Charlie w Chorwacji i na Adriatyku. Część I…

Widok z miejskich murów Dubrownika.

Dzień dobry! W Krakowie wieje jakiś orkan, rok akademicki się już dawno rozpoczął na szczęście dzięki silnym wiatrom smogu brak. Dlatego też dzisiaj będzie kolejna atrakcja, którą Wam obiecałem, czyli krótka relacja z mojego urlopu na Chorwacji. Będzie to bardzo krótka opowieść jak zostałem bibliotekarzem – żeglarzem i dlaczego Chorwacja jest taka piękna. Zostanie ona rozłożona na części, bo moja przygoda z żeglowaniem trwała prawie dwa tygodnie i ciężko będzie opowiedzieć wszystko w jednym długim wpisie.

Continue reading

Stephen King “Under the dome” (“Pod kopułą”)

king

Zdałem sobie przed chwilą sprawę, że nie pisałem o żadnej książce Kinga na moim blogu, ale na pewno wielokrotnie o nim wspominałem. Dziwne to, bo pana Stefana to ja namiętnie czytywałem w liceum i trochę mniej namiętnie na studiach. Aha! Wcale to nie dziwne, bo gdy ja byłem w liceum to Internet był na kartki lub na modemy, a ja nie miałem własnego modemu:( Dobra nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i czas opowiedzieć Wam o książce Kinga „Pod kopułą”.

Zacznę od wyznania, że to kolejna książka napisana po angielsku, którą przeczytałem! Nigdy nie myślałem, że będę w stanie czytać książki po angielsku, moim marzeniem jest też zacząć czytać książki po niemiecku, ale do tego baaardzo długa droga. Miałem więc styczność z oryginałem.

Dodatkowo nie zdawałem sobie, że to jest taka cegła, bo czytałem ją na Kindlu i znów urządzenie Amazona zaburzyło mi odczucia czytelnicze, bo ominęło mnie odczuwania ciężaru historii jaką King spreparował.

King książkę zaczyna pierdolnięciem, idzie więc za radą Alfreda Hitchocka, który mawiał, że „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.” Bo rzeczywiście kilkanaście pierwszych stron to bezlitosny opis tragicznych zgonów, gdzie nawet biedny świstak z nadwagą nie zostaje oszczędzony. Atmosfera gęstnieje (dosłownie i w przenośni), bo miasteczko Chester’s Mill zostało otoczone niewidzialną barierą, która praktycznie nie przepuszcza powietrza, a ciągnie się na wiele kilometrów w górę i w głąb ziemi. Zadziwiający jest również fakt, że bariera idealnie odzwierciedla wytyczone przez człowieka granice administracyjne miasteczka. Wszyscy Amerykanie zakrzyknęli: what the fuck! A ci uwięzieni pod kopułą dodatkowo wzywali pana Boga nadaremno. Nawet amerykańska armia i amerykańscy naukowcy nic nie byli w stanie zrobić!

Wspomniałem, że atmosfera gęstnieje? Oj gęstnieje jak na posiedzeniu rządu w sprawie budżetu. King przedstawił nam całą masę bohaterów, mieszkańców małego miasteczka żyjących swoim życiem, którzy nagle zostali zamknięci niczym mucha pod szklanką. Łapaliście kiedyś tak muchy? Lub inne owady? Ja łapałem i z chorą fascynacją przyglądałem się jak tłuką się o brzegi szklanki. Mamy więc postacie nikczemne i bohaterskie, życzliwe i wywołujące odrazę. Radnego miejskiego, któremu zamarzył się sen o wielkości, bohatera wojennego, który chciał tylko smażyć burgery i mieć święty spokój, fanatyka religijnego i pastorkę (po polsku to jest?), która w Boga już nie wierzy. Ogólnie cały przekrój małej społeczności. To wszystko wrzucił King do tygla, a raczej umieścił pod kopułą i zamieszał. Jest krwawo, ludzie giną co chwila i ogólnie cały czas coś się dzieje, aż do samiuśkiego końca.

Ulubiony motyw Kinga czyli ludzie z małego miasteczka na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych postawieni przed sytuacją nie z tej ziemi, paranormalną i wywołującą przerażenie tutaj nabrał jeszcze większej intensywności, gdyż całe to miasteczko jest zamknięte, nie ma szans ucieczki, a mieszkańcy są skazani na siebie. Intensyfikacja doznań, emocji i uczuć jest silna. Jest krwiście i trup ściele się gęsto.

Muszę napisać, że jednak w pewnym momencie byłem już znużony, gdyż tak naprawdę wszystko rozegrało się może w połowie książki – to znaczy bohaterowie zostali przedstawieni i nam czytelnikom i sobie nawzajem. Doskonale było wiadomo kto jest dobry, a kto zły i teraz tylko można było ewentualnie zgadywać kto zginie i jaką śmiercią. Trochę to męczyło,  jednak nie na tyle, by nie chcieć dowiedzieć się co będzie dalej i jakie nowe męczarnie zgotowała Kopuła mieszkańcom Chester’s Mill. A zgotowała sporo.

King pisze prostym językiem nie miałem problemów ze zrozumieniem. Zauważyłem, że ma kilka ulubionych słów i zwrotów, które wciska wszędzie. Jak refren piosenki Jamesa Mcmurtry’ego „It’s a small Town” (wrzucę ją na koniec wpisu). Angielski Kinga jest na poziomie zrozumiałym dla Charliego. Oczywiście nie mogło się obyć bez słownika, bez Urban dictionary, gdyż było mnóstwo związków frazeologicznych, powiedzonek, których za Chiny ludowe nie mogłem skumać od razu. A sprawdzanie w słowniku poszerzyło mój zasób słów w języku “angielskiem” :)

Krótkie podsumowanie, bo rozpisywać się nie lubię – to King jakiego znamy, jeśli go czytamy. Ze swoimi popkulturowymi wstawkami, z bohaterami, którzy są z krwi i kości i do szpiku tych kości amerykańscy. Republikanie, demokraci, “rednecki” i wojskowi. Jest śmierć, jest groza, jest lęk przed nieznanym, ale również przed innym człowiekiem, przed sąsiadem, który w momencie zagrożenia może stać się Twoim śmiertelnym wrogiem. Jest trochę metafizyki i moralności, zwłaszcza w zakończeniu, które jest niczym z kina familijnego. Napisałem wcześniej o znużeniu podczas lektury, lecz nie było to znużenie pokroju: Dżizas, ależ on pierdzieli, kiedy to się wreszcie skończy! Tylko raczej coś w stylu: no dalej panie King, ja już wszystko wiem, pokaż co jeszcze mogłeś tutaj dodać. I King dodawał.

Ja z lektury jestem zadowolony.  Może nie zachwycony, ale cieszę się, że książkę przeczytałem. Zwłaszcza, że lekturę rozpocząłem ze względu na serial, który już miał swoją premierę w Stanach. Chcę obejrzeć serial i porównać z książką, bo materiał na dobry, wciągający serial z tej książki jest idealny.

Wspomniana piosneczka (zresztą w książce jest wspominana cała masa innych piosenek, które muszę sobie sprawdzić):

The Lord of the Libraries…

Grecy zdobyli wyrównującą bramkę, ale Khedira popisał się pięknym strzałem na 2:1, Klose dobił na 3:1, Reus podbił do 4:1, był karny i Grecy doszli do 4:2, a ja chciałbym się z Wami podzielić filmem.

Oglądaliście serial “Heroes”? O grupie “zwykłych” ludzi z USA, którzy odkrywają nadnaturalne moce? Całkiem niezłe do któregoś sezonu. Otóż tam były całkiem fajne efekty specjalne, i facet odpowiedzialny za te efekty specjalne dostał nagrodę EMMY. Christopher D. Martin, bo tak się nazywa ten facet, zanim zdobył Emmy studiował sobie na Kansas University. I tam nabierał szlifów w trudnej sztuce efektów specjalnych.

Przedstawiam Wam film dumnie zatytułowany “Lord of the Libraries”, jeśli macie jakieś skojarzenia z Tolkienem i Peterem Jacksonem to słusznie, bo film jest parodią i bezpośrednim nawiązaniem do książki i filmu. Trochę  trwa ten filmik, ale całkiem zabawny. I oczywiście jest też filmem promocyjnym uniwersyteckiej biblioteki. Niestety po “angielskiemu” jest.

Wręczanie nagród na końcu jest najlepsze:) I hasło” “We are everywhere” jest po prostu do wykorzystania!

 

 

P. S. Znalezione na Stephen’s Lighthouse.

George R. R. Martin “Gra o tron”

George R. R. Martin "Gra o tron"

George R. R. Martin "Gra o tron"

 Ja, maestro Charlie Librarian adept sztuk wyzwolonych, bakałarz studiów wszelakich, strażnik Wiedzy i Mądrości oraz rycerz Słowa Drukowanego znany w całej krainie Stu Bibliotek opowiem Wam dzisiaj szlachetni czytelnicy o książce, która wielu znaną była. Lecz jeszcze większy rozgłos zyskała dzięki produkcji telewizyjnej.

„Gra o tron” choć nie jest książką wiekową zdążyła już zyskać status kultowej. Miłośnicy fantasy uważają książkę Martina za absolutne must known (ja przynajmniej spotkałem się z większością takich opinii). Mimo tej niewątpliwie wysokiej pozycji w literaturze fantasy „Gra o tron” nie była, aż tak bardzo popularną książką. Dzięki świetnemu serialowi HBO wielu ludzi postanowiło sięgnąć po prozę Martina, by skonfrontować wizję scenarzystów stacji telewizyjnej z oryginałem. Ja sam przeczytałem Martina (oczywiście te wydane w tamtych latach tomy) jeszcze w liceum. Niestety szare komórki odpowiedzialne za zapamiętanie wrażeń z lektury zginęły w oparach alkoholowych dnia 1.10.2005 ( trzeci rok studiów – inauguracja roku akademickiego). Niech odpoczywają w spokoju. Dlatego podczas oglądania serialu coś mi tam świtało, gdzieś dzwonili, ale nie wiem, w którym meczecie i zachowywałem się jak nasi posłowie, którzy nie wiedzą, nad czym głosują, ale próbują mądrych udawać i rączkę do góry podnoszą. Zawziąłem się, a że jakimś dziwnym trafem „Gra o tron” była jednym z prezentów pod choinkę, łyknąłem Martina jak zimne piwko w upalny dzień. To znaczy szybko, robiąc przerwy na zadowolone westchnienia i delektując się orzeźwieniem.

Streszczę Wam fabułę tak na jednym wydechu:

Westeros – kontynent z Siedmioma Królestwami, którymi włada jeden król, ale one były kiedyś naprawdę oddzielnymi królestwami, od czasu Aegona Zdobywcy są jednym królestwem, królestwem włada Robert Baratheon, który ma w herbie jelenia z dużym porożem, a tron na którym zasiada wykuty jest z mieczy i jest strasznie niewygodny. Robert jest kiepskim królem, bo w głowie ma tylko polowania, turnieje, chlanie, dupczenie dziewek i ruchanie dziwek. Nic więc dziwnego, że jego żona go nie lubi i rozkosz znajduje UWAGA SPOJLER w ramionach swego brata bliźniaka zwanego przez wszystkich Królobójcą a to dlatego, że zabił poprzedniego króla Aerysa Szalonego, choć należał do Gwardii Królewskiej i przysięgał go chronić i nie robić mu krzywdy a tu wbił mu miecz w plecy i wszyscy mają go w pogardzie, ale każdy się go boi, bo jest świetnym rycerzem i wszystkich zabija. Oboje z królową pochodzą z rodu Lannisterów, mają oni w herbie złotego lwa i ich zawołaniem jest „Lannister zawsze spłaca swoje długi”. Ród jest strasznie bogaty i trzęsie praktycznie całym królestwem i jeszcze jest Eddard Stark lord Północy, który nie lubi Lannisterów za to kocha króla Roberta jak brata, Starkowie mają w herbie wilkora czyli takiego większego wilka z północy zza Muru. Bo jest jeszcze na północy w mroźnych krainach Mur, wybudowany kilka tysięcy lat temu, który strzeże krainy ludzi przed zagrożeniem ze strony dzikich a na Murze czuwa Czarna Straż i ludzie z Czarnej Straży to w większość, złodzieje i inne męty, które by uniknąć topora wybrały życie na Murze, którzy nie mogą mieć dzieci i do końca swoich dni nie mogą opuszczać Muru, a Eddard Stark ma kilkoro dzieci i wszystkie one są takie szlachetne i każde z nich znalazło swojego wilkora i inni ludzie boją się wilkorów i zawołaniem Starków jest „WINTER IS COMING” i jest jeszcze….

Dobra koniec z tym. Naprawdę dużo się dzieje w tej książce i czasem można się zgubić. Intrygi, krew, śmierć, opisy walk, trochę magii, trochę legend z dawnych wspaniałych czasów kontynentu, sporo tajemnic i wartka akcja oraz świetna narracja sprawiły (kurczę zapomniałem o seksie, dużo seksu, cycków i tak dalej) sprawiły, że Martina przeczytałem błyskawicznie, pewnie też tak zrobiłem w liceum, nie pamiętam (ach te szare komórki! Świeć Panie nad ich dendrytami i aksonami). To naprawdę świetna książka rozrywkowa. Gdyż nie ma co ukrywać, „Gra o tron” do literatury szczególnie wysokich lotów nie należy (a niech mnie rozszarpią wilkory za te obrazoburcze stwierdzenia!). Dla mnie nie ma większego sensu debatowanie nad portretami psychologicznymi postaci, nie potrzebna mi jest ekonomiczna analiza sytuacji Siedmiu Królestw czy też dyskusje nad zasadnością użycia konnicy w tej czy innej bitwie. Martin w sam raz zadowolił mnie „realizmem” świata przedstawionego. A to, że często wkurzałem się na postępowanie bohaterów świadczy tylko o tym, że lektura oddziaływała na me emocje i ostatnie szare komórki tłukące się w bibliotekarskiej głowie. „Gra o tron” to po prostu powieść fantasy skupiająca się bardziej na walkach o władzę, namiętnościach ludzkich i politycznych intrygach niż wojnach z magami i trollami. Naprawdę solidna porcja niezłej przygody, a nie żadna egzystencjalna i siląca się na pełną powagę powieść o życiu. I jeszcze ta bezkompromisowość w pozbywaniu się bohaterów, którzy teoretycznie byli głównymi! Miszczostwo! Podobno amerykańscy telewidzowie się obrazili na stację HBO, która zgodnie z książką uśmierciła pewnego bohatera (nie będę zdradzał kogo, bo może ktoś nie wie:)

Martin zapewnił mi sporo dobrej zabawy i teraz właśnie jestem w trakcie drugiego tomu!

Byłbym zapomniał, trochę spóźnione, ale szczere. Wszystkiego najlepszego w NOWYM ROKU! Obyście żadnych recept nie potrzebowali, oby głowy Wasze wolne były od politycznego bagna (chyba, że to lubicie), oby serca Wasze biły zdrowo i radośnie w rytmie cza-cza!

Buffy postrach wampirów…

Tak sobie dzisiaj  szedłem do pracy (rower zostawiłem wczoraj na Rynku albowiem nie wskazane jest poruszać się dwuśladem po spożyciu znaczącej ilości trunków) :) I jakoś przypałętało się do łepetyny wspomnienie serialu, który człowiek oglądał w sobotnie południe na TVN – nie. Mowa właśnie o Buffy postrachu wampirów.

Całkiem interesujące się to wydawało jak na tamte czasy. Ale wracając do kłębiących się myśli to tam właśnie opiekunem Buffy był koleś, który pracował jako szkolny biblitekarz w liceum do którego uczęszczała Buffy. Już wtedy zastanawiało mnie jakim cudem w małej mieścinie, w szkolnej, licealnej bibliotece mają pełno starożytnych ksiąg, inkunabuły walają się po podłodze i tak dalej i tak dalej. Znamiennym jest również fakt, że kiedy Buffy ma jakiś problem czy chce czegoś się dowiedzieć od razu biegnie do swego opiekuna a ten z radością grzebiąc w starych knigach podaje jej rozwiązanie (w “inglisz” tak zwane solution). Niby taki amerykancki serial a jednak mówi o tym, że w książkach szukać należy odpowiedzi na dręczące nas pytania. Gdyby serial powstawał obecnie Buffy nie miałaby opiekuna pracujacego jako bibliotekarz tylko sama by sobie znajdowała “solutions” w Googlach :D

Wrzucam tutaj jakis link z Tuba coby przypomniec ten serialik:

P. S. Mam nadzieję, że rowerka nikt nie ukradnie. Bo wtedy bieda by była…