Andrzej Pilipiuk “Drewniana twierdza”

Zamek w Italii. Źródło: https://flic.kr/p/8bogxU

Zamek w Italii. Źródło: https://flic.kr/p/8bogxU

Czyżby udało mi się regularnie zacząć pisywać? Nie sądzę, ale przynajmniej będę próbował.

Oto kolejna odsłona przygód trójki “wędrowców” w czasie, którą połknąłem zaraz po “Srebrnej łani…”, ale dopiero teraz coś o tej książce napiszę.

Continue reading

Antologia “Kierunek 3001”

Księżyc częściowo zasłania nasze piękne Słońce. Zdjęcie NASA. Źródło: https://flic.kr/p/pTPgqf

Księżyc częściowo zasłania nasze piękne Słońce. Zdjęcie NASA. Źródło: https://flic.kr/p/pTPgqf

Się czasem człowiekowi ręka na półce w bibliotece omsknie i wybierze książkę, której tytuł mu nic nie mówi, a jedyne co kojarzy to nazwisko Silverberg i imię Robert. Tak też u mnie było z antologią Kierunek 3001. Przykuło mą uwagę nazwisko Silverberga, oraz to, że pierwsze opowiadanie zostało napisane przez Haldemana. Na okładce jest jeszcze pan Jaccques Chambon francuski pisarz, którego nie kojarzę. Nie namyślając się wziąłem do domu. Parafrazując Juliusza Cezara “wziąłem, wypożyczyłem, przeczytałem”.

Continue reading

Dan Simmons “The Rise of Endymion” (“Triumf Endymiona”)

Taka graficzka przedstawiająca jedną z planet. Źródło: http://pennarellor.deviantart.com/art/Mare-Infinitus-355412492

Taka graficzka przedstawiająca jedną z planet. Źródło: http://pennarellor.deviantart.com/art/Mare-Infinitus-355412492

Dzień dobry! Ależ ten czas leci. Dawno mnie tu nie było. Patrzę wstecz na ten dziwny kwiecień i przerażony jestem, że tak bardzo zarosło to moje blogowe poletko.

Uwaga! Uwaga! Udało mi się skończyć cykl napisany przez Simmonsa. Powiem Wam, że lekko nie było. Ostatnia część to była dla mnie droga przez mękę. Niczym owa mityczna pielgrzymka na Hyperiona. Mękę na tyle jednak interesującą, że jakaś niewidzialna siła pchała mnie wciąż do przodu. Stroniczka za stroniczką. Czasem wolniej, lub bardzo wolno (zdecydowanie w środku powieści) czasem błyskawicznie (końcówka), ale jednak dobrnąłem. I powiem Wam szczerze, że po tej ostatniej części jestem pełen ulgi. Ulgi, że poznałem tę książkę, ulgi, że Simmons dość zgrabnie to wszystko połączył, ale też ulgi egoistycznej i mało nobilitującej, bo ulgi związanej z zakończeniem lektury.

Kolejna wizja Dzierzby aka Chyżwara aka The Shrike, Lord of Pain i kotecek. Źródło: http://pennarellor.deviantart.com/art/Mare-Infinitus-355412492

Kolejna wizja Dzierzby aka Chyżwara aka The Shrike, Lord of Pain i kotecek. Źródło: http://pennarellor.deviantart.com/art/Mare-Infinitus-355412492

A jedynym chyba powodem, dla którego skończyłem książkę, która przecież nie wciągnęła mnie tak jak poprzednie (przynajmniej te dwie pierwsze) było to, że ów niedokończony Endymion byłby niczym zadra pod skórą. Cały czas boleśnie obecny i wwiercający się w świadomość mą. Szepczący i kłujący, że może właśnie omija mnie przygoda życia.

Będę się streszczał – przygoda życia ominęłaby mnie gdybym nie przeczytał HyperionaUpadku Hyperiona. Jeśli chodzi o Endymiona i Triumf Endymiona mówić można jedynie (oczywiście w moim przypadku) o zaspokojeniu perwersyjnych wymagań dotyczących czytania książek.

Obiecywałem, że napiszę coś o wszystkich czterech. I napiszę, na pewno napiszę, ale nie teraz, nie teraz.

Dan Simmons “Endymion”

http://www.deviantart.com/art/Endymion-177967754

http://www.deviantart.com/art/Endymion-177967754

Udało mi się skończyć trzecią część cyklu Hyperion/Cantos. Krótko będzie, bo obiecałem Wam zbiorczy wpis o wszystkich czterech książkach. Trzeciej części nie czytało mi się aż tak dobrze jak poprzednich dwóch. Może wynika to z przeciążenia tematyką, objętością, a może duże znaczenie miał fakt, że Simmons w książce poszedł w bardziej przygodową konwencję. Niemal cała książka to opis wędrówki po planetach byłej Hegemonii, walki ze złowrogim Paxem i nieznanymi siłami Ciemności (oczywiście ja sobie tak te siły nazwałem).

Akcja dzieje się ponad dwieście lat po wydarzeniach opisanych w Hyperionie Upadku Hyperiona. Kosmos zasiedlony przez ludzi wygląda inaczej niż za czasów Hegemonii. Nie będę się rozpisywał. Napiszę Wam tylko o moim największym rozczarowaniu, które mię spotkało w Endymionie. Otóż brak jest owego opisu światów. Zaledwie napomknienia o losach ludzkiej cywilizacji po Upadku i zamknięciu portali, a przecież Simmons tak świetnie kreślił swoje wizje w dwóch poprzednich książkach. Why Dan? Dlaczego porzuciłeś ten sposób narracji na rzecz napakowanej akcją przygodówki… Trochę mi smutno, ale to tylko moje refleksje. Mimo braku tej bardzo ważnej rzeczy to wciąż historia jest na tyle wciągająca i interesująca, że bardzo chciałem książkę skończyć. I ją skończyłem. A ostanie strony połykałem. Czyli Simmons wciąż wciąga…

Dan Simmons “The Fall of Hyperion” (“Zagłada Hyperiona”)

Bardzo ładna wizualizacja Hyperiona. Źródło: http://www.deviantart.com/art/The-Hyperion-322041739

Bardzo ładna wizualizacja Hyperiona. Źródło: http://www.deviantart.com/art/The-Hyperion-322041739

To nie będzie żadna recenzja, chociaż obiecałem w poprzednim informacyjnym wpisie o Hyperionie, że jak skończę cykl to napiszę. “Hyperion” i „The Fall of Hyperion” to dylogia, więc mógłbym już coś skrobnąć o tych dwóch książkach, bo zdecydowanie większość wątków jest pozamykana, ale jestem w trakcie czytania “Endymiona” i jak skończę kolejną dylogię to napiszę o wszystkich czterech książkach. A te słowa, które teraz czytacie to znów wpis informacyjny. Żebyście wiedzieli, że żyję, że czytam. (Jakby kogoś naprawdę to interesowało).

Tak krótko – jest więcej smęcenia i poezji (w wykonaniu Sztucznej Inteligencji również), trochę więcej niekonsekwencji i fantastyczności, ale wciąż książka wciąga czytelnika niczym pewien europoseł dwie lampki wina (ale na pewno nie pozostawia po sobie tak żałosnego wrażenia). Także jest dobrze, a nawet bardzo dobrze.

Też całkiem ładna graficzka przedstawiająca statek Templariuszy. http://www.deviantart.com/?q=hyperion&offset=15

Też całkiem ładna graficzka przedstawiająca statek Templariuszy.
http://www.deviantart.com/?q=hyperion&offset=15

Dan Simmons “Hyperion”

Grafika z devianart. Wyobrażenie Chyżwara ( w oryginale The Shrike) użytkownika Synax444. Źródło: http://www.deviantart.com/art/Pain-Elemental-158111913

Grafika z devianart. Wyobrażenie Chyżwara ( w oryginale The Shrike) użytkownika Synax444. Źródło: http://www.deviantart.com/art/Pain-Elemental-158111913

Gdybym miał opisać jednym zdaniem książkę Simmonsa to prawdopodobnie byłoby to “Ma chłop ROZMACH”. Rozmach, rozmach i jeszcze raz rozmach. Simmons w swojej książce wcisnął chyba wszystkie pomysły, klisze, wątki jakie napędzały i napędzają literaturę science – fiction. Podróże z prędkością światła, hibernacja, teleportacja, klonowanie, zabiegi przedłużające życie, terraformowanie planet, ludzkość tworząca wielkie międzyplanetarne imperium. Sztuczna Inteligencja, androidy, Wszechświatowa (dosłownie) Sieć informatyczna, portale do teleportowania, genetyczne modyfikacje, podróże w czasie, wielkie kosmiczne bitwy, strzały, bajery i ogromne lasery. Nosz kurwa wszystko! A to dopiero pierwszy tom za mną. 

Aha i jakim cudem ja tego w latach dziewięćdziesiątych nie przeczytałem to ja nie wiem.

Continue reading

Alfred Bester “The Demolished Man” (“Człowiek do przeróbki”)

Grafika inspirowana książką Bestera. Źródło: http://www.this-is-cool.co.uk/bastien-lecouffe-deharme-fantasy-artist/

Grafika inspirowana książką Bestera. Źródło: http://www.this-is-cool.co.uk/bastien-lecouffe-deharme-fantasy-artist/

Krętymi ścieżkami podążają moje doświadczenia czytelnicze, chociaż można powiedzieć, że kierunek generalnie ostatnio przyjąłem na klasykę science – fiction. Powoli odkrywam lądy nieznane, a przecież wydawało mi się, że wiem i znam wszystko (taki skromny jestem). Trafiłem przypadkiem na listę iluś tam książek sci-fi, które trzeba przeczytać przed śmiercią. Oczywiście takich list jest mnóstwo i każdy może ułożyć swoją, ale jeśli klikniecie sobie w link z listą (KLIK) zobaczycie, że na piątym miejscu jest książka, o której dzisiaj Wam krótko napiszę.

Continue reading

Stanisław Lem “Niezwyciężony”

IMAG0519

I znów Lem. Tym razem w klasycznej wersji. Klasycznej do bólu, ale to nie oznacza złego bólu oj nie, nie. „Niezwyciężony” to eksploracja kosmosu w starym dobrym stylu. Rakieta ma kształty rakiety (if you know what i mean), ludzie na statku kosmicznym mają funkcje i stopnie jak w marynarce, ludzkość podbiła całkiem sporą część kosmosu i w owym kosmosie życie rozkwita jak kiedyś rozkwitło w moim pokoju w akademiku w puszcze po paprykarzu szczecińskim (przysięgam wydawało mi się, że widziałem tam miniaturowe miasta wydrążone w ziarenkach ryżu).

„Niezwyciężony” to krążownik kosmiczny, 25 piętrowa, ogromna stalowa bestyja, która eksploruje kosmos niczym załoga statku „Enterprise” z bratniego kraju kapital… ups trochę się zapędziłem.

Wracamy do eksploracji kosmosu. „Niezwyciężony” ląduje na planecie „Regis III” gdzie zaginął „Kondor” inny krążownik kosmiczny. Regis to pustynna planeta, gdzie życie jest, ale jedynie w oceanie, a na lądzie króluje piasek, tajemnicze ruiny i dziwaczne chmury z których kapie metalowy deszcz. W trakcie poszukiwań „Kondora” oraz wyjaśnienia zagadki co się stało z załogą statku naukowcy “Niezwyciężonego” dochodzą do niesamowitego odkrycia, które może odmienić los całej planety (trochę dramatyzuję, ale odkrycie jest naprawdę niesamowite). Nie będę się rozpisywał o fabule, bo uważam, że akurat w tym przypadku jest to niepotrzebne. I choć zagadka nie jest jakaś szczególnie wymagająca to jednak warto trochę pogłówkować co też naukowcy odkryli.

Niewielka objętościowo książeczka, a w niej ludzie i ich chęć dopasowywania całego otoczenia do własnych wyobrażeń, ich wieczna pasja odkrywania i ciekawość, która prowadzi czasem do piekła. Zero polityki, zero umoralniających gadek tylko czyste, twarde science – fiction z przydługimi opisami automatów i procedur lądowania, ale i tak wciąż grzejące serducho niczym atomowe reaktory silniki „Niezwyciężonego”. Lektura bardzo interesująca – polecam każdemu, kto kiedykolwiek otarł się o science – fiction. Dziwne, że ja tego nie czytałem w młodości.

Tak mógł wyglądać “Niezwyciężony”:

http://monsterkidclassichorrorforum.yuku.com/topic/2521#.UeT0EY2Syy8

Źródło: http://monsterkidclassichorrorforum.yuku.com/topic/2521#.UeT0EY2Syy8

Marek Baraniecki “Głowa Kasandry”

głowa

Chciałbym zacząć od krótkiej refleksji. Wielu ludziom wydaje się, że zagrożenie globalnym konfliktem jądrowym przeminęło razem z rozpadem ZSSR (Związkiem Sowieckich Socjalistycznych Republik). Wielu myślało i myśli, że groźba atomowego holokaustu już nam nie grozi. Moim skromnym zdaniem nic bardziej mylnego.

Cała zimna wojna opierała się na zasadzie równowagi między dwoma supermocarstwami, których przywódcy doskonale (mam taką nadzieję) zdawali sobie sprawę, że w przypadku konfliktu z użyciem broni jądrowej nie będzie żadnych zwycięzców.

Dziś arsenał atomowy może wpaść w różne ręce, ileż to się człowiek naczytał lub naoglądał o „brudnych” bombach, zaginionych rakietach balistycznych i materiałach do budowy bomb. Pal licho, że to w większości fikcja literacka lub filmowa była. Zagrożenie związane z użyciem atomowej broni jest znacznie poważniejsze niż kiedyś.

Obecnie jesteśmy świadkami wymachiwania szabelką przez niejakiego Kima, który musi po prostu pokazać swoim towarzyszom, że Zachodu się nie boi. Robi to by utrzymać władzę we własnym państwie (taka ma skromna opinia). Musiałby być szaleńcem ryzykując otwartą wojnę, ale z drugiej strony nigdy nie ma się pewności.

O szaleńcach i efektach ich postępowań napisał Baraniecki w połowie lat osiemdziesiątych w tytułowym opowiadaniu zbioru czyli w „Głowie Kasandry”. Wówczas nad ludzkością cały czas wisiała niczym miecz Demoklesa groźba globalnego konfliktu atomowego, o której już wspomniałem. Teraz też powinna istnieć taka obawa, ale ludzkość ma tyle spraw na głowie, że szkoda gadać. Co się będzie przejmować wojną atomową. Baraniecki w “Głowie Kasandry” opisał rzeczywistość po atomowym konflikcie. Zrobił to koncentrując się na opisach świata, w którym nastąpiło przebiegunowanie ziemi, zmiany stref klimatycznych, ogromne radioaktywne i chemiczne burze niszczące wielkie połacie naszej planety.

 Ludzkość jak to zwykle bywa (w przypadku globalnych konfliktów atomowych) przetrwała w niewielkich enklawach, które całkowicie porzuciły technologię, bo systemy naprowadzania rakiet i silosy rakietowe, te które ocalały, wciąż są zdolne do reagowania i wysyłania śmiercionośnej broni. Główny bohater to myśliwy, który nie poluje na zwierzynę, ale właśnie na pozostałości dawnych systemów rakietowych. Wykrywa aktywne silosy, zabiera się do pracy i likwiduje zagrożenie. Cały czas towarzyszy mu pragnienie odnalezienie mitycznej „broni ostatecznej” czyli owej Głowy Kasandry.

„Głowa Kasandry” to nowelka, która w bardzo ciekawy i interesujący sposób opowiada o końcu ludzkości, cyklu rozwoju cywilizacji i zadaje pytanie; Czy egoizm człowieka powinien stawać na drodze rozwoju innego inteligentnego życia? Skoro nie udało się Nam homo sapiens sapiens przetrwać, sami wykończyliśmy nie tylko własną cywilizację, ale również nasz dom czyli Ziemię, to czy w swej pysze powinniśmy mieć drugą szansę? Tematyka opowiadania zahacza o przeczytaną przez mnie niedawno „Kantyczkę dla Leibowitza” i wiele innych książek o tematyce postapokalitpycznej. Baraniecki zakończył opowiadanie bardzo efektownie i z nutką niepewności co do decyzji podjętych przez głównego bohatera.

Z pozostałych opowiadań ze zbioru jeszcze dwa są z lat osiemdziesiątych.

Karlgoro, godzina 18.00. Zupełnie mnie nie porwało. Statek kosmiczny, wypadek członka załogi i ludzie na Ziemi łączący swe jaźnie i siły psychiczne, by naprawić uszkodzenia ciała poszkodowanego setki milionów kilometrów dalej. Nie moje klimaty, w ogóle nie zaiskrzyło.

