpisu.

Pan Mikołaj (rocznik 1980), napisał książkę o tytule „Książka”. W tej książce o tytule „Książka” autor przybliża nam historię swej rodziny. Historię rodziny na tle wielkich wydarzeń dziejowych oraz zwykłej, szarej codzienności PRL. Robi to przy pomocy przedmiotów codziennego użytku oraz krótkich historii. Owe przedmioty są powiązane z wydarzeniami, które na łamach książki o tytule „Książka” opisuje nam autor. Fragmentarycznie i zupełnie nie chronologicznie poznajemy członków rodziny pana Mikołaja. Ojca, matkę, babcie i dziadków. O każdym możemy się dowiedzieć czegoś interesującego. Autor nie opowiada nam jednak wszystkiego. Przypomina to trochę podglądanie kogoś przez dziurkę od klucza. Niby coś widzimy, ale obszar jaki dostrzegamy nie jest zupełny i nie daje nam możliwości zobaczenia całości.. Książka o tytule „Książka” nie jest żadnym reportażem odsłaniającym mroczne i brudne tajemnice rodziny Łozińskich. Choć wiele w niej historii bolesnych, smutnych i tragicznych. Książka o tytule „Książka” jest wędrówką w czasie i przestrzeni, gdzie poznajemy pogmatwane losy bliskich autorowi osób.

Książkę o tytule „Książka” czytało mi się bardzo dobrze, szybko i miło. Jednak pozostał jakiś niedosyt. Nie do końca wiem z czym on jest związany. Owo uczucie jest bliżej nie określone i nie pozwala się schwytać w okowy słów. Uważam książkę o tytule „Książka” za interesującą, poprawną i dobrą, lecz nie powalającą na kolana. Wrażenia jak najbardziej pozytywne, tylko to uczucie gdzieś swędzi i nie pozwala w pełni odczuwać uczucia zachwytu.

Aha, i czasem zupełnie gubiłem się i nie wiedziałem, o kim czytam. Czy o babci ze strony mamy, a może o sąsiadce z naprzeciwka. To jednak był tylko drobny mankament. Fajnym pomysłem były prośby członków rodziny o opisanie czegoś lub kogoś, lub kategoryczne zakazy pisania o pewnych sprawach. Nadały książce o tytule “Książka” rys naturalności i realizmu.

Teraz obiecany link do filmu ojca Mikołaja Łozińskiego. Dokument nazywa się „Wszystko może się przytrafić”. Głównym bohaterem jest najmłodszy brat Mikołaja Łozińskiego Tomek, który w parku zaczepia starszych ludzi i z nimi rozmawia. Pełen ciepła, dziecięcej naiwności zderzonej z doświadczeniem starych ludzi. Momentami radosny, momentami smutny. Bardzo dobry. Polecam gorąco. W powiązanych dalsze części: