Ukraina

The Ukrainian riot police stood back from burning barricades around Independence Square in Kiev, Ukraine, early Wednesday. Sergey Dolzhenko/European Pressphoto Agency

The Ukrainian riot police stood back from burning barricades around Independence Square in Kiev, Ukraine, early Wednesday. Sergey Dolzhenko/European Pressphoto Agency

Miał być pogodny wpis o przeczytanej książce. Wpisu nie będzie, bo źle, bardzo źle się dzieje u wschodnich sąsiadów.

Continue reading

“W kraju wiosny, pomiędzy rozkosznymi sady” Charlie pławi się w Morzu Czarnem i zażywa zabawy. Krymu część piąta i ostatnia.

Pierwszy wers jest z sonetu “Grób Potockiej”, a dzisiaj nie będzie o zwiedzaniu, dzisiaj będzie o plażowaniu, kąpieli zażywaniu i Krymu smakowaniu:)

Nasz pensjonat znajdował się pięćset metrów od plaży. Plaży która miała być piaszczysta, a była hmm…. raczej połączeniem żwiru sypanego na polne drogi i kamieni ze strumienia. Nie była jednak taka najgorsza, bo im głębiej w morze tym piasku więcej. Jedyny minus był taki, że raczej nie dało się zbudować zamków z piasku czy też biblioteki. Bo przecież jak?

Oprócz aktywnego podróżowania po Krymie zajmowaliśmy się mega słodkim lenistwem, czytaniem książeczek i opalaniem swojej skóry na piękny brązowy kolor. I przede wszystkim pływaniem w słonej i cieplutkiej wodzie Morza Czarnego.

 

Takie tam bezkresne morze i ludki.

Takie tam bezkresne morze i ludki.

 Miejscowość, w której się zatrzymaliśmy dopiero “uczyła się” jak być kurortem. Stąd pewien chaos architektoniczny, w którym okazałe pensjonaty ociekające “luksusem” stały obok opuszczonych ruder, albo niedokończonych inwestycji.

Komuś chyba nie poszedł biznes, albo czeka na lepsze czasy.

Komuś chyba nie poszedł biznes, albo czeka na lepsze czasy.

Ogólnie widać, że miejscowość jest na tak zwanym “dorobku”. Nad morzem dopiero powstawała infrastruktura – restauracje, dyskoteki, sklepy, wypożyczalnie rowerków, łódek, skuterów i tym podobne. A efekty tego takie, że człowiek może sobie baraninkę z grilla prawie nad samym morzem wsunąć, popić dobrym ukraińskim piwkiem i na zachód słońca popatrzeć:) Cud, miód i baraninka.

Pyszna to była baraninka, choć trochę koścista:)

Pyszna to była baraninka, choć trochę koścista:)

 

 

Słowacki na Krymie nie był, ale aż się ciśnie na usta "Dla mnie na zachodzie. Rozlałeś tęczę blasków promienistą" - tylko, że smutno mi nie było:)

Słowacki na Krymie nie był, ale aż się ciśnie na usta “Dla mnie na zachodzie. Rozlałeś tęczę blasków promienistą” – tylko, że smutno mi nie było:)

Ludzie jakich spotykaliśmy na swej drodze sympatyczni, ciężko pracujący, mimo wszystko uśmiechnięci i bardzo życzliwi. Widać było, że każda okazja do zarobku jest wykorzystywana. Stragan na straganie i straganem poganiał. Na plażach mnóstwo ludzi handlujących czym się dało. Głównie kholodnym pyvemchorne more krevetky. W busikach marszrutkami zwanymi tłok, każdy gdzieś jedzie, każdy coś wiezie, każdy rzeczy swych pilnuje, a jednocześnie uczciwość ogromna w narodzie panuje, bo pieniądze na bilet przechodzą z rąk do rąk i tak samo wraca reszta.

Nie mam śmiałości do fotografowania ludzi, nie pytam nawet ich o to. Gdybym był odważniejszy sypnąłbym tutaj obrazkami, na których z bagażników starych ład wysypują się arbuzy, a obok stoi babuszka i handluje rybami, które świeże to były może gdy ona nie miała jeszcze zmarszczek, a piersi jej jędrne był  “jak dwoje koźląt, bliźniąt gazeli” (“Pieśń nad pieśniami”).

Tylko takie z ukrycia strzelałem:)

Tylko takie z ukrycia strzelałem:)

To był naprawdę dobry wyjazd. I chociaż moja wątroba ma mi za złe i to bardzo, ja jestem zadowolony, że ten akurat kawałek świata zobaczyłem. I z chęcią do niego bym wrócił jeszcze raz przynajmniej.

P. S. Byłbym zapomniał. Pływanie było super, ale były morskie stwory, które potrafiły zepsuć przyjemność z pływania. Okazało się, że z tego co mówili miejscowi jakiś prąd przygnał im meduzy na wybrzeże. Podobno mają takie inwazje co jakiś czas. I zaprawdę powiadam Wam tego tałatajstwa w pewnej odległości od brzegu było mnóstwo. Na szczęście nie parzyły, ale wiecie, to żadna gdy coś galaretowatego ociera się o Twoje ciało bądź nagle obły stwór wyrasta tuż przed waszymi oczyma! Meduzy były paskudne! Meduzowym najeźdźcom mówimy zdecydowane nie!

Meduzy w ilości znacznej.

Meduzy w ilości znacznej.

 

“Wypuszczam na wiatr konia i nie szczędzę razów”, a Charlie nie szczędzi zachwytu wyrazów. Krym część czwarta.

Tym razem pierwszy wers z sonetu “Bajdary”. A my dzisiaj zobaczymy Jaskółcze gniazdo, pałac w Liwadii, czyli tam gdzie odbyła się konferencja Wielkiej Trójki, która zadecydowała o losach powojennego świata. Oraz zobaczymy miejsce, gdzie kręcono “Podróże pana Kleksa”.

Pałac Woroncowa w Ałupce to miejsce, które kazał wybudować ówczesny gubernator Nowej Rosji, czyli Michaił S. Woroncow – to bardzo interesująca postać historyczna arystokrata, żołnierz, znawca sztuki, który przyczynił się znacznie do rozwoju Odessy i całego półwyspu krymskiego.

Wracając do pałacu – był budowany prawie dwadzieścia lat od 1830 roku. I jest zbudowany w różnych stylach architektonicznych co widać, gdy człowiek trochę po kompleksie pałacowym połazi. Pałac otacza bardzo duży i pięknie utrzymany park. A widoki jakie roztaczają się z pałacowych okien są przepiękne.

Miał rozmach ten Woroncow.

Miał rozmach ten Woroncow.

 

Wstajesz sobie rano z kawusią wychodzisz na taras i taki widoczek! Żyć nie umierać.

Wstajesz sobie rano z kawusią wychodzisz na taras i taki widoczek! Żyć nie umierać.

Przejedziemy teraz do miejscówki, która jest wizytówką Krymu. Bardzo charakterystyczną wizytówką i chyba nie ma na świecie osoby, która by nie widziała przynajmniej jednego zdjęcia Jaskółczego Gniazda, bo o nim będzie teraz mowa.

Każdy chyba to widział gdzieś, kiedyś.

Każdy chyba to widział gdzieś, kiedyś.

Miejscówka, gdzie znajduje się Jaskółcze Gniazdo jest bardzo urokliwa. Zatoczka z wysokimi urwiskami, kawałkiem plaży i hotelem na dole, do którego cumują promy wycieczkowe wygląda jak z jakiegoś śródziemnomorskiego kurortu. Jedynym minusem są tłumy ludzi przetaczających się przez Jaskółcze, ale taki los znanych turystycznie miejsc.

Panie! Jakie to wszystko pikne!

Panie! Jakie to wszystko pikne!

Z Jaskółczego pojechaliśmy do Liwadii, czyli miejscowości leżącej obecnie na przedmieściach Jałty, gdzie w Pałacu Potockich (pałacyk wybudował w połowie dziewiętnastego wieku polski magnat!), w 1945 roku odbyła się słynna konferencja Jałtańska. Pałac po śmierci Potockiego wykupili rosyjscy carowie i im głównie poświęcone są ekspozycje oczywiście oprócz tych poświęconych Konferencji. Dużo informacji znajdziemy też o ostatnim carze Mikołaju II Romanowie.

Naprawdę chciałoby się tam zamieszkać!

Naprawdę chciałoby się tam zamieszkać!

Stół przy którym dzielono świat.

Stół przy którym dzielono świat.

 

Taki widok miał ze swojego gabinetu ostatni car Rosji.

Taki widok miał ze swojego gabinetu ostatni car Rosji.

 

Zabawne wykończenia mebli pałacowych. Ludziom to się kiedyś chciało.

Zabawne wykończenia mebli pałacowych. Ludziom to się kiedyś chciało.

Niedoróby też się zdarzają - imitująca drewno okleina sufitu w jednej z sal.

Niedoróby też się zdarzają – imitująca drewno okleina sufitu w jednej z sal.

Opuściliśmy Liwadię. Ja miałem mieszane uczucia – byłem zachwycony pięknem tego miejsca, ale świadomość, że w tym pałacu został przypieczętowany los Polski zostawiła gorzki posmak w ustach.

Przyszła pora na Jałtę, która jest miejscem zatłoczonym, zakorkowanym, ale z ładną promenadą. Jak możecie wywnioskować szału na mnie nie zrobiła.

Towarzysz Lenin ma wzrok skierowany dokładnie na budynek ogromnego McDonalda. Ot taki kaprys i paradoks historii.

Towarzysz Lenin ma wzrok skierowany dokładnie na budynek ogromnego McDonalda. Ot taki kaprys i paradoks historii.

Na dziś to koniec. Jak sobie przeglądam te zdjęcia, to mnie szlag trafia, że u nas jesień zaczyna się pełną gębą. Ja chcę słońca, trzydziestostopniowych upałów i plaży!

 

 

 

 

“U stóp moich kraina dostatków i krasy”, a Charlie popija piwo i zajada krymskie frykasy. Krym część trzecia.

Tytuł posta tym razem to pierwszy wers sonetu “Pielgrzym”.

Właśnie sobie uświadomiłem, że nie jestem dobry w pisaniu relacji z podróży. W poprzedniej części zapomniałem wspomnieć o fenomenalnym przewodniku, z którym zwiedzaliśmy Skalne Miasto i Bakczysaraj panu Aleksandrze. Dawno nie spotkałem takiego człowieka, który miałby w sobie tyle pozytywnego sarkazmu i dobrodusznej ironii (jeśli takie połączenia słowne jak pozytywny sarkazm i dobroduszna ironia istnieją). Także z tego miejsca pozdrawiam pana Aleksandra.

Krymu część trzecia zacznie się od hymnu pochwalnego na cześć kwasu chlebowego, którego tutaj w Polsce wielbicielem nigdy nie byłem, a tam na Krymie spożywałem ten napój notorycznie. Zresztą okazji do zdobycia kwasu chlebowego było mnóstwo, na przykład w większych miastach stały sobie niemalże na każdym roku ulicy takie oto beczki, z których można było otrzymać zimny kwas chlebowy, który świetnie gasił pragnienie przy trzydziestostopniowej temperaturze.

Beczka z kwasem na ulicy w Eupatorii.

Beczka z kwasem na ulicy w Eupatorii.

Skoro już wspomniałem o Eupatorii to przyjrzyjmy się temu miastu bliżej. Eupatoria leży kilkadziesiąt kilometrów od Saki. Dostaliśmy się tam podróżując lokalnymi środkami transportu – busami zwanymi tutaj marszrutkamiEupatoria to ponad stu dwudziestotysięczne miasto, które przez lata było zapomniane, a obecnie konkuruje z Jałtą o miano największego kurortu Półwyspu Krymskiego.

Historia miasta sięga jeszcze czasów osadnictwa greckiego. Eupatoria była w zamierzchłych czasach kolonią grecką o nazwie Kerkinityda. Później bywało różnie Rzymianie, Tatarzy, Turcy i Rosjanie.

W tym mieście znajduje się również największe skupisko Karaimów i jest cała dzielnica karaimska. Najbardziej urokliwy zakątek Eupatorii.

 

Dzielnia karaimska

Dzielnia karaimska

Część dzielnicy jest odrestaurowana i wygląda przepięknie. Kręte uliczki, niewielkie domki skryte za murami pokrytymi płaskorzeźbami bądź kolorowymi malunkami. A część dalej wygląda jak niektóre fragmenty krakowskiego Kazimierza.

Brama do jednego z podwórek.

Brama do jednego z podwórek.

W środku dzielni Karaimów znajdziemy kenesę. Cudne miejsce, które lśni białymi ścianami, a zamiast dachu zwisają pędy winorośli. Możemy również poczytać w nim o historii Karaimów i ich obecnym losie.

Korytarz prowadzący do kenesy.

Korytarz prowadzący do kenesy.

Eupatoria ma również piękny meczet, który bardzo przypomina Hagię Sophię (nie mam dobrego zdjęcia). Cerkiew, która stoi tuż koło meczetu, a za kawałek dalej synagogę żydowską. Kościół katolicki też gdzieś jest w pobliżu.

Jeszcze fragment dzielni karaimów. Po co mieć zwykłą blachę jako bramę skoro można sobie machnąć coś takiego:

Maluneczki na brameczki.

Maluneczki na brameczki.

Eupatoria to także tramwaje poruszające się po jednym torze! Nie wiem jak to działa w praktyce, bośmy poruszali się marszrutkami, ale pewnie dość długo trzeba takim tramwajem jechać.

Wszystkie tory prowadzą do Eupatorii.

Wszystkie tory prowadzą do Eupatorii.

 

To był bardzo owocny dzień w zwiedzaniu dlatego pod koniec zasłużenie usiedliśmy sobie na zimnym piwku w pubie “Szerliok Holms”:)

Zimne i dobre to było piweczko, drogi Watsonie!

Zimne i dobre to było piweczko, drogi Watsonie!

To na razie tyle. Będą jeszcze inne części, bo Krym szeroki jest i długi! Pozdrawiam serdecznie!

P. S. Aha i dzisiaj podobno Dzień Blogera. U mnie jak zwykle stosowna notka pojawi się po czasie:) Wszystkim czytającym, piszącym wsio dobrego!

“Zmów pacierz, opuść wodze, odwróć na bok lica:” i Charlie nie zachowuj się jak strachliwa dziewica. Krymu część druga.

Znów początek z sonetu Mickiewicza tym razem o tytule “Droga nad przepaścią w Czufut – Kale”, czyli tak zwanym Skalnym Mieście. Mickiewicz dojechał tam na koniku myśmy doszli pieszo. Widocznie dwieście lat temu droga prowadzące do Skalnego Miasta była w znacznie lepszym stanie niż teraz. Miasto ma za sobą ponad półtora tysiąca lat znanej z zapisków historii. W chwilach świetności na wysokości ponad pięciuset metrów nad poziomem morza mogło mieszkać ponad dwa tysiące ludzi. Dzisiaj miasto to kilka budowli, mauzoleum córki chana, gołe ściany i wydrążone w skałach jaskinie, które ciągną się na powierzchni ponad 46 hektarów.

Karaimskie budowle na szczycie.

Karaimskie budowle na szczycie.

Skalne miasto przez stulecia należało do wielu ludów i cywilizacji. Podobno już w szóstym wieku naszej ery Cesarstwo Bizantyjskie założyło tu strażnicę. Później byli Mongołowie, Tatarzy, Karaimowie. I tak do dziewiętnastego wieku.

Karaimska świątynia czyli kienesa.

Karaimska świątynia czyli kenesa.

Ostatni gospodarze twierdzy to właśnie Karaimowie, którzy mieszkali tu prawie do końca dziewiętnastego wieku.

Widoki ze szczytu wzgórza są przepiękne nic dziwnego, że Mickiewicz był zachwycony.

Taki tam widoczek:)

Taki tam widoczek:)

Po drodze do i ze Skalnego Miasta znajduje się w dolinie monastyr mnichów prawosławnych, którzy również mają swoje cele oraz cerkiew wydrążone w skale. Niestety nie można zrobić fotki dość interesującemu wnętrzu cerkwi.

Fragmenty kompleksu klasztornego Zaśnięcia Matki Bożej.

Fragmenty kompleksu klasztornego Zaśnięcia Matki Bożej.

U stóp twierdzy Czufut – Kale rozpościera się miasto Bakczysaraj przez wiele dziesiątek lat stolica Chanatu Krymskiego. Tutaj też znajduje się kompleks pałacowy chanów.

W kompleksie pałacowym zwiedza się mnóstwo pokoi, które reprezentują pałacowe życie codzienne. Na przykład bibliotekę, gdzie jest kilka ciekawych wydań Koranu.

Ktoś potrafi to odczytać?

Ktoś potrafi to odczytać?

W pałacu jest też owa słynna “Fontanną Łez” o której pisali Puszkin i Mickiewicz uznając ją za pomnik ku czci Marii Potockiej polskiej szlachcianki, która miała być najukochańszą żoną jednego z chanów.

Niestety nie mam jej ładnego zdjęcia. Dlatego teraz będzie zdjęcie co można zjeść po tak długim i wyczerpującym zwiedzaniu. Ano można wsunąć Sarmę czyli tatarskie  gołąbki. Mięso mielone (chyba to była baranina – nie wnikałem) zawijane w liście winorośli. Pyszne to!

Pyszne to jest, ale porcje takie, że chłop się tym nie naje:)

Pyszne to jest, ale porcje takie, że chłop się tym nie naje:)

Dlatego jeśli chłop się nie naje to zawsze może jeszcze wsunąć pilaw:)

Po dwóch takich daniach można się poczuć jak w seraju.

Po dwóch takich daniach można się poczuć jak w seraju.

Na dzisiaj koniec. To był jeden dzień jaki spędziliśmy w Górach Krymskich. Bardzo interesujący i ciekawy. Będzie tego więcej, ale już nie tak dużo:)

Jakiś szok termiczny przeżyłem wracając do mej Ojczyzny i teraz pociągam nosem i czuję skrobanie w gardle. Na szczęście mam jeszcze trochę ukraińskiej wódki to trzeba będzie zastosować odkażanie:)

 

 

 

“Lubię poglądać wsparty na Judahu skale” – jak Charlie zdobywa Krym wytrwale. Część pierwsza.

Sobie tytuł posta zaczerpnąłem z sonetu naszego wieszcza, który odwiedził Półwysep Krymski prawie dwieście lat przede mną. I zobaczył znacznie więcej niż mi dane było zobaczyć. Co zobaczył to spisał w swoich sonetach. Ja zadowolę się tylko wpisem na blogu, bo raczej nie będę konkurował z Mistrzem Adamem.

Podróż moi drodzy na Krym z Krakowa podzielona była na etapy. Pierwszy etap to autobus (w naszym przypadku z Krakowa do Lwowa), a później dwadzieścia pięć godzin jazdy pociągiem relacji Lwów – Symferopol, później jeszcze godzinka drogi autobusem z Symferopolu do miejscowości Saki bądź Saky, gdzie mieliśmy noclegi.

Dworzec we Lwowie

Dworzec we Lwowie

 

Wybraliśmy podróżowanie i noclegi z biurem podróży, które zajęło się organizacją wszystkiego. Myśmy musieli tylko zapłacić pieniążki i być w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. A pobyt na Krymie, w Saki nie był w żaden sposób ograniczany przez biuro. Mogliśmy robić co chcieliśmy i robiliśmy co chcieliśmy:)

Wydawałoby się, że podróż całą dobę pociągiem może być męcząca. Może i była, ale upływ czasu zdecydowanie umililiśmy sobie spożywaniem alkoholu, który okazał się środkiem bardzo pomocnym jeśli chodzi o ugaszanie tak zwanego reisefieber

Piweczko

Piweczko

Pociąg musi przejechać ponad tysiąc sto kilometrów, jest bardzo długi – nasz składał się z ponad dwudziestu wagonów. My mieliśmy wykupione miejsca w czteroosobowej kuszetce czyli w przedziale zamkniętym. Radziecka myśl techniczna, która na początku wydawała się prymitywna i bezsensowna, w trakcie podróży ujawniała powoli swoje niemalże magiczne możliwości i bardzo ergonomiczne właściwości. Przedział okazał się bardzo wygodny i dość zadbany.

Podgrzewacz ciepłej wody użytkowej czyli bojler.

Podgrzewacz ciepłej wody użytkowej czyli bojler.

Każdy wagon ma swojego prowadnika, czyli jak wszyscy podkreślali – drugiego po Bogu obywatela wagonu. Trzeba było z chłopem w zgodzie żyć, bo to on dzierżył klucze do WC, serwował herbatę i kawę, ogólnie służył wyjaśnieniami. I w ten sposób się dowiedzieliśmy, że w wagonie nie ma toalety tylko jest sanitarna zonaNasz prowadnik był w porządku i chyba nas polubił.

Korytarz pociągu

Korytarz pociągu

I nie mogę nie wspomnieć o przystankach na trasie, które czasem trwają pół godziny. Co pozwala zaopatrzyć się w słynne пельмені – czyli pierogi z przeróżnym farszem. Zresztą można na takim przystanku zakupić niemalże wszystko – od piwa, wódki począwszy, a na różnych częściach garderoby skończywszy.

If babuszka gives you a melons - buy and eat them!

If babuszka gives you a melons – buy them and eat them!

Moim zdaniem zdjęcie mówi samo za siebie. Takich pań (bo to głównie panie były) na dworcach było całe zatrzęsienie. I to dzięki nim człowiek mógł nasycić głód cieplutkim pierogiem. Zaprawdę powiadam Wam, że były przepyszne. Szkoda wielka, że nasz Mistrz Adam nie opisał ich w swoich sonetach, bo nie tylko wzmianki w sonecie, ale napisania całego sonetu warte były te pierogi.

To na razie koniec części pierwszej. Będzie ich może więcej jak tylko dojdę do siebie, pozwolę mojej wątrobie odpocząć i przyzwyczaję się do tego, że nie ma trzydziestu stopni w cieniu, a ja nie mogę wyjść na plażę i zanurzyć się w ciepłej wodzie:)

adam

Wieszcz Adam wsparty na Judahu skale, wypatrujący Charliego

 

Polska nie jest suchym krajem, czyli jak pito we Lwowie…

I czasem ma dusza znajdzie w gazetach sprzed wielu lat temat jakże bliski sercu. I tak stało się tym razem, w swych “Listach ze Lwowa” korespondent “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” poruszył temat nocnego, alkoholowego życia we Lwowie:) Zdaję sobie sprawę, że to zapewne tylko wierzchołek góry lodowej przedwojennych knajp i lokali lwowskich, ale miło poczytać o świecie, którego już dawno nie ma. A który tętnił życiem bardzo kolorowym i ciekawym.

 

“Henryk  ZBIERZCHOWSKI.

LISTY ZE LWOWA.

Gdzie i jak się pije we Lwowie?

Jestem pewny, że list ten wzbudzi wielkie zainteresowanie w całej Polsce, większe nawet, niż wszystkie poprzednie listy, dotykające przeróżnych dziedzin lwowskiego życia. Trudno! Polska nie jest suchym krajem i każdy Polak, jeżeli nie jest chory pije chętnie i lubi dowiedzieć się, gdzie i jak piją jego współrodacy. Więc niejeden wytnie sobie ten feljeton i po przyjeździe do Lwowa używać go będzie jako przewodnika po mieście. Lwów lubiał zawsze pić dużo i dobrze. Pod tym względem nie da się do dzisiejszego dnia zapędzić w kozi róg ani Warszawie, ani Krakowowi, ani Poznaniowi. I jeszcze jedna cecha charakterystyczna lwowskiego pijaństwa: Kraków pije na smutno, Poznań na tęgo, Lwów zaś pije na wesoło. Lwowianin na dnie kieliszka zawsze znajdzie wesołą anegdotę, sprośny żart lub pijacką piosenkę. Więc dlatego nocami jest tak bardzo rozśpiewany od przedmieść, które śpiewają słynny „Bal u weteranów” aż do centrum miasta, które nuci „Walc nocny”. Grzmią więc przedmieścia refrainem:

A muzyczka tirli, tirli

A muzyczka rżnie.

A przy tej muzyczce

 Goście bawią się.

 Wszystko jedno czy to damska

 Czy to męska jest,

Byle tylko rżnęła fest, ach,fest!

a na to im odpowiada zaraz śródmieście:

Gdy ciemność zapada

I światła latarni zapłoną,

Do naszych serc się zakrada

Jakaś tajemna moc.

Hej! serce nam bije.

W wódce niech troski zatoną,

Szerzej i piękniej się żyje —

 Cudną, cudną jest noc.

Więc, gdy ciemność zapada i morze świateł zaleje plac Marjacki, przejdźmy się po Lwowie, ażeby zobaczyć, gdzie i jak piją.

Kto ma dwadzieścia złotych i czysty kołnierzyk, wstępuje do jednej z trzech pierwszorzędnych restauracyj hotelowych: w hotelu George’a  pije ziemiaństwo i złota (pozłacana) młodzież. Nastrój dystyngowany, rozmawia się tylko półgłosem, na stołach koniak i francuskie wino. W hotelu „Imperial” nastrój już więcej demokratyczny i trochę więcej głośny. Tu gromadzi się inteligencja żydowska rozprawiając głośno o procesie Steigera i politycy ukraińscy z Undo raczą się ciagłą fundą. Lecz dopiero w hotelu Krakowskim jest naprawdę przyjemnie. Królewskie sale, a nastrój demokratyczno-cygański. Teatr, literatura, malarstwo i kamieniarstwo, zbiega się tu od czasu do czasu, ażeby nacieszyć się czystym obrusem i świetną muzyczką. Pije się piwo, kawę i śliwowicę, bo to najtańsze. Czasem na jedną karafkę składa się trzech aktorów, dwóch poetów i jeden sekretarz teatru. A kto chce w tajemnicy przed towarzystwem wlać w siebie „dużą mocną”, wymyka się do kuchni, do Walusia, generała od butelek i kropi. Ale często wymykają się za nim chytrzy współtowarzysze i oszczędność bywa ukarana postawieniem całej kolejki. Kredyt łatwy, a uprzejmi gospodarze, pan Tygrys i pan Franio, zbierają karteczki, z których niejedna będzie kiedyś cennym autografem sławnego artysty.

Lwowscy śniadankowicze nie mogą się skarżyć na brak urozmaicenia. W każdej dzielnicy jest jakiś sławny pokój do śniadań, do którego wiatr zimowy zawieje zmarzniętego przechodnie: Szkowron, Musiałowicz, Lasocki, Lewicki, nazwiska szacowne, popularne i nie mające przeciwników politycznych. Partja zielonych (piołunówka) nie pokłóci się tam nigdy z partją białych (żytnia Baczewskiego), a najczęściej wstępują wszyscy solidarnie do klubu K. C. D. (każ coś dać), które posiada imponującą ilość członków i sympatyków. Tam walczy się z moskalami (w chwilach kociokwiku), tam znajdzie się zawsze „jeńca”, gdy pragnienie jest większe od kieszeni. (Jeńcem nazywa się ten, który coś postawi).

Lwowscy piwarze mają swoje własne sanatorium przy ulicy Krakowskiej w lokalu Mariana Kafki. Dzięki tajemnicy piwnic i aparatu, piwo tam zawsze jak śmietana. Piękne tradycje ma ten lokal — asylum ś. p. Tadeusza Pawlikowskiego i jego kochanych aktorów. Pod ciemnemi sklepieniami rodziły się najpiękniejsze pomysły inscenizacyjne, korygowano linje kreacyj po wrażeniach premjery, wiernymi słuchaczami tej teatralnej akademji byli wszyscy ci, co już odeszli na tamtą stronę: Nowacki, Feldman, Jaworski. Hierowski, Okoński. Dzisiaj mieszczaństwo wzięło w arendę tą artystyczną spelunkę, a lwowska „Strzelnica” przypomina sobie swe dawne rycerskie dzieje, walcząc z „bombami” piwa lwowskiego. Czasem nawet sam Król Kurkowy przyjdzie na flaczki i duże lwowskie, a jego marszałek kupi sobie małpę u bufetowego Władzia.

Lwowscy wódczanie, zakrapiacze, mieszańcy, mają swój ulubiony lokalik pod firmą Atlasa. Niejednego Atlasa on już wykończył, bo w wódczanych mieszaninach jest jak magik Cagliostro. A upaść w tym lokalu nie można, bo z przodu podtrzymuje pijaka bufet, a z tylu ściana. Osobliwością lokalu jest śmietankówka i krupnik. I gospodarz, najgrzeczniejszy z lwowskich szynkarzy.

Winiarze lwowscy, potomkowie po kądzieli zacnego Colas Bregnon cztery mają rozkoszne przytułki pod godłem Bakchusa. Winiarnie Ludwika, Stadmullera, Wiksla i Koziołowej, uczą radości życia przez pryzmat złocistego wina.

A ten, kogo o świcie ze wszystkich już knajp wyleją, a do domu iść się boi, znajdzie przystanek u Dickera albo u Icka Spaka. Lecz trzeba być ostrożnym, bo o lokalach tych tak śpiewa piosenka:

Aż tu nagle już nad ranem

Przyszli dwaj cywili,

Włosy pomierzwione,

Wąsy jak badyli.

Nic nikomu nie mówili,

Lampy pogasili ,

Gościom mordy zbili

Taj już, taj już”

 

Naprawdę przecudny felieton. Lekki, przyjemny, ironiczny i zabawny. Wywołał u mnie nieodpartą chęć wycięcia go, wynalezienia wehikułu czasu i udania się w na wycieczkę po wszystkich wymienionych lokalach lwowskich. Na pohybel wątrobie. (Skoro wynajdę wehikuł czasu, to nie będzie problemu z nową wątrobą). Wszak “Polska nie jest suchym krajem” – rozwaliło mnie to stwierdzenie.

Czy i dzisiaj Kraków pije na smutno? Chyba to już się zmieniło, ale głowy lub ręki nie dam sobie za to uciąć, ani tym bardziej wątroby wyciąć.

Znalezione jak zwykle w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”. “Ilustrowany Kuryer Codzienny, nr 335 z 6 grudnia 1925 roku.

 

 

 

P. S. Znalazłem na Youtubie fragment jakiegoś telewizyjnego programu p. t. “Piosenki lwowskiej ulicy”.

 

Wygląda dość interesująco choć mocno schematycznie. Czy tak śpiewały lwowskie przedmieścia:

http://www.youtube.com/watch?v=_sQxy9P0vXQ&feature=plcp—cz.3

 

 

Dawniej też kradli..

Wiecie, że niedawno ukradli mi rower. Oczywiście nie jestem pierwszym ani ostatnim człowiekiem w ten sposób poszkodowanym. Tak sobie teraz trafiłem na dwie informacje prasowe sprzed wielu, wielu lat.

Ta informacja pochodzi z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z roku 1925.

“POŁÓW NA ROWERY. Od kilku dni kronika policyjna, prawie codziennie notuje zgłoszenia wypadków kradzieży rowerów. W przeważnej części, że podobne wypadki się zdarzają, winni właściciele rowerów, gdyż lekkomyślnie pozostawiają rowery bez nadzoru w bramach domu lub na chodniku. Ostatnio, t. j. -wczoraj skradziono rower wartości 170 zł. ułanowi Karwackiemu, który pozostawił rower przed sklepem w ulicy, św. Anny”

Biedny ułan stracił swojego rumaka, wiem doskonale jak się wtedy czuł.

A teraz informacja sprzed ponad stu lat. Z  “Gazety Lwowskiej” z roku 1899.

“Amator rowerów. Kornel Pachuta, 16 letni terminator lakierniczy, który upodobał sobie sport kołowy, nie mając środków na za-kupno maszyny, skorzystał z pozostawionego chwilowo na ulicy Piekarskiej roweru pana R., którym jednak nie długo się cieszył, gdyż Pachutę i ukryty przez niego na strychu rower odszukano, a niedoszły cyklista piechotą dosłał się do aresztu.”

Ta notka jest dość dowcipnie napisana, zapewne dlatego, że finał sprawy szczęśliwy. A niedoszły cyklista pewnie jakąś surową karę otrzymał. Biedaka nie stać było na “zakupno” maszyny…

Morał z tych fragmentów taki, że Charlie nie pierwszym jeleniem jest i tym na dzień dzisiejszy muszę się pocieszyć:)

 

P. S. Z czystej ciekawości wpisałem “Kornel Pachuta” w wujku google. O dziwo wyskoczył mi wynik z innego numeru “Gazety Lwowskiej”. Tym razem z roku 1902, który został zdigitalizowany przez Jagiellońską Bibliotekę. Poprzedni fragment znalazłem w “Gazecie Lwowskiej”, która znajduje się w mojej czytelni.

“Zamach samobójczy.” W ogrodzie Kizyka za, rogatka Żółkiewską,, usiłował wczoraj po południu pozbawić się życia, w stanie podchmielonym 24-letni czeladnik lakierniczy Kornel Pachuta, powiesiwszy się na rzemiennym pasku, umocowanym do gałęzi drzewa. W czas spostrzeżono jednak zamiar Pachuty i uratowano od niechybnej śmierci, umieszczając go aż do wytrzeźwienia się w aresztach policyjnych. “

Zgadza się nazwisko, zgadza się zawód, ale za cholerę wiek się nie zgadza. Nie mógł nasz szesnastoletni złodziejaszek roweru w ciągu trzech lat postarzeć się o lat osiem. Najwidoczniej to jakiś błąd dziennikarski, bo raczej wszystko wskazuje na jedną i tę samą osobę.

Biedaczyny pewnie wciąż nie stać go było na “zakupno” maszyny. No, ale żeby się z tego powodu od razu wieszać? Ja rozpaczam po stracie mego bicykla, lecz rozstawać się z życiem nie mam zamiaru.

Juliusz Turczyński “Powieści huculskie: tom 1”

Juliusz Turczyński "Powieści huculskie"

Juliusz Turczyński “Powieści huculskie”

Dobry wieczór moje kochane Hucuły! Wygrał ktoś lotka? I teraz właśnie szaleje z radości, przerażenia ogromną kwotą i świadom możliwości jakie pięćdziesiąt milionów złotych otwiera przed człowiekiem? Ja idąc za owczym pędem puściłem numerki, ale nie mam dylematów na co roztrwonić miliony, znaczy się nie wygrałem nic:( Nawet marnej trójczyny… Nic to! Jak to śpiewa Kazik: “pieniądze na życie, czy życie dla pieniędzy”. Opowiem Wam dziś o książce, która została napisana w czasach, gdy Dużego Lotka nie było, ale na pewno istniały różnego rodzaju Loteryje i konkursy z fantami.

Kolejna na ślepo wybrana książka z zakurzonych półek. Wybrana szybko i w pośpiechu, bo jakoś tak czułem się nieswojo, gdy spozierały na mnie pająki uzbrojone w prymitywne łuki i strzały. (Pająki dopiero zaczynają ekspansję w dolnych poziomach Magazynu. Zostały znacznie w tyle w porównaniu z innymi mieszkańcami Magazynu, ale nadrabiają ostro i coś czuję, że będzie się działo).

Nawet się ucieszyłem z wyboru, bo przecież Hucuły to modny ostatnio temat. Powrót do korzeni, odgrzebywanie dawno zapomnianych ludów, ich zwyczajów i historii. W dziewiętnastym wieku tradycje Hucułów opisywał niezmordowany Oskar Kolberg, który zwiedził dawną Rzeczpospolitą wzdłuż i wszerz. Pod koniec wieku dziewiętnastego zaczęła się również słynna młodopolska “chłopomania”. Odkrywanie przez inteligencję, literatów, malarzy, rzeźbiarzy, muzyków ludowej kultury i tradycji. “Powieści huculskie” to dwa opowiadania, które autor publikował już wcześniej, ale ze względu na ich popularność zostały one wreszcie wydane w jednym zbiorze. Pierwsza opowieść nosi tytuł “U stóp Czarnohory”. To historia miłosna huculskiej dziewczyny do jurnego chłopaka, niestety dziewczyna została wydana za mąż za starszego gazdę i chcąc być posłuszna woli rodziców odrzuca Semena. Ten nie daje za wygraną, i do niej zachodzi pod nieobecność starego. Idylla nie trwa długo, bo stary nie jest w ciemię bity i nakrywa oboje we własnej chacie. Dochodzi do szamotaniny. Młody jak to młody podczas walki zabija dziadygę. Finał historii nie jest pozytywny ani radosny: młody ginie w odmętach górskiego potoku, a dziewczyna traci rozum i spada ze skał. Ogólnie ckliwy romans, którego oprawą są piękne góry oraz gwara i trochę zwyczajów huculskich. W tym opowiadaniu zwróciłem uwagę na zapewnienia autora, że opisy gór i terenów, na których toczy się akcja autor zna z autopsji, gdyż wielokrotnie wędrował opisanymi szlakami. Oto przykład:

przykład

A tutaj dam jeszcze drugi przykład:przykład2

“Hodyna” to rodzaj górskiej nawałnicy.

Druga opowieść to zgadnijcie co?! Również ckliwy romans!! Z huculskimi chatynkami, zabobonami, wiedźmą oraz opryszkami. W skrócie chodzi o to, że we siole jest rodzinka, która dziś zostałaby określona mianem lekko patologicznej. Matka to zielarka, ojciec chodzi kraść, córka jeszcze dziewica, a synek lubi wsuwać świeżo zebrane ptaszki, lekko osmalone nad ogniem (sic!). Córeczka dziewka ładna i niewinna, na wsi się nie udziela i raczej o życiu poza chatą nie ma pojęcia zielonego. Matka nagadała jej, że ludzie źli są i tylko czyhają, aby zrobić jej krzywdę. Młodość jednak swoje prawa zna i dziewczyna zaczyna spotykać się z największym we siole przystojniachą, któren nie dość, że przystojniacha to jeszcze dziany jest niemiłosiernie (rodziciele mają owiec, bydła, i nawet kawałek lasu!). Niestety rodzicielom nie podoba się, że Maksym chce się ożenić z dziewką od zielarki. Do tego dochodzi jeszcze zazdrosny kumpel ojca dziewczyny, któremu dziewczynę obiecywano wcześniej. Chłopak robi co może, w końcu Maksyma zabierają do woja. A w tamtym okresie wojsko, to nie był wiosenny spacerek. Maksym nie wytrzymuje we wojsku i ucieka. Będąc dezerterem ucieka na Węgry. Po kilkunastu latach poniewierki wraca jednak do sioła, a tam mu rodzice pomarli, a dziewczyna… Powiem, krótko, że historia dla odmiany kończy się happy endem.

Cóż mogę powiedzieć o “Powieściach huculskich”? Czytało się je ciekawie. I choć były to romanse raczej niewysokich lotów, to widać było, że autor naprawdę poznał Hucułów i wśród nich przebywał. Najciekawszą rzeczą w “Powieściach…” była huculska gwara całkiem dobrze oddana (przynajmniej tak mi się wydaje) przez autora.

P. S. Z ostatniej chwili: Dwie osoby trafiły szóstkę!

P. S. 2 Kurczę będę jutro musiał odłożyć książkę na półkę. A co jeśli pająki będą miały już broń palną?