Stephen King “Under the dome” (“Pod kopułą”)

king

Zdałem sobie przed chwilą sprawę, że nie pisałem o żadnej książce Kinga na moim blogu, ale na pewno wielokrotnie o nim wspominałem. Dziwne to, bo pana Stefana to ja namiętnie czytywałem w liceum i trochę mniej namiętnie na studiach. Aha! Wcale to nie dziwne, bo gdy ja byłem w liceum to Internet był na kartki lub na modemy, a ja nie miałem własnego modemu:( Dobra nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i czas opowiedzieć Wam o książce Kinga „Pod kopułą”.

Zacznę od wyznania, że to kolejna książka napisana po angielsku, którą przeczytałem! Nigdy nie myślałem, że będę w stanie czytać książki po angielsku, moim marzeniem jest też zacząć czytać książki po niemiecku, ale do tego baaardzo długa droga. Miałem więc styczność z oryginałem.

Dodatkowo nie zdawałem sobie, że to jest taka cegła, bo czytałem ją na Kindlu i znów urządzenie Amazona zaburzyło mi odczucia czytelnicze, bo ominęło mnie odczuwania ciężaru historii jaką King spreparował.

King książkę zaczyna pierdolnięciem, idzie więc za radą Alfreda Hitchocka, który mawiał, że „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.” Bo rzeczywiście kilkanaście pierwszych stron to bezlitosny opis tragicznych zgonów, gdzie nawet biedny świstak z nadwagą nie zostaje oszczędzony. Atmosfera gęstnieje (dosłownie i w przenośni), bo miasteczko Chester’s Mill zostało otoczone niewidzialną barierą, która praktycznie nie przepuszcza powietrza, a ciągnie się na wiele kilometrów w górę i w głąb ziemi. Zadziwiający jest również fakt, że bariera idealnie odzwierciedla wytyczone przez człowieka granice administracyjne miasteczka. Wszyscy Amerykanie zakrzyknęli: what the fuck! A ci uwięzieni pod kopułą dodatkowo wzywali pana Boga nadaremno. Nawet amerykańska armia i amerykańscy naukowcy nic nie byli w stanie zrobić!

Wspomniałem, że atmosfera gęstnieje? Oj gęstnieje jak na posiedzeniu rządu w sprawie budżetu. King przedstawił nam całą masę bohaterów, mieszkańców małego miasteczka żyjących swoim życiem, którzy nagle zostali zamknięci niczym mucha pod szklanką. Łapaliście kiedyś tak muchy? Lub inne owady? Ja łapałem i z chorą fascynacją przyglądałem się jak tłuką się o brzegi szklanki. Mamy więc postacie nikczemne i bohaterskie, życzliwe i wywołujące odrazę. Radnego miejskiego, któremu zamarzył się sen o wielkości, bohatera wojennego, który chciał tylko smażyć burgery i mieć święty spokój, fanatyka religijnego i pastorkę (po polsku to jest?), która w Boga już nie wierzy. Ogólnie cały przekrój małej społeczności. To wszystko wrzucił King do tygla, a raczej umieścił pod kopułą i zamieszał. Jest krwawo, ludzie giną co chwila i ogólnie cały czas coś się dzieje, aż do samiuśkiego końca.

Ulubiony motyw Kinga czyli ludzie z małego miasteczka na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych postawieni przed sytuacją nie z tej ziemi, paranormalną i wywołującą przerażenie tutaj nabrał jeszcze większej intensywności, gdyż całe to miasteczko jest zamknięte, nie ma szans ucieczki, a mieszkańcy są skazani na siebie. Intensyfikacja doznań, emocji i uczuć jest silna. Jest krwiście i trup ściele się gęsto.

Muszę napisać, że jednak w pewnym momencie byłem już znużony, gdyż tak naprawdę wszystko rozegrało się może w połowie książki – to znaczy bohaterowie zostali przedstawieni i nam czytelnikom i sobie nawzajem. Doskonale było wiadomo kto jest dobry, a kto zły i teraz tylko można było ewentualnie zgadywać kto zginie i jaką śmiercią. Trochę to męczyło,  jednak nie na tyle, by nie chcieć dowiedzieć się co będzie dalej i jakie nowe męczarnie zgotowała Kopuła mieszkańcom Chester’s Mill. A zgotowała sporo.

King pisze prostym językiem nie miałem problemów ze zrozumieniem. Zauważyłem, że ma kilka ulubionych słów i zwrotów, które wciska wszędzie. Jak refren piosenki Jamesa Mcmurtry’ego „It’s a small Town” (wrzucę ją na koniec wpisu). Angielski Kinga jest na poziomie zrozumiałym dla Charliego. Oczywiście nie mogło się obyć bez słownika, bez Urban dictionary, gdyż było mnóstwo związków frazeologicznych, powiedzonek, których za Chiny ludowe nie mogłem skumać od razu. A sprawdzanie w słowniku poszerzyło mój zasób słów w języku “angielskiem” :)

Krótkie podsumowanie, bo rozpisywać się nie lubię – to King jakiego znamy, jeśli go czytamy. Ze swoimi popkulturowymi wstawkami, z bohaterami, którzy są z krwi i kości i do szpiku tych kości amerykańscy. Republikanie, demokraci, “rednecki” i wojskowi. Jest śmierć, jest groza, jest lęk przed nieznanym, ale również przed innym człowiekiem, przed sąsiadem, który w momencie zagrożenia może stać się Twoim śmiertelnym wrogiem. Jest trochę metafizyki i moralności, zwłaszcza w zakończeniu, które jest niczym z kina familijnego. Napisałem wcześniej o znużeniu podczas lektury, lecz nie było to znużenie pokroju: Dżizas, ależ on pierdzieli, kiedy to się wreszcie skończy! Tylko raczej coś w stylu: no dalej panie King, ja już wszystko wiem, pokaż co jeszcze mogłeś tutaj dodać. I King dodawał.

Ja z lektury jestem zadowolony.  Może nie zachwycony, ale cieszę się, że książkę przeczytałem. Zwłaszcza, że lekturę rozpocząłem ze względu na serial, który już miał swoją premierę w Stanach. Chcę obejrzeć serial i porównać z książką, bo materiał na dobry, wciągający serial z tej książki jest idealny.

Wspomniana piosneczka (zresztą w książce jest wspominana cała masa innych piosenek, które muszę sobie sprawdzić):

3 thoughts on “Stephen King “Under the dome” (“Pod kopułą”)

  1. Jak to się złożyło, że czytaliśmy to samo jednocześnie, i też poprzez Kundelka? Metafizyka:) No może nie aż tak, bo ja czytałem po polsku, a tylko niektóre fragmenty w oryginale, m.in. rozdział napisany z perspektywy pieska pani dziennikarki (pamięta ktoś Ein’a z legendarnego anime Cowboy Bebop?). Chyba każdy znający Kinga po przeczytaniu książki miał takie same odczucia jak Charlie: ambiwalencja. Jak toto ocenić? Książka to cegła. Jednych taki rozmiar może odstraszyć, innych zachęcić. Mimo to, King potrafi przytrzymać czytelnika tymi swoimi małymi, nieuczciwymi sztuczkami, no i tworzeniem bohaterów przypominających budowę cepa. Mamy więc herosów i heroiny, których można, a nawet trzeba polubić i takich bohaterów, którzy podnoszą nam ciśnienie i aż chciałoby się znaleźć na takiej, siakiej, owakiej stronie i co bardziej irytującemu przyp… To duży plus książki i tak na prawdę… prawie jedyny. Mamy sympatycznego lewicującego weterana wojny w Iraku (tzn. misji stabilizującej), sympatyczną panią dziennikarkę o prawicowych poglądach, sympatyczną grupkę 13-letnich skaterów, super cool asystenta medycznego, bardzo tajemniczą postać Kucharza (połączenie opętanego średniowiecznego alchemika z biblijnym prorokiem) i tak dalej i tak dalej. Co w tej książce jeszcze jest ciekawe, to sam pomysł, jakby żywcem wyjęty z eksperymentu Filipa Zimbardo, no i powolne zawiązywanie akcji, która w pewnym momencie (całe szczęście, że pod koniec) robi wielką kupę. Wielką, śmierdzącą kupę, która wykrzywia nam twarz w malującym się żałośnie geście zapytania: “Na prawdę Stephen? Na prawdę? Czy do jasnej, ciasnej, to ma być zakończenie? Steve, dlaczego??!!” Jednym słowem 6/10 i wydaje mi się, że dobry sparing przed następnymi projektami Kinga, który chyba chce wrócić do dobrej formy. Pora sięgnąć po Joyland, więc zobaczymy. Mam nadziej, że zachęciłem do sięgnięcia po książkę, a Charliemu dziękuję za udostępnienie spamerowi miejsca. :D:D

    • Ależ nie ma potrzeby dziękować za miejsce:)

      I nic dodać nic ująć. Choć ten “Joyland” jakoś tak mi nie leży. Na podstawie tego co poczytałem w sieci, ale kto wie.

      Prędzej sięgnę po “Dallas 63”.

  2. Dallas ’63 polecam z czystym sercem. Pomysł świetny, w kilku momentach książka może zmrozić krew lub też ucieszyć (jeśli ktoś przechytrzy Kinga i uda mu się przeczytać te nastrojowe fragmenty za dnia – ja wtedy mówię w myślach “figa z makiem Steve, nie tym razem!” :D). O zakończeniu może nie będę się rozwodził. :)
    Joyland czeka mnie w oryginale, ale skoro King wraca tematyką do lat ’70, czyli powiedzmy to szczerze – jego debiutanckich i najlepszych lat, to może zaskoczy pozytywnie. Nawet jeśli nie to mam do przeczytania The Shawshank Redemption na podorędziu – jakby moja babcia powiedziała.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Connect with Facebook