Marek S. Huberath “Kara większa”

Kolejna odsłona laureata nagrody imienia Zajdla. I moje wyznanie – nic nie czytałem pana Huberatha nigdy, never, niemals, jamais. Jakim cudem to się stało nie wiem. A lubię o sobie myśleć, że jednak tę polską fantastykę znam, a tu dupa zbita. Kolejna rzecz do poprawienia i nadrobienia.

thetriumphofdeath 21

Pieter Bruegel (starszy) “Triumf śmierci”

Wracając do opowiadania. Ukazało się ono w „Nowej Fantastyce” w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym. I ponoć od razu rozgrzało polskich czytelników do czerwoności stawiając wielu po dwóch stronach barykady. Nadmienię tylko, że chodzi o wątek poboczny opowiadania, a dotyczący nienarodzonych, czyli aborcji. Wątek zdominował dyskusję o opowiadaniu, dlatego ja go pominę.

Zostałem wychowany w kulturze judeochrześcijańskiej, pod tą szerokością geograficzną urodzony i nie mający na to urodzenie żadnego wpływu, więc wizję Piekła i Raju współdzielę z wieloma milionami osób. Większość z nas (chyba mogę tak napisać) wyobrażenia dotyczące życia po śmierci, w które wierzy lub nie, ma dość podobne. W Piekle cierpimy męki, w Czyśćcu liczymy na poprawę, a w Niebie zaznajemy wiecznej radości i szczęścia. A jak to wygląda naprawdę (i czy w ogóle wygląda) tego nie wie nikt. Swego czasu wycieczki po Piekle, Czyśćcu i Raju oferował niejaki Wergiliusz, poeta rzymski, ale od kiedy niewdzięczny turysta z Florencji jeden taki Dante Alighieri dopuścił się ujawnienia tajemnicy wycieczki, a to co widział to opisał i opublikował, Wergiliusz przestał oprowadzać po Zaświatach.

Tak na marginesie wyczytałem gdzieś, że różnego rodzaju aktywiści chcą zakazać „Boskiej Komedii” jako dzieła rasistowskiego, antyislamskiego, antysemickiego i piętnującego homoseksualizm. Zaprawdę powiadam Wam głupota ludzka nie zna granic, a każden kto odczytuje dawne dzieła bez odpowiedniego kontekstu historycznego, obyczajowego z tamtych czasów winien się w Piekle smażyć.

Za dużo tych dygresji, już wracam do opowiadania. Huberath serwuje nam bardzo ciekawą wizję życia po życiu. Główny bohater Rud cierpi okropne katusze, jest torturowany przez wysokiej klasy specjalistów od zadawania bólu. Codziennie jego ciało jest rozrywane na strzępy, przypalane, kłute, polewane kwasem, ogólnie rzecz ujmując Rud ma przejebane. Ale pewnego dnia kara się kończy i Rud ma szansę na Niebo! Wpierw musi jednak przejść przez okres przystosowawczy, który odbywa się w obozie dla osobników podobnych jemu – to znaczy czekających na Niebo. Obóz żywcem przypomina obozy koncentracyjne, które zakładała pewna nacja mieszkająca na zachód od Odry lub też obozy wytężonej pracy fizycznej, które zakładał pewien „poczciwy” wąsiaty pan na wschód od Bugu. Korelacji jest całkiem sporo i są dość oczywiste. Rud powoli wraca do zdrowia, zaczyna sobie swoje zmaltretowane ciało przywracać do dawnego stanu, dzięki operacjom plastycznym i wolniutko przygotowuje się do odwiedzenia Nieba, ale tutaj czeka na niego spore zaskoczenie, nie zdradzę więcej, bo może ktoś nie czytał.

Groteskowa wizja zaświatów, w których rządzi biurokracja, a „funkcjonariusze” pracują jak w jakimś urzędzie wywołuje momentami uśmiech na twarzy, ale opowiadanie do wesołych nie należy, zwłaszcza jego koniec, który smutno podsumowuje ludzką naturę. Huberath daje jasno do zrozumienia, że nic ludzi nie zmieni ani obietnica Nieba, ani również kara czy to większa czy mniejsza. Po określonym czasie nawet do największego cierpienia można przywyknąć, a nasz charakter nie ulegnie zmianie i gdy tylko poczujemy odprężenie natychmiast wracamy do starych, złych nawyków.

Szkoda, że nie znałem tego opowiadania wcześniej i bardzo dobrze, że je sobie teraz przeczytałem. Wizje zaświatów to wdzięczny temat dla pisarzy, niejeden i niejedna się nimi zajmował. Raz lepiej raz gorzej. O klasykach literatury nie będę wspominał. O filmach też nie, bo tych również jest mnóstwo choćby “Armia Boga” z Christopherem Walkenem. Na chwilę obecną Kossakowska mi się tłucze po głowie i jej „Siewca wiatru”, coś jeszcze się kołacze pod czaszką, ale nie pamiętam za bardzo co.

Huberath stworzył opowiadanie bardzo ciekawe i interesujące. Zapadające w pamięć. A to się liczy, to się liczy nawet bardzo.

Edmund Wnuk-Lipiński “Mord założycielski”

IMAG0414

Trzecia i ostatnia część tak zwanej trylogii Apostezjonu. I jakie miałem wrażenia podczas lektury? Zobaczyłem, że potężny Apostezjon chwieje się w posadach. Rozprężenie moralne i obyczajowe sięga zenitu. Wódka jest legalna, a oprócz temporystów powstała kolejna klasa społeczna tak zwani lovitci. Zupełny margines. Chleją wódkę, siedzą na zasiłkach i płodzą się bez badań genetycznych, mieszkają w gettach, kradną, niszczą. Zespół Ekspertów, aby złagodzić nastroje społeczne wprowadził zawody dla gawiedzi. To bardzo niebezpieczna i czasem śmiertelna rozgrywka, w której biorą udział najlepsi, odpowiednio wytrenowani zawodnicy. Na scenę wraca główny bohater z pierwszej części Ira Dogow, który poszukuje nowego żywiołu do odrodzenia świata wśród lovitów. Poznajemy też młodego profesjonalnego zawodnika Daniela. Młodego, acz zdolnego i mającego wysokie ambicje. Daniel wyrywa piękną Candy z rąk kilera, spuszcza kilerowi łomot i musi uciekać. Po drodze mamy jeszcze pisarza będącego na usługach rządu Apostezjonu, który w swoim “słowaku” (osobisty komputer) oprócz książek chwalących pod niebiosa panujący ustrój zapisuje swój własny, prywatny dziennik.

Iluż ludzi tak postępowało i postępuje. Jak wielu pisarzy miało swoje prywatne dzienniki, które nie miały nigdy się ukazać, albo miały dopiero wyjść drukiem po ich śmierci. Wiktor Nordmann, bo tak pisarzowi na imię niestety popada w niełaskę i również musi uciekać przed karzącą ręką (nie)sprawiedliwości. Mamy pułkownika Vitolliniego z pierwszej części, któremu marzy się władza nad Apostezjonem, a który lubi również chłopców. Mamy wielką katastrofę w zakładach chemicznych, która jest utrzymywana w ścisłej tajemnicy, a której skutki odczuwać będzie cały świat (!). Ogólnie coś tam się dzieje, następuje ferment społeczny i tak zwana pospolita ruchawka.

Co mi się podobało w “Mordzie założycielskim” – przed każdym rozdziałem zamieszczono fragmenty, które często pochodziły z oficjalnych komunikatów rządowych. Wypisz – wymaluj bełkot propagandy PRL.

Przykłady:

Elementy awanturnicze, które ostatnio podniosły głowy zostały poskromione, przy aktywnym poparciu społeczeństwa. Jednak nadał sytuacja jest złożona, Pożar Pałacu Centralnego spowodowany przez margines społeczny, został dziś nad ranem opanowany. Władze, korzystające przejściowo z innej siedziby, w pełni kontrują rozwój wydarzeń. W innych rejonach wyspy panuje całkowity spokój i rytmiczna praca…

Z artykułu wstępnego dziennika „Nasz Głos” nr 110/10849 z dnia 22 kwietnia 2044 roku

Zadaję sobie często pytanie, dlaczego utopie wprowadzone w życie obracają się w swoje przeciwieństwo? Tam gdzie miało być wyzwolenie – rośnie niewola, tam gdzie miało być braterstwo – wyrasta przemoc, tam gdzie miała być sprawiedliwość – pleni się zbrodnia, odwaga zaś zamienia się w strach. Dlaczego? Nie znajduję na to pytanie odpowiedzi.

Z „Dziennika prywatnego Wiktora Nordmanna” materiał nie publikowany. Archiwum Służb Specjalnych, sygnatura AG/1786/29

Autor określił wreszcie datę wydarzeń na Apostezjonie – 2044 rok. Akcja “Mordu…” rozgrywa się w kilka lub kilkanaście lat po wydarzeniach z “Wiru…”. Jak już wspomniałem Apostezjon rozpada się. Wciąż jest państwem, w którym nauka stoi na wysokim poziomie patrz: hoduje się kilerów w laboratoriach (szkoda, że autor nie pociągnął tego wątku bardziej), wciąż jest państwem gdzie istnieje broń zdolna unicestwić wszystko co znajdzie się na celowniku, ale jest też państwem, gdzie istnieje podział na biednych i bogatych, żywność jest na kartki (!), a ci, którzy są poplecznikami rządu mogą liczyć na ogromne przywileje. Utopia przestała być rajem i stała się zwykłym państwem.

Nowa klasa społeczna lovitci kojarzy mi się z prolami z “Roku 1984” Orwella. Są dość liczni, są płodni, są prości, ale gdyby dać im trochę czasu to powstanie z nich żywioł mogący zburzyć stary świat. Tylko są również niemoralni, pozbawieni skrupułów i prymitywni. Ira Dogow powoli przygotowuje ich na rewolucję, ale sam uważa, że jest jeszcze na to za wcześnie.

“Mord…” miał trochę więcej życia, akcji w sobie niż “Rozpad…”. Dobrze i szybko się czytało, choć i tutaj odczuwałem niedostyy jeśli chodzi o nakreślenie sytuacji Apostezjonu. Jak na fantastykę socjologiczną strasznie mało tam nauki. Ot autor wpadł na pomysł, że kilerów robią w laboratoriach i o tym wspomniał.  A zapomniał powiedzieć skąd i po co ci kilerzy się lęgną w próbówkach. Zupełnie z dupy pojawiają się menele (lovitci) i stanowią od razu bardzo liczną grupę społeczną, która rządzi się własnymi prawami.Garść świetnych pomysłów bardzo ciekawych, które jednak nie wystarczyły, by uczynić z „Mordu…” bardzo dobrą książkę.

Ogólnie mówiąc, gdyby te trzy książki wymieszać, wziąć z każdej to co najlepsze to mogłaby powstać naprawdę świetna, zajebista książka. Dystopia jak się patrzy. Z państwem, które stoi na straży bezpieczeństwa obywateli, zapewnia im wszystko, co niezbędne do życia, a w razie jakiekolwiek oznaki buntu bądź niepokoju pierze tym swoim obywatelom mózgi, aż im szare komórki skwierczą, a ci są jeszcze wdzięczni za takie działanie.

A jak dla mnie mamy trzy dobre książeczki, które czyta się przyjemnie i szybko. I które kiedyś musiały robić znacznie większe wrażenie niż teraz.

Dzień Bibliotekarza po raz kolejny!

I znów się doczekałem! To w ten piękny majowy dzień jutrzenka swobody przywitała mnie z samego ranka delikatnie muskając moją głowę promieniami słońca i szepcząc do ucha, że dziś NASZ dzień! To my bibliotekarze niesiemy również ten kaganiec.. tfu! kaganek oświaty (ten żart nigdy się nie znudzi).

Życzę wszystkim bibliotekarkom i bibliotekarzom wytrwałości, cierpliwości, nowatorskich pomysłów, cierpliwości, uśmiechu od ucha do ucha, cierpliwości i ogólnie żeby było do przodu!

Ja wiem, że KEEP CALM już jest tak samo przereklamowane jak HARLEM SHAKE, ale wrzucę tutaj ten plakat com go sam zrobił:)

KEEPCALM

 

BĄDŹCIE CZUJNI!

I jeszcze fragment, który już kiedyś wrzucałem z “Bibliotekarza”:

 

Edmund Wnuk-Lipiński “Rozpad połowiczny”

IMAG0413Mam problem z drugą częścią trylogii Apostezjonu. Problem niewielki, ale irytujący. Książka dostała Zajdla w 1988 roku, pisana była w 1983 roku, podobno autor miał duże problemy z cenzurą, która ingerowała w kształt książki. Ja czytałem wydanie z czasów PRL, a w 2000 roku ukazało się wydanie zbiorcze całej trylogii nakładam wydawnictwa superNowa i tam podobno zostały umieszczone te ocenzurowane fragmenty. A mój problem polega na tym, że “Rozpad…” czytany zaraz po “Wirze pamięci” odebrałem praktycznie wyłącznie jako lepiej lub gorzej zawoalowaną  krytykę systemu socjalistycznego i opis szarej rzeczywistości PRL w okresie stanu wojennego, fantastyki tam było tyle co kot napłakał. Ja rozumiem, że nie zawsze ta fantastyka musi być, ale akurat w „Rozpadzie…” drażniło mnie to.

“Wir…” mówił o społeczeństwie, w którym można dopatrywać się śladów  myśli socjalistycznej, w miarę inteligentnie krążył wokół tematu inwigilacji obywateli, roli jednostki w owym społeczeństwie. Natomiast “Rozpad…” to łopatologicznie wyłożony obraz PRL lat osiemdziesiątych. Apostezjon z części pierwszej to społeczeństwo dostatnie, rozwinięte technologicznie, a Apostezjon z “Rozpadu…” to miejsce gdzie karierowicze pną się po szczeblach władzy, Zespół Ekspertów to banda starych dziadów, która osiągnęła dobrobyt kosztem obywateli i nie ma zamiaru się nim dzielić. W “Rozpadzie…” młodzież działa w Lidze Młodych Entuzjastów, jest mowa o gospodarce centralnie sterowanej, o konflikcie z sąsiadami wyspy. Wyścig zbrojeń, bazy na Księżycu produkujące śmiertelną broń, funkcjonariusze tak zwani Technicy Bezpieczeństwa, czyli tebecy (!) chodzący z dużymi, białymi gumowymi pałkami. Plotki wypowiadane szeptem i bełkot oficjalnych organów informacyjnych. Ten Apostezjon znacznie różni się od tego z pierwszej części, choć według akcji z powieści nie minęło zbyt dużo czasu.

Akcja drugiej części krąży wokół Ośrodka Resocjalizacyjnego wykorzystującego podczas “terapii” i “leczenia” jednostek zdemoralizowanych metody “naturalne” bez wspomagania środkami farmakologicznymi. Opis metod stosowanych w Ośrodku stanowi najmocniejszą stronę książki. Psychomanipulacje, tortury psychiczne i fizyczne stosowane by złamać psychikę „pacjenta” zostały opisane dość sugestywnie i z dużą znajomością tematu.

O fabule w skrócie: śledzimy losy kilku bohaterów. Długiego, który pojawił się w „Wirze…” jako przemytnik i specjalista do wszystkiego, a w „Rozpadzie…” trafił do Ośrodka, gdzie na jego przykładzie obserwujemy metody resocjalizacji. Drugim bohaterem jest młody Jorgen. Chłopak z zacięciem ideologicznym, który działa w Lidze Młodych Entuzjastów, był w księżycowej bazie, ale przez swoją nadgorliwość narobił sporo szkód i mało co nie spowodował skandalu międzynarodowego. Jorgen rozpoczyna praktyki w Ośrodku Resocjalizacyjnym profesora Nemeczki z poczuciem misji. Jorgen to idealny przykład obywatela poddanego indoktrynacji. Ślepo wierzy w ideały Apostezjonu, wykonuje bez wahania każde zarządzenie władz i nigdy, ale to przenigdy nie kwestionuje poleceń przełożonych. Praktyka w Ośrodku sprawi, że z młodego, głupiego i pozbawionego wątpliwości idealisty przeistoczy się w młodego, głupiego idealistę z dużymi wątpliwościami. Jest jeszcze Claire, która jest prawą ręką profesora Nemeczki. Piękna dziewczyna o tragicznej historii. Poznamy również bliżej profesora Nemeczkę, który raczej nam do gustu nie przypadnie. Kulminacyjnym momentem w książce jest powstanie Strefy, w której część temporystów i zwykłych obywateli przez pewien czas żyła poza zasięgiem władz Apostezjonu.

Podobnie jak w części pierwszej nie znamy daty, w której dzieje się akcja. Możemy przyjmować, że to połowa dwudziestego pierwszego wieku. Już wspomniałem, że Apostezjon z „Rozpadu…” to inna wyspa niż z „Wiru…”. Wszędzie widać degrengoladę i beznadziejność systemu. Przemytnicy i lokalni producenci sprowadzają i produkują alkohol, narkotyki i inne używki, które cieszą się wielkim powodzeniem wśród prominentów i decydentów. Infrastruktura i gospodarka są w opłakanym stanie, syntetyczne jedzenie smakuje straszliwie, a rarytasem są potrawy naturalne. Zespół Ekspertów koncentruje się na wewnętrznych rozgrywkach, Służby Specjalne mają ogromne uprawnienia. Wszystko da się załatwić, jeśli ma się znajomości. Ośrodki Resocjalizacyjne to miejsca, w których skutecznie niszczy się jednostki zbuntowane.

Książka przez swoje proste i niczym niekryte nawiązania do socjalistycznej rzeczywistości PRL-u nie ma w sobie nimbu tajemniczości. Nic dziwnego, że ówczesna cenzura miała z nią kłopot. Analogie są dość oczywiste. Wielka Zmiana, podczas której liczba ludności Apostezjonu zmniejszyła się o połowę, a stary porządek świata runął w gruzy. Czarny Batalion owiany złą sławą podczas działań prewencyjnych bezlitośnie rozprawiający się z przeciwnikami systemu. Tebecy noszący białe pałki i wybierani do pracy ze względu na niski iloraz inteligencji. Brutalni i okrutni. Oficjalna propaganda chwaląca osiągnięcia Apostezjonu, a oczerniająca resztę świata. Ziemia podzielona na wrogie obozy. W „Rozpadzie…” profesor Nemeczko wspomina swoje dzieciństwo i wizyty w wielkich gmachach, w których palono ogromne ilości świec woskowych, a atmosfera była podniosła. Mnóstwo jest takich mało wyrafinowanych odniesień do rzeczywistości współczesnej pisarzowi. Drażniło mnie to trochę. Co nie znaczyło, że książkę czytało się źle, ale te nachalne wręcz analogie irytowały. Aha, a po głównym bohaterze z „Wiru…” ani widu, ani słychu.

Wnuk – Lipiński świetnie opisuje metody prania mózgów, psychiczne tortury. Złamać można każdego, wystarczy odpowiednia ilość czasu, cierpliwość, okrucieństwo i wyrachowanie. Wszystko to podlane sosem naukowego bełkotu i w efekcie Ośrodki Resocjalizacyjne opuszczają ludzie, którzy nigdy w swoim życiu nie podniosą ręki na władzę. Nawet jeśli władzy nienawidzą i w głębi duszy pragną jej zniszczenia to już nigdy nie podejmą się próby oporu. Władza ma gdzieś czy ktoś ją kocha czy nienawidzi. Ważne aby był posłuszny. Istnienie Strefy, która jest oazą innego porządku na Apostezjonie doprowadzi do ludobójstwa. System nie interesuje się w jaki sposób żyją ludzie w Strefie, ważne, że żyją inaczej niż chce tego władza. To już jest wystarczający powód do podjęcia drastycznych kroków.

Apostezjon jest społeczeństwem zaprojektowanym odgórnie. Każda dziedzina nauki miała swój udział w tworzeniu owego „idealnego” państwa. Dzieci nie są wychowywane przez rodziców, ale przez państwo. Wśród normalnych obywateli nie ma małżeństw z dziećmi. Jeśli jakaś para się pozna i chce zawrzeć kontrakt na związek i mieć z niego potomstwo ich genotypy muszą być dopasowane. Inaczej potomstwa nie będzie.

Lipiński również pisze o nowym narkotyku o niezbyt wymyślnej nazwie „drug”. Jazda po nim jest nieziemska, a człowiek może dostąpić „łaski” zobaczenia przyszłości. „Druga” zażywają wszyscy. