Filip Springer “Miedzianka. Historia znikania”

Widok na Miedziankę z Janowic, Źródło: http://jbc.jelenia-gora.pl/dlibra/doccontent?id=1942

I kolejna świeżynka przeczytana przeze mnie :) Ogarnąłem temat i przeczytałem pierwszą książkę Springera, o innej piszę TUTAJ. Jak możecie sprawdzić Źle urodzone… zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Czy Miedzianka zrobiła podobne? Czytajcie dalej…

Continue reading

Walijskie wędrowanie Charliego. Wpis numer 2 czyli Llandudno i klimat kurortowy.

Takie widoki tylko w Llandudno:)

Takie widoki tylko w Llandudno:)

Ahoj załogo. Obiecywałem, że będę szybciej zdawał relację z moich naszych podróży po Walii, ale jak widać moje obietnice są niczym obietnice rządzących i opozycji – bez pokrycia i wydumane w kosmos. Jednak mimo wszystko się zabrałem. Wpis o Liverpoolu skończył się tym, że wyruszyliśmy motorwayem do Walii!

Continue reading

Walijskie wędrowanie Charliego. Wpis numer 1 czyli “Going down to Liverpool”.

Takie fajne lodziarnie można było napotkać wszędzie. Niestety pozamykane wszystko było:(

Takie fajne lodziarnie można było napotkać wszędzie. Niestety pozamykane wszystko było:(

 Dzisiaj Wam opowiem o moim (ale nie tylko moim) walijskim wędrowaniu, które odbyło się na przełomie kwietnia i maja. Także zobaczcie jaki mam zapłon. Anno z Walii wybacz, że dopiero teraz zebrałem się do napisania czegokolwiek. Ale za to opóźnienie nie będzie jednego wpisu tylko kilka. Jest to pierwszy wpis z, mam nadzieję, szeregu innych.

Taki tam widoczek nadbrzeża Liverpool.

Taki tam widoczek nadbrzeża Liverpool.

Walio, och Walio ma! Ileż to razy obiecywałem sobie, że wrócę w twe gościnne doliny i szerokie, zielone pastwiska, gdzie owieczki beczą, a krówki muczą, pszczółki bzyczą, wiaterek wieje – dobra dość… Mój powrót na Twe walijskie łono faktem się stał. A był to powrót nie w celach zarobkowych jak dotychczas lecz zupełnie turystyczny. Dzięki faktowi, że lat trzydzieści ukończyłem moi zacni przyjaciele prezent w postaci środków przynajmniej na bilet i częściowy opierunek sprawili. Resztę musiałem, a raczej musieliśmy załatwiać sami (ja i ukochana ma).

Zdjęcia są oczywiście trochę podrasowane:)

Zdjęcia są oczywiście trochę podrasowane:)

Plan był prosty – lecim do jakiegoś miasta, które połączenie lotnicze bezpośrednie z Krakowem posiada, a później zwiedzamy Walię lub jej część przez dni 7. Początkowo mieliśmy jeździć po Walii pociągami lub komunikacją autobusową jednak po podliczeniu wszystkich za i przeciw zdecydowaliśmy się wynająć samochód. Miałem ogromne obawy czy sobie poradzę z ruchem lewostronnym. Trochę jeździłem samochodem gdy pracowałem w Walii, ale to były krótkie dystanse oraz niewielkie miejscowości. Miałem więc stresiora ogromnego, ale wynajęcie samochodu to była naprawdę najlepsza opcja.

To może nie samochód, ale jedno z ciekawszych rozwiązań komunikacyjnych w Liverpoolu.

Rower też niestety nie wchodził w rachubę.

Na miejsce naszego przylotu wybraliśmy Liverpool. Dlaczego Liverpool? Primo – nigdy tam nie byłem. Secundo – bezpośrednie loty Ryanairem za w miarę przystępną cenę. Tertio – Liverpool leży na północ od Walii, a więc trasa naszej podróży przebiegała na południe do Aberystwyth (gdyż bardzo chciałem znów Aberystwyth zobaczyć), Aber miało być ostatnim miejscem naszego wypoczynku i z tego miasta mieliśmy wracać. I tutaj mieliśmy kłopot, bo powrót do Liverpoolu mijał się z celem. Dlatego też wylot powrotny do Krakowa mieliśmy z Birmingham, gdzie też trzeba było zostawić auto. Oczywiście powiem Wam, że wiązało się to ze zwiększeniem kosztów podróży, ale wygoda podczas tego wyjazdu była naszym priorytetem.

centrum

Centrum Liverpolu.

Będzie teraz luźnych trochę przemyśleń dotyczących wynajmu samochodu. Powiem Wam tak – nigdy wcześniej nie rezerwowałem auta. Ale nie było to takie trudne, dziś internet załatwia wszystko. Polskie prawo jazdy jest respektowane chyba w całej Europie choć żeby uniknąć niepotrzebnego stresu (który ja przeżywałem już na miejscu i o tym opowiem za chwilkę) można sobie wyrobić tak zwane Międzynarodowe Prawo Jazdy, które jest respektowane w bardzo wielu krajach świata. Dla zainteresowanych link do formularza.

Front opuszczonej katedry.

Front opuszczonej katedry.