Wynajęty Człowiek.  Taka kryminalna historia z charakterystycznym motywem „zamkniętego pokoju”. Ale ów „zamknięty pokój” to statek kosmiczny, a członkowie załogi wplątani zostają w grę, która dzieje się w rzeczywistości. Pomysł bardzo interesujący, ale wykonanie znacznie już słabsze. Wydawało mi się takie chaotyczne i mało przekonywujące.

Ziarno Kirliana. To opowiadanie jest już dość świeże. Napisane do wydania książki z 2008 roku. Pomysł na opowieść oryginalny, bo mamy tutaj ogromny system, który wykorzystując odkrycie pól życiowej energii zarządza całą ludzką społecznością w taki sposób, aby wyeliminować wszelkie zło, konflikty i wojny. Znowuż nie moje klimaty, zbyt to ezoteryczne i takie metafizyczne.

Wesele dusz. To również nowe opowiadanie, ale to akurat sprawiło mi przyjemność. Mamy tutaj metafizykę, los, przeznaczenie, miłość zdolną zmienić świat. Może i naiwne, ale dla mnie krzepiące. Opowieść o dziesięciu sprawiedliwych, którzy mogą ocalić świat przed wojną taka pozytywna mi się wydała. Aha i pocieszenie może przynosić fakt, że istnieją w światowych rządach ludzie pragnący pokoju.

„Głowa Kasandry” zdobyła pierwszego „Zajdla”. Wcześniej to Zajdel zdobył „Zajdla” tylko wtedy nagroda nazywała się troszku inaczej, a dokładniej SFINKS się nazywała. Baraniecki słusznie „Zajdla” dostał. Tytułowe opowiadanie ze zbioru nie zestarzało się zupełnie. Być może dlatego, że porusza wątki wciąż aktualne w literaturze i popkulturze. Apokalipsa, zagłada ludzkości to strasznie „wdzięczny” temat. I oczywiście odbudowa ludzkiej cywilizacji po katastrofie. Baraniecki postawił świetne pytania dotyczące przyszłości ludzkości. Jedno z nich może brzmieć: Czy naprawdę jesteśmy warci całego tego zamieszania?

Pozostałe opowiadania w porównaniu do „Głowy Kasandry” wypadają dość blado. Przynajmniej dla mnie. Poruszanie się w tematyce ezoteryki, metafizyki, duchowości i tym podobne to nie moja działka.

Walter M. Miller Jr. “A Canticle for Leibowitz” (“Kantyczka dla Leibowitza”)

canticleDziś opowiem wam o książce należącej do klasyki gatunku science-fiction. Klasyki przez duże K. „Kantyczka…” została wydana w 1959 roku, ale jej części składowe ukazały się w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Dlaczego piszę o częściach składowych? Otóż Miller napisał swoją książkę na podstawie trzech opowiadań, które ukazały się w jednym z czasopism amerykańskich. Taką też konstrukcję ma ten klasyk. Trzy części, trzy epoki, trzy historie.

Nie da się opowiedzieć Wam o tej książce bez zarysowania fabuły, która przedstawia się następująco. W pierwszej części zatytułowanej „Fiat Homo” znajdujemy się w świecie post nuklearnego holocaustu, dokładniej kilka stuleci po tym, jak Człowiek sprowadził Demona Ognia i Opadu na swój gatunek i całą planetę. Sześć setek lat po nuklearnej wojnie ludzkość, a raczej jej resztki żyje sobie w okresie, który moglibyśmy nazwać Wiekami Ciemnymi. W dawnych Stanach Zjednoczonych nie ma praktycznie żadnych państw, istnieją plemiona, które wierzą w magię, demony, bogów. Ludzie nie pamiętają przeszłości, a wojna nuklearna określana jest mianem Ognistego Potopu. Istnieją plemiona mutantów, które żyją poza nawiasem „cywilizowanego” świata. Bezpośrednio po Armagedonie ci, którzy przetrwali wywarli zemstę na tych, którzy ich zdaniem winni byli wojnie. Rozpoczęto masowe mordowanie ludzi nauki, techniki, kultury, władzy. Palono książki, niszczono wszelkie przejawy wiedzy i kultury. Okres ten nazwany został okresem Prostoty bądź Uproszczenia (ja to tak sobie przetłumaczyłem, bom książkę po angielsku czytał). Skrawki dawnej cywilizacji przetrwały w Kościele Katolickim, który ocalił większość swoich rytuałów, hierarchii i historii. Powstał nawet specjalny zakon, który zajmował się przemycaniem książek („bookleggers” – nawiązanie do „bootleggers” z czasów prohibicji czyli przemytników alkoholu) i próbą ich ocalenia. Przewodził temu zakonowi Leibowitz, inżynier co się na wiarę nawrócił i zginął w mękach zamordowany przez tłum żądny krwi. Kilka stuleci po męczeńskiej śmierci Leibowitza, jego zakon dalej istnieje i zajmuje się przechowywaniem, konserwacją rozmaitych strzępków ludzkiej wiedzy. A młody nowicjusz Franciszek podczas postów na pustyni odkrywa (za sprawą tajemniczego pielgrzyma) schron przeciwatomowy z zachowanymi dokumentami być może będącymi własnością samego Leibowitza. Zaczyna się proces o beatyfikację, a nasz Franciszek odegra dużą rolę w tym procesie.

Wybaczcie, ale trochę o tej fabule będę pisał, bo naprawdę jest interesująca. Druga część nazwana „Fiat Lux” przenosi nas znów o kilkaset lat w czasie. Po ponad tysiącu lat od wojny ludzkość powoli zaczyna odkrywać tajniki nauki, wiedzy, techniki. Ta część może przypominać Renesans. Istnieją już państwa, a nawet mocarstwa, których władcom marzy się panowanie nad światem. A władcy owi zdają sobie sprawę, z tego jak ważna może być przewaga technologiczna nad przeciwnikiem. Powstają świeckie uniwersytety, które zaczynają konkurować z Kościołem Katolickim. Sam Kościół natomiast stał się strukturą skostniałą, niechętną nowościom. Nawet zakon świętego Leibowitza zajmuje się tylko przechowywaniem i bezmyślnym kopiowaniem zgromadzonej wiedzy. Dopiero wizyta świeckiego uczonego, rozrusza trochę zakonników, ale nie obędzie się bez konfliktu pomiędzy tym co boskie, a tym co cesarskie.

I trzecia część „Fiat Voluntas Tua” to już rasowe science-fiction. Ludzkość nie tylko odzyskała wiedzę sprzed wojny, ale prześcignęła naszą cywilizację. Zaczęto kolonizować inne planety. Niestety nawet lekcja sprzed ponad półtora tysiąca lat niczego nie nauczyła włodarzy tego świata. I małpoludy znów stają na krawędzi wojny totalnej. Zakonnicy z zakonu Leibowitza mają do odegrania poważną rolę w ocaleniu ludzkiej wiedzy.

Po tym jakże przydługim wstępie charakteryzującym fabularne wątki książki chciałbym Wam powiedzieć o moich wrażeniach, o tym czym dla mnie była lektura „Kantyczki…”. To książka naprawdę wielowątkowa, w której każdy znajdzie coś dla siebie.

Dla mnie to opowieść o trudach zdobywania wiedzy, o tym jak łatwo zaprzepaścić dziedzictwo tysięcy lat i wielu pokoleń, w jednym szaleńczym akcie. Miller pisał książkę w latach pięćdziesiątych, „najzimniejszym” okresie zimnej wojny, tuż przed kryzysem kubańskim. Wielu ludzi drżało przed bardzo prawdopodobnym scenariuszem wojny nuklearnej. I w tym kontekście „Kantyczka…” jest książką przenoszącą owe lęki na papier.

 Jest to również opowieść o wierze, która może pozwolić ludziom przetrwać najgorsze czasy. Opowieść o wierze zarówno w Boga, który stworzył ludzi na swoje podobieństwo jak i wierze w naukę, w jej moc pozwalającą ludziom osiągnąć niemal boski status. Tylko, że gdy osiągamy ten niemal boski status okazuje się, że to niemal to dla nas za mało. I dlatego ludzie nigdy nie wejdą do Edenu, bo sami nie wiedzą czym Eden jest. Znajduję w „Kantyczce…” arogancję i pychę  naukowców przekonanych o swej nieomylności i wyższości nad prostaczkami dzięki posiadanym tajemnicom nauki. Znajduję również arogancję i pychę ludzi Kościoła przekonanych o swej nieomylności i wyższości nad prostaczkami dzięki posiadanym tajemnicom wiary.

To książka o odwiecznym konflikcie między Kościołem a państwem, przejawiającym się w podejściu do zagadnienia na przykład eutanazji, czy też wykorzystania zgromadzonej wiedzy i odkrytych technologii do celów politycznych i wojskowych. W „Kantyczce…” podobnie jak w naszej historii przez szereg stuleci to członkowie Kościoła mieli dostęp do wiedzy, do książek. I tego dostępu strzegli bardzo dobrze. Nic więc dziwnego, że gdy pojawiają się świeccy naukowcy wątpiący w naukę Kościoła, wytykający mu błędy ignorancji i marnotrawstwa zakonnicy od świętego Leibowitza zaczynają się irytować i denerwować. Jednak co znamienne nie blokują, nie zabraniają innym korzystać ze zgromadzonych ksiąg. Ta postawa bardzo przemawia na ich korzyść.

Znajdziemy w książce powtarzający się cykl wydarzeń. Od narodzin cywilizacji, mozolne wspinanie się coraz wyżej na drabinie technologicznego rozwoju, by z hukiem i błyskiem znów pogrzebać wszystko pod gruzami. Tę cykliczność można zauważyć w wielu religiach, filozofiach. To koło życia, wąż pożerający własny ogon. Na szczęście Miller daje nadzieją dla naszego gatunku w postaci kolonizacji obcych planet. Niestety nie daje gwarancji, że także i na owych obcych planetach ludzkość nie powtórzy owego zaklętego kręgu. Wniosek może nasuwać się taki, że jedyną szansą na przetrwanie naszego gatunku to rozprzestrzenienie się na jak największą liczbę światów. Niestety to daleka, bardzo daleka pieśń przyszłości.

Interesujące w „Kantyczce…” jest również tło polityczno – historyczne nowej cywilizacji. Miller przemycił strzępki informacji o wojnach, państwach, granicach i wydarzeniach w bardzo inteligentny i rozbudzający wyobraźnię sposób. Ja już pisałem, kiedyś, gdzieś, że uwielbiam tło w książkach science-fiction, historiach alternatywnych. Im lepiej zarysowane, im ciekawsze, im bardziej prawdopodobne tym lepiej. A w “Kantyczce…” tło jest przedstawione bardzo zgrabnie i bardzo interesująco.

I mało co a byłbym zapomniał. Książka jest również zabawna. Momentami co prawda, ale humoru jest całkiem sporo. W dodatku tego czarnego, który moim ulubionym rodzajem humoru jest.

Została wydana jeszcze jedna książka Millera, będąca kontynuacją „Kantyczki…” „Saint Leibowitz and the Wild Horse Woman”. Ukazała się ona w roku 1997, już po samobójczej śmierci Millera. Książka została dokończona przez innego pisarza Terry’ego Bissona. Podobno zawiera rozwinięcie drugiej części „Kantyczki…”. Chyba sobie czytnę.

Podsumowując. Nie bez powodu „Kantyczka…” stała się klasyką. Sprzedała się i sprzedaje się dalej w milionach egzemplarzy. Nie bez powodu wielu różnych ludzi znajduje w niej wiele różnych rzeczy. To naprawdę bardzo dobra  literatura.  Polecam gorąco tę książkę.

 

P. S. Tak sobie szperałem po sieci i trafiłem na fascynującą stronę opisującą bardzo możliwy i prawdopodobny scenariusz nuklearnej zagłady. I tym razem nie chodzi o polityków z przerośniętym ego i dostępem do czerwonego guzika. Oj nie. Tym razem chodzi o wybuchy na słońcu, falę promieniowania elektromagnetycznego, która niszczy wszelkie urządzenia elektroniczne i ponad czterysta elektrowni atomowych rozsianych po całym świecie, które w wyniku zniszczenia sieci energetycznej po kilkunastu dniach zaserwują  nam Czarnobyl pomnożony kilkaset razy na całym ziemskim globie.

Przeczytajcie sobie (niestety po angielsku):

400 Chernobyls: Solar Flares, EMP, and Nuclear Armageddon [Fulll Length Version]