Jacek Sawaszkiewicz “Stan zagrożenia”

Wracam do zdjęć lajfstajlowych. Na zdjęciu (efekt atomic w pixlr.com) książka z Polski, zegarek z Chin, podstawka z Danii, kubek z Tarnowa, herbata z Chin. Niestety nie miałem nic “atomowego” w mieszkaniu – takie czasy cóż zrobisz.

Ahoj! Czołem, pół litra za stołem, drugie pół pod stołem. Staram się te moje zaległości w pisaniu o książkach nadrabiać i w dzisiejszym odcinku będzie o moim absolutnym odkryciu (co dla znawców polskiej fantastyki naukowej wcale odkryciem nie jest, i brak znajomości tego pisarza może być dla nich obrazą, ale niestety tak jest w moim przypadku – to moja pierwsza książka Sawaszkiewicza).

Continue reading

Michaił Bułhakow “Psie serce”

Cassandra z jej pieskiem Wattem, około 1902 roku. Źródło: https://flic.kr/p/qwCMXv

Cassandra z jej pieskiem Wattem, około 1902 roku. Źródło: https://flic.kr/p/qwCMXv

Już przy Diaboliadzie pisałem, że wpadłem w bułhakowski cug. Psie serce było trudniejsze do zdobycia i musiałem skorzystać z moich super umiejętności bibliotekarza i książkę wypożyczyć w swojej biblio (tak moi drodzy – każdy z Was może posiadać takie super umiejętności i wcale nie trzeba zostawać bibliotekarzem, oto magia bibliotek publicznych).

Continue reading

Michaił Bułhakow “Diaboliada”

Sponsorem dzisiejszych obrazków jest Discarding Images. Diaboł - źródło: http://discardingimages.tumblr.com/post/119098238778/full-cauldrons-speculum-humane-salvationis

Sponsorem dzisiejszych obrazków jest Discarding Images. Diaboł – źródło: http://discardingimages.tumblr.com/post/119098238778/full-cauldrons-speculum-humane-salvationis

Wpadłem moi drodzy w delikatny bułhakowowy cug. Zachwycony Fatalnymi jajami sprawdziłem co można uzyskać kilkoma kliknięciami z Wolnych lektur, co prawda Psiego serca, nie było, ale była za to Diaboliada, którą można pobrać STĄD.

Continue reading

Adrian Markowski “Sąsiady”

A tu takie zdjęcie sąsiadów z noworocznego przyjęcia. Źródło: https://flic.kr/p/xpH7m4

A tu takie zdjęcie sąsiadów z noworocznego przyjęcia. Źródło: https://flic.kr/p/xpH7m4

Adriana Markowskiego już na swoim blogu raz przedstawiałem, TUTAJ możecie przeczytać o jego poprzednim zbiorku 13 opowiadań o króliku. Dzisiaj będzie o swoistej kontynuacji tego zbiorku zarówno tematycznej jak i stylistycznej oraz narracyjnej.

Continue reading

Sławomir Mrożek “Donosy”

Mrożek z firanką na głowie, a'la dżin z baśni tysiąca i jednej nocy. Źródło: pudelek.pl

Mrożek z firanką na głowie, a’la dżin z baśni tysiąca i jednej nocy. Źródło: pudelek.pl

Moja biblioteka posiada ciekawą kolekcję książek z tak zwanego “drugiego obiegu”, czyli nielegalnych wydawnictw z okresu PRL. Książki te “drukowane” chałupniczymi metodami to literatura zakazana zarówno w PRL jak i w Związku Sowieckim. To opracowania historyczne odkłamujące zafałszowaną historię oraz publicystyka społeczno – ekonomiczna oraz literatura tak zwana “wywrotowa”. W sobotę na dyżurze odwiedził moją czytelnię bardzo sympatyczny starszy pan i poprosił o kilka książek z tej kolekcji. Jak się okazało ów pan był jednym z wielu pracowników Wydawnictwa LIBERTAS i aktywnie uczestniczył w drukowaniu i rozprowadzaniu owej podziemnej literatury. Pogawędziliśmy trochę, ja się dowiedziałem o metodach dystrybucji, wyglądzie “drukarni” i tym podobne. Po wyjściu czytelnika została w czytelni książka, a właściwie książeczka, broszura z “Donosami” Mrożka.

Czytaj dalej->

Andrzej Pilipiuk “Wampir z MO”

IMAG0628Przygoda ma z Pilipiukiem dalej trwa. Czuję, że rymuję kiepsko i żałośnie, ale przez to ego mi rośnie.

Kontynuuję książki zaczęte przed rozmową z Andrzejem Pilipiukiem. „Wampir z MO” to zbiór opowiadań z bohaterami, których poznałem w „Wampirze z M-3”. Tamta książka towarzyszyła mi w pociągu, a ta pomagała mi spędzić kilka godzin w zaciszu domowym na krakowskich Azorach, gdzie skutecznie zagłuszała świst maczet i gromkie pokrzykiwania miejscowego elementu konsumującego alkohol z akcyzą i w ten sposób przyczyniającego się do wzrostu PKB Najjaśniejszej Rzeczyposopolitej. Żartuję, żartuję. Azory są naprawdę dobrym miejscem do mieszkania. Ciach! Świiissst! AŁA! Wracając do książki. Umiliła jeden wieczór, takie jej zadanie było, które spełniła i cóż mam więcej do dodania.

Pilipiuk świetnie (moim zdaniem) wykorzystał popkulturowe motywy i zaprzągł je do swojego świata, w którym wampiry muszą sobie radzić z uciążliwymi sąsiadami przy pomocy pewnej dziewczynki wyłażącej ze studni czy też muszą się przygotować na odwiedziny wampira ze zgniłego kapitalistycznego zachodu, który przeszedł na wegetarianizm, wysysa biedne sarenki i jest degeneratem, a w dodatku się błyszczy. Cały czas oczywiście nasi nieumarli “walczą” z Wydziałem “Z” esbecji i majorem Nefrytowem pragnącym raz na zawsze zlikwidować przeczące materialistycznej i racjonalistycznej ideologii państwowej zabobony. Ta walka raczej nie jest zbyt zacięta, gdyż major nie jest w ciemię bity i zdaje sobie sprawę, że jak raz na zawsze zlikwiduje zabobony to jemu zlikwidują Wydział “Z”. Także pozwala na istnienie podejrzanego elementu w ramach statusu quo.

Opowiadanka są raz dłuższe, raz krótsze (ano taką oczywistą oczywistością Wam tu pojechałem). Książka bardzo w stylu pilipiukowym to znaczy znajdują się tutaj zarówno jajcarskie i groteskowe wersje wielu mitów na temat wampirów, na przykład krwiopijca przemienia się w coś zupełnie niespotykanego zamiast w nietoperza, czy też nagle okazuje się, że chęć zaimponowania Hrabinie z odległej Francyji w myśl zasady zastaw się, a postaw się przyniesie wielkie rozczarowanie. Mamy także ciekawe opisy praskich kiziorów, którzy wampirów nie lubią, ale ich tolerują bo to wszak swojacy z jednej dzielnicy.

Zbiorek ciekawy, nie męczy zbytnio i jest w sam raz na poprawę humoru. W tej książce moim zdaniem Pilipiuk świetnie pogrywał sobie swoimi motywami i kliszami wziętymi z popkultury. Absurd i groteska rządzą. Zresztą Pilipiuk ma dar tworzenia i opisywania sytuacji w sposób prześmiewczy, humorystyczny. Co nie znaczy, że nie przebija się w nich czasem taki śmiech przez łzy, bo skoro jest, aż tak źle to trzeba się tylko i wyłącznie śmiać.

Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow “Wielki Kombinator”

IMAG0624

Teraz jest rewolucja, nowy system się buduje – ten żyje kto kombinuje ! Tak mógłby sobie śpiewać Ostap Bender czyli tytułowy „Wielki Kombinator” hochsztapler, krętacz o zadziwiających standardach moralnych i jednocześnie cudownych marzeniach o Rio de Janerio i białych spodniach. Facet porusza się po Związku Sowieckim, istniejącym niespełna dziesięć lat i stara się jakoś przetrwać w systemie mocno piętnującym indywidualne podejście do robienia pieniędzy.

Wszelkie rewolucje, wszystkie zmiany, każde przeobrażenia te społeczne, ekonomiczne i gospodarcze są wodą na młyn dla wszelakich maści oszustów, złodziei, naciągaczy i tym podobnych osobników wykorzystujących naiwność ludzi i ich dobre chęci. Podobno głupich nie sieją, ale patrząc nawet na nasz polski grajdołek wstrząsany od czasu do czasu wielkimi finansowymi przekrętami (patrz afera Bursztynowego Złota) można sobie pomyśleć, że ludzi chcących szybko i łatwo zarobić, a którzy dają się oszukać zwyczajnie się produkuje w ilościach masowych.

Wracając do Ostapa – to postać kultowa w Rosji, jego powiedzonka, przygody i numery zna każdy obywatel dawnego Związku Sowieckiego. Jest to energiczny mężczyzna pod trzydziestkę, który pragnie zdobyć ogromny majątek i wyjechać do Rio de Janerio. W książce, którą przeczytałem tropi i śledzi urzędnika Korejkę, który także jest niezłym krętaczem, ale po zdobyciu majątku – ukrywa go i sam żyje za psie pieniądze w biedzie czekając na lepsze czasy. Ostap ma do pomocy cokolwiek dziwny zestaw towarzyszy i jeden samochód przesławną “Antylopę”, która pamięta chyba zamierzchłe początki motoryzacji.

Świetna satyra na społeczeństwo sowieckie, które w powieści wciąż żyje jeszcze tak naprawdę trybem przedrewolucyjnym i nadzieją na lepsze jutro. Wielkie czystki się nie zaczęły, Stalin nie mordował swoich obywateli milionami, chociaż o „czyszczeniu” jest mowa na kartach powieści. Groteska i absurd oraz spora dawka tak zwanego humoru sytuacyjnego i przede wszystkim celnych spostrzeżeń Ostapa Bendera, a dotyczących natury ludzkiej i świata całego to kawał porządnej rozrywki. Nie wiem dlaczego ta książka jest tak mało popularna w Polsce (albo mi się tak tylko zdaje).

„Wielki kombinator” jak głosi tekst z tyłu okładki to wydane pod tym tytułem dwie powieści Ilji Ilfa i Eugenisza Pietrowa „Złote cielę” i „12 krzeseł” – nie wiem jakim cudem, bo w książce, którą posiadam jest tylko jedna powieść i najprawdopodobniej jest to „Złote cielę”. Trochę mam żal do wydawnictwa, że wprowadziło mnie w błąd. Co do samego wydania też można mieć zastrzeżenia, bo sporo błędów na stronach książki się pojawiało. Książka została kupiona przeze mnie bardzo dawno temu, a wydanie jest z roku 1998. Mój Boże to już piętnaście lat temu!

Powieści dwóch panów ukazały się w Polsce przed wojną i po wojnie też. Na wspomnianej przeze mnie okładce znajduje się informacja, że wtedy (przed wojną) wydanie zostało ocenzurowane i nie było w nim fragmentu, w którym Bender kłóci się z polskimi księżmi, na tematy metafizyczne i teologiczne. Zresztą w książce jest dużo odniesień do Polski i Polaków.

Popularność pierwszej z powieści “12 krzeseł” można mierzyć również liczbą ekranizacji. Dwie powojenne sowieckie, jedna amerykańska, niemiecka, kubańska oraz przedwojenna (1933) nakręcona w koprodukcji polsko-czechosłowackiej, w której zagrał Adolf Dymsza. Dzięki dobrodziejstwu internetu oraz ludzi, którym się chce można obejrzeć sobie film na Youtube:

Aż się chce zakrzyknąć i zaśpiewać (na melodię “Chwalcie łąki umajone”):

Chwalcie filmy jutubowe
Kciuki w górę, soszial mediowe
Chwalcie śmieszniutkie filmiki
Gify, demoty i głupie grafiki

Tymże jakże bodajże śpiewanym pod ołtarze akcentem zakończmy  na dzisiaj. I jedno zdanie na koniec. Wprost z “Wielkiego Kombinatora”:

Godzina dozorców już minęła, godzina dostawczyń mleka jeszcze nie wybiła.

Adrian Markowski “13 opowiadań o króliku”

IMAG0503

Czasem wpadnie w moje łapki coś zupełnie niespodziewanego, coś na co sam raczej nigdy bym nie trafił. Tym razem niewielka objętościowo książeczka pana Markowskiego trafiła za sprawą koleżanki z pracy, która stwierdziła, że może mi się spodobać. I miała rację.

“13 opowiadań o króliku” to miniaturki literackie, dziejące się w bezimiennym mieście, najprawdopodobniej u schyłku PRL-u, w kamienicy, w której sąsiedzi znają się na wylot. To niewielkie kilkustronicowe historie nie z tej ziemi. Absurd, groteska, szydera i kompletny brak sensu. Za to z przewrotnym ironicznym humorem i dystansem. Nawet Wam nie będę opisywał historii, które dzieją się na kartach książki Markowskiego. Dość Wam wiedzieć, że jest niesłychanie nonsensownie oraz zabawnie. Lektura całej książeczki trwa zaledwie chwilkę. Nie wolno się zrażać jeśli chodzi o styl pisania. Dużo przecinków może trochę irytować i spowodować gubienie się w wątku, ale to naprawdę niewielki mankament.

Proste, wydawałoby się jednoznaczne słowa w książce Markowskiego stają się zaczątkiem groteskowych historii, w których rolę przewodnią gra Królik. Zarówno jako bohater i antybohater, jako przedmiot, którego jedzą wszyscy jak i żywa istota, rozumna dodajmy. Ja bawiłem się świetnie i chcę więcej. Dla mnie odkrycie miesiąca. Chcę więcej książek autora, a jest ich chyba jeszcze dwie:)

P. S. Nie mogłem nie wspomnieć, że pan Adrian jest autorem mnóstwa gier planszowych, wydawanych w latach dziewięćdziesiątych przez wydawnictwo Sfera, z Magicznym Mieczem na czele  (kto grał ten wie, kto nie grał ten jeleń). Dżizas ile to wieczorów człowiek nad tym przesiedział:)

P. S. 2 I nie wiem skąd i dlaczego, ale podczas lektury towarzyszył mi obraz królika Franka z filmu “Donnie Darko”, o ten obraz:

tumblr_mi0pbsXFBe1s3u3dco1_500

Źródło:http://www.tumblr.com/tagged/donnie%20darko%20gif

Nie jest on zupełnie związany z tematyką książki, ot Frank kojarzy mi się ostatnio dość często ze wszystkim.

Eugeniusz Zamiatin “Mamaj”

ObrazPodczas porządków na regałach  bibliotecznych trafiłem na numer 10 (195) Literatury na świecie z roku 1987.  Na okładce umieszczono informację o siedemdziesiątej rocznicy wybuchy rewolucji październikowej. Sama okładka stylistycznie nawiązuje zresztą do tamtego okresu. Z czystej ciekawości przekartkowałem ten numer. Moje zdziwienie i radość wywołał tekst Zamiatina zamieszczony w owym numerze.

Z tego co zdążyłem się zorientować, “Mamaj” ukazał się tylko w przedwojennej antologii pisarzy rosyjskich. Dlatego z chęcią przytoczę Wam ten arcyciekawy tekst.

EUGENIUSZ ZAMIATIN przełożył ZBIGNIEW PODGÓRZEC

MAMAJ

“Wieczorami na całą noc domy w Petersburgu znikają. Zamieniają się w sześciopiętrowe kamienne statki. Stają się odrębnym, sześciopiętrowym światem — rozbija taki statek kamienne fale wraz z flotyllą podobnych sześciopiętrowych światów. Migocą światła okien niezliczonych kajut rzucając odblask na kłębiący się kamienny ocean ulic. Rzecz jasna, w kajutach mieszkają nie lokatorzy, lecz pasażerowie. Niczym na statku, nikt nie jest sobie obcy, wszyscy się znają, wszyscy są obywatelami obleganej przez ocean nocy, sześciopiętrowej republiki.

Pasażerowie kamiennego statku oznaczonego numerem 40 wieczorami przemieszczali się wraz z nim po tej części petersburskiego oceanu, która na planie miasta figurowała jako Łachtyńska ulica. Osip, niegdyś portier, a obecnie obywatel Małafiejew, stał przy głównym trapie i przez okulary wpatrywał się w bezkresną dal. Fale co jakiś czas kogoś wyrzucały. Obywatel Małafiejew wyciągał z ciemności mokrych, oblepionych śniegiem ludzi i przesuwając okulary na nosie, odmierzał w ten sposób należny każdemu szacunek. Zbiorniczek, z którego on wypływał, łączyły skomplikowane przewody z okularami, a ich pozycja na nosie miała swoiste znaczenie.

Okulary na koniuszku nosa, niczym u surowego nauczyciela: pozycja ta przeznaczona była dla Piotra Piotrowicza Mamaja.

—   Piotrze Piotrowiczu, małżonka pańska nie może się pana doczekać z obiadem. Nawet tu przychodziła, zdenerwowana. Dlaczego tak późno?

Okulary wędrują na nasadę nosa i sadowią się na niej głęboko niczym w siodle: to pozycja dla tego nosacza spod dwudziestego piątego, z samochodem. Rozmawiać z nim jest niezręcznie, gdyż tytułować go „panem” nie wypada, zaś zwracać się do niego tylko „towarzyszu” byłoby po prostu głupio. Jakiego zwrotu więc użyć, by zabrzmiał grzecznie…?

 — Kogo widzę! Pan towarzysz Mylnik! Jakaś taka ohydna pogódka, panie towarzyszu… prawda?

 I wreszcie okulary wędrują jeszcze wyżej, na czoło: to na pokład statku wkracza Elizeusz Elizewicz.

— Dzięki Bogu! Czy wszystko w porządku? W futrze się pan wybrał, nie boi się pan, że zedrą? Pan pozwoli… otrzepię…

Elizeusz Elizewicz to kapitan statku: przewodniczący komitetu blokowego. To jeden z tych posępnych Atlasów, którzy przygięci, z wyrazem cierpienia na kamiennej twarzy od siedemdziesięciu lat dźwigają na barkach gzyms Ermitażu od strony ulicy Milionowej.

Dzisiaj gzyms wyraźnie ciążył bardziej niż zazwyczaj. Elizeusz Elizewicz z trudem łapiąc oddech, mówił:

— Trzeba ogłosić we wszystkich mieszkaniach… Jak najszybciej… Zebranie… w klubie…

— Boże! Elizeuszu Elizewiczu, czy coś ważnego?…

Odpowiedź była zbyteczna: wystarczyło spojrzeć na cierpieniem przeorane czoło, na przygarbione pod ciężarem obowiązków ramiona. Mistrz w manipulowaniu okularami, obywatel Małafiejew, pobiegł po mieszkaniach. Trwoga i podniecenie sprawiły, że jego stukanie do drzwi przypominało dźwięk trąby archanielskiej: ludzie drętwieli w objęciach, niczym dymki po wystrzałach armatnich zastygały spory, w drodze do ust zatrzymywała się łyżka z zupą.

A zupę jadł właśnie Piotr Piotrowicz Mamaj. Albo dokładniej: był nią karmiony przez troskliwą małżonkę. Rozsiadając się majestatycznie w fotelu, miłościwie — wszechpotężna niczym Budda — karmiła niepozornego człowieczka ugotowaną przez siebie zupą:

— Szybciej, Piotrusiu, zupka stygnie. Ile razy mam ci powtarzać: nie znoszę, gdy w czasie obiadu czytasz książkę…

— Alonko, jeszcze chwilkę… Zaraz… Przecież to jest szóste wydanie! Musisz mnie zrozumieć: szóste wydanie Duszeńki Bogdanowicza! Szóste wydanie! Rozumiesz? W dwunastym roku, za Francuzów, prawie cały nakład się spalił! Myślano, że uchowały się tylko trzy egzemplarze… A to jest czwarty… Rozumiesz? Wczoraj u antykwariusza na Prospekcie Zagorodnym wyszukałem…

Powołaniem Mamaja z roku 1917 było zdobywanie książek. Jako dziesięcioletniego chłopca z rozwichrzoną czupryną, pilnie uczącego się religii i zbierającego stalówki, karmiła go matka. Jako czterdziestoletniego chłopca z potężną łysiną, pracującego w towarzystwie ubezpieczeniowym i zbierającego książki, karmiła go małżonka.

Łyżka zupy — ofiara dla Buddy — i oto znów niepozorny człowieczek niemal natychmiast zapomina o swoim bóstwie z obrączką na palcu i delikatnie gładzi kartki książki delektując się każdym słowem, każdą literką. „Dokładnie według pierwszego wydania… Za zgodą cenzury…” Jaka wysmakowana czcionka, każda literka wyrazista…

— Piotrusiu, znowu gdzieś błądzisz myślami… Wołam i wołam, a ty ze swoją książką… Ogłuchłeś czy co: ktoś do nas puka!

Piotr Piotrowicz zerwał się i pobiegł do przedpokoju. W drzwiach — okulary na koniuszku nosa: — Elizeusz Elizewicz zwołuje zebranie. Jak najszybciej proszę stawić się w klubie.

— Ledwie człowiek weźmie książkę do ręki… A co się stało? — mówiąc te słowa łysy chłopak połykał łzy.

— Skąd mam wiedzieć. Powiedziano mi tylko, aby jak najszybciej… — Drzwi kajuty zatrzasnęły się, a okulary pomknęły wyżej…

Na statku wyraźnie działo się coś złego: możliwe, że zszedł on z kursu; możliwe, że w dnie tworzy się niewidoczna na razie szczelina, przez którą lada chwila wedrze się do wnętrza straszliwy ocean ulic. Gdzieś w górze, z prawa i z lewa, wciąż rozlega się trwożne i nerwowe pukanie do drzwi kajut. Z tonących w mroku śródpokładów dochodzą prowadzone przyciszonym głosem rozmowy. I wreszcie tupot zbiegających pospiesznie w dół nóg: byle szybciej znaleźć się w kajucie kapitańskiej, w klubie komitetu blokowego.

Tam zaś wszystko, łącznie z gipsowymi zawijasami sufitu, spowite było w nieprzeniknionych kłębach papierosowego dymu. Wysuszone przez kaloryfery powietrze zatyka dech w piersiach, ledwie słyszalny jest czyjś nerwowy szept. Elizeusz Elizewicz dał znak dzwoneczkiem, zmarszczył czoło, pochylił się, a w ciszy, jaka zapanowała, słychać było, jak napinał mięśnie — potem wyprostował się zrzucając z ramion ciężar niewidzialnego gzymsu Ermitażu wprost na głowy obecnych:

 — Panowie. Dzisiaj w nocy będzie u nas rewizja.

Zgiełk, szuranie krzeseł, w górę strzelają czyjeś głowy, palce w pierścieniach, brodawki, muszki, bokobrody. I na zgarbionego Atlasa z kłębów papierosowego dymu spada ulewa słów:

— Za pozwoleniem! To bezprawie…

— Czego będą szukać? Papierowych?

— Elizeuszu Elizewiczu, proponuję zamknąć bramę…

— Książki… najpewniejszym schowkiem są książki…

Na skamieniałym, zgarbionym Elizeuszu Elizewiczu ulewa tych słów nie czyniła żadnego wrażenia. I nie odwracając głowy (możliwe, że po prostu nie mógł jej odwrócić) powiedział do Osipa:

— Osipie, kto dzisiaj pełni dyżur na, nocnej wachcie?

I palec Osipa powoli, w grobowej ciszy wędrował po wywieszonej na ścianie tablicy dyżurów: wskazywał nie na poszczególne litery, lecz na ciężkie mamajowskie szafy z książkami.

— Dzisiaj litera M: obywatel Mamaj, obywatel Małafiejew.

— Dobrze. Weźmiecie panowie rewolwery — i w przypadku, gdyby ktoś bez nakazu…

Kamienny statek oznaczony numerem 40 szedł kursem ulicy Łachtyńskiej walcząc ze sztormem. Wichura targała nim na wszystkie strony, walący z nieba śnieg zaklejał migocące okna kajut, a gdzieś tam na dnie tworzyła się, być może, niewidoczna na razie szczelina. I nie wiadomo było: czy przebije się on przez ciemność nocy i dopłynie do przystani poranka, czy też pójdzie na dno.

 – Elizeuszu Elizewiczu, a gdyby tak po kieszeniach? Przecież nie będą robić osobistej…

— Elizeuszu Elizewiczu, a może schować w klozecie, w pipifaksie, co?

Pasażerowie dawali nura w kajuty. W nich zaś zachowywali się niecodziennie: jedni leżąc na podłodze wpychali coś ręką pod szafę, drudzy kierowali świętokradczą dłoń do wnętrza gipsowej głowy Lwa Tołstoja, jeszcze inni wyjmowali z ram od półwiecza rezydujący na ścianie portret pogodnie uśmiechającej się prababki.

Niepozorny człowieczek, Mamaj, stał naprzeciwko Buddy i wzrok jego uciekał przed wszechwidzącym, przenikliwym, dreszczem przeszywającym — okiem. Zupełnie nie wiedział, co ma począć z rękoma, były mu niepotrzebne: jak równie niepotrzebne są pingwinowi skarłowaciałe skrzydełka-lotki. Ręce zawadzały mu już czterdzieści lat, i gdyby nie zawadzały mu teraz — możliwe, że mógłby bez trudności powiedzieć to, co powiedzieć powinien, a tak paraliżujący go strach spowodował, że uczynienie tego było niepodobieństwem…

— Nie rozumiem: dlaczego się tak wystraszyłeś? Nawet nos ci pobladł! A nam co do tego? Przecież nie mamy papierowych… A może są u nas tysiące?

Bóg jeden raczy wiedzieć, czy gdyby Mamaj z roku 1300 miał tak samo niepotrzebne ręce i taką samą tajemnicę, i taką samą małżonkę — to czy nie postąpiłby tak samo jak Mamaj roku 1917.

Wśród panującej ciszy, gdzieś w norce, w narożniku pokoju zachrobotała mysz — tam też natychmiast skierował oczy Mamaj roku 1917, tam popędził wyobraźnię, by schowawszy się w mysiej dziurce wykrztusić drżącym głosem:

— Mam… to znaczy mamy… cztery tysiące… dwieście…

— Co? Ty masz pieniądze? Skąd?

 — Po trochu odkładałem… Z każdej pensji troszeczkę… Nie mówiłem ci o tym…

 — A więc kradłeś, co? Oszukiwałeś mnie! A ja naiwna myślałam, że do czegoś takiego mój Piotruś… Nieszczęsna!

— To na książki…

— Znam ja te książki w spódniczkach! Milczałbyś lepiej!

Dziesięcioletniemu Mamajowi matka sprawiła lanie raz tylko w życiu: gdy z nowiutkiego, właśnie nastawionego samowaru spuścił wodę otwierając kranik. Samowar rozlutował się, a kranik żałośnie zwisał stanowiąc widzialny dowód przestępstwa. I teraz po raz drugi w życiu spotykało go coś podobnego: głowa przyciśnięta ramieniem matki, opuszczone spodnie i…

I nagle sprytnym węchem urwisa Mamaj wyczuł, że cztery tysiące dwieście— niczym kiedyś żałośnie zwisający kranik — mogą być puszczone w niepamięć. Wzbudzającym więc litość głosem odezwał się:

– Mam dzisiaj dyżur na pokładzie do czwartej rano. Z rewolwerem. I Elizeusz Elizewicz powiedział, że gdyby przyszli bez nakazu…

Natychmiast gromowładny Budda przekształca się w pełną serdeczności troskliwą matkę:

— Boże! Czy oni wszyscy powariowali? Co ten Elizeusz Elizewicz wymyślił! Ani mi się waż… Nawet nie śmiej o tym pomyśleć…

— Ależ skąd… Gdzieżbym mógł… Nawet nie wyjmę z kieszeni… Chyba mogę w niej trzymać… Przecież wiesz, że nawet muchy…

To prawda: gdy Mamajowi wpadła mucha do szklanki z herbatą, wyjmował ją delikatnie, suszył ostrożnie jej skrzydełka i puszczał na wolność— niechaj sobie leci! Nie, tamto go nie przeraża. Ale te cztery tysiące dwieście… I znów ma przed sobą Buddę:

— Skaranie boskie z tobą! Gdzie teraz schowasz te swoje ukradzione — nic nie mów, proszę — ukradzione…

Książki, kalosze w przedpokoju, pipifaks, kominek od samowaru, Mamajowa czapka na watolinie, makatka z niebieskim rycerzem na ścianie w sypialni, mokry od śniegu parasol, niedbale rzucona na biurko koperta z naklejonym znaczkiem i wyraźnie napisanym adresem jakiegoś wymyślonego towarzysza Goldebajewa… Nie, tam wszędzie znajdą…

I wreszcie około północy przyszło olśnienie: schowek musi być wymyślony z psychologicznym wyrachowaniem. Tak aby szukali wszędzie, tylko nie tam, gdzie trzeba. A więc przy progu rusza się jedna z klepek parkietu. Nożykiem do rozcinania książek zręcznie uniósł drewniany prostokącik. Ukradzione cztery tysiące („nic nie mów, proszę!”) zapakowane w woskowy papier po biszkoptach (ze względu na możliwość wilgoci) spoczęły pod płytką.

Statek numer 40 sprawiał wrażenie podminowanego. Ludzie chodzili na palcach, mówili szeptem, jakby bali się spowodować wybuch. Migały światła kajut i ich blask nakładał się na ciemny ocean ulic, gdzieniegdzie tylko na piątym, na drugim i na trzecim piętrze roleta była uchylona i wówczas na jasnym tle rysowała się niewyraźna sylwetka człowieka. A poza tym panowały egipskie ciemności. Przy czym tam na zewnątrz dyżurowało dwóch ludzi i zanim się zacznie, na pewno dadzą znać. Wszędzie głucha cisza. Trzecia nad ranem. Wokół latarni nad bramą— roje maleńkich, białych muszek. Było ich bez liku, nadlatywały bez końca, przez chwilę unosiły się nad lampą i opalając sobie skrzydełka spadały w dół.

A w dole z okularami na koniuszku nosa filozofował obywatel Małafiejew:

— Jestem człowiekiem spokojnym, zgodnym i nie mogę żyć w nienawiści. Kiedyś pomyślałem sobie, może by tak odwiedzić rodzinne strony, swoje Ostaszkowo. Zajeżdżam, atu sytuacja wśród ludu wprost przerażająca. Człowiek człowiekowi — wilkiem. A ja tak nie mogę: jestem człowiekiem spokojnym.

I oto spokojny człowiek trzyma w ręku obojętnie rewolwer z sześcioma śmiercionośnymi nabojami.

— Osipie, a podczas wojny japońskiej pan nikogo nie zabił?

— To co innego. Wojna jest wojną.

— Czy bagnetem też?

— Też. Wchodzi w człowieka niczym nóż w arbuz. Najpierw skórka stawia pewien opór, później jednak idzie łatwo, jest już miąższ.

Od tego arbuza Mamajowi ciarki przebiegły po plecach.

— Za nic w świecie… Nie mógłbym…

— Niech się pan nie zarzeka! Będzie pan musiał to i bagnet pan wepchnie…

Cisza. Białe muszki wokół latarni. Nagle gdzieś daleko — niczym trzaśnięcie biczem — wystrzał karabinowy. I znów cisza, muszki. Chwała Bogu: już czwarta. Dziś nie przyjdą. Zaraz będzie zmiana wachty: czym prędzej do siebie, do kajuty spać…

W Mamajowej sypialni na ścianie niebieski rycerz z mieczem w ręku zastygł w bezruchu: odbywało się tu misterium.

Na białych, płóciennych obłokach z poduszek spoczywała pani Mamaj, majestatyczna, wszechpotężna niczym Budda. Sam jej wygląd zdawał się mówić: dziś dzieło stworzenia świata zostało przez nią zakończone i otacza ją tylko dobro. Dobrym wydawał się jej nawet ten niepozorny człowieczek, mimo tych nieszczęsnych czterech tysięcy dwustu. A wymizerowany człowieczek, z miną skazańca, stał przed łóżkiem zziębnięty, z fioletowym nosem, wyciągając do niej swe krótkie niczym pingwinie lotki, rączki.

— No, chodź już, chodź wreszcie do mnie…

Niebieski rycerz przymrużył oczy: nie chciał oglądać czegoś, co mu sprawia przykrość. Zaraz bowiem niepozorny człowieczek uczyni znak krzyża na piersiach, rączki do przodu — i niczym z trampoliny — chlup do wody głową w dół!

Statek numer 40 szczęśliwie oparł się nocnej nawałnicy i przybił do przystani poranka. Pasażerowie pospiesznie wyciągali teczki ze służbowymi papierzyskami, siatki na zakupy i, mimo Osipowych okularów, wybiegali na brzeg. Statek stać będzie na przystani tylko do wieczoru, a potem znów na ocean.

Przygarbiony Elizeusz Elizewicz przeniósł obok Osipa gzyms niewidzialnego Ermitażu i zrzucił go u jego nóg:

— Dzisiejszej nocy to już na pewno będzie rewizja. Musimy wszystkich powiadomić.

Zanim jednak nastanie noc – trzeba przeżyć cały dzień. I po dziwnym obcym mieście — Piotrogrodzie — błąkali się markotni pasażerowie. Mieście tak podobnym, a równocześnie tak niepodobnym do Petersburga, z którego rok temu odpłynęli, by zapewne nigdy już do niego nie powrócić. Zdumiewały ich tworzące się w ciągu nocy zlodowaciałe kamienne fale: pagórki i wądoły. Wszędzie kręcili się wojownicy z jakiegoś nieznanego plemienia, paradujący w dziwacznych, oberwanych płaszczach, z karabinami na sznurku, które przewieszone mieli przez ramiona. Panował też jakiś nie znany dotąd zwyczaj chodzenia w gości i zatrzymywania się na noc u znajomych: niebezpiecznie bowiem było wracać, ulice wręcz roiły się od walterskotowskich Rob Royów. A na prospekcie Zagorodnym — śnieg wyjedzony przez kropelki krwi. Nie, to na pewno nie był już Petersburg.

Po całkowicie obcym sobie Zagorodnym błąkał się bez celu Mamaj. Zawadzały mu króciutkie rączki — skarłowaciałe skrzydełka-lotki pingwina; zwisała mu żałośnie głowa niczym odlutowany kranik od samowaru; zaś na lewym zdartym obcasie tworzył się ze śniegu globus hystericus, który utrudniał każdy krok.

I nagle głowa podskoczyła mu do góry, nogi zaczęły harcować niczym u dwudziestolatka, na policzkach zakwitły rumieńce: z witryny uśmiechała się zachęcająco do Mamaja…

— Gamoniu, jak leziesz? — krzyknął ktoś z walącego mu naprzeciw tłumu czerwonogębnych postaci z ogromnymi torbami. Mamaj odskoczył, nie mogąc oderwać oczu od witryny, i gdy tylko tłum się przewalił, znów przytknął nos do szyby: a zza niej uśmiechała się zachęcająco do niego…

„Dla takiej to zdolny jesteś do wszystkiego: ukradniesz, oszukasz, popełnisz każde przestępstwo.” A z witryny wciąż uśmiechała się zachęcająco, wręcz kusząco, niemal lubieżnie książka wydrukowana w czasach Katarzyny: Opisanie cudowności Sankt-Piterburcha. Z kobiecą zalotnością zastygła w powabnym bezruchu, zezwalała na zerknięcie tam, gdzie w szczelince rozgiętych kartek nieśmiało ukazywał się błękit marmurka.

Mamaj zakochał się bez pamięci niczym dwudziestolatek. Codziennie chodził na Zagorodny i wystając przed witryną w milczeniu wyśpiewywał oczyma serenady. Nie mógł spać po nocach, co tłumaczył sobie chytrze tym, że przeszkadza mu w śnie gryząca coś pod podłogą mysz. Wychodził do pracy i każdego ranka drewniany prostokącik przy progu wbijał mu się w serce niczym gwóźdź: pod nim przecież kryło się Mamajowe szczęście, tak bliskie i tak dalekie zarazem. Teraz, gdy prawda o czterech tysiącach dwieście wyszła na jaw, nie wypada chyba stąd brać?

Po czterech dniach udręki, ścisnąwszy serce niczym wróbla w garści, Mamaj przekroczył próg księgarni na Zagorodnym. Za kontuarem siedział siwobrody, krzaczastobrwiasty Czarnomor, u którego w niewoli znajdowała się jego wybranka. W Mamaja wstąpił duch jego wojowniczego przodka: bohatersko natarł na Czarnomora.

— Panie Mamaj! Dawno nie widziałem… Odłożyłem kilka rzeczy dla pana…

Ścisnąwszy wróbla jeszcze mocniej, Mamaj z obłudną uprzejmością przeglądał książki, lecz myślał tylko o tej jedynej za plecami: uśmiechającej się do niego z witryny. Gdy wybrał w końcu pożółkły zeszyt „Teleskopu” z roku 1835, długo się targował, aż wreszcie, nie mając żadnej nadziei na obniżenie ceny, machnął ręką. Następnie zataczając koła niczym polujący lis, szperał po półkach, by wreszcie niby przypadkiem dopaść witryny i tak niby od niechcenia zapytać:

— A ta ile kosztuje?

Wróbel wyrywa mu się z garści — musi go mocniej trzymać! Czarnomor przeczesał palcami brodę. — No cóż, od pana, na dobry początek… sto pięćdziesiąt.

— Niech będzie… (Zwycięstwo! Niech biją dzwony! Niech grzmią armaty!) Dobrze… Proszę odłożyć, przyjdę jutro i zapłacę.

Teraz czekało go najstraszniejsze: podniesienie drewnianego prostokącika przy progu. Przez całą noc bijąc się z myślami Mamaj znosił piekielne katusze: trzeba, nie można, nie podobna, można, nie wolno, trzeba…

Wszechwiedzące, majestatyczne, groźne bóstwo z obrączką na palcu piło herbatę.

— Jedz, Piotrusiu, coś źle dzisiaj wyglądasz… Znów oka nie zmrużyłeś?

— Tak. Mysz.. To przez nią…

— Zostaw tę chusteczkę! Nie wykręcaj jej… Podrzesz!

— Nie podrę…

I wreszcie szklanka herbaty została wypita: nie szklanka, lecz beczka. Bezdenna beczka herbaty. Budda przechodzi do kuchni, gdzie ofiarę składa mu kucharka. Mamaj został sam w pokoju.

Tyknął niczym zegar przed wybiciem dwunastej. Zaczerpnął powietrza, chwilę nadsłuchiwał i na palcach podszedł do biurka. Wziął stamtąd nożyk do rozcinania książek. A potem niczym karzełek skurczył się przy progu, łysinę zrosił mu zimny pot, podważył nożykiem drewniany prostokąt, pogmerał nim pod spodem i… wydał jęk rozpaczy! Słysząc przeraźliwy krzyk, Budda wytoczył się z hałasem z kuchni. I gromowładna małżonka Mamaja zobaczyła u swych stóp: baniastą łysinkę, nieco niżej skurczonego karzełka z nożykiem do rozcinania książek w ręku, a jeszcze niżej — kawałeczki papieru.

— Cztery tysiące — mysz pocięła! Ucieka! Łap ją!

Okrutny, bezlitosny, niczym Mamaj roku 1300, Mamaj roku 1917 zerwał się z klęczek i z mieczem w ręku rzucił się w narożnik pokoju przy drzwiach: tam schroniła się mysz, która wyskoczyła spod drewnianego prostokącika. I krwiożerczy Mamaj przygwoździł wroga. Arbuz: w pierwszej chwili opornie, to skórka, potem łatwo — miąższ, i stop, drewniany prostokącik parkietu, koniec.”

1920

 

Tekst ukazał się w numerze 10 (195) Literatura na świecie 1987, str. 40-53

Stanisław Lem “Kongres futurologiczny”

Stanisław Lem "Kongres..."

Stanisław Lem “Kongres…”

Nie wiem co się ostatnio dzieje, ale zupełnie nie mam czasu na porządne zasiądnięcie przed moim blogiem i napisanie jednej, malutkiej recenzji z jednego długiego opowiadania pana Stanisława Lema. Na szczęście teraz piszę te słowa i czuję jak moje neurotransmitery i substancje czynne chemicznie w mózgu łączą się ze sobą w heroicznej próbie zmuszenia dwóch ostatnich szarych komórek  mego do tytanicznej pracy.

Ach! Przyszłości świetlana, ileż to dobroci od Ciebie może oczekiwać ludzkość. Nie będzie głodu, nie będzie chorób, nie będzie śmierci, nie będzie niesprawiedliwości społecznej, a każdy będzie mógł dostać własna Nagrodę Nobla! Loty ku odległym gwiazdom, zdobywanie nowych światów, walka z obrzydliwymi i bezlitosnymi obcymi. Tyle możliwości i tyle pięknych perspektyw. Oddałbym dużo, by móc zobaczyć świat powiedzmy w w roku 2089.

Ijon Tichy nie oddałby tak dużo, ale i tak dane mu było zobaczyć świat przyszłości, tyle że w 2039 (o ile dobrze pójdzie powinienem jeszcze wtedy wdychać tlen, o ile mi wątroba nie nawali, tudzież z głodu nie zemrę). Otóż pojechał on sobie na Ósmy Światowy Kongres Futurologiczny do jednej z bananowych republik w Ameryce Południowej. I tam dopadła go rewolucja ludu przeciw dyktaturze i reżimowi. I chroni się przed bembami czyli Bombami Miłości Bliźniego z kilkoma uczestnikami kongresu w kanale. Niestety i to miejsce nie jest zbyt bezpieczne. Tichy zostaje poważnie ranny i amerykańscy naukowcy postanawiają go zamrozić, z nadzieją, że ludzie z przyszłości go odmrożą i będą mogli go uleczyć. Tak też się dzieje i Tichy wędruje po praktycznie niezrozumiałym dla niego świecie, w którym ludzkość posługuje się środkami chemicznymi, by czytać, uczyć się, budować roboty, zdobywać gwiazdy, wierzyć, kochać, nienawidzić. Nie ma prawdziwych uczuć na wszelkie dolegliwości istnieje pigułka, proszek, ciecz. Wszyscy są bogaci, mogą być szczęśliwi kiedy chcą lub nieszczęśliwi kiedy im się zamarzy. Wszystko jest wspaniałe, tylko czemu tak dziwnie wszyscy sapią?

Tajemnica sapania zostaje odsłonięta Tichiemu przez innego ożywieńca z kongresu futurologicznego profesora Trottelreinera. I rzeczywistość nie wspomagana środkami halucynogennymi zrzuca wszelkie fatałaszki i…

Ale na szczęście lub nieszczęście Tichy…

Dla tych którzy nie czytali nie będę spoilerował. Dziwię się sobie, że tej książki Lema nie znałem. Przecież ten rodzaj czarnego humoru, sarkazmu i ironii odpowiada mi najbardziej. „Kongres…” to książka, która wpasowała się idealnie w me gusta i upodobania. To była ostra jazda bez trzymanki. Nie słyszałem ani też nigdzie nie czytałem, aby pan Stanisław Lem zażywał jakiekolwiek substancje halucynogenne. Opisy halucynacji Tichiego, które przeczytałem zdają się przeczyć tej powszechnie znanej prawdzie. Lem zabawnie i z dużą wprawą przekazuje nam fantasmagoryczne wizje gwiezdnego wędrowcy, który na potrzeby opowiadania stał się nie tylko futurologiem, ale również podróżnikiem w czasie.

Nie brak w tej książce mądrego spojrzenia na kondycję rasy ludzkiej. To mądre spojrzenie ukryte jest za fasadą szydery i ironii, lecz od czasu do czasu wyziera zza węgła i rzuca nam się w oczy jak spragniona spojrzeń ludzkich celebrytka.

Czasem przeszkadzało mi nadmierne nagromadzenie neologizmów, ale tylko czasem i tylko wtedy kiedy nie za bardzo wiedziałem od czegóż ten neologizm mógł pochodzić i co oznaczać.

Wizja Stanisława Lema choć podana w sposób bardzo humorystyczny i groteskowy nie jest wizją zbytnio optymistyczną. Człowiek od wieków eksperymentował z różnymi środkami chemicznymi, które pomagały i pomagają mu opuścić ten padół łez choć na chwilkę i przez określony czas pobyć w raju. Niestety taka ucieczka ma swoją cenę i to cenę bardzo wysoką. A co gdy ludzkość naprawdę będzie w stanie praktycznie idealnie oszukać rzeczywistość? Czy to już będzie koniec nasz, a może dopiero początek?

 

„Kongres…” to świetna książka, która po raz kolejny pokazuje wielkość Lema jako pisarza, jego zdolność do swobodnego operowania językiem naszym ojczystym, jego przenikliwość i mądrość oraz niebanalne i ogromne poczucie humoru. Polecam gorąco!