Jeśli chodzi o mój stres związany z moim prawem jazdy – dopiero na dzień przed wylotem przeczytałem w jednym z warunków umowy z wypożyczalnią, że na dokumencie (prawo jazdy) powinno być napisane po angielsku, że jest to prawo jazdy. A ja mam prawo jazdy sprzed czternastu lat, jeszcze sprzed Unii i tam jest tylko po francusku. Przyznam się Wam szczerze, że obawiałam się jak zareaguje na widok mojego starego prawa jazdy, na którym jestem zupełnie do siebie niepodobny osoba obsługująca mnie w wypożyczalni. Na szczęście Pan musiał niejedno polskie prawo jazdy widzieć (przed nami wynajmowała ekipa z Polski samochód coby sobie również po Walii pojeździć) i bez problemu rezerwacje zrealizował. Auto zostało wynajęte i z lotniska udaliśmy się do hotelu (nawet się nie pytajcie jak tam dojechałem, knykcie zbielały od zaciskania na kierownicy). Swoją drogą polecam Hotel Campanile w Liverpoolu. Lokalizacja wyśmienita, a i ceny nie jakieś powalające. I miła Pani z Polski (jakżeby inaczej) na recepcji. Tutaj macie link.

Oto nasza "walijska czerwona strzała". Autko spisywało się nad wyraz dobrze.

Oto nasza “walijska czerwona strzała”. Autko spisywało się nad wyraz dobrze.

W dzisiejszym wpisie będzie o samym Liverpoolu, bo miasto godne polecenia i bardzo ciekawe jest. Walią zajmiemy się później. Przylecieliśmy do Liverpoolu pod wieczór. Dojazd do hotelu, przy moich umiejętnościach poruszania się ruchem lewostronnym trwał chwilkę. Szybkie odświeżenie i decyzja coby ruszyć na zwiedzanie miasta. Noc była przecież młoda, pogoda nawet znośna. Miejsce, w którym nocowaliśmy to “Doki Królowej” historyczna część Portu Liverpool. Obecnie to dzielnica mieszcząca sklepy, apartamenty, puby, galerie i muzea. Nie będę Wam opisywał całego nocnego spaceru. Powiem Wam tylko, że podpytując przechodniów trafiliśmy wreszcie do miejsca, gdzie zaczynali Beatelsi (czekaliście, aż poruszę ten temat co?). No bo jak Liverpool to Beatlesi. I tak trafiliśmy na Mathew Street przed Cavern Pub i Cavern Club, gdzie Beatlesi dali pierwszy koncert. Macie tutaj link do Wikipedii, a tu macie ich występ w owym Cavern.

Niestety klub się zamykał, nie wiem dlaczego. Trochę zasmuceni pospacerowaliśmy dalej. A że Charlie spragniony był brytyjskiego piwa  (jego ukochana zresztą też, ale nie przyzna się do tego nigdy) jak niejeden minister ośmiorniczek w lokalu pewnego nocnego, ptasiego drapieżnika weszliśmy do pierwszego, lepszego pubu. Nazywał się The Famous Grapes! W nocy nie wyróżniał się niczym szczególnym poza tym, że dobiegała z niego głośna muzyka, głośny i szczery śmiech oraz gwar rozmów. Niewiele myśląc weszliśmy. Browarek zamówiony, pełna PÓŁKWARTA piwa nalana (w pubach w Wielkiej Brytanii leje się piwo do kufli o pojemności tak zwanego PINTa czyli właśnie półkwarty) i siadamy. Troszku się rozglądamy, a tam zdjęcie Beatlesów siedzących w rogu tegoż pubu! Jak można się było spodziewać to miejsce również związane jest z Beatlesami, którzy bardzo chętnie i często wpadali na piwko do The Famous Grapes coby się orzeźwić i ożywić przed koncertem w The Cavern.

Bardzo miły lokal, polecam gorąco.

Bardzo miły lokal, polecam gorąco.

Moje zaskoczenie – The Famous Grapes: pub z dość ciekawą HISTORIĄ, może nie polityczną, ale popkultury na pewno. Czyli już można pomyśleć o muzeum, czy czymś takim. Zbierać po piątaku coby ludziska mogli sobie zobaczyć zdjęcia siedzących Beatlesów i pokiwać w zadumie głową nad upływającym czasem. I po cóż się trudzić z utrzymaniem lokalu. A tutaj pub żywy. Pełen klientów, i to klientów wszelakich. Staruszkowie, którzy spokojnie na pierwsze koncerty owych słynnych Beatlesów chodzili siedzą sobie nad piwkiem, obok nich jakaś grupka angielskich “białych kołnierzyków” w krawatach i koszulach nad czymś namiętnie dyskutuje. Dalej dwie dziewczyny tańczą w rytm przeboju. Gdzieś się mizgali jakaś para. A na miejscu, gdzie siadywali Beatlesi siedzi kilku zmęczonych życiem mężczyzn. A gdy zagra jakiś znany przebój wielu spośród gości tegoż pubu zaczyna go sobie nucić lub zupełnie otwarcie śpiewać. Odwykłem już od tej atmosfery, od tego egalitaryzmu, swoistej równości wszystkich ze wszystkimi. Pub dla Brytyjczyków to miejsce dla każdego. Czyś stary, czyś młody, czyś bogaty czy biedny. To tutaj nad półkwartą ulubionego napoju można pogadać, wyżalić się, pośmiać czy pośpiewać. Coś niesamowitego. Posiedzieliśmy trochę, ale przecież jutro dzień pełen wrażeń, dlatego z żalem (przynajmniej Charlie żal przeżywał) wróciliśmy do hotelu.

W tym budynku był sklep z wszelkimi akcesoriami dla ludzi lubiący mrok, gotyk, śmierć i zniszczenie!

W tym budynku był sklep z wszelkimi akcesoriami dla ludzi lubiący mrok, gotyk, śmierć i zniszczenie!

Atrakcji turystycznych Liverpool posiada całkiem sporo, dlatego po pełnej miłych snów nocy, rankiem wyruszyliśmy na zwiedzanie. Zaczęliśmy od muzeum poświęconego w całości Beatlesom czyli “The Beatles Story” mieści się ono w części portu Liverpool określanej mianem Albert Dock, a należącej do Liverpool Maritime Mercantile City. Macie tutaj linka http://www.beatlesstory.com/albert-dock. Jak na takie dość konkretne miejsce, w którym jest mnóstwo pamiątek po “fantastycznej czwórce”, świetnie zaaranżowanych sal (żółta łódź podwodna, odtworzony cały The Cavern Pub, studio nagraniowe i wiele, wiele innych) to stronkę mają średnią. Samo zwiedzanie zajmuje mnóstwo czasu. Polecam nie tylko fanom Beatlesów.

Tak wyglądało wejście.

Tak wyglądało wejście.

W muzeum odrestaurowano cały "The Cavern Club" z wielką pieczołowitością.

W muzeum odrestaurowano cały “The Cavern Club” z wielką pieczołowitością.

W Albert Dock znajduje się jeszcze “Wheel of Liverpool” czyli wielki diabelski młyn, w którym można sobie pojeździć w górę i w dół i rozglądać się jaki Liverpool jest piękny.

Taki widoczek na "Wheel of Liverpool"

Taki widoczek na “Wheel of Liverpool”

A tutaj taki widoczek z koła.

A tutaj taki widoczek z koła.

Następne było już samo miasto. Najpierw wspomniana już część związana z portem w Liverpoolu, który jest drugim po Londynie najważniejszym portem Anglii, a historycznie był chyba nawet ważniejszy. Czuć to po miejskiej architekturze pełnej dziewiętnastowiecznych kolosalnych budynków banków, giełd, towarzystw morskich jak na przykład słynne Trzy Gracje. Miasto ma swój urok, niektóre uliczki są ciasne i kręte pełne pubów i restauracji wszelakich, a inne to pasaże handlowe z prawdziwego zdarzenia.

Wspomniane gdzieś przeze mnie trzy gracje.

Wspomniane gdzieś przeze mnie trzy gracje.

Nie mieliśmy całego dnia dlatego nasze zwiedzanie odbywało się dość prędko i szybko, ale na szczęście zdołaliśmy zobaczyć chińską bramę (wejście do chińskiej dzielnicy w Liverpoolu) oraz budynek, który zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Budynek tak majestatyczny, ogromny, pełen powagi i potęgi. Mam tu na myśli budynek, w którym mógłby zamieszkać surowy, anglikański Bóg. Oglądanie z zewnątrz i wewnątrz katedry w Liverpoolu to niezwykłe i olśniewające przeżycie, a widok ze stumetrowej wieży na miasto i port Liverpool przepiękny.

Wspomniana Chińska Brama.

Wspomniana Chińska Brama.

Monumentalna liverpoolska katedra. Naprawdę przecudny budynek.

Monumentalna liverpoolska katedra. Naprawdę przecudny budynek.

Przed odjazdem udało nam się również zaspokoić bożka konsumpcjonizmu wizytami w różnorakich sklepach. Przyznam się Wam szczerze i bardzo wstydliwie, że jak zakupów nie lubię to w Liverpoolu naprawdę zaszalałem.

Jeden z widoków z wieży. Wiem, że wielu ludziom tak przerobione zdjęcia się nie podobają, ale mnie jakoś urzekają. A ten widok na żywca zapierał dech w piersiach.

Jeden z widoków z wieży. Wiem, że wielu ludziom tak przerobione zdjęcia się nie podobają, ale mnie jakoś urzekają. A ten widok na żywca zapierał dech w piersiach.

Inny widok z wieży.

Inny widok z wieży.

Później jeszcze dało się wygospodarować trochę czasu i zobaczyć Liverpool Central Library (nie byłbym bibliotekarzem, gdybym biblioteki nie odwiedził). Świeżo wyremontowana, oddana do użytku w roku 2013 robi naprawdę wspaniałe wrażenie.  Z tego onieśmielenia prawie nie robiłem zdjęć, a te które zrobiłem zupełnie mi nie wyszły. Dlatego macie tutaj linka. Central Library.

Wejście do biblioteki.

Wejście do biblioteki.

Trochę inne ujęcie.

Trochę inne ujęcie.

Przez cały dzień trochę się po Liverpoolu nachodziliśmy, a i tak to zaledwie kropla w morzu. Widzieliśmy kilka bardzo interesujących budynków (poza tymi, które Wam wymieniłem), ale mus to mus i trzeba było ruszać w dalszą drogę. Trochę z duszą na ramieniu, ale z poczuciem męskiej odpowiedzialności za moją bogdankę wyruszyłem samochodem na motorway w kierunku Walii… Piękna to była droga i dość łatwa, a gdzie dotarliśmy to się dowiecie w następnym odcinku.

Macie jeszcze garść fotek różnych, ale mało, bo się wpis za długi zrobił.

Zdjęcie z Muzeum Beatlesów.

Zdjęcie z Muzeum Beatlesów.

Superbananoowca - instalacja artystyczna:)

Superbananoowca – instalacja artystyczna:)

Każda z superbananoowiec miała inne "umaszczenie".

Każda z superbananoowiec miała inne “umaszczenie”.

Stały sobie w takim rządku.

Stały sobie w takim rządku.

Jedna za drugą.

Jedna za drugą.

“W kraju wiosny, pomiędzy rozkosznymi sady” Charlie pławi się w Morzu Czarnem i zażywa zabawy. Krymu część piąta i ostatnia.

Pierwszy wers jest z sonetu “Grób Potockiej”, a dzisiaj nie będzie o zwiedzaniu, dzisiaj będzie o plażowaniu, kąpieli zażywaniu i Krymu smakowaniu:)

Nasz pensjonat znajdował się pięćset metrów od plaży. Plaży która miała być piaszczysta, a była hmm…. raczej połączeniem żwiru sypanego na polne drogi i kamieni ze strumienia. Nie była jednak taka najgorsza, bo im głębiej w morze tym piasku więcej. Jedyny minus był taki, że raczej nie dało się zbudować zamków z piasku czy też biblioteki. Bo przecież jak?

Oprócz aktywnego podróżowania po Krymie zajmowaliśmy się mega słodkim lenistwem, czytaniem książeczek i opalaniem swojej skóry na piękny brązowy kolor. I przede wszystkim pływaniem w słonej i cieplutkiej wodzie Morza Czarnego.

 

Takie tam bezkresne morze i ludki.

Takie tam bezkresne morze i ludki.

 Miejscowość, w której się zatrzymaliśmy dopiero “uczyła się” jak być kurortem. Stąd pewien chaos architektoniczny, w którym okazałe pensjonaty ociekające “luksusem” stały obok opuszczonych ruder, albo niedokończonych inwestycji.

Komuś chyba nie poszedł biznes, albo czeka na lepsze czasy.

Komuś chyba nie poszedł biznes, albo czeka na lepsze czasy.

Ogólnie widać, że miejscowość jest na tak zwanym “dorobku”. Nad morzem dopiero powstawała infrastruktura – restauracje, dyskoteki, sklepy, wypożyczalnie rowerków, łódek, skuterów i tym podobne. A efekty tego takie, że człowiek może sobie baraninkę z grilla prawie nad samym morzem wsunąć, popić dobrym ukraińskim piwkiem i na zachód słońca popatrzeć:) Cud, miód i baraninka.

Pyszna to była baraninka, choć trochę koścista:)

Pyszna to była baraninka, choć trochę koścista:)

 

 

Słowacki na Krymie nie był, ale aż się ciśnie na usta "Dla mnie na zachodzie. Rozlałeś tęczę blasków promienistą" - tylko, że smutno mi nie było:)

Słowacki na Krymie nie był, ale aż się ciśnie na usta “Dla mnie na zachodzie. Rozlałeś tęczę blasków promienistą” – tylko, że smutno mi nie było:)

Ludzie jakich spotykaliśmy na swej drodze sympatyczni, ciężko pracujący, mimo wszystko uśmiechnięci i bardzo życzliwi. Widać było, że każda okazja do zarobku jest wykorzystywana. Stragan na straganie i straganem poganiał. Na plażach mnóstwo ludzi handlujących czym się dało. Głównie kholodnym pyvemchorne more krevetky. W busikach marszrutkami zwanymi tłok, każdy gdzieś jedzie, każdy coś wiezie, każdy rzeczy swych pilnuje, a jednocześnie uczciwość ogromna w narodzie panuje, bo pieniądze na bilet przechodzą z rąk do rąk i tak samo wraca reszta.

Nie mam śmiałości do fotografowania ludzi, nie pytam nawet ich o to. Gdybym był odważniejszy sypnąłbym tutaj obrazkami, na których z bagażników starych ład wysypują się arbuzy, a obok stoi babuszka i handluje rybami, które świeże to były może gdy ona nie miała jeszcze zmarszczek, a piersi jej jędrne był  “jak dwoje koźląt, bliźniąt gazeli” (“Pieśń nad pieśniami”).

Tylko takie z ukrycia strzelałem:)

Tylko takie z ukrycia strzelałem:)

To był naprawdę dobry wyjazd. I chociaż moja wątroba ma mi za złe i to bardzo, ja jestem zadowolony, że ten akurat kawałek świata zobaczyłem. I z chęcią do niego bym wrócił jeszcze raz przynajmniej.

P. S. Byłbym zapomniał. Pływanie było super, ale były morskie stwory, które potrafiły zepsuć przyjemność z pływania. Okazało się, że z tego co mówili miejscowi jakiś prąd przygnał im meduzy na wybrzeże. Podobno mają takie inwazje co jakiś czas. I zaprawdę powiadam Wam tego tałatajstwa w pewnej odległości od brzegu było mnóstwo. Na szczęście nie parzyły, ale wiecie, to żadna gdy coś galaretowatego ociera się o Twoje ciało bądź nagle obły stwór wyrasta tuż przed waszymi oczyma! Meduzy były paskudne! Meduzowym najeźdźcom mówimy zdecydowane nie!

Meduzy w ilości znacznej.

Meduzy w ilości znacznej.

 

“Wypuszczam na wiatr konia i nie szczędzę razów”, a Charlie nie szczędzi zachwytu wyrazów. Krym część czwarta.

Tym razem pierwszy wers z sonetu “Bajdary”. A my dzisiaj zobaczymy Jaskółcze gniazdo, pałac w Liwadii, czyli tam gdzie odbyła się konferencja Wielkiej Trójki, która zadecydowała o losach powojennego świata. Oraz zobaczymy miejsce, gdzie kręcono “Podróże pana Kleksa”.

Pałac Woroncowa w Ałupce to miejsce, które kazał wybudować ówczesny gubernator Nowej Rosji, czyli Michaił S. Woroncow – to bardzo interesująca postać historyczna arystokrata, żołnierz, znawca sztuki, który przyczynił się znacznie do rozwoju Odessy i całego półwyspu krymskiego.

Wracając do pałacu – był budowany prawie dwadzieścia lat od 1830 roku. I jest zbudowany w różnych stylach architektonicznych co widać, gdy człowiek trochę po kompleksie pałacowym połazi. Pałac otacza bardzo duży i pięknie utrzymany park. A widoki jakie roztaczają się z pałacowych okien są przepiękne.

Miał rozmach ten Woroncow.

Miał rozmach ten Woroncow.

 

Wstajesz sobie rano z kawusią wychodzisz na taras i taki widoczek! Żyć nie umierać.

Wstajesz sobie rano z kawusią wychodzisz na taras i taki widoczek! Żyć nie umierać.

Przejedziemy teraz do miejscówki, która jest wizytówką Krymu. Bardzo charakterystyczną wizytówką i chyba nie ma na świecie osoby, która by nie widziała przynajmniej jednego zdjęcia Jaskółczego Gniazda, bo o nim będzie teraz mowa.

Każdy chyba to widział gdzieś, kiedyś.

Każdy chyba to widział gdzieś, kiedyś.

Miejscówka, gdzie znajduje się Jaskółcze Gniazdo jest bardzo urokliwa. Zatoczka z wysokimi urwiskami, kawałkiem plaży i hotelem na dole, do którego cumują promy wycieczkowe wygląda jak z jakiegoś śródziemnomorskiego kurortu. Jedynym minusem są tłumy ludzi przetaczających się przez Jaskółcze, ale taki los znanych turystycznie miejsc.

Panie! Jakie to wszystko pikne!

Panie! Jakie to wszystko pikne!

Z Jaskółczego pojechaliśmy do Liwadii, czyli miejscowości leżącej obecnie na przedmieściach Jałty, gdzie w Pałacu Potockich (pałacyk wybudował w połowie dziewiętnastego wieku polski magnat!), w 1945 roku odbyła się słynna konferencja Jałtańska. Pałac po śmierci Potockiego wykupili rosyjscy carowie i im głównie poświęcone są ekspozycje oczywiście oprócz tych poświęconych Konferencji. Dużo informacji znajdziemy też o ostatnim carze Mikołaju II Romanowie.

Naprawdę chciałoby się tam zamieszkać!

Naprawdę chciałoby się tam zamieszkać!

Stół przy którym dzielono świat.

Stół przy którym dzielono świat.

 

Taki widok miał ze swojego gabinetu ostatni car Rosji.

Taki widok miał ze swojego gabinetu ostatni car Rosji.

 

Zabawne wykończenia mebli pałacowych. Ludziom to się kiedyś chciało.

Zabawne wykończenia mebli pałacowych. Ludziom to się kiedyś chciało.

Niedoróby też się zdarzają - imitująca drewno okleina sufitu w jednej z sal.

Niedoróby też się zdarzają – imitująca drewno okleina sufitu w jednej z sal.

Opuściliśmy Liwadię. Ja miałem mieszane uczucia – byłem zachwycony pięknem tego miejsca, ale świadomość, że w tym pałacu został przypieczętowany los Polski zostawiła gorzki posmak w ustach.

Przyszła pora na Jałtę, która jest miejscem zatłoczonym, zakorkowanym, ale z ładną promenadą. Jak możecie wywnioskować szału na mnie nie zrobiła.

Towarzysz Lenin ma wzrok skierowany dokładnie na budynek ogromnego McDonalda. Ot taki kaprys i paradoks historii.

Towarzysz Lenin ma wzrok skierowany dokładnie na budynek ogromnego McDonalda. Ot taki kaprys i paradoks historii.

Na dziś to koniec. Jak sobie przeglądam te zdjęcia, to mnie szlag trafia, że u nas jesień zaczyna się pełną gębą. Ja chcę słońca, trzydziestostopniowych upałów i plaży!

 

 

 

 

“U stóp moich kraina dostatków i krasy”, a Charlie popija piwo i zajada krymskie frykasy. Krym część trzecia.

Tytuł posta tym razem to pierwszy wers sonetu “Pielgrzym”.

Właśnie sobie uświadomiłem, że nie jestem dobry w pisaniu relacji z podróży. W poprzedniej części zapomniałem wspomnieć o fenomenalnym przewodniku, z którym zwiedzaliśmy Skalne Miasto i Bakczysaraj panu Aleksandrze. Dawno nie spotkałem takiego człowieka, który miałby w sobie tyle pozytywnego sarkazmu i dobrodusznej ironii (jeśli takie połączenia słowne jak pozytywny sarkazm i dobroduszna ironia istnieją). Także z tego miejsca pozdrawiam pana Aleksandra.

Krymu część trzecia zacznie się od hymnu pochwalnego na cześć kwasu chlebowego, którego tutaj w Polsce wielbicielem nigdy nie byłem, a tam na Krymie spożywałem ten napój notorycznie. Zresztą okazji do zdobycia kwasu chlebowego było mnóstwo, na przykład w większych miastach stały sobie niemalże na każdym roku ulicy takie oto beczki, z których można było otrzymać zimny kwas chlebowy, który świetnie gasił pragnienie przy trzydziestostopniowej temperaturze.

Beczka z kwasem na ulicy w Eupatorii.

Beczka z kwasem na ulicy w Eupatorii.

Skoro już wspomniałem o Eupatorii to przyjrzyjmy się temu miastu bliżej. Eupatoria leży kilkadziesiąt kilometrów od Saki. Dostaliśmy się tam podróżując lokalnymi środkami transportu – busami zwanymi tutaj marszrutkamiEupatoria to ponad stu dwudziestotysięczne miasto, które przez lata było zapomniane, a obecnie konkuruje z Jałtą o miano największego kurortu Półwyspu Krymskiego.

Historia miasta sięga jeszcze czasów osadnictwa greckiego. Eupatoria była w zamierzchłych czasach kolonią grecką o nazwie Kerkinityda. Później bywało różnie Rzymianie, Tatarzy, Turcy i Rosjanie.

W tym mieście znajduje się również największe skupisko Karaimów i jest cała dzielnica karaimska. Najbardziej urokliwy zakątek Eupatorii.

 

Dzielnia karaimska

Dzielnia karaimska

Część dzielnicy jest odrestaurowana i wygląda przepięknie. Kręte uliczki, niewielkie domki skryte za murami pokrytymi płaskorzeźbami bądź kolorowymi malunkami. A część dalej wygląda jak niektóre fragmenty krakowskiego Kazimierza.

Brama do jednego z podwórek.

Brama do jednego z podwórek.

W środku dzielni Karaimów znajdziemy kenesę. Cudne miejsce, które lśni białymi ścianami, a zamiast dachu zwisają pędy winorośli. Możemy również poczytać w nim o historii Karaimów i ich obecnym losie.

Korytarz prowadzący do kenesy.

Korytarz prowadzący do kenesy.

Eupatoria ma również piękny meczet, który bardzo przypomina Hagię Sophię (nie mam dobrego zdjęcia). Cerkiew, która stoi tuż koło meczetu, a za kawałek dalej synagogę żydowską. Kościół katolicki też gdzieś jest w pobliżu.

Jeszcze fragment dzielni karaimów. Po co mieć zwykłą blachę jako bramę skoro można sobie machnąć coś takiego:

Maluneczki na brameczki.

Maluneczki na brameczki.

Eupatoria to także tramwaje poruszające się po jednym torze! Nie wiem jak to działa w praktyce, bośmy poruszali się marszrutkami, ale pewnie dość długo trzeba takim tramwajem jechać.

Wszystkie tory prowadzą do Eupatorii.

Wszystkie tory prowadzą do Eupatorii.

 

To był bardzo owocny dzień w zwiedzaniu dlatego pod koniec zasłużenie usiedliśmy sobie na zimnym piwku w pubie “Szerliok Holms”:)

Zimne i dobre to było piweczko, drogi Watsonie!

Zimne i dobre to było piweczko, drogi Watsonie!

To na razie tyle. Będą jeszcze inne części, bo Krym szeroki jest i długi! Pozdrawiam serdecznie!

P. S. Aha i dzisiaj podobno Dzień Blogera. U mnie jak zwykle stosowna notka pojawi się po czasie:) Wszystkim czytającym, piszącym wsio dobrego!

“Zmów pacierz, opuść wodze, odwróć na bok lica:” i Charlie nie zachowuj się jak strachliwa dziewica. Krymu część druga.

Znów początek z sonetu Mickiewicza tym razem o tytule “Droga nad przepaścią w Czufut – Kale”, czyli tak zwanym Skalnym Mieście. Mickiewicz dojechał tam na koniku myśmy doszli pieszo. Widocznie dwieście lat temu droga prowadzące do Skalnego Miasta była w znacznie lepszym stanie niż teraz. Miasto ma za sobą ponad półtora tysiąca lat znanej z zapisków historii. W chwilach świetności na wysokości ponad pięciuset metrów nad poziomem morza mogło mieszkać ponad dwa tysiące ludzi. Dzisiaj miasto to kilka budowli, mauzoleum córki chana, gołe ściany i wydrążone w skałach jaskinie, które ciągną się na powierzchni ponad 46 hektarów.

Karaimskie budowle na szczycie.

Karaimskie budowle na szczycie.

Skalne miasto przez stulecia należało do wielu ludów i cywilizacji. Podobno już w szóstym wieku naszej ery Cesarstwo Bizantyjskie założyło tu strażnicę. Później byli Mongołowie, Tatarzy, Karaimowie. I tak do dziewiętnastego wieku.

Karaimska świątynia czyli kienesa.

Karaimska świątynia czyli kenesa.

Ostatni gospodarze twierdzy to właśnie Karaimowie, którzy mieszkali tu prawie do końca dziewiętnastego wieku.

Widoki ze szczytu wzgórza są przepiękne nic dziwnego, że Mickiewicz był zachwycony.

Taki tam widoczek:)

Taki tam widoczek:)

Po drodze do i ze Skalnego Miasta znajduje się w dolinie monastyr mnichów prawosławnych, którzy również mają swoje cele oraz cerkiew wydrążone w skale. Niestety nie można zrobić fotki dość interesującemu wnętrzu cerkwi.

Fragmenty kompleksu klasztornego Zaśnięcia Matki Bożej.

Fragmenty kompleksu klasztornego Zaśnięcia Matki Bożej.

U stóp twierdzy Czufut – Kale rozpościera się miasto Bakczysaraj przez wiele dziesiątek lat stolica Chanatu Krymskiego. Tutaj też znajduje się kompleks pałacowy chanów.

W kompleksie pałacowym zwiedza się mnóstwo pokoi, które reprezentują pałacowe życie codzienne. Na przykład bibliotekę, gdzie jest kilka ciekawych wydań Koranu.

Ktoś potrafi to odczytać?

Ktoś potrafi to odczytać?

W pałacu jest też owa słynna “Fontanną Łez” o której pisali Puszkin i Mickiewicz uznając ją za pomnik ku czci Marii Potockiej polskiej szlachcianki, która miała być najukochańszą żoną jednego z chanów.

Niestety nie mam jej ładnego zdjęcia. Dlatego teraz będzie zdjęcie co można zjeść po tak długim i wyczerpującym zwiedzaniu. Ano można wsunąć Sarmę czyli tatarskie  gołąbki. Mięso mielone (chyba to była baranina – nie wnikałem) zawijane w liście winorośli. Pyszne to!

Pyszne to jest, ale porcje takie, że chłop się tym nie naje:)

Pyszne to jest, ale porcje takie, że chłop się tym nie naje:)

Dlatego jeśli chłop się nie naje to zawsze może jeszcze wsunąć pilaw:)

Po dwóch takich daniach można się poczuć jak w seraju.

Po dwóch takich daniach można się poczuć jak w seraju.

Na dzisiaj koniec. To był jeden dzień jaki spędziliśmy w Górach Krymskich. Bardzo interesujący i ciekawy. Będzie tego więcej, ale już nie tak dużo:)

Jakiś szok termiczny przeżyłem wracając do mej Ojczyzny i teraz pociągam nosem i czuję skrobanie w gardle. Na szczęście mam jeszcze trochę ukraińskiej wódki to trzeba będzie zastosować odkażanie:)

 

 

 

“Lubię poglądać wsparty na Judahu skale” – jak Charlie zdobywa Krym wytrwale. Część pierwsza.

Sobie tytuł posta zaczerpnąłem z sonetu naszego wieszcza, który odwiedził Półwysep Krymski prawie dwieście lat przede mną. I zobaczył znacznie więcej niż mi dane było zobaczyć. Co zobaczył to spisał w swoich sonetach. Ja zadowolę się tylko wpisem na blogu, bo raczej nie będę konkurował z Mistrzem Adamem.

Podróż moi drodzy na Krym z Krakowa podzielona była na etapy. Pierwszy etap to autobus (w naszym przypadku z Krakowa do Lwowa), a później dwadzieścia pięć godzin jazdy pociągiem relacji Lwów – Symferopol, później jeszcze godzinka drogi autobusem z Symferopolu do miejscowości Saki bądź Saky, gdzie mieliśmy noclegi.

Dworzec we Lwowie

Dworzec we Lwowie

 

Wybraliśmy podróżowanie i noclegi z biurem podróży, które zajęło się organizacją wszystkiego. Myśmy musieli tylko zapłacić pieniążki i być w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. A pobyt na Krymie, w Saki nie był w żaden sposób ograniczany przez biuro. Mogliśmy robić co chcieliśmy i robiliśmy co chcieliśmy:)

Wydawałoby się, że podróż całą dobę pociągiem może być męcząca. Może i była, ale upływ czasu zdecydowanie umililiśmy sobie spożywaniem alkoholu, który okazał się środkiem bardzo pomocnym jeśli chodzi o ugaszanie tak zwanego reisefieber

Piweczko

Piweczko

Pociąg musi przejechać ponad tysiąc sto kilometrów, jest bardzo długi – nasz składał się z ponad dwudziestu wagonów. My mieliśmy wykupione miejsca w czteroosobowej kuszetce czyli w przedziale zamkniętym. Radziecka myśl techniczna, która na początku wydawała się prymitywna i bezsensowna, w trakcie podróży ujawniała powoli swoje niemalże magiczne możliwości i bardzo ergonomiczne właściwości. Przedział okazał się bardzo wygodny i dość zadbany.

Podgrzewacz ciepłej wody użytkowej czyli bojler.

Podgrzewacz ciepłej wody użytkowej czyli bojler.

Każdy wagon ma swojego prowadnika, czyli jak wszyscy podkreślali – drugiego po Bogu obywatela wagonu. Trzeba było z chłopem w zgodzie żyć, bo to on dzierżył klucze do WC, serwował herbatę i kawę, ogólnie służył wyjaśnieniami. I w ten sposób się dowiedzieliśmy, że w wagonie nie ma toalety tylko jest sanitarna zonaNasz prowadnik był w porządku i chyba nas polubił.

Korytarz pociągu

Korytarz pociągu

I nie mogę nie wspomnieć o przystankach na trasie, które czasem trwają pół godziny. Co pozwala zaopatrzyć się w słynne пельмені – czyli pierogi z przeróżnym farszem. Zresztą można na takim przystanku zakupić niemalże wszystko – od piwa, wódki począwszy, a na różnych częściach garderoby skończywszy.

If babuszka gives you a melons - buy and eat them!

If babuszka gives you a melons – buy them and eat them!

Moim zdaniem zdjęcie mówi samo za siebie. Takich pań (bo to głównie panie były) na dworcach było całe zatrzęsienie. I to dzięki nim człowiek mógł nasycić głód cieplutkim pierogiem. Zaprawdę powiadam Wam, że były przepyszne. Szkoda wielka, że nasz Mistrz Adam nie opisał ich w swoich sonetach, bo nie tylko wzmianki w sonecie, ale napisania całego sonetu warte były te pierogi.

To na razie koniec części pierwszej. Będzie ich może więcej jak tylko dojdę do siebie, pozwolę mojej wątrobie odpocząć i przyzwyczaję się do tego, że nie ma trzydziestu stopni w cieniu, a ja nie mogę wyjść na plażę i zanurzyć się w ciepłej wodzie:)

adam

Wieszcz Adam wsparty na Judahu skale, wypatrujący Charliego

 

Alkohol…

Tak mnie czasem nachodzi ochota na stworzenie określonych obrazków, które powstaną z cytatów z książek. Zrobiłem ostatnio Lema żartownisia, a teraz chciałbym pokazać Wam cytat z “Laski Nebeskiej” Szczygła. Dokładniej jedną sentencję wypatrzoną  w praskiej toalecie:

alkohol

Także o co to ja miałem zapytać? A nieważne…

Teksturę wziąłem stąd: Texturez.com

Irvine Welsh “Sekrety sypialni mistrzów kuchni”

Irvine Welsh "Sekrety..."

Irvine Welsh "Sekrety..."

 Oglądaliście „Trainspotting”? Zakładam, że tak. Ja oglądałem ten film wielokrotnie, uwielbiam jego klimat, aktorów i szkocki akcent. Przez bardzo długi czas nie zdawałem sobie sprawy, że „Trainspotting” to ekranizacja książki! Wielokrotnie obiecywałem sobie przeczytanie „Trainspotting”, nawet trzymałem egzemplarz w swoich bibliotekarskich paluchach w Taniej Książce na ul. Grodzkiej. Przekartkowałem go i nie spodobały mi się tłumaczenia ksywek głównych bohaterów… Film wrył mi się tak głęboko w świadomość, że trochę minie zanim zabiorę się za książkę. Mam po prostu obawy, co do tłumaczenia.

Dlatego świadomie lub mniej świadomie zacząłem od ostatniej książki autora „Trainspotting”. Jakie wrażenia po lekturze, spytacie się moi drodzy czytelnicy? Poczekajcie chwilkę, tylko wypiję trzy jasne piwa, załyczę łyskacza i wciągnę kreskę koki, po drodze jeszcze zaliczę barmankę, wywołam kilka bójek i pójdę sobie w siną dal uliczkami Edynburga… Ups! Chyba coś mi się pomieszało, ale tak już w tej książce jest. Ona (ta książka) ocieka alkoholem i innymi używkami. Wóda, piwsko, whisky, wino, koka, amfa, hasz – tak się bawi urzędnik miejski w Edynburgu, Danny Skinner. Młodzieniec na stanowisku, inteligentny i wygadany. Spędza wolny czas znieczulając się wszelkimi możliwymi wyrobami spirytusowymi jakie ma do zaoferowania szkockie miasto Edynburg… Odczułem nić łączącą mnie i Skinnera. Sam wielokrotnie na tym blogu wspominałem o moich „flirtach” z etanolem odbywających się praktycznie co weekend. Na przykład tutaj, i tutaj, o jeszcze tam i tu, a tego linka również nie dałem jeszcze. Czy wspominałem o tym? Nie ma co ukrywać – „czarodziejka gorzałka tańczyła ze mną” i wciąż lubi sobie ze mną zatańczyć, ale nie tak często jak dawniej:) Wracając do Skinnera to postać dość skomplikowana – czyta poezję, potrafi być współczujący jednak na zewnątrz z reguły okazuje się być zimnym draniem i chamem. Ogólnie nie wzbudzał we mnie zbytniej sympatii. Na własnej skórze przekonuje się o tym nowy pracownik urzędu miejskiego Brian Kibby. Pierdołowaty i nieśmiały chłopak, który jest zupełnym przeciwieństwem pewnego siebie, aroganckiego i wyszczekanego Skinnera. Danny od początku nie lubi Briana, z czasem zaczyna go nienawidzić. Nienawiścią tak silną, że zaowocuje ona zaskakują klątwą, która nieodwracalnie połączy Danny’ego i Briana. Nie będę tutaj zdradzał szczegółów, ale książka w pewnym momencie ostro nabiera  tempa. Danny również ma problem z ojcem, a dokładniej z jego brakiem. Skinner był wychowywany przez samotną matkę, starą punkówę, która za Chiny ludowe nie chciała mu powiedzieć, kto jest jego starym. Dlatego też nasz Danny rusza na poszukiwanie ojczulka. Podejrzenia padają na kucharzy pracujących w latach osiemdziesiątych w pewnym edynburskim lokalu.

Książka ma klimat, czułem smród pubów, niemal razem z Dannym chlałem wódę i żłopałem piwsko. W Edynburgu nie byłem, ale byłem w Walii i wyobrażam sobie, ze puby w Szkocji przypominają te walijskie:) Plastyczny język i barwne opisy sprawiały, że książka żyła. W sumie po jej przeczytaniu doszedłem do wniosku, że przydałoby się ją czytać po kilku browarkach albo kilku głębszych:)

Żeby nie było tak różowo – na początku nie za bardzo jakoś szło mi czytanie, pierwszych kilkadziesiąt kartek wywoływało pytanie: O czym to kurwa jest? Dopiero później książka mnie wciągnęła i łyknąłem ją jak pierwsze piwo albo setkę wódki w sobotni wieczór tzn. szybko i bez popity (bez popity oczywiście wódzię, bo przecież piwa się nie przepija).

Czy po lekturze mam jakieś głębokie myśli, egzystencjalne przemyślania oraz filozoficzne rozmyślania? I am simple man, i nie lubię pisać o życiu, jego prawdach, metafizycznych doznaniach, zostawiam to innym. Po lekturze „Sekretów…” mogę powiedzieć tyle – życie jest niesprawiedliwe, Edynburg ponury, a wóda pokona każdego, choćby nawet był kozakiem nad kozakami. Pokona i zmusi do przyznania, że to ona jest władczynią życia i śmierci.