Co to jest? Retro zagadka fotograficzna.

Źródło: http://www.retronaut.com/2014/06/what-is-it/

Źródło: http://www.retronaut.com/2014/06/what-is-it/

Mam dla Was zagadkę:) Co przedstawia powyższe zdjęcie? Wydaje się dość przerażające. Zdeformowana twarz? Człowiek – słoń?

Continue reading

Stanisław Lem “Niezwyciężony”

IMAG0519

I znów Lem. Tym razem w klasycznej wersji. Klasycznej do bólu, ale to nie oznacza złego bólu oj nie, nie. „Niezwyciężony” to eksploracja kosmosu w starym dobrym stylu. Rakieta ma kształty rakiety (if you know what i mean), ludzie na statku kosmicznym mają funkcje i stopnie jak w marynarce, ludzkość podbiła całkiem sporą część kosmosu i w owym kosmosie życie rozkwita jak kiedyś rozkwitło w moim pokoju w akademiku w puszcze po paprykarzu szczecińskim (przysięgam wydawało mi się, że widziałem tam miniaturowe miasta wydrążone w ziarenkach ryżu).

„Niezwyciężony” to krążownik kosmiczny, 25 piętrowa, ogromna stalowa bestyja, która eksploruje kosmos niczym załoga statku „Enterprise” z bratniego kraju kapital… ups trochę się zapędziłem.

Wracamy do eksploracji kosmosu. „Niezwyciężony” ląduje na planecie „Regis III” gdzie zaginął „Kondor” inny krążownik kosmiczny. Regis to pustynna planeta, gdzie życie jest, ale jedynie w oceanie, a na lądzie króluje piasek, tajemnicze ruiny i dziwaczne chmury z których kapie metalowy deszcz. W trakcie poszukiwań „Kondora” oraz wyjaśnienia zagadki co się stało z załogą statku naukowcy “Niezwyciężonego” dochodzą do niesamowitego odkrycia, które może odmienić los całej planety (trochę dramatyzuję, ale odkrycie jest naprawdę niesamowite). Nie będę się rozpisywał o fabule, bo uważam, że akurat w tym przypadku jest to niepotrzebne. I choć zagadka nie jest jakaś szczególnie wymagająca to jednak warto trochę pogłówkować co też naukowcy odkryli.

Niewielka objętościowo książeczka, a w niej ludzie i ich chęć dopasowywania całego otoczenia do własnych wyobrażeń, ich wieczna pasja odkrywania i ciekawość, która prowadzi czasem do piekła. Zero polityki, zero umoralniających gadek tylko czyste, twarde science – fiction z przydługimi opisami automatów i procedur lądowania, ale i tak wciąż grzejące serducho niczym atomowe reaktory silniki „Niezwyciężonego”. Lektura bardzo interesująca – polecam każdemu, kto kiedykolwiek otarł się o science – fiction. Dziwne, że ja tego nie czytałem w młodości.

Tak mógł wyglądać “Niezwyciężony”:

http://monsterkidclassichorrorforum.yuku.com/topic/2521#.UeT0EY2Syy8

Źródło: http://monsterkidclassichorrorforum.yuku.com/topic/2521#.UeT0EY2Syy8

Andrea Maria Schenkel “Dom na pustkowiu”

andreaNiemiecka, zabita dechami wieś, kilka lat po drugiej wojnie światowej. Rodzina żyjąca na odludziu, niezbyt przystająca do terminów: otwarta, przyjacielska, życzliwa, towarzyska. Bardziej pasują określenia: wyobcowana, podejrzana, nieprzyjemna, skrywająca tajemnice. No i społeczność owej zabitej dechami niemieckiej wsi, w której nikt nie wściubia nosa w nie swoje sprawy, a i tak wszyscy wiedzą co u sąsiada się wyprawia. No i zbrodnia, potworna zbrodnia, krwawa jatka, rzeź, bezsensowna i okrutna. To wszystko składa się na przeczytany przeze mnie kryminał.

Na ten kryminał składa się również duża, wyraźna czcionka, prosty język, krótkie rozdzialiki poprzedzane modlitwami, prosta zagadka i wielu narratorów.

„Dom na pustkowiu” czytało się bardzo szybko, dość przyjemnie i bez żadnych fajerwerków. To dla mnie bardzo letnia książka. Ot, takie czytadełko do podusi. Mamy dość makabryczną zbrodnię z odpychającym tłem społecznym (kazirodztwo), ale to wszystko takie bez wyrazu. Choć doceniłem starania autorki z podsuwaniem coraz to kolejnych, prawdopodobnych sprawców zbrodni.

Nie piszę, że to książka zła. Przeczytałem całą i nie odniosłem wrażenia straconego czasu, ale też na pewno nie zostałem w żaden sposób powalony, oświecony, zaskoczony, zachwycony. Ciekawy zabieg z historią opisywaną przez wiele osób nie sprawił, że padłem z wrażenia na kolana.

Ogólnie może się komuś spodobać, krzywda mu się nie stanie jak przeczyta, ale też krzywda mu się nie stanie jak nie przeczyta. Taka moja recepta dotycząca lektury tej książki. Dlatego też, za bardzo się nie rozpisuję, bo nie ma o czym.

Camilla Läckberg “Księżniczka z lodu”

Księżniczka z lodu

Księżniczka z lodu

Kolejny skandynawski kryminał przeczytany przez mnie.

Zima w Szwecji musi być porą roku bardzo irytującą, uciążliwą i długo trwającą. Dlatego Szwedzi należą do narodu twardego, mocnego i wytrzymałego. Nie było łatwo im przetrwać w tym zimnie i wciąż pragnęli zwiedzać pobliskie kraje. Zwłaszcza ich program kulturalno-turystyczny z siedemnastego wieku cieszył się ogromną popularnością. Rząd szwedzki w tamtym czasie sponsorował wczasy w Polsce, Inflantach, Danii i Rosji. Wielu szwedzkich obywateli (głównie mężczyzn) korzystało z preferencyjnych kredytów, które pozwalały im zobaczyć nowe kraje, poznać lokalne kobiety (często wbrew ich woli) i ogólnie bawić się dobrze i to za grosze. Niestety szwedzki program turystyczny spotykał się z niezrozumieniem tubylców, którym przeszkadzało grabienie i łupienie miast, gwałcenie kobiet i porywanie ich do zimnej Szwecji, tudzież zabijanie tych, którzy pragnęli zwrócić uwagę rozochoconym szwedzkim turystom. Dlatego po kilkudziesięciu latach zarzucono ów program i skoncentrowano się na przetrwaniu na zimnym półwyspie skandynawskim.

Ale dość już przeszłości. Przecież miałem Wam opowiedzieć o współczesnym kryminale szwedzkim, którego niewątpliwą gwiazdą jest pani Camila Läckberg. Księżniczka z lodu to pierwszy tom z serii opisującej przygody Eriki Falck. Jest tego chyba do tej pory z siedem tomów, wydanych po polsku.

W skrócie fabuła. Mamy małą mieścinę turystyczną co się zowie Fjällback. I w tej mieścinie, w której wszyscy wiedzą o wszystkich wszystko i jeszcze więcej, zostają znalezione zwłoki kobiety, która pochodziła z tego miasteczka. Okazuje się, że kobieta nie popełniła samobójstwa choć zabójca starał się je upozorować. Do akcji wkracza dzielna pisarka Erika Falck, która przyjaźniła się z zabitą kobietą w dzieciństwie. Wspólnie z lokalnym policjantem Patrickiem, w którym się zakochuje  dochodzą do prawdy, która jest smutna i przerażająca. Nie napiszę Wam kto zabił, bo przecież nie o to chodzi.

Książka jest na tyle interesująca, że chce się ją przeczytać do końca. Choć nie jest wcale jakoś powalająca na kolana. Ot, kawałek porządnego rzemiosła. Podobno następne tomy są lepsze.

Co mi przeszkadzało – nadmierne i dość nachalne moralizatorstwo wyzierające z wielu miejsc w książce. Chyba, że to moja wina, a ja jestem przeczulony na tym punkcie. W książce mocno dostaje się obywatelom małych miasteczek, którzy za wszelką cenę starają się ukrywać prawdę przed światem, bo co ludzie powiedzą. Taka szwedzka dulszczyzna. Irytowała mnie karykaturalna postać komisarza policji Mellberga. Serio?! Bardziej przejaskrawić się go chyba nie dało. I tutaj kolejny mój zarzut o schematyczność i wykorzystanie pewnych gotowych szablonów. Trochę to drażniące było.

Nie na tyle jednak drażniące, żeby zniechęcić mnie do lektury kolejnych tomów. Zwłaszcza, że pani Camilla Läckberg ma być gościem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, który już niedługo!

 

Henning Mankell “Morderca bez twarzy”

Henning Mankell "Morderca..."

Henning Mankell "Morderca..."

Henning Mankell szturmem podbił rynek kryminałów w Polsce. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie szperając po nieprzebranych, niezmierzonych ludzkich rozumem zasobach Internetu. Zdobył sympatię i wręcz uwielbienie całkiem sporej rzeszy ludzi. A że kryminalnym bibliotekarzem jestem chciałbym wiedzieć o co cały ten hałas. „Morderca bez twarzy” to pierwsza książka z Kurtem Wallanderem jako głównym bohaterem, trochę będącym zerem, szwedzkim policyjnym oficerem, zajadającym się hamburgerem. Dlaczego będącym zerem, a bo mi się tak zrymowało:) Wallander nie jest zerem, jest steranym życiem gliną w niewielkim miasteczku Ystad. Sterany życiem jest, bo żona się z nim rozwiodła, córka mu się z czarnym lekarzem zadaje, a i ogólnie praca policjanta w Szwecji w roku 1990 zaczyna być coraz bardziej niebezpieczna i wymagająca zimnej krwi i bezwzględności. A to się Kurtowi nie podoba.

Koniec tego przydługiego wstępu. Mamy trupa, konkretnie dwa trupy starego małżeństwa zamordowanego w brutalny sposób na jakiejś szwedzkiej pipidówce. (Wybaczcie tę zgryźliwość, tak jakoś pasuje mi dzisiaj). Policjanci zaczynają zbierać informacje, badać każdy trop i ślad. Okazuje się, że praca policjanta to żmudna robota polegająca na ciułaniu okruchów, przeglądaniu setek papierów i łączenia wiadomości, strzępów informacji i dowodów w nieprawdopodobne scenariusze zdarzeń. Lekko nie jest, amerykańskie filmy kłamią, olśnienia nie przychodzą znikąd, ale się zdarzają. Przypadek i mrówcza praca to podstawa. Ogólnie ciężko jest. A gdy się okazuje, że sprawcami mogliby być imigranci zaczyna się obawa przed atakami na uchodźców, które rzeczywiście się zdarzają. Koniec końców po długim i żmudnym śledztwie, które trwało pół roku, po kilku fałszywych tropach i niezłych wpadkach Wallander dowiaduje się kto zabił.

Jak widzicie po mojej pisaninie jakoś szczególnie zachwycony nie jestem. Nie było to złe, ale nie było oszałamiające. Momentami było nawet nudnawe. Czułem te dwadzieścia lat jakie upłynęły od momentu, gdy Kurt Wallander słuchał na kasecie Marii Callas i myślał nad przyszłością Szwecji i Europy. Książka porusza ważne problemy imigracji i osiedlania się w obcym kraju jakoś tak bez ikry i bez przekonania. O Polakach też jest kilka wzmianek, nic to dziwnego, bo przecież do Szwecji jeździło rodaków całkiem sporo. Tfu, jeździ rodaków sporo. Sam chciałbym kiedyś Szwecję odwiedzić. Zaletą książki jest niewątpliwie realizm jeśli chodzi o opisanie pracy policjanta.

To dobra, solidna książka, ale nie powalająca na kolana. A chyba miałem znacznie większe wymagania i oczekiwania  – czasem może to wyjść na złe lekturze.

Stanisław Lem “Katar”

Stanisław Lem "Katar"

Stanisław Lem "Katar"

Ech, nie zostałem posiadaczem Kindla:( Gratuluję zwyciężczyni Claudette:) A ja zostaję póki co w świecie “analogowych” książek.

Katar moi drodzy, to zmora ludzkości na którą nie wynaleziono jeszcze lekarstwa. Jedynie Goździkowa może coś na ten temat wiedzieć, ale ona siedzi w bólach głowy i raczej nie prędko podeśle nam rozwiązanie. Lem w swojej książce również nie dał ludzkości szans na wyleczenie się z kataru. Gorzej! Sprawił, że katar sienny może być przyczyną zgonów! A jeśli dodatkowo jesteś bogatym, samotnym turystą po pięćdziesiątce z USA, przebywającym na kuracji w kąpieliskach siarkowych we Włoszech to masz przechlapane. Katar sienny okazuje się jedną z cech wyróżniających ofiary tajemniczych śmierci, które poprzedzone są nagłymi napadami szaleństwa. I ów wyżej wspomniany katar (niech będzie na wieki przeklęty on i potomstwo jego!) może powodować śmierć, ale nie musi. Zmiennych jest bowiem tyle, że prywatny detektyw będący kiedyś astronautą musi się zwracać o pomoc do francuskich naukowców z ich specjalnym superkomputerem. Komputer może się przyda, może się nie przyda. Ale przygoda astronauty jest jak najbardziej ciekawa, interesująca i wciągająca.

Przeczytany przez mnie, kolejny kryminał Lema. Kryminał, który choć ociera się o science-fiction raczej typowym science nie jest. Mamy co prawda podróż na Marsa, ale tylko jako tło. Mamy bliżej nieokreśloną sytuację polityczną panującą na świecie i w Europie podczas śledztwa, ale również można ją uznać za mało ważną. Ważne w tej powieści jest prawdopodobieństwo, dedukcja i intuicja. Ważna jest trafna analiza świata i obnażenie roli “przypadku”, który w końcowym rozrachunku przypadkiem nie jest. Lem w sposób bardzo inteligentny potrafi prowadzić z czytelnikiem grę co rusz podsuwając mu pod nos nieprawdopodobne scenariusze wydarzeń. Tak nieprawdopodobne, że aż prawdziwe. Czy za dziwnymi i trudno wytłumaczalnymi zgonami amerykanów stoją terroryści? Czy też w grę wchodzi obca cywilizacja, której ludzkość nigdy nie pozna i nigdy nie zrozumie, gdyż liczba możliwych cywilizacji zupełnie różnych od nas jest ogromna. Pan Stanisław po raz kolejny miło mnie zaskoczył robiąc ze “zwykłego” kryminału bardzo interesującą i zajmującą książkę. Zagadka kryminalna jest tutaj ważna nie przeczę. Jednak jakoś nie było mi spieszno do poznania jej rozwiązania.

Lem pisał “Katar” w połowie lat siedemdziesiątych. Amerykanie podbijali wtedy kosmos, po Księżycu misja na Marsa wydawała się oczywistą oczywistością. Sytuacja polityczna świata była niespokojna, we Włoszech działały lewackie grupy terrorystyczne (Lem uczynił zamach terrorystyczny jednym z wątków w swej książce). Czytając “Katar” po raz kolejny mogłem ujrzeć talent pisarza do jak najbardziej trafnej oceny rzeczywistości, mechanizmów rządzących ludźmi i cywilizacją.

Polecam gorąco:)

 

P. S. Znajdziecie nawet kilka smaczków językowych sprzed trzydziestu sześciu lat:) (Tusz – kto bierze tusz?)

Stanisław Lem “Śledztwo”

Stanisław Lem "Śledztwo"

Stanisław Lem “Śledztwo”

Po pierwsze sorki za jakość zdjęcia, ale miałem egzemplarz z roku 1969, a wtedy jakoś do robienia wystrzałowych okładek się nie przykładali.

Charlie opowie Wam dzisiaj o kryminale napisanym przez polskiego największego pisarza fantastycznonaukowego. A więc rozsiądźcie się wygodnie, podkręćcie gaz, walnijcie browara, sztachnijcie się szlugiem czy jointem. Co tam Wam pomaga się rozluźnić i przygotować na najgorsze. Bo to nie będzie interesujący wpis. Nie będzie żadnych zachwytów i ukłonów przed arcymistrzem literatury. Nie będzie polecania i zachłystywania się pięknem prozy Lema. Charlie pojedzie po całości i powie, że “Śledztwo” nie przypadło mu do gustu. Owszem dostrzegł kilka jasnych punktów, jednak było ich stanowczo za mało. Charlie powie wręcz, że “Śledztwo” jest książką niewiele lepszą od przeciętnych.

Co jest przyczyną tego skowytu rozżalenia? Dlaczego Charlie tak narzeka? Być może to moja wrodzona niechęć do kryminałów. Nieszczególnie przepadam za tego typu książkami. Owszem przeczytałem w swoim życiu kilka, a pewnie i więcej książek kryminalnych, alem nie zapałał do nich uczuciem gorącym. Można powiedzieć, że mój stosunek do powieści, w których jest detektyw i jest zagadka, i jest rozwiązanie (albo go nie ma), ma wiele wspólnego ze stosunkiem młodzieży do lektur szkolnych. Owszem niektóre można i zrozumieć, a nawet przeczytać, ale po co (oczywiście generalizuję i jadę ze stereotypem)? Przecież jest tyle ciekawszych rzeczy do roboty. Tak się przedstawia znajomość moja, książek z gatunku powieści kryminalnych.

Wracając do Lema i jego powieści, jest intrygująca zagadka: otóż w kostnicach pod Londynem w tajemniczych okolicznościach znikają zwłoki. Wygląda to tak, jakby nieboszczykom się odwidziało i stwierdzili, że zamiast grzecznie gnić pod ziemią, wolą sobie jeszcze po niej pospacerować. Solidny brytyjski Scotland Yard zabiera się do pracy. A osławiona angielska policja, która nigdy nie traci zimnej krwi i zawsze reaguje błyskawicznie (potwierdzą to mieszkańcy Londynu w ostatnich dniach) pomaga mu z całych sił. Inspektor Gregory, dostaje tę sprawę, chociaż jego szef otwarcie mu mówi, że raczej nie ma o nim zbyt dobrego zdania. Gregory zabiera się do pracy, bada wszystkie wątki, bla bla bla, znikają kolejne zwłoki, bla bla bla, zima albo wiosna, bla bla bla, chyba szalony naukowiec, bla bla bla, ranny policjant, bla bla bla, martwy kot, bla, bla bla, nocne stukanie w pokoju, bla bla bla, ufoludki, bla bla bla, zmartwychwstania, bla bla bla, niezbyt szalony naukowiec – taki ekscentryk bardziej, bla bla bla, KONIEC. Mógłbym tak dłużej, ale po co, ani to zabawne, ani bardzo mądre w moim wykonaniu. Po prostu tak wyglądało moje czytanie “Śledztwa”. Dłużyło mi się strasznie, takie przegadane, na dodatek w większości o totalnie mało interesujących rzeczach. I zakończenie też nie spełniło mych oczekiwań. Mogło się wydawać dosyć ekstrawaganckie, ale zupełnie zbędne. Lem mógł to skończyć, w lepszym stylu. Nie czytałem “Śledztwa” za jednym zamachem, raczej tak po kawałku i może to był mój błąd. Takie są moje wrażenia. I głupio mi tak pisać o książce WIELKIEGO pisarza, ale tak już mam.

O pozytywnych stronach książki. Oczywiście rzuca się tutaj w oczy przenikliwość i dalekowzroczność pisarza. Opisuje on schemat wojny atomowej, jak będzie wyglądała zagłada i dlaczego mózgi elektronowe będą rządzić ludźmi. Jest jeszcze kilka smaczków science-fiction, ale nie będę ich tu przytaczał zostawię to ciekawskim. Kilka uwag dotyczących kondycji ludzkości, kilka filozoficznych przemyśleń na temat kondycji wszechświata. Z pozytywnych to chyba wszystko.

Podsumowując: “Śledztwo” nie jest książką, którą bym polecił każdemu. Jest powieścią przeznaczoną dla wielbicieli Lema, których powinna w stu procentach zadowolić. Mnie średnio, bardzo średnio się podobała.

P. S.  I taka ciekawostka, książka została napisana pod koniec lat pięćdziesiątych. W książce bohater dużo podróżuje autem. Lem pisze w niej o placyku postojowym, miejscach do postoju. Lem pisze: zostawił auto na placyku, zatrzymał samochód. Rzuciło mi się od razu, że ani razu nie padło słowo parking. A przecież akcja dzieje się w Londynie! Ciekawe, kiedy słówko parking na dobre zadomowiło się w polszczyźnie.

Eduardo Mendoza “Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa”

Eduardo Mendoza "Niezwykła..."

Eduardo Mendoza “Niezwykła…”

Ostatnio w przeczytanych przeze mnie książkach motywem przewodnim jest motyw podróży. Czytałem o dzielnym astronaucie, pisałem o jeszcze dzielniejszej kobiecie, która dyktuje książki zza światów. Teraz będzie o niezwykłym podróżniku z początków naszej ery. Chciałbym przedstawić Wam Pomponiusza Flatusa, obywatela rzymskiego, człowieka niezwykle ciekawskiego, fizjologa i badacza, który wiedziony nadzwyczajnym głodem przygód wyrusza wszędzie tam gdzie usłyszy historie o jakiś niezwykłych wodach. Gdy dociera nad te wody natychmiast próbuje empirycznie, czyli na sobie działanie magicznych wód. Z reguły wody mają magiczny skutek w postaci sraczki lub delikatniej mówiąc biegunki. I tak wędruje sobie Pomponiusz od jednych magicznych wód do drugich i stale towarzyszy mu jego nieodłączna towarzyszka bieguneczka, której raczej nie polubił, ale którą taktuje jako dopust bogów za swą nadmierną ciekawość i żądzę wiedzy. Poznajemy go w momencie gdy pozbawion konia oraz majątku trafia w ręce koczowniczego plemienia Arabów, którzy “gdy dają sobie od tyłu, kłaniają się przedtem stukrotnie i wypytują o zdrowie i stan interesów”. Zresztą motyw dawania od tyłu przewija się przez całą historię Pomponiusza, ale nie ma się co dziwić przecież to świat antyczny a wtedy raczej dawanie sobie od tyłu było w dobrym tonie. Wracając do Pomponiusza Arabowie odstawiają go do rzymskiego obozu. Po czym z jednym z urzędników rzymskich wędruje do Nazaretu. Gwoli przypomnienia mamy początek naszej ery, co nie jest bez znaczenia dla dalszych przygód Pomponiusza. W Nazarecie Pomponiusz dowiaduje się o zbrodni jaka została popełniona na bogatym i bogobojnym obywatelu Nazaretu, a oskarżonym i skazanym na ukrzyżowanie za tę zbrodnię jest cieśla Józef. Pomponiusz zostaje wynajęty przez syna cieśli, kilkuletniego rumianego blond chłopca o imieniu Jezus! jako prywatny detektyw. Nie będę opowiadał całej historii choć Pomponiusz mi świadkiem, że korci mnie strasznie. Pokrótce – Pomponiusz okazuje się gościem nie w ciemię bitym, choć o słabym żołądku i niewyregulowanych jelitach (co w pewnym momencie okazuje się kluczowe dla biegu wydarzeń). Pomponiusz to typowy człowiek swoich czasów – wykształcony filozof, który swych rzymskich bogów uważa za mit a żydowskiego boga ma za nic. Oczytany badacz, krasomówca a jednocześnie tchórz i konformista. Zna się świetnie na ludziach i potrafi wykorzystać tę wiedzę jednak nie czyni tego wyłącznie dla swego dobra.

Co jest motywem książki – mógłbym być złośliwy i powiedzieć, że dawanie od tyłu i problemy gastryczne głównego bohatera ale to byłoby strasznie płytkie. Książka jest inteligenta, ironiczna, sarkastyczna i mądra. Intryga kryminalna nie jest może jakaś zawiła ale pomieszanie historii, osób, wydarzeń, znanych z Biblii i innych książek wywołuje uśmiech. A dodatkowe odnajdywanie takich smaczków sprawia jeszcze większą przyjemność z lektury. Oczywiście można się pokusić o porównywanie historii Mendozy z Biblią, ale nie wolno przesadzać i na opowieść pana Eduardo należy patrzeć z przymrużeniem oka. Bo choć jest to historia, w której występują tak dobrze nam znane postaci, to jednak jest to fikcja literacka. Mendoza jak Jezus pokazał, że nie wolno oceniać ludzi po okładce – bogobojny obywatel okazuje się łotrem, puszczający bąki głodomór mędrcem a dziwka kobietą o dobrym i szlachetnym sercu. Wciągająca, pełna dobrego humoru i zabawna. Wartka akcja i nieoczekiwane zbiegi okoliczności dodatkowo przyczyniły się do tego, że lektura była czystą radością. Mendoza zafundował mi naprawdę niezwykłą podróż.