Michaił Jelizarow “Bibliotekarz”

Św. Hieronim

Św. Hieronim patron bibliotekarzy

Powiedzcie mi moi drodzy czy istnieje siła, która powstrzymałaby mnie przed przeczytaniem książki o tym jakże wymownym tytule? Chyba raczej nie ma takiej siły, a jak to mawia stare przysłowie Charlie nierychliwy, ale w końcu czytliwy to przyszła kolej i na książkę pana Michała, którą to książkę mam od dawna w swoim księgozbiorze, ale jakimś cudem nie było żywcem czasu, aby ją przeczytać. I znów tradycyjnie zacznę od narzekania (przeczytałem ją dawno) i dopiero teraz opisuję. Robię się nudny z tym narzekaniem, ale uwierzcie mi pomaga mi to w motywacji.

Continue reading

Strategja literacka: jak zostać sławnym mało pisząc.

Wiecie drodzy  moi czytelnicy, że powtarzam jak mantrę słowa “wszystko już było, wszystko już było”. I dzięki mej pracy przekonuję się o tym za każdym razem, gdy zanurzam się w przeszłość. Dzisiaj zaprezentuję Wam artykuł z “Wiadomości Literackich” opisujący książkę francuskiego pisarza Ferdynanda Divoire’a: „Strategie litteraire”. Rady jakie pan Ferdynand daje początkującym literatom z drobnymi modyfikacjami związanymi z postępem technologicznym mogłyby spokojnie być udzielane dzisiaj:)

Wiadomości Literackie nr 33(85), 16 sierpnia 1925

Pisownia oryginalna.
Czytaj dalej ->

O Karelu Capku w przedwojennych “Wiadomościach Literackich”

Cieszą mnie takie znaleziska, które pozwalają z perspektywy osiemdziesięciu ponad lat spojrzeć na autora, którego się ceni. Na artykuł o Capku natrafiłem w numerze 27 (79) “Wiadomości Literackich” z roku 1925. Kto chce może sobie przeczytać artykuł bezpośrednio na stronie Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej (KILK).

Z współczesnej literatury czeskiej

Karol Capek

Krytyk, autor dramatyczny, powieściopisarz

capek11“W literaturze czeskiej po wojnie wypłynęły rozmaite nowe talenty. Między młodymi autorami najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem dojrzałości literatury czeskiej wobec Europy, młodym rycerzem, torującym jej drogę w świecie, jest Karol Capek.

Próby jego twórczości niczem nic zapowiadały, że zostanie nagle sławą nie tylko swej ojczyzny, lecz autorem znanym w Europie, prawie na całym świecie. Próby te były wprawdzie ciekawe, lecz o tyle, o ile ciekawa była działalność jego poprzedników, z pokolenia niepopularnych pisarzy, którzy przyszli po starych twórcach przedwojennej czeskiej literatury.

Początki twórczości Capka sięgają na parę lat przed wojną. Krytyka z lat dziewięćdziesiątych kończyła już prawie swe posłannictwo rozwojowe, miała za sobą głównie wojny zaczepne, wynikł szereg indywidualności, wojujących już nie ze swymi poprzednikami, lecz z przyjaciółmi. Na stanowiskach pozostali tylko krytycy społeczeństwa, walczący na dwa fronty: burzyli oni podupadłe życie narodowe i nieustraszenie walili w gmach władzy austrjackiej. Karol Capek, a raczej bracia Capkowie, gdyż równocześnie rozpoczynał pracę literacką Józef, postępowali śladami krytyków społeczeństwa. Nie odziedziczyli wprawdzie zapału narodowego, lecz zaczęli przejmować się gorąco życiem społeczeństwa. Chciwemi oczami ogarniali wszystko, co interesowało ich młode umysły, spragnione, subtelne i szybko się udoskonalające.

Erudycja ich miała orjentację niemiecką i francuską. Zajmowali się literaturą i sztuką (Józef został malarzem), rozwijali się w szybkiem tempie. Studjum w obu dziedzinach pomagały wielce podróże do Paryża i Hiszpanji, rozszerzające ich horyzonty. Literaturę rozpoczęli drobnemi, lekkiemi feljetonami prozą, podpisywanemi „Bracia Capkowie”, lecz następnie, otrzymawszy stałą trybunę w tygodniowym „Przeglądzie”, w którym pracowała ówczesna postępowa inteligencja, rzucili się do krytyki i popierali prądy wszelkich „izmów”, od których roiło się w artystycznej Francji. Następstwa tej intensywnej agitacji ukazały się wkrótce. Za przyczyną Capków założono „Miesięcznik Artystyczny”, organ młodych literatów i artystów, a wkrótce potem Karol Capek, zaledwie dwudziestotrzyletni młodzieniec, został na czas pewien redaktorem pierwszego artystycznego miesięcznika — „Volnych Smerów” („Wolnych Kierunków.”). Bojownicza młodzież trafiła jednak na opór, pozycje się zachwiały, trzeba było szukać współpracy ze starszem pokoleniem. Walczący bracia znaleźli poparcie w propagatorze wolnego wiersza, Otokarze Theer’ze, i w ciągle młodym burzycielu, St. Neumannie. Z nimi, a także z kilku innymi z pośród starszych i młodych, ułożyli z końcem 1913 r. manifestacyjny „Almanach na r. 1914″.

Najdzielniejszym ich pomocnikiem został St. K. Neumami, propagator t. zw. cywilizmu w sztuce. Capkowie powierzyli mu bardzo odpowiedzialną rolę: przygotowanie gruntu dla nowej sztuki wojowniczemi artykułami w robotniczych i ludowych gazetach morawskich. Znaleźli w nim rzeczywiście odpowiedniego człowieka, Neumann uznał ideały młodych za własne i przejął się niemi do tego stopnia, iż stanowi to nowy etap jego niespokojnego rozwoju.

Obaj bracia rozpoczęli twórczość  własną po ukończeniu tego teoretycznego przygotowania. Początkowo byty to tylko eksperymenty, które w druku wyszły dość późno, jako dokumenty przebytych stadjów rozwoju. Przed wojną wydali pierwszą wspólną książkę „Płonące głębie”, obejmującą próby nowel w stylu nowo-klasycznym, który przenikał czeską przedwojenną literaturę. Pod koniec wojny bracia Capkowie ostatni raz wystąpili wspólnie w „Ogrodzie Krakonosza” jest to miły utwór młodociany, pisany pod wpływem niemieckim, podobnie zresztą jak wspomniane już „Płonące głębie”.

capek10

Następnie wystąpił Karol Capek z własną książką p. t, „Boża męka”, która swem filozoficznem, pełnem samoudręki założeniem, zwięzłą formą i dekoratywnością słowa różni się wielce od książki brata Józefa, wydanej w tym samym czasie p. t. „Lelio”.

 Nadeszły lata przykre, i młody teoretyk musiał złożyć broń literacką wobec szalejącej walki narodów; podczas gdy drżał o losy ukochanej Francji, zajmował I się przekładami współczesnej liryki francuskiej, poto tylko, by paść ucho drogiemi mu dźwiękami francuskiej mowy. W tymże czasie zdobył zaszczytne stanowisko redaktora wielkiego dziennika „Narodni Listy”, który reorganizował się pod koniec wojny.

W feljetonach „Narodnich Listów” drukuje swe utwory filozoficzne, zebrane później w książkę „Pragmatyzm, czyli filozofja praktycznego życia”. Tamże otwiera przed czytelnikiem pracownię pisarza, przygotowującego się świadomie do swego zadania w tygodniowych, dowcipnych artykułach, które zebrał potem w książkę p. t. „Krytyka słów”.

Tak było do końca wojny; widoczne jest, że dotychczasowy jego rozwój był tylko przygotowaniem. Przygotowaniem nawet szkolnem, gdyż w tym czasie skończył uniwersytet, został doktorem filozofji, obok francuskiej zaczął studjować i angielską literaturę, a jako krytyk literacki, starannie badał literatury obce i pisał sprawozdania z ukazujących się drukiem przekładów. Lecz książki jego, wydane wspólnie z bratem i osobno, nie szły, nie były popularne, nie interesowała się niemi szersza publiczność, i nie było nadziei, by zainteresowanie wzrosło. Zadziwiająca „Boża męka” zajmowała tylko najmłodszych, którzy do dziś uważają tę książkę Capka za jedyne jego pozytywne dzieło, mające wartość dla młodej sztuki. Niespodzianie wystąpił Karol Capek na polu, gdzieby się go było można najmniej spodziewać — na polu dramatu. Wystawił utwór p. t. „Rozbójnik”. Sztuka miała nadzwyczajne powodzenie. Przedtem jeszcze wspólnie z bratem napisał na wzór włoskiej commedia dell’arte drobną, bibelotkową sztuczkę „Nieszczęśliwa igraszki miłości”. Lecz drobnostka ta, którą zauważyły teatry czeskie dopiero po jego powojennych powodzeniach scenicznych, nie dawały pojęcia o talencie autora „R. U. R.”

W Czechach wytworzyła się ciekawa sytuacja pod koniec wojny i w pierwszych latach powojennych: teatr stał się punktem powszechnego zainteresowania i zupełnie zgasił poprzednie zamiłowania do literatury. Capek wystąpił we właściwej chwili i twórczy wysiłek jego uwieńczyło powodzenie. ”Rozbójnik”, to pomnik postawiony młodocianym wierzeniom w chwili pożegnania się z niemi dojrzałego mężczyzny, to jeszcze utwór młodości, lecz już pełno tam poglądów Europejczyka i poważnego człowieka.

Wszystko, co napisał potem, czy w formie dramatu, czy powieści, bo i na nie się wreszcie odważył, jest niczem innem jak chwilami tęsknym, chwilami rozjaśnionym monologiem praktycznego filozofa, który przenika nawskroś przeszłe społeczeństwo. Pod różnemi maskami i przemianami, dostosowywanemi wprawnie przez tego namiętnego intelektualistę, oczarowanego prądem teoryj artystycznych, przemawia zawsze tylko on sam. Czasem wyimaginuje sobie zmechanizowanie cywilizacji z całą grozą tej ewentualności i opowie w „R. U. R.” nowoczesną bajkę o buncie sztucznych ludzi, dozwalając w końcu zwyciężyć uczuciom nad materią. Czasem wspomni sobie lata, spędzone z bratem, ich wspólne zamiłowania do przyrody, ich studia praktyczne i zbiory motyli i owadów, które dotąd zdobią jego mieszkanie — i stąd powstanie wspólna ferja „Z życia owadów”, która pod postaciami zwierząt kryje dzieje ludzkie, a jednocześnie jest spowiedzią autora, jego sceptycznej niewiary w ludzkość — niewiary nie spłoszonej uwodnem marzeniem, że przeminął groźny sen. To znów rozmyśla o urządzeniach świata, o wiecznie walczących żywiołach, i zamyśli się na temat przedłużenia istnienia człowieka. Żyjemy w czasach poważnych doświadczeń naukowych, lecz Capek wie, jak zniewolić widzów, więc chętniej wyszuka sobie u jakiegoś niegdyś bardzo czytanego autora przedziwne zdarzenie o żonie cudownego starca, i stąd wyniknie „Sprawa Makropulos”! Obok uśmiechu błyskającego z dyskusji o długości świata, pada na tę sztukę przerażający cień głównej postaci, która jakby była uosobioną minioną kulturą, zaprzepaszczoną przez mocnych panów świata, długo wyuzdanie hulających na rachunek słabych, bezbronnych członków społeczeństwa.

Dopiero po powodzeniu dramatów spróbował Capek szczęścia w powieści. Tutaj również jest to monolog autora zmieniającego maski.

Romans-feljeton ,,Fabryka absolutu” jest pełnym ducha wariantem tematów poruszanych w „R. U. R.” i „Z życia owadów”.

W „Krakatit” dotyka tematu masy wybuchowej, przez którąby można zapanować nad światem, niewiarą w cywilizację i kończy, podobnie jak w ,,R.U.R” wiarą w zwycięstwo królestwa bożego na ziemi i uczucia.

Należy podziwiać umiejętność, z jaką Capek przerzuca się z dociekań nad chaosem, wytworzonym przez wojnę, do fantastycznych a ciągle nowych zagadnień, tak jakby czeska myśl twórcza pod wpływem dążeń kulturalnych wydobyła się z kokonu poczwarki, w którą się oprzędła w czasach przedwojennych. Karol Capek jest nowym typem czeskiego pisarza przez swój nieoczekiwany rozpęd, którego nabrał po wojnie. W istocie jednak tkwią w nim wszystkie zdobycze czeskiej literatury współczesnej, które stworzyły państwo czeskie i ukazały mu nowe warunki rozwoju kulturalnego.”

Antoni Vesely

Jeśli ktoś przeczytał dotąd to bardzo mi miło. Ja sam obiecuję sobie, że przeczytam w końcu “R. U. R.”. Utwór, który zapowiada się bardzo ciekawie i smakowicie.

Ale, że pan Antoni określił “Fabrykę absolutu” romansem? Chyba, że wtenczas trochę inaczej pojmowano definicję romansu:)  Pozdrawiam Wam moi drodzy serdecznie w ten deszczowy, listopadowy, wieczór. I niech roboty się nie zbuntują!

Andrzej Pilipiuk “Czerwona gorączka”

czerwonaZacznę od refleksji. KFASON, KFASON i po KFASONIE. Moim zdaniem było sympatycznie i ciekawie. Zwłaszcza jak na pierwszą edycję. Moje spotkanie z panem Andrzejem Pilipiukiem chyba też dobrze wypadło. Denerwowałem się strasznie, ale może trochę niepotrzebnie, bo pan Andrzej to świetny gawędziarz, bardzo inteligentny człowiek z ogromnym poczuciem humoru. I teraz będzie wspomniana refleksja: przygotowując się do spotkania przeczytałem sporo wywiadów z autorem, obejrzałem dość znaczną liczbę filmików dostępnych w sieci, jednym słowem znacznie przybliżyłem sobie postać twórcy Wędrowycza. I tu wreszcie refleksja: gdy się bliżej pozna autora i jego poglądy, jego sposób patrzenia na świat to czytanie jego książek nie będzie już takie samo. Pojawiają się zupełnie nowe tropy, zupełnie inaczej patrzę na pomysły i użyte schematy i motywy. A dodatkowo jeśli się pogada chwilkę, pozna pisarza osobiście to już percepcja i odbiór książek znów się zmieni. I u mnie ten proces nastąpił:)

Tak miałem podczas lektury „Czerwonej gorączki”. Pilipiuka czytywałem wcześniej. Jednak „Czerwoną gorączkę” odebrałem zupełnie inaczej niż wcześniejsze książki. Na blogu pisałem o „Rzeźniku drzew” i „Wampirze z M-3”. Nie wiem czy miałem jakieś oczekiwania dotyczące „Czerwonej…”, na pewno spodziewałem się dobrej rozrywki i takową otrzymałem. Tematyka opowiadań oscyluje w obszarach, do których Pilipiuk nas przyzwyczaił. Carska Rosja, rewolucja październikowa, podróże w czasie i alternatywne wersje historii.

11 opowiadań jak to w antologii bywa wywołuje różne emocje. Od szczerego śmiechu („Silnik z Łomży”) po delikatne rozdrażnienie, że w taki sposób można skończyć świetne opowiadanie („Zeppelin L-59/2”). Jest tradycyjnie jak to u Pilipiuka ostra nagonka na socjalistów i komunistów. Raz na poważnie i z całkiem interesującym pomysłem („Czerwona gorączka”), drugie już zupełnie jajcarskie i świetnie naśmiewające się z „przejściowych trudności” jakim jest poddane budujące się socjalistyczne społeczeństwo („Operacja „Szynka””). Trafiła się nawet w zbiorze historia o krasnoludach i najemnikach („Niebieski trąd”). Interesujące i nawiązujące (moim zdaniem) to twórczości Stefana Grabińskiego opowiadanie („Wujaszek Igor”) również chlastało ubecję i cały system komunistyczny po mordzie, a interesujący pomysł z pociągiem widmem, gdzie głównym maszynistą jest Piłsudski dodawał klimatu posępnej grozy. Mamy też historię alternatywną bardzo dla nas łaskawą (dla nas Polaków) czyli „Samolot von Ribbentropa”, bo w niej jesteśmy supermocarstwem i rządzimy światem. Trafiła się też opowieść znacznie mniej łaskawa, w której to Europa zdominowana jest przez islam i resztki chrześcijan szukają swojego świętego („Gdzie diabeł mówi dobranoc”). „Grucha” to opowiadanko o nauczycielce, którą spotyka słuszna kara (może trochę za bardzo hardkorowo i ewidentnie tu widać jak bardzo nie lubi pan Pilipiuk instytucji oświatowych w naszym kraju). „Po drugiej stronie” i „Piórko w żywopłocie” to dość fantasmagoryczne historie, w których przenikają się różne światy.

„Czerwona gorączka” to kilka godzin dobrej rozrywki, połączonej ze zgrzytaniem zębów na niektóre patenty autora. Nie zmieni to jednak mojej sympatii do pana Andrzeja, ale może przydałoby się przeskoczenie na jakieś nowe tematy, bo ileż można tych komuszków i socjalistów wszelkiej maści molestować:)

Niektóre opowiadania czasem trąciły odwetem na rzeczywistości naszej, szarej polskiej i pobożnymi życzeniami, że powinno być inaczej, a nie jest. Ale to święte prawo autora, że pisze co chce i jak jemu w głowie się układa. A że robi to składnie, zgrabnie, ciekawie i w miarę wciągająco to człowiek sobie podczytuje.

Stephen King “Under the dome” (“Pod kopułą”)

king

Zdałem sobie przed chwilą sprawę, że nie pisałem o żadnej książce Kinga na moim blogu, ale na pewno wielokrotnie o nim wspominałem. Dziwne to, bo pana Stefana to ja namiętnie czytywałem w liceum i trochę mniej namiętnie na studiach. Aha! Wcale to nie dziwne, bo gdy ja byłem w liceum to Internet był na kartki lub na modemy, a ja nie miałem własnego modemu:( Dobra nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i czas opowiedzieć Wam o książce Kinga „Pod kopułą”.

Zacznę od wyznania, że to kolejna książka napisana po angielsku, którą przeczytałem! Nigdy nie myślałem, że będę w stanie czytać książki po angielsku, moim marzeniem jest też zacząć czytać książki po niemiecku, ale do tego baaardzo długa droga. Miałem więc styczność z oryginałem.

Dodatkowo nie zdawałem sobie, że to jest taka cegła, bo czytałem ją na Kindlu i znów urządzenie Amazona zaburzyło mi odczucia czytelnicze, bo ominęło mnie odczuwania ciężaru historii jaką King spreparował.

King książkę zaczyna pierdolnięciem, idzie więc za radą Alfreda Hitchocka, który mawiał, że „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.” Bo rzeczywiście kilkanaście pierwszych stron to bezlitosny opis tragicznych zgonów, gdzie nawet biedny świstak z nadwagą nie zostaje oszczędzony. Atmosfera gęstnieje (dosłownie i w przenośni), bo miasteczko Chester’s Mill zostało otoczone niewidzialną barierą, która praktycznie nie przepuszcza powietrza, a ciągnie się na wiele kilometrów w górę i w głąb ziemi. Zadziwiający jest również fakt, że bariera idealnie odzwierciedla wytyczone przez człowieka granice administracyjne miasteczka. Wszyscy Amerykanie zakrzyknęli: what the fuck! A ci uwięzieni pod kopułą dodatkowo wzywali pana Boga nadaremno. Nawet amerykańska armia i amerykańscy naukowcy nic nie byli w stanie zrobić!

Wspomniałem, że atmosfera gęstnieje? Oj gęstnieje jak na posiedzeniu rządu w sprawie budżetu. King przedstawił nam całą masę bohaterów, mieszkańców małego miasteczka żyjących swoim życiem, którzy nagle zostali zamknięci niczym mucha pod szklanką. Łapaliście kiedyś tak muchy? Lub inne owady? Ja łapałem i z chorą fascynacją przyglądałem się jak tłuką się o brzegi szklanki. Mamy więc postacie nikczemne i bohaterskie, życzliwe i wywołujące odrazę. Radnego miejskiego, któremu zamarzył się sen o wielkości, bohatera wojennego, który chciał tylko smażyć burgery i mieć święty spokój, fanatyka religijnego i pastorkę (po polsku to jest?), która w Boga już nie wierzy. Ogólnie cały przekrój małej społeczności. To wszystko wrzucił King do tygla, a raczej umieścił pod kopułą i zamieszał. Jest krwawo, ludzie giną co chwila i ogólnie cały czas coś się dzieje, aż do samiuśkiego końca.

Ulubiony motyw Kinga czyli ludzie z małego miasteczka na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych postawieni przed sytuacją nie z tej ziemi, paranormalną i wywołującą przerażenie tutaj nabrał jeszcze większej intensywności, gdyż całe to miasteczko jest zamknięte, nie ma szans ucieczki, a mieszkańcy są skazani na siebie. Intensyfikacja doznań, emocji i uczuć jest silna. Jest krwiście i trup ściele się gęsto.

Muszę napisać, że jednak w pewnym momencie byłem już znużony, gdyż tak naprawdę wszystko rozegrało się może w połowie książki – to znaczy bohaterowie zostali przedstawieni i nam czytelnikom i sobie nawzajem. Doskonale było wiadomo kto jest dobry, a kto zły i teraz tylko można było ewentualnie zgadywać kto zginie i jaką śmiercią. Trochę to męczyło,  jednak nie na tyle, by nie chcieć dowiedzieć się co będzie dalej i jakie nowe męczarnie zgotowała Kopuła mieszkańcom Chester’s Mill. A zgotowała sporo.

King pisze prostym językiem nie miałem problemów ze zrozumieniem. Zauważyłem, że ma kilka ulubionych słów i zwrotów, które wciska wszędzie. Jak refren piosenki Jamesa Mcmurtry’ego „It’s a small Town” (wrzucę ją na koniec wpisu). Angielski Kinga jest na poziomie zrozumiałym dla Charliego. Oczywiście nie mogło się obyć bez słownika, bez Urban dictionary, gdyż było mnóstwo związków frazeologicznych, powiedzonek, których za Chiny ludowe nie mogłem skumać od razu. A sprawdzanie w słowniku poszerzyło mój zasób słów w języku “angielskiem” :)

Krótkie podsumowanie, bo rozpisywać się nie lubię – to King jakiego znamy, jeśli go czytamy. Ze swoimi popkulturowymi wstawkami, z bohaterami, którzy są z krwi i kości i do szpiku tych kości amerykańscy. Republikanie, demokraci, “rednecki” i wojskowi. Jest śmierć, jest groza, jest lęk przed nieznanym, ale również przed innym człowiekiem, przed sąsiadem, który w momencie zagrożenia może stać się Twoim śmiertelnym wrogiem. Jest trochę metafizyki i moralności, zwłaszcza w zakończeniu, które jest niczym z kina familijnego. Napisałem wcześniej o znużeniu podczas lektury, lecz nie było to znużenie pokroju: Dżizas, ależ on pierdzieli, kiedy to się wreszcie skończy! Tylko raczej coś w stylu: no dalej panie King, ja już wszystko wiem, pokaż co jeszcze mogłeś tutaj dodać. I King dodawał.

Ja z lektury jestem zadowolony.  Może nie zachwycony, ale cieszę się, że książkę przeczytałem. Zwłaszcza, że lekturę rozpocząłem ze względu na serial, który już miał swoją premierę w Stanach. Chcę obejrzeć serial i porównać z książką, bo materiał na dobry, wciągający serial z tej książki jest idealny.

Wspomniana piosneczka (zresztą w książce jest wspominana cała masa innych piosenek, które muszę sobie sprawdzić):

R. I. P. Jarosław Iwaszkiewicz – kaczka dziennikarska

Kojarzycie może czasem takie akcje pojawiające się od czasu do czasu w Sieci. Głównie na Youtubie, portalach filmom poświęconych, że ludzie w komentarzach wpisują pod jakimś artystą, aktorem, piosenkarzem teksty w rodzaju “Rest in Peace”, “We will miss him”, “[*]”? Ogólnie chodzi o fałszywą wiadomość, że ktoś zmarł choć wciąż żyje.

Ja myślałem, że takie zachowania to znak naszych czasów, choć nie wiem skąd mi się to przekonanie wzięło. Obecnie takie plotki i głupie żarty są szybko rozwiewane, a dawniej gdy jakieś pismo wypuściło taką kaczkę dziennikarską mogło minąć trochę czasu zanim wszystko odkręcono.

“Ilustrowany Kuryer Codzienny” informuje właśnie o takim przypadku. Tym razem chodzi o Jarosława Iwaszkiewicza.

Szkoda, że nie podaje nazw czasopism, które informację wypuściły. Miałbym materiał porównawczy, a tak to nie chce mi się przeglądać, aż tylu potencjalnych czasopism.

Żeby nie przedłużać wspomniane sprostowanie dotyczące rzekomej śmierci Iwaszkiewicza:

IKC1926nr8324III

Znalezione jak zwykle w “Małopolskiej Biblitotece Cyfrowej”.

Ilustrowany Kuryer Codzienny, nr 84 z 24 marca 1926 roku.

Eugeniusz Zamiatin “Mamaj”

ObrazPodczas porządków na regałach  bibliotecznych trafiłem na numer 10 (195) Literatury na świecie z roku 1987.  Na okładce umieszczono informację o siedemdziesiątej rocznicy wybuchy rewolucji październikowej. Sama okładka stylistycznie nawiązuje zresztą do tamtego okresu. Z czystej ciekawości przekartkowałem ten numer. Moje zdziwienie i radość wywołał tekst Zamiatina zamieszczony w owym numerze.

Z tego co zdążyłem się zorientować, “Mamaj” ukazał się tylko w przedwojennej antologii pisarzy rosyjskich. Dlatego z chęcią przytoczę Wam ten arcyciekawy tekst.

EUGENIUSZ ZAMIATIN przełożył ZBIGNIEW PODGÓRZEC

MAMAJ

“Wieczorami na całą noc domy w Petersburgu znikają. Zamieniają się w sześciopiętrowe kamienne statki. Stają się odrębnym, sześciopiętrowym światem — rozbija taki statek kamienne fale wraz z flotyllą podobnych sześciopiętrowych światów. Migocą światła okien niezliczonych kajut rzucając odblask na kłębiący się kamienny ocean ulic. Rzecz jasna, w kajutach mieszkają nie lokatorzy, lecz pasażerowie. Niczym na statku, nikt nie jest sobie obcy, wszyscy się znają, wszyscy są obywatelami obleganej przez ocean nocy, sześciopiętrowej republiki.

Pasażerowie kamiennego statku oznaczonego numerem 40 wieczorami przemieszczali się wraz z nim po tej części petersburskiego oceanu, która na planie miasta figurowała jako Łachtyńska ulica. Osip, niegdyś portier, a obecnie obywatel Małafiejew, stał przy głównym trapie i przez okulary wpatrywał się w bezkresną dal. Fale co jakiś czas kogoś wyrzucały. Obywatel Małafiejew wyciągał z ciemności mokrych, oblepionych śniegiem ludzi i przesuwając okulary na nosie, odmierzał w ten sposób należny każdemu szacunek. Zbiorniczek, z którego on wypływał, łączyły skomplikowane przewody z okularami, a ich pozycja na nosie miała swoiste znaczenie.

Okulary na koniuszku nosa, niczym u surowego nauczyciela: pozycja ta przeznaczona była dla Piotra Piotrowicza Mamaja.

—   Piotrze Piotrowiczu, małżonka pańska nie może się pana doczekać z obiadem. Nawet tu przychodziła, zdenerwowana. Dlaczego tak późno?

Okulary wędrują na nasadę nosa i sadowią się na niej głęboko niczym w siodle: to pozycja dla tego nosacza spod dwudziestego piątego, z samochodem. Rozmawiać z nim jest niezręcznie, gdyż tytułować go „panem” nie wypada, zaś zwracać się do niego tylko „towarzyszu” byłoby po prostu głupio. Jakiego zwrotu więc użyć, by zabrzmiał grzecznie…?

 — Kogo widzę! Pan towarzysz Mylnik! Jakaś taka ohydna pogódka, panie towarzyszu… prawda?

 I wreszcie okulary wędrują jeszcze wyżej, na czoło: to na pokład statku wkracza Elizeusz Elizewicz.

— Dzięki Bogu! Czy wszystko w porządku? W futrze się pan wybrał, nie boi się pan, że zedrą? Pan pozwoli… otrzepię…

Elizeusz Elizewicz to kapitan statku: przewodniczący komitetu blokowego. To jeden z tych posępnych Atlasów, którzy przygięci, z wyrazem cierpienia na kamiennej twarzy od siedemdziesięciu lat dźwigają na barkach gzyms Ermitażu od strony ulicy Milionowej.

Dzisiaj gzyms wyraźnie ciążył bardziej niż zazwyczaj. Elizeusz Elizewicz z trudem łapiąc oddech, mówił:

— Trzeba ogłosić we wszystkich mieszkaniach… Jak najszybciej… Zebranie… w klubie…

— Boże! Elizeuszu Elizewiczu, czy coś ważnego?…

Odpowiedź była zbyteczna: wystarczyło spojrzeć na cierpieniem przeorane czoło, na przygarbione pod ciężarem obowiązków ramiona. Mistrz w manipulowaniu okularami, obywatel Małafiejew, pobiegł po mieszkaniach. Trwoga i podniecenie sprawiły, że jego stukanie do drzwi przypominało dźwięk trąby archanielskiej: ludzie drętwieli w objęciach, niczym dymki po wystrzałach armatnich zastygały spory, w drodze do ust zatrzymywała się łyżka z zupą.

A zupę jadł właśnie Piotr Piotrowicz Mamaj. Albo dokładniej: był nią karmiony przez troskliwą małżonkę. Rozsiadając się majestatycznie w fotelu, miłościwie — wszechpotężna niczym Budda — karmiła niepozornego człowieczka ugotowaną przez siebie zupą:

— Szybciej, Piotrusiu, zupka stygnie. Ile razy mam ci powtarzać: nie znoszę, gdy w czasie obiadu czytasz książkę…

— Alonko, jeszcze chwilkę… Zaraz… Przecież to jest szóste wydanie! Musisz mnie zrozumieć: szóste wydanie Duszeńki Bogdanowicza! Szóste wydanie! Rozumiesz? W dwunastym roku, za Francuzów, prawie cały nakład się spalił! Myślano, że uchowały się tylko trzy egzemplarze… A to jest czwarty… Rozumiesz? Wczoraj u antykwariusza na Prospekcie Zagorodnym wyszukałem…

Powołaniem Mamaja z roku 1917 było zdobywanie książek. Jako dziesięcioletniego chłopca z rozwichrzoną czupryną, pilnie uczącego się religii i zbierającego stalówki, karmiła go matka. Jako czterdziestoletniego chłopca z potężną łysiną, pracującego w towarzystwie ubezpieczeniowym i zbierającego książki, karmiła go małżonka.

Łyżka zupy — ofiara dla Buddy — i oto znów niepozorny człowieczek niemal natychmiast zapomina o swoim bóstwie z obrączką na palcu i delikatnie gładzi kartki książki delektując się każdym słowem, każdą literką. „Dokładnie według pierwszego wydania… Za zgodą cenzury…” Jaka wysmakowana czcionka, każda literka wyrazista…

— Piotrusiu, znowu gdzieś błądzisz myślami… Wołam i wołam, a ty ze swoją książką… Ogłuchłeś czy co: ktoś do nas puka!

Piotr Piotrowicz zerwał się i pobiegł do przedpokoju. W drzwiach — okulary na koniuszku nosa: — Elizeusz Elizewicz zwołuje zebranie. Jak najszybciej proszę stawić się w klubie.

— Ledwie człowiek weźmie książkę do ręki… A co się stało? — mówiąc te słowa łysy chłopak połykał łzy.

— Skąd mam wiedzieć. Powiedziano mi tylko, aby jak najszybciej… — Drzwi kajuty zatrzasnęły się, a okulary pomknęły wyżej…

Na statku wyraźnie działo się coś złego: możliwe, że zszedł on z kursu; możliwe, że w dnie tworzy się niewidoczna na razie szczelina, przez którą lada chwila wedrze się do wnętrza straszliwy ocean ulic. Gdzieś w górze, z prawa i z lewa, wciąż rozlega się trwożne i nerwowe pukanie do drzwi kajut. Z tonących w mroku śródpokładów dochodzą prowadzone przyciszonym głosem rozmowy. I wreszcie tupot zbiegających pospiesznie w dół nóg: byle szybciej znaleźć się w kajucie kapitańskiej, w klubie komitetu blokowego.

Tam zaś wszystko, łącznie z gipsowymi zawijasami sufitu, spowite było w nieprzeniknionych kłębach papierosowego dymu. Wysuszone przez kaloryfery powietrze zatyka dech w piersiach, ledwie słyszalny jest czyjś nerwowy szept. Elizeusz Elizewicz dał znak dzwoneczkiem, zmarszczył czoło, pochylił się, a w ciszy, jaka zapanowała, słychać było, jak napinał mięśnie — potem wyprostował się zrzucając z ramion ciężar niewidzialnego gzymsu Ermitażu wprost na głowy obecnych:

 — Panowie. Dzisiaj w nocy będzie u nas rewizja.

Zgiełk, szuranie krzeseł, w górę strzelają czyjeś głowy, palce w pierścieniach, brodawki, muszki, bokobrody. I na zgarbionego Atlasa z kłębów papierosowego dymu spada ulewa słów:

— Za pozwoleniem! To bezprawie…

— Czego będą szukać? Papierowych?

— Elizeuszu Elizewiczu, proponuję zamknąć bramę…

— Książki… najpewniejszym schowkiem są książki…

Na skamieniałym, zgarbionym Elizeuszu Elizewiczu ulewa tych słów nie czyniła żadnego wrażenia. I nie odwracając głowy (możliwe, że po prostu nie mógł jej odwrócić) powiedział do Osipa:

— Osipie, kto dzisiaj pełni dyżur na, nocnej wachcie?

I palec Osipa powoli, w grobowej ciszy wędrował po wywieszonej na ścianie tablicy dyżurów: wskazywał nie na poszczególne litery, lecz na ciężkie mamajowskie szafy z książkami.

— Dzisiaj litera M: obywatel Mamaj, obywatel Małafiejew.

— Dobrze. Weźmiecie panowie rewolwery — i w przypadku, gdyby ktoś bez nakazu…

Kamienny statek oznaczony numerem 40 szedł kursem ulicy Łachtyńskiej walcząc ze sztormem. Wichura targała nim na wszystkie strony, walący z nieba śnieg zaklejał migocące okna kajut, a gdzieś tam na dnie tworzyła się, być może, niewidoczna na razie szczelina. I nie wiadomo było: czy przebije się on przez ciemność nocy i dopłynie do przystani poranka, czy też pójdzie na dno.

 – Elizeuszu Elizewiczu, a gdyby tak po kieszeniach? Przecież nie będą robić osobistej…

— Elizeuszu Elizewiczu, a może schować w klozecie, w pipifaksie, co?

Pasażerowie dawali nura w kajuty. W nich zaś zachowywali się niecodziennie: jedni leżąc na podłodze wpychali coś ręką pod szafę, drudzy kierowali świętokradczą dłoń do wnętrza gipsowej głowy Lwa Tołstoja, jeszcze inni wyjmowali z ram od półwiecza rezydujący na ścianie portret pogodnie uśmiechającej się prababki.

Niepozorny człowieczek, Mamaj, stał naprzeciwko Buddy i wzrok jego uciekał przed wszechwidzącym, przenikliwym, dreszczem przeszywającym — okiem. Zupełnie nie wiedział, co ma począć z rękoma, były mu niepotrzebne: jak równie niepotrzebne są pingwinowi skarłowaciałe skrzydełka-lotki. Ręce zawadzały mu już czterdzieści lat, i gdyby nie zawadzały mu teraz — możliwe, że mógłby bez trudności powiedzieć to, co powiedzieć powinien, a tak paraliżujący go strach spowodował, że uczynienie tego było niepodobieństwem…

— Nie rozumiem: dlaczego się tak wystraszyłeś? Nawet nos ci pobladł! A nam co do tego? Przecież nie mamy papierowych… A może są u nas tysiące?

Bóg jeden raczy wiedzieć, czy gdyby Mamaj z roku 1300 miał tak samo niepotrzebne ręce i taką samą tajemnicę, i taką samą małżonkę — to czy nie postąpiłby tak samo jak Mamaj roku 1917.

Wśród panującej ciszy, gdzieś w norce, w narożniku pokoju zachrobotała mysz — tam też natychmiast skierował oczy Mamaj roku 1917, tam popędził wyobraźnię, by schowawszy się w mysiej dziurce wykrztusić drżącym głosem:

— Mam… to znaczy mamy… cztery tysiące… dwieście…

— Co? Ty masz pieniądze? Skąd?

 — Po trochu odkładałem… Z każdej pensji troszeczkę… Nie mówiłem ci o tym…

 — A więc kradłeś, co? Oszukiwałeś mnie! A ja naiwna myślałam, że do czegoś takiego mój Piotruś… Nieszczęsna!

— To na książki…

— Znam ja te książki w spódniczkach! Milczałbyś lepiej!

Dziesięcioletniemu Mamajowi matka sprawiła lanie raz tylko w życiu: gdy z nowiutkiego, właśnie nastawionego samowaru spuścił wodę otwierając kranik. Samowar rozlutował się, a kranik żałośnie zwisał stanowiąc widzialny dowód przestępstwa. I teraz po raz drugi w życiu spotykało go coś podobnego: głowa przyciśnięta ramieniem matki, opuszczone spodnie i…

I nagle sprytnym węchem urwisa Mamaj wyczuł, że cztery tysiące dwieście— niczym kiedyś żałośnie zwisający kranik — mogą być puszczone w niepamięć. Wzbudzającym więc litość głosem odezwał się:

– Mam dzisiaj dyżur na pokładzie do czwartej rano. Z rewolwerem. I Elizeusz Elizewicz powiedział, że gdyby przyszli bez nakazu…

Natychmiast gromowładny Budda przekształca się w pełną serdeczności troskliwą matkę:

— Boże! Czy oni wszyscy powariowali? Co ten Elizeusz Elizewicz wymyślił! Ani mi się waż… Nawet nie śmiej o tym pomyśleć…

— Ależ skąd… Gdzieżbym mógł… Nawet nie wyjmę z kieszeni… Chyba mogę w niej trzymać… Przecież wiesz, że nawet muchy…

To prawda: gdy Mamajowi wpadła mucha do szklanki z herbatą, wyjmował ją delikatnie, suszył ostrożnie jej skrzydełka i puszczał na wolność— niechaj sobie leci! Nie, tamto go nie przeraża. Ale te cztery tysiące dwieście… I znów ma przed sobą Buddę:

— Skaranie boskie z tobą! Gdzie teraz schowasz te swoje ukradzione — nic nie mów, proszę — ukradzione…

Książki, kalosze w przedpokoju, pipifaks, kominek od samowaru, Mamajowa czapka na watolinie, makatka z niebieskim rycerzem na ścianie w sypialni, mokry od śniegu parasol, niedbale rzucona na biurko koperta z naklejonym znaczkiem i wyraźnie napisanym adresem jakiegoś wymyślonego towarzysza Goldebajewa… Nie, tam wszędzie znajdą…

I wreszcie około północy przyszło olśnienie: schowek musi być wymyślony z psychologicznym wyrachowaniem. Tak aby szukali wszędzie, tylko nie tam, gdzie trzeba. A więc przy progu rusza się jedna z klepek parkietu. Nożykiem do rozcinania książek zręcznie uniósł drewniany prostokącik. Ukradzione cztery tysiące („nic nie mów, proszę!”) zapakowane w woskowy papier po biszkoptach (ze względu na możliwość wilgoci) spoczęły pod płytką.

Statek numer 40 sprawiał wrażenie podminowanego. Ludzie chodzili na palcach, mówili szeptem, jakby bali się spowodować wybuch. Migały światła kajut i ich blask nakładał się na ciemny ocean ulic, gdzieniegdzie tylko na piątym, na drugim i na trzecim piętrze roleta była uchylona i wówczas na jasnym tle rysowała się niewyraźna sylwetka człowieka. A poza tym panowały egipskie ciemności. Przy czym tam na zewnątrz dyżurowało dwóch ludzi i zanim się zacznie, na pewno dadzą znać. Wszędzie głucha cisza. Trzecia nad ranem. Wokół latarni nad bramą— roje maleńkich, białych muszek. Było ich bez liku, nadlatywały bez końca, przez chwilę unosiły się nad lampą i opalając sobie skrzydełka spadały w dół.

A w dole z okularami na koniuszku nosa filozofował obywatel Małafiejew:

— Jestem człowiekiem spokojnym, zgodnym i nie mogę żyć w nienawiści. Kiedyś pomyślałem sobie, może by tak odwiedzić rodzinne strony, swoje Ostaszkowo. Zajeżdżam, atu sytuacja wśród ludu wprost przerażająca. Człowiek człowiekowi — wilkiem. A ja tak nie mogę: jestem człowiekiem spokojnym.

I oto spokojny człowiek trzyma w ręku obojętnie rewolwer z sześcioma śmiercionośnymi nabojami.

— Osipie, a podczas wojny japońskiej pan nikogo nie zabił?

— To co innego. Wojna jest wojną.

— Czy bagnetem też?

— Też. Wchodzi w człowieka niczym nóż w arbuz. Najpierw skórka stawia pewien opór, później jednak idzie łatwo, jest już miąższ.

Od tego arbuza Mamajowi ciarki przebiegły po plecach.

— Za nic w świecie… Nie mógłbym…

— Niech się pan nie zarzeka! Będzie pan musiał to i bagnet pan wepchnie…

Cisza. Białe muszki wokół latarni. Nagle gdzieś daleko — niczym trzaśnięcie biczem — wystrzał karabinowy. I znów cisza, muszki. Chwała Bogu: już czwarta. Dziś nie przyjdą. Zaraz będzie zmiana wachty: czym prędzej do siebie, do kajuty spać…

W Mamajowej sypialni na ścianie niebieski rycerz z mieczem w ręku zastygł w bezruchu: odbywało się tu misterium.

Na białych, płóciennych obłokach z poduszek spoczywała pani Mamaj, majestatyczna, wszechpotężna niczym Budda. Sam jej wygląd zdawał się mówić: dziś dzieło stworzenia świata zostało przez nią zakończone i otacza ją tylko dobro. Dobrym wydawał się jej nawet ten niepozorny człowieczek, mimo tych nieszczęsnych czterech tysięcy dwustu. A wymizerowany człowieczek, z miną skazańca, stał przed łóżkiem zziębnięty, z fioletowym nosem, wyciągając do niej swe krótkie niczym pingwinie lotki, rączki.

— No, chodź już, chodź wreszcie do mnie…

Niebieski rycerz przymrużył oczy: nie chciał oglądać czegoś, co mu sprawia przykrość. Zaraz bowiem niepozorny człowieczek uczyni znak krzyża na piersiach, rączki do przodu — i niczym z trampoliny — chlup do wody głową w dół!

Statek numer 40 szczęśliwie oparł się nocnej nawałnicy i przybił do przystani poranka. Pasażerowie pospiesznie wyciągali teczki ze służbowymi papierzyskami, siatki na zakupy i, mimo Osipowych okularów, wybiegali na brzeg. Statek stać będzie na przystani tylko do wieczoru, a potem znów na ocean.

Przygarbiony Elizeusz Elizewicz przeniósł obok Osipa gzyms niewidzialnego Ermitażu i zrzucił go u jego nóg:

— Dzisiejszej nocy to już na pewno będzie rewizja. Musimy wszystkich powiadomić.

Zanim jednak nastanie noc – trzeba przeżyć cały dzień. I po dziwnym obcym mieście — Piotrogrodzie — błąkali się markotni pasażerowie. Mieście tak podobnym, a równocześnie tak niepodobnym do Petersburga, z którego rok temu odpłynęli, by zapewne nigdy już do niego nie powrócić. Zdumiewały ich tworzące się w ciągu nocy zlodowaciałe kamienne fale: pagórki i wądoły. Wszędzie kręcili się wojownicy z jakiegoś nieznanego plemienia, paradujący w dziwacznych, oberwanych płaszczach, z karabinami na sznurku, które przewieszone mieli przez ramiona. Panował też jakiś nie znany dotąd zwyczaj chodzenia w gości i zatrzymywania się na noc u znajomych: niebezpiecznie bowiem było wracać, ulice wręcz roiły się od walterskotowskich Rob Royów. A na prospekcie Zagorodnym — śnieg wyjedzony przez kropelki krwi. Nie, to na pewno nie był już Petersburg.

Po całkowicie obcym sobie Zagorodnym błąkał się bez celu Mamaj. Zawadzały mu króciutkie rączki — skarłowaciałe skrzydełka-lotki pingwina; zwisała mu żałośnie głowa niczym odlutowany kranik od samowaru; zaś na lewym zdartym obcasie tworzył się ze śniegu globus hystericus, który utrudniał każdy krok.

I nagle głowa podskoczyła mu do góry, nogi zaczęły harcować niczym u dwudziestolatka, na policzkach zakwitły rumieńce: z witryny uśmiechała się zachęcająco do Mamaja…

— Gamoniu, jak leziesz? — krzyknął ktoś z walącego mu naprzeciw tłumu czerwonogębnych postaci z ogromnymi torbami. Mamaj odskoczył, nie mogąc oderwać oczu od witryny, i gdy tylko tłum się przewalił, znów przytknął nos do szyby: a zza niej uśmiechała się zachęcająco do niego…

„Dla takiej to zdolny jesteś do wszystkiego: ukradniesz, oszukasz, popełnisz każde przestępstwo.” A z witryny wciąż uśmiechała się zachęcająco, wręcz kusząco, niemal lubieżnie książka wydrukowana w czasach Katarzyny: Opisanie cudowności Sankt-Piterburcha. Z kobiecą zalotnością zastygła w powabnym bezruchu, zezwalała na zerknięcie tam, gdzie w szczelince rozgiętych kartek nieśmiało ukazywał się błękit marmurka.

Mamaj zakochał się bez pamięci niczym dwudziestolatek. Codziennie chodził na Zagorodny i wystając przed witryną w milczeniu wyśpiewywał oczyma serenady. Nie mógł spać po nocach, co tłumaczył sobie chytrze tym, że przeszkadza mu w śnie gryząca coś pod podłogą mysz. Wychodził do pracy i każdego ranka drewniany prostokącik przy progu wbijał mu się w serce niczym gwóźdź: pod nim przecież kryło się Mamajowe szczęście, tak bliskie i tak dalekie zarazem. Teraz, gdy prawda o czterech tysiącach dwieście wyszła na jaw, nie wypada chyba stąd brać?

Po czterech dniach udręki, ścisnąwszy serce niczym wróbla w garści, Mamaj przekroczył próg księgarni na Zagorodnym. Za kontuarem siedział siwobrody, krzaczastobrwiasty Czarnomor, u którego w niewoli znajdowała się jego wybranka. W Mamaja wstąpił duch jego wojowniczego przodka: bohatersko natarł na Czarnomora.

— Panie Mamaj! Dawno nie widziałem… Odłożyłem kilka rzeczy dla pana…

Ścisnąwszy wróbla jeszcze mocniej, Mamaj z obłudną uprzejmością przeglądał książki, lecz myślał tylko o tej jedynej za plecami: uśmiechającej się do niego z witryny. Gdy wybrał w końcu pożółkły zeszyt „Teleskopu” z roku 1835, długo się targował, aż wreszcie, nie mając żadnej nadziei na obniżenie ceny, machnął ręką. Następnie zataczając koła niczym polujący lis, szperał po półkach, by wreszcie niby przypadkiem dopaść witryny i tak niby od niechcenia zapytać:

— A ta ile kosztuje?

Wróbel wyrywa mu się z garści — musi go mocniej trzymać! Czarnomor przeczesał palcami brodę. — No cóż, od pana, na dobry początek… sto pięćdziesiąt.

— Niech będzie… (Zwycięstwo! Niech biją dzwony! Niech grzmią armaty!) Dobrze… Proszę odłożyć, przyjdę jutro i zapłacę.

Teraz czekało go najstraszniejsze: podniesienie drewnianego prostokącika przy progu. Przez całą noc bijąc się z myślami Mamaj znosił piekielne katusze: trzeba, nie można, nie podobna, można, nie wolno, trzeba…

Wszechwiedzące, majestatyczne, groźne bóstwo z obrączką na palcu piło herbatę.

— Jedz, Piotrusiu, coś źle dzisiaj wyglądasz… Znów oka nie zmrużyłeś?

— Tak. Mysz.. To przez nią…

— Zostaw tę chusteczkę! Nie wykręcaj jej… Podrzesz!

— Nie podrę…

I wreszcie szklanka herbaty została wypita: nie szklanka, lecz beczka. Bezdenna beczka herbaty. Budda przechodzi do kuchni, gdzie ofiarę składa mu kucharka. Mamaj został sam w pokoju.

Tyknął niczym zegar przed wybiciem dwunastej. Zaczerpnął powietrza, chwilę nadsłuchiwał i na palcach podszedł do biurka. Wziął stamtąd nożyk do rozcinania książek. A potem niczym karzełek skurczył się przy progu, łysinę zrosił mu zimny pot, podważył nożykiem drewniany prostokąt, pogmerał nim pod spodem i… wydał jęk rozpaczy! Słysząc przeraźliwy krzyk, Budda wytoczył się z hałasem z kuchni. I gromowładna małżonka Mamaja zobaczyła u swych stóp: baniastą łysinkę, nieco niżej skurczonego karzełka z nożykiem do rozcinania książek w ręku, a jeszcze niżej — kawałeczki papieru.

— Cztery tysiące — mysz pocięła! Ucieka! Łap ją!

Okrutny, bezlitosny, niczym Mamaj roku 1300, Mamaj roku 1917 zerwał się z klęczek i z mieczem w ręku rzucił się w narożnik pokoju przy drzwiach: tam schroniła się mysz, która wyskoczyła spod drewnianego prostokącika. I krwiożerczy Mamaj przygwoździł wroga. Arbuz: w pierwszej chwili opornie, to skórka, potem łatwo — miąższ, i stop, drewniany prostokącik parkietu, koniec.”

1920

 

Tekst ukazał się w numerze 10 (195) Literatura na świecie 1987, str. 40-53

Karel Capek “Potop”

Pewnie macie dość już spamowania związanego z końcem świata. Ja mam dla Was trochę inne spojrzenie na to zagadnienie. Idealne, by się odprężyć. Historyjka z “Bajek i przypowiastek”. Moim zdaniem w sam raz na zimowy wieczór. Enjoy!

The Deluge by Francis Danby c. 1837

The Deluge by Francis Danby c. 1837

Potop

“Nie wiem, czy pamiętacie ostatni potop – pewnie nie, bo o takich rzeczach, jak zasłużona kara, ludzie bardzo chętnie zapominają. Ale to nie szkodzi, ja wam przypomnę. Było to pewnie po prostu tak, że Pan rozgniewał się na ludzi za rozpustę, frakcyjność i inne grzechy, i zdecydował, że dłużej na to nie będzie patrzyć. I zesłał deszcz, który trwał czterdzieści dni i czterdzieści nocy. Państwowy Instytut Meteorologiczny wprawdzie twierdził, iż jest to przypływ wilgotnego powietrza znad oceanu, spowodowany rozległym niżem znad kontynentu, ale kiedy Wełtawa rozlała się aż pod Muzeum1 ludzie zaczęli gadać, że to nie stało się samoistnie i że koniec świata jest murowany. No i stało się. Część ludzi szukała ratunku w kościołach, inni oblegali banki i wycofywali na gwałt swoje pieniądze, (co one były dla nich warte przy takiej katastrofie, niech Bóg osądzi), inni wreszcie hulali i żyli ponad stan jak dawniej. Mnóstwo ich utonęło właśnie w barach. Rozsądni ludzie naturalnie twierdzili, że temu potopowi trzeba jakoś zapobiec, na przykład budując tamy, i tłumnie zgłaszali się dobrowolnie d o pracy. Ale plany tam leżały w Ministerstwie Robót Publicznych i do dzisiaj chyba nikt do nich nie zaglądał. W końcu ludzie wzięli się za to sami i zaczęli budować tamy, gdzie im przyszła ochota. Ale cóż to było warte, skoro woda zalała Barrandov, Pankrac, Bohdalec i Stresovice2 i ciągłe jej przybywało. W innych miastach, krajach i częściach świata wcale nie było lepiej. Po prostu był to jeszcze jeden koniec świata, jak stoi w Księgach. I nikt sobie nawet arki nie mógł zbudować, no bo wiadomo. Podskali2 zostało zatopione najwcześniej, a ludzie na Vinohradach czy w Dejvicach2 nie potrafią nawet tratwy zbić, cóż dopiero mówić o arce, taki to już śródlądowy naród. Nic nie można było zrobić. Koniec świata to koniec świata.

W tym czasie żył jeden starszy pan, nazywał się Kościelny czy Nieumyślny, czy jakoś tak. Zostawszy emerytem wziął się za archeologię j ciągle szperał w poszukiwaniu jakichś prehistorycznych zabytków. Kiedyś kopał gdzieś w okolicy Hloubetina2 i znalazł jakieś gliniane skorupy, pocięte czymś w rodzaju skaz czy bruzd. Było tego około dwudziestu kawałków. No i ten pan Kościelny (czy Nieumyślny) wbił sobie do głowy, że te znaczki to historyczne runy i postanowił, że je odczyta. Przy tym odczytywaniu wyszło mu słowo SAMO i kilka innych dziwnych słów. Wtedy z radości przewróciło mu się w głowie i napisał książkę „O fragmentach Samona”, w której dowodził, że te skorupy pochodzą z rozbitej urny wielkiego wodza Samona, zwycięzcy Awarów i że na niej jest runami zapisany życiorys Samona w dawno wymarłym języku prehistorycznych celtyckich Bojów. Archeologowie przyjęli tę hipotezę kpinami, rzecz jasna, i określili te runy jako nieudany ornament kreskowy. Od tego czasu pan Nieumyślny (lub Kościelny) powziął śmiertelną nienawiść do uczonych archeologów i dowodził w szeregu broszur, że są ignorantami, a te jego skorupy to autentyczne resztki urny Samona. Zabrał się również do studiowania języków celtyckich i twierdził, że słowa, które odczytał na tych skorupach, naprawdę mają celtycki rodowód. Wiecie, jak można przekonywać uczonych o czymś, na co sami nie wpadli! Po prostu nauka nie przyjęła do wiadomości dowodów pana Kościelnego (lub Nieumyślnego), a pan Nieumyślny czuł się osobiście urażony i prowadził dalej swoją pełną goryczy walkę przeciwko archeologom. Nic innego dla niego na świecie nie istniało, tylko te jego runiczne napisy i walka o prawdę w naszej archeologii. I akurat w tym czasie nastał ten potop.

 Pan Nieumyślny (lub Kościelny) mieszkał na Vinohradach blisko wodociągów. Było mu obojętne, że na dworze leje jak z cebra, bo siedział przy swoim biurku i pisał namiętną polemikę z niejakim profesorem Ondrejczkiem, czy jak się tam nazywał ten specjalista od grobów celtyckich. Pisał więc i wcale nic go nie obchodziło. A kiedy mu jego służąca powiedziała, że z tego chyba będzie koniec świata, mruknął tylko, żeby mu dała spokój, bo nie ma czasu na takie głupoty. Co go może obchodzić jakiś tam koniec świat? Ja temu Ondrejczkowi pokażę, powiedział, tym razem rozszarpię go na kawałki. Te jego groby z Ouholic, powiedział, to żadne groby celtyckie, tylko zwyczajne germańskie mogiły. I taki dureń chciałby mnie pouczać, co to są fragmenty Samona! Po czym wyrzucił służącą, bo nie miał czasu słuchać jej gadaniny, i pisał dalej.

Potem znowu przybiegł do niego jeden z sąsiadów mówiąc, że wszyscy mieszkańcy domu postanowili zbudować tam w dole pod Kravinem zaporę przeciw tej nawałnicy żywiołów i żeby pan Kościelny też poszedł budować tamę. Jaka tama, panie, powiedział pan Nieumyślny, co mnie obchodzą wasze tamy, panie. Ja tu muszę nawtykać temu tępakowi, temu fałszerzowi nauki Ondrejczkowi, i to tak, żeby się nie pozbierał. Ja go muszę unieszkodliwić, to leży w interesie archeologii, mój panie. Taki ignorant nie może nam kalać imienia wymarłych ludów, krzyczał pan Kościelny (lub Nieumyślny). Mnie wasz potop nie interesuje, mój panie, proszę mi nim nie zawracać głowy. I usiadł, i pisał dalej. A woda sięgała po pas pomnika Svatopluka Cecha3.

Jako trzecia przyszła do tego pana Kościelnego jego kuzynka z Flory. Ona była z jakiejś sekty, która zbierała się U jednego kamieniarza na Olsanach i tam uprawiali wspólne modły, cuda i proroctwa. Ta kuzynka oznajmiła panu Nieumyślnemu, że nastaje koniec świata i wskrzeszenie sprawiedliwych, jak głosi Apokalipsa, i że on, pan Nieumyślny, powinien przyjść do nich i czekać na triumf sprawiedliwych przy wtórze zwycięskich hymnów. Ładni mi sprawiedliwi, stwierdził pan Nieumyślny. Modlić się to potrafią, ale walczyć przeciwko fałszowaniu nauki przez Ondrejczka to już nie. Dajcie mi wreszcie spokój z tym waszym końcem świata. Co do mnie, może być nawet dziesięć końców świata. Obym tylko pognębił tego Ondrejczka z jego grobami celtyckimi. Następnie zamknął drzwi, żeby mu nikt nie przeszkadzał w pracy.

Woda potem zaczęła się wznosić, aż zalała cały świat. Ludność wyginęła. Widocznie na to zasłużyła.

Kiedy wody znowu opadły i sięgały już tylko do placu Vinohradzkiego, na ulicy pokrytej warstwą błota pojawił się ten pan Kościelny czy Nieumyślny. Był suchy jak pieprz i niósł pod pachą rękopis swojej polemiki z profesorem Ondrejczkiem. Bardzo się złościł, że nie może znaleźć żadnego drukarza, który by mu tę broszurę wydrukował.

Kiedy po latach ludność znowu zaczęła się rozmnażać, nowi ludzie się dziwili, jak ten pan Kościelny czy Nieumyślny przeżył potop. Ale kiedy go o to spytali wprost, wybałuszył ze zdziwieniem oczy i powiedział: – Jaki potop? Ja o żadnym potopie nic nie wiem. Ja wtedy niszczyłem tego nieuka Ondrejczka. Wyobraźcie sobie, że ten ignorant wystąpił przeciwko moim runicznym napisom!

Między nami mówiąc, w przetrwaniu pana Nieumyślnego nie było nic szczególnego. My przecież od dawna wiemy, że ludzkie złości i fanatyzm przeżyją wszystkie pogromy i potopy, ba, nawet sam koniec świata ich nie ruszy.

 

1) Muzemu – Narodni Muzeum w Pradze, budynek położony w najwyższym punkcie placu Wacława.

2) Barrandov, etc.—dzielnice i okolice Pragi.

3) Svatopluk Cech —poeta czeski (1346-1903). Największy rozgłos zyskał cykl wierszy „Pieśni niewolnika”. Pomnik S. Cecha znajduje się w wysoko położonym punkcie Pragi.”

1938

Wiktor Pielewin “Omon Ra i inne opowieści”

Wiktor Pielewin "Omon Ra i inne opowieści"

Wiktor Pielewin “Omon Ra i inne opowieści”

To moje pierwsze spotkanie z prozą Wiktora Pielewina. Kolejny raz przekonuję się, że czeka na mnie jeszcze mnóstwo dobrych rzeczy i przeraża mnie to, że w tym krótkim danym nam przez Los czasie nie ogarnę wszystkiego. Już nie ogarniam, a co będzie, gdy będę starszy, a wątroba w coraz gorszym stanie? Jak żyć Losie, jak żyć?!

Dobra dość tego. „Omon Ra…” to zbiorek trzech prozatorskich utworów uznanego rosyjskiego pisarza. Pierwsze tytułowe „Omon Ra” jest najdłuższe i jest takim przydługim opowiadaniem. Opowiadaniem szyderczym, śmiesznym (poprzez łzy) i smutnym jednocześnie. Pielewin bezlitośnie wyśmiewa „dokonania” radzieckiej kosmonautyki. W skrócie pewien chłopak od zawsze marzył by zostać zdobywcą kosmosu. Poszedł do Armii Czerwonej i tam wybrali go na kosmonautę. Jednak okazało się, że sławna radziecka automatyka wymaga ludzkiej opieki przez cały czas. I w ten sposób dowiedział się, że musi poświęcić życie dla dobra ZSRR i ludu pracującego. Pielewin cynicznie opisuje działania propagandowe radzieckich towarzyszy i demaskuje mechanizmy stojące za „wielkimi czynami”. Czarny humor zaprawiony goryczą dominuje.

Drugie opowiadanie „Żółta strzała” to opowieść o ludziach, którzy całe życie spędzili w pędzącym do zrujnowanego mostu pociągu. Jak dla mnie alegorie do upadającego imperium radzieckiego jak najbardziej oczywiste. Beznadzieja, bezsens egzystencji. Wieczne czekanie w kolejce na lepszy przedział, który zwalniał się w momencie, gdy jego poprzedni właściciel wyciągnął kopyta. Wszędobylscy kombinatorzy i cwaniacy starający się oszukać kogo się tylko da i zarobić na tym grubą kasę. I główny bohater, który zostaje mistykiem i poszukuje jakiegoś wyjścia z tej bezsensownej sytuacji zwanej pociągiem do życia. Znów dobra dawka ironii i groteski. Świetna karykatura początkującego kapitalizmu i rozpadającego się ustroju.

I trzecie „Samotnik i Sześciopalcy” to bardzo interesujące opowiadanie o… kurach. I nie tylko. To filozoficzna i absurdalna przechadzka po fermie drobiu, na temat granic poznania, tego w jaki sposób definiujemy świat i życie. Oraz o bodźcach, które zmuszają nas do sięgania dalej poza rzeczy widzialne i poznane przez innych i nas samych. Jest też o życiu w grupie i społeczeństwie, które polega na dopchaniu się do korytka z wodą i żarciem. Podobało mi się bardzo. Bardzo interesujące i ciekawe. Po przeczytaniu tłukło mi się w łepetynie pytanie: Czy wszyscy jesteśmy kurczakami przeznaczonymi na rzeź, bezrefleksyjnie starającymi się zająć jak najlepsze miejsca w kolejce dziobania?

Ogólnie jak na moje pierwsze spotkanie z Pielewinem to jestem zadowolony i obiecuję sobie solennie, że przeczytam coś jeszcze. Jak tylko starczy mi żywota mego. Amen albo Omen albo Omon.

Dlaczego biblioteki są ważne? Listy do dzieci z Troy (1971)

Znalazłem wpis na portalu mental_flos.

Dotyczy on prośby pewnej bibliotekarki z miasta Troy skierowanej do pisarzy, polityków, dziennikarzy, aktorów. Otóż otwarto pierwszą bibliotekę w mieście Troy. Z tej okazji bibliotekarka Marguerite Hart napisała wiele listów do znanych osób, aby zwrócili się  do młodych ludzi, dzieci ze swoimi przemyśleniami na temat roli jaką odgrywa w życiu ludzi książka, biblioteka i czytanie. Otrzymała 97 odpowiedzi. Ja pokażę Wam te, które ukazały się  na portalu (no nie wszystkie):

Pisarz Isaac Asimov:

Dla nieznających angielskiego moje nieudolne tłumaczenie:

“Drodzy Chłopcy i Dziewczęta,l

Gratulacje z okazji otwarcia nowej biblioteki, bo nie jest to tylko biblioteka. To statek kosmiczny, który zabierze Was w najdalsze zakątki Wszechświata. Nowa biblioteka to wehikuł czasu, który przeniesie was w daleką przeszłość i przyszłość. To nauczyciel, który wie więcej niż jakikolwiek człowiek. To przyjaciel, który Was rozbawi i pocieszy — i najważniejsze, biblioteka to brama do lepszego, szczęśliwszego i bardziej spełnionego życia.”

William White (Profesor):

“It really gives someone a bang to discover suddenly that reading books can be fun. Just don’t wait too long to find this out—think of all the hours and days of fun you’ll miss. Go read a book in the library. Now.”

“Odkrycie, że czytanie książek jest świetną zabawą może dać ludziom prawdziwego kopa. Nie czekajcie długo, by się o tym przekonać – pomyślcie o tych wszystkich godzinach i dniach zabawy, które przegapicie. Idźcie do biblioteki i przeczytajcie książkę. Już.”

William Broomfield (Kongresmen):

“Almost everyone is ignorant about almost everything. Surely there is no denying that. The most brilliant people are only brilliant about one or two matters, and ignorant of everything else. And ignorance is painful and irritating—the enemy of happiness. One of the greatest powers against the forces of ignorance is the public library. It knows no racial or economic boundaries. All who enter are welcome.”

“Prawie każdy jest ignorantem na temat praktycznie wszystkiego. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Nawet najbardziej błyskotliwi ludzie, są genialni tylko w jednej lub dwóch kwestiach, a są ignorantami w we wszystkim innym. Ignorancja jest bolesna i irytująca – jest wrogiem szczęścia. Biblioteka publiczna jest jedną z największych broni przeciwko ignorancji. Biblioteka  nie zna żadnych rasowych ani ekonomicznych granic. Każdy kto zawita w jej progach jest mile widziany.

Neil Armstrong (Astronauta):

“Through books you will meet poets and novelists whose creations will fire your imagination. You will meet the great thinkers who will share with you their philosophies, their concepts of the world, of humanity and of creation. You will learn about events that have shaped our history, of deeds both noble and ignoble. All of this knowledge is yours for the taking… Your library is a storehouse for mind and spirit. Use it well.”

“Dzięki książkom spotkacie poetów i pisarzy, których twórczość rozpali waszą wyobraźnię. Spotkacie wielkich myślicieli, którzy podzielą się z Wami swoją filozofią, swoimi wizjami świata, ludzkości i kreacji. Dowiecie się o wydarzeniach, które ukształtowały naszą historię, o czynach szlachetnych jak i niegodziwych. Cała ta wiedza jest Wasza, wystarczy tylko po  nią sięgnąć. Wasza biblioteka to magazyn dla ducha i umysłu. Używajcie jej mądrze.

David M. Kennedy (Sekretarz Gabinetu):

“Your library is not just a building full of books. It is a gateway to thousands of worlds which you may choose to enter. Any world ever explored by man, or by man’s mind, is there awaiting you in print. The choice is yours.”

“Wasz biblioteka nie tylko jest budynkiem pełnym książek. To brama do tysiąca światów, możecie wybrać które odwiedzić. Każdy świat kiedykolwiek odkryty przez człowieka, lub stworzony przez jego umysł czeka na Was wśród zadrukowanych stron. Wybór należy do Was.

Ronald Reagan (Gubernator Kalifornii – to ten Reagan):

“A world without books would be a world without light—without light, man cannot see.”

“Świat bez książek byłby światem bez światła – a bez światła, człowiek nie jest w stanie widzieć.”
Dr. Seuss (autor książek dla dzieci):

 

Deane Davis (Gubernator stanu Vermont):

“Read! It is nourishing, civilizing, worthwhile. Read! It destroys our ignorance and our prejudice. Read! It teaches us to understand our fellowman better and, once we understand this, it will be far easier to love him and work with him in a daily more complex society.”

“Czytajcie! Czytanie odżywia, cywilizuje, jest warte zachodu. Czytajcie! Czytanie niszczy naszą ignorancję i uprzedzenia. Czytajcie! Czytanie uczy nas lepiej zrozumieć bliźniego i gdy już to pojmiemy, będzie nam znacznie łatwiej bliźniego umiłować i z nim pracować na co dzień w naszym skomplikowanym społeczeństwie.”

Robert D. Ray (Gubrenator stanu Iowa):

“Freedom cannot falter where libraries flourish.”

“Wolność nie osłabnie, tam gdzie biblioteki będą się rozwijać” – to chyba będzie moje ulubione:)

John Burns (Hawaii Governor):

“Be very kind to all the librarians. They are among the wisest people in the world. We could do without governors if we had to, but we could not get along very well without librarians.”

“Bądźcie miłe dla wszystkich bibliotekarzy. Należą oni do najmądrzejszych ludzi na świecie. Moglibyśmy sobie dać radę bez gubernatorów gdybyśmy musieli, ale nie dalibyśmy sobie rady bez bibliotekarzy”

John Berryman (Poeta):

“The chief thing is to read as hard as you play, with the same seriousness and a mind wide open…You have a pretty building for your books. Go in, and change your life.”

“Ważną rzeczą jest byście czytały tak samo mocno jak gracie, z taką samą powagą i z takim samym szeroko otwartym umysłem… Macie ładny budynek dla swoich książek. Wejdźcie i zmieńcie swoje życie.

Lisl Weil (Pisarka):

“Books speak, if you listen well, they will make you think and grow tall and strong in feeling and seeing the world around you.”

“Książki mówią, jeśli zaczniecie dobrze słuchać, książki sprawią, że zaczniecie myśleć i urośniecie mocni i silni w czuciu i dostrzeganiu świata wokół was.”

Joseph Alioto (BurmistrzSan Francisco):

“Books can be your companion on rainy days. They will always be there. And when you want to read, a book will never say, ‘No, I don’t want to.’”

“Książki mogą być Waszymi towarzyszami podczas deszczowych dni. Będą zawsze na Was czekać. I kiedy będziecie chcieli poczytać, książka nigdy nie powie “Nie, nie chcę”.

Herbert Zim (Pisarz):

“Bring a friend to the library. Get him to bring a friend, also. A good library is one that is over-worked and over-used.”

“Przyprowadź przyjaciela do biblioteki. Namów go, żeby również przyprowadził przyjaciela. Dobra biblioteka to biblioteka nadmiernie przepracowana i nadmiernie wykorzystywana.”

Kingsley Amis (Pisarz):

“Use your library, remembering that, whatever else you may not have, if you have books, you have everything.”

“Używajcie biblioteki, pamiętając, że możecie nie posiadać wielu rzeczy, ale jeśli macie książki, macie wszystko”
Jest tego znacznie więcej, ale nie chciało mi się tłumaczyć wszystkiego. Moim zdaniem całkiem budujące te cytaty.
Jeśli ktoś ciekawy wszystkich listów do dzieci, to znajdzie je na stronie biblioteki w Troy.
A swoją drogą zobaczcie jakie życie jest przewrotne. Piękne listy z okazji otwarcia, a czterdzieści lat później rada miasta chciała zamknąć bibliotekę. Na szczęście zrobiono świetną akcję propagandową i biblioteka ocalała. Oto film podsumowujący kampanię na rzecz biblioteki: