Stanisław Lem “Bajki robotów”

Sowiecki robot. Źródło: http://weird-vintage.com/post/52082975778/this-robot-normally-appeared-in-a-local-russian

Sowiecki robot. Źródło: http://weird-vintage.com/post/52082975778/this-robot-normally-appeared-in-a-local-russian

Cześć i czołem, guten tag kup se znak. Zacznę tradycyjnie i obrzydliwie wręcz od narzekania, że wciąż nie doganiam liczby książek przeczytanych od tych opisanych na blogu. I dlatego naprawiam ten błąd. Oczywiście zabieram się do tego jak pies do jeża, albo polityk do pracy na rzecz społeczności. Niemniej jednak będzie trochę o książce, którą czytałem w podstawówce i która bardzo skutecznie na długie lata zniechęciła mnie do Lema (do Lema zniechęcił mnie również Pilot Pirx, ale to zupełnie inna historia).

Continue reading

Czy bibliotekarzy zastąpią roboty lub automaty?

Taki oto bibliotekarz 2.0. Źródło: https://www.pinterest.com/pin/153403931029533449/

Taki oto bibliotekarz 2.0. Źródło: https://www.pinterest.com/pin/153403931029533449/

Na blogu Annoyed Librarian pojawił się ciekawy wpis zatytułowany “Rise of the Machines” wpis porusza problem automatyzacji różnych zawodów i rynku pracy w przyszłości.

Continue reading

Stanisław Lem “Niezwyciężony”

IMAG0519

I znów Lem. Tym razem w klasycznej wersji. Klasycznej do bólu, ale to nie oznacza złego bólu oj nie, nie. „Niezwyciężony” to eksploracja kosmosu w starym dobrym stylu. Rakieta ma kształty rakiety (if you know what i mean), ludzie na statku kosmicznym mają funkcje i stopnie jak w marynarce, ludzkość podbiła całkiem sporą część kosmosu i w owym kosmosie życie rozkwita jak kiedyś rozkwitło w moim pokoju w akademiku w puszcze po paprykarzu szczecińskim (przysięgam wydawało mi się, że widziałem tam miniaturowe miasta wydrążone w ziarenkach ryżu).

„Niezwyciężony” to krążownik kosmiczny, 25 piętrowa, ogromna stalowa bestyja, która eksploruje kosmos niczym załoga statku „Enterprise” z bratniego kraju kapital… ups trochę się zapędziłem.

Wracamy do eksploracji kosmosu. „Niezwyciężony” ląduje na planecie „Regis III” gdzie zaginął „Kondor” inny krążownik kosmiczny. Regis to pustynna planeta, gdzie życie jest, ale jedynie w oceanie, a na lądzie króluje piasek, tajemnicze ruiny i dziwaczne chmury z których kapie metalowy deszcz. W trakcie poszukiwań „Kondora” oraz wyjaśnienia zagadki co się stało z załogą statku naukowcy “Niezwyciężonego” dochodzą do niesamowitego odkrycia, które może odmienić los całej planety (trochę dramatyzuję, ale odkrycie jest naprawdę niesamowite). Nie będę się rozpisywał o fabule, bo uważam, że akurat w tym przypadku jest to niepotrzebne. I choć zagadka nie jest jakaś szczególnie wymagająca to jednak warto trochę pogłówkować co też naukowcy odkryli.

Niewielka objętościowo książeczka, a w niej ludzie i ich chęć dopasowywania całego otoczenia do własnych wyobrażeń, ich wieczna pasja odkrywania i ciekawość, która prowadzi czasem do piekła. Zero polityki, zero umoralniających gadek tylko czyste, twarde science – fiction z przydługimi opisami automatów i procedur lądowania, ale i tak wciąż grzejące serducho niczym atomowe reaktory silniki „Niezwyciężonego”. Lektura bardzo interesująca – polecam każdemu, kto kiedykolwiek otarł się o science – fiction. Dziwne, że ja tego nie czytałem w młodości.

Tak mógł wyglądać “Niezwyciężony”:

http://monsterkidclassichorrorforum.yuku.com/topic/2521#.UeT0EY2Syy8

Źródło: http://monsterkidclassichorrorforum.yuku.com/topic/2521#.UeT0EY2Syy8

Stanisław Lem “Powrót z gwiazd”

Żródło: http://www.book.hipopotamstudio.pl/?p=578

Żródło: http://www.book.hipopotamstudio.pl/?p=578

 Dzień dobry, jak widać jadę z Lemowym koksem dalej:)

Wyobraźcie sobie, że jesteście na statku poruszającym się z prędkością światła. Wystartowaliście z Ziemi w kierunku gwiazdy odległej o 25 lat świetlnych i sobie lecicie, dla Was mija może z dziesięć lat ziemskich lotu (gdyż większość podróży spędziliście w stanie hibernacji), ale dla mieszkańców Ziemi mija około stu dwudziestu siedmiu lat (podróż w tę i z powrotem). Przylatujecie więc na Ziemię o dziesięć lat biologicznych starsi, ale w tym czasie umarli już wszyscy, których znaliście, a ludzkość diametralnie różni się od tej, którą zostawiliście.

 „Powrót z gwiazd” to historia ludzi, których spotkało to, o czym napisałem wcześniej. Wylecieli z Ziemi, by eksplorować kosmos i powrócili na ojczystą planetę sto dwadzieścia siedem lat później. I owi astronauci mają delikatnie rzecz mówiąc problemy z przystosowaniem się do nowego społeczeństwa, które jest Inne. Przechodzą okres adaptacji, ale to nie wystarcza. Nasz główny bohater Hal Bregg postanawia rzucić się na głęboką wodę i po krótkim pobycie w ośrodku adaptacyjnym na Księżycu wyrusza na Ziemię. Na miejscu okazuje się, że architektura, moda, zwyczaje, jedzenie niemalże wszystko jest dla niego całkowicie niezrozumiałe (oprócz języka, choć ten też sprawia mu kłopot). I tak poznajemy przygody Bregga, który miota się niczym neandertalczyk w mieście 21 wieku. A my wraz z nim coraz lepiej poznajemy nowe społeczeństwo ziemskie.

Społeczeństwo, które nie zna strachu i lęku przed wojną, głodem, nędzą i ubóstwem. Wszystkiego jest w bród, jedzenie w restauracjach jest za darmo, hotele za friko, a płacić trzeba jedynie za bardzo ekstrawaganckie zachcianki. Bregg ze zdumieniem odkrywa tajemnicę tego społeczeństwa – jest to proces, który nazwany został betryzacją. Każde dziecko na planecie jest poddawane temu procesowi neurologiczno – fizjologicznemu i w ten sposób wyeliminowano agresję z ludzkich zachowań. Dodatkowo dochodzi tutaj jeszcze wychowanie i warunkowanie zachowania za pomocą hipnozy.

Lem napisał książkę o kosmosie, o samotności człowieka w ogromnej pustce, ale jednocześnie o samotności człowieka w obcym społeczeństwie. Bregg jest reliktem, który w nowym świecie jest niepotrzebny i pasuje jak wół do karocy. On i jego towarzysze nie zostali zbetryzowani więc wciąż mogą być agresywni. Dlatego stanowią zagrożenie dla stabilności społeczeństwa. Czują się jak żywe wykopaliska.

Ich rozczarowanie nową Ziemią zwiększa świadomość, że ich wysiłek, ich towarzysze podróży, którzy zginęli na misji, ich podróż przez zimną ciemność w metalowej puszce nie obeszła nikogo, poza garstką historyków. Ludzkość zrezygnowała z marzeń o sięganiu dalej niż Układ Słoneczny, chociaż ma większe niż w czasach Bregga możliwości technologiczne. Ludzie wolną bawić się, zwiedzać, spędzać czas na błahostkach. Czy to możliwe, że wraz z wyeliminowaniem agresji zniknęła odwieczna chęć ludzi poznawania coraz to nowych tajemnic, odkrywania nieodkrytego? Czy następcy Bregga stali się miękkimi lalusiami, którzy nawet fizycznie stali się drobniejsi, mniejsi i bardziej delikatni i nie mają już w sobie żadnej ikry?

„Powrót…” może być uznany za antyutopię, jednak jest antyutopią dla Bregga i jego towarzyszy, którzy nie mogą zaakceptować takiego społeczeństwa, ale zbetryzowani ludzie wydają się  być szczęśliwi. Betryzacja nie jest stała, jest to proces odwracalny i istnieje możliwość zniesienia skutków betryzacji po to, aby lekarz mógł przeprowadzić operację. Stosuje się wtedy specjalny środek „perto”, który czasowo „wyłącza” ów proces. „Perto” zażywają betryzowani nielegalnie celem wzmocnienia wrażeń i chyba uważane jest za coś w rodzaju narkotyku. Nowe społeczeństwo nie jest w żaden sposób zhierarchizowane, nie ma władzy politycznej, ambicje posiadania władzy musiały zniknąć wraz z agresją. Ludzie spędzają czas na oglądaniu czegoś w rodzaju cyfrowej telewizji na żywo, w której odgrywane są coś jakby kiepskie telenowele (jednocześnie kwitnie nauka i sztuka, a jeśli ktoś chce zdobywać wiedzę może to robić w sposób nieograniczony). Nikt nikogo do niczego nie zmusza (oczywiście poza obowiązkową betryzacją w niemowlęctwie), z której wprowadzeniem były problemy i ludzie wówczas silnie protestowali, prawie doszło do wojny. Związki między kobietami i mężczyznami są wynikiem obopólnej zgody, małżeństwa istnieją, ale nie mają raczej długoletniego stażu, aby mieć dziecko trzeba być świetnie przygotowanym psychologiem, wychowawcą, gdyż wychowanie młodej istoty to ogromna odpowiedzialność.

Każdy obywatel ma do dyspozycji mnóstwo automatów i robotów, które są bardzo zaawansowane. I na tych robotach chciałem się trochę skupić. Jest w książce fragment, w którym Bregg dowiaduje się, że produkcja robotów swego czasu osiągnęła stan, w którym roboty były nieodróżnialne od ludzi, ale jednak przestano takie roboty produkować i została ich ledwie garstka. A co jeśli roboty, „androidy” gdy miały okazję przejęły władzę i potajemnie kierują losami ludzkości? Stworzyły betryzację i jak gdyby „wykastrowały” ludzkość z ambicji i chęci eksploracji czyniąc ją miękką i podatną na kontrolę. Zastanawiam się tylko po co miałyby to robić, bo jeśli przejęły władzę to mogłyby nas łatwo zniszczyć i zaprowadzić własną cywilizację. Może kierował nimi jakiś rodzaj sentymentu?

Jest świetny fragment w książce, w którym Bregg trafia do zakładu utylizującego stare roboty. Tam wśród resztek maszyn wydaje mu się, że słyszy prawdziwe wołanie o pomoc, słyszy strach i błaganie o litość. Tak jakby roboty miały świadomość tego, że istnieją. Zresztą świat automatów i ludzi jest praktycznie rozdzielony. Automaty same siebie produkują i one same decydują kiedy już czas iść na przemiał. Ludzie nie mają  nic do gadania, bo tak jest wygodniej. Czy to nie podejrzane?

A na końcu książki Lema, ludzie, którzy przybyli z gwiazd znów mają okazję do nich wyruszyć. Czyżby to była próba pozbycia się kłopotu? Na zasadzie – polecą w chu… ekhm… bardzo daleko i wrócą za lat sto pięćdziesiąt i to już nie będzie nasz problem.

Dobra dość teorii spiskowych, ale wyobrażacie sobie spin-off „Powrotu do gwiazd”, gdzie ktoś odkrywa spisek androidów i zaczyna się walka o oswobodzenie ludzkości.To naprawdę mogłoby zaiskrzyć.

Jest kilka słabszych elementów książki zwłaszcza relacje damsko – męskie. Bregg i jego emocje oraz uczucia zupełnie do mnie nie przemawiają, są płaskie i w gruncie rzeczy nie obchodzi mnie czy on kocha czy nie kocha. Wręcz irytują te jego wynurzenia swoją infantylnością, ale to naprawdę niezbyt straszliwy mankament, choć fragmentów z emocjami Bregga jest sporo.

„Powrót…” ukazał się w roku 1960. Nie dam sobie głowy uciąć, ale Lem mógł być pierwszym, który ugryzł temat podróży międzygwiezdnych od tej strony, czyli astronautów po wielu latach powracających na Ziemię, która jest już zupełnie inna. Trochę później mamy „Planeta małp” Pierre’a Bouelle, gdzie główni bohaterzy wracają z Sorory na Ziemię i zastaną, (kto czyta ten wie co zastaną na Ziemi), a film robi to w sposób jeszcze bardziej dosłowny. Sporo później był Joe Haldeman z jego „Wieczną wojną” – gdzie główny bohater dzięki podróżom międzygwiezdnym jest świadkiem zmieniających się społeczeństw ludzkich. Jest też opowiadanie ze zbioru Karla Michaela Armera „Pustynny blues” zatytułowane „Przez wszechświat gnam, szubiduba”, w którym wojenny statek międzygwiezdny przemierza galaktykę i niszczy wszystkie planety bez wyjątku, a wraz z upływem czasu załoga pogrąża się w szaleństwie i wracają na Ziemię, a tam… Nie będę tutaj spoilerował. Wspominam o tym opowiadaniu, bo szczególnie utkwiło mi w pamięci.

Na pewno jest tego sporo więcej, ale teraz nic mi do głowy nie przychodzi.

“Powrót do gwiazd” to bardzo dobra książka, która każe się zastanowić nad tym jaki kształt mogłoby przyjąć ludzkie społeczeństwo w wyniku różnych eksperymentów. Można powiedzieć, że Lem jest prekursorem tak zwanej fantastyki socjologicznej. I jak zwykle wyprzedzał swój czas, bo to o czym on pisał może dziać się na naszych oczach. Przecież obecnie mamy możliwości co prawda prymitywnie, bo prymitywnie, ale możemy zmieniać ludzkie charaktery za pomocą środków farmakologicznych. Kastracja chemiczna, różnego rodzaju psychotropy poprawiające nastrój i tym podobne, te środki są dostępne i są używane.

Lem znów mnie zaskoczył i pokazał, że ponad pięćdziesiąt lat temu żył sobie na Ziemi, w Polsce Ludowej (!), facet który stawiał takie trafne pytania dotyczące przyszłości ludzkości. Panie Lem czapki z głów!

Harry Harrison “Wojna z Robotami”

Harry Harrison "Wojna z robotami"

Harry Harrison “Wojna z robotami”

Witajcie! Jak Wam mija lato? A może raczej jesień? Dołączę do chóru rodaków mych i powiem, że tak zje…ego lata, to już dawno nie widziałem! A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie czytam praktycznie nic! Nie czytam, choć pogoda wręcz zachęca do pochłaniania książek tysiącami. No dobra, z tym nie czytaniem to trochę przesadziłem. Coś tam czytam i coś tam nawet czasem skończę.

Młodzieńcem będąc nieopierzonym, przeczytałem wszystko, z działu science-fiction i fantastyka. Dosłownie wszystko, co było dostępne w mojej miejskiej bibliotece. I ostatnio wpadła w dłonie me, książka z lat młodości. Młodości “chmurnej i durnej”. Jak wspomniałem łykałem dział science – fiction jak Charlie Sheen wciągający kreski koki nosem. Nic więc dziwnego, że Harry’ego Harisona czytywałem również. Seria o “Stalowym Szczurze”, “Planecie Śmierci” to absolutne Must Known, jeśli chodzi o klasykę gatunku. “Wojna z Robotami” (tak jakoś z dużej litery potraktuję Roboty), to zbiór ośmiu opowiadań poruszających zagadnienie sztucznej inteligencji, oraz automatów i ich roli jeśli chodzi o ludzkość. Napisane przed pięćdziesięciu laty, mogą trochę tchnąć myszką, ale nie muszą. Harrison przedstawia roboty, takimi jakimi widzieli je twórcy s-f, właśnie w latach sześćdziesiątych. Automaty, które zbudowane są ze stali i wyglądem przypominają Robota z okładki. Albo Bendera z “Futuramy”:

bender

Bender

Trochę anachroniczne podejście do robotów, w świetle tego co zaserwowało nam science – fiction, od czasu wydania książki Harrisona. Co nie zmienia faktu, że osiem opowiadań czyta się z przyjemnością. Napisane są z humorem, lekkim językiem. Mamy więc opowiastkę o bezrobotnym robocie szukającym pracy, robocie policyjnym, który zrobił porządek w marsjańskim mieście. Nie będę przytaczał tutaj wszystkich opowiadań. Powiem krótko: ja na tej mojej małej podróży w przeszłość się nie zawiodłem. A twórczość pana Harrisona, każdy szanujący się czytacz science – fiction powinien znać.

BTW- smutne jest to, że polscy czytelnicy zbiór opowiadań “Wojna z Robotami” przeczytali dopiero dwadzieścia osiem lat po ukazaniu się oryginału. Można sobie wyobrazić jak wiele myśmy mieli do nadrobienia jeśli chodzi o fantastykę. I z dumą stwierdzić, że nadrobiliśmy i to dużo. Ba! Nawet nie nadrobiliśmy – idziem za ciosem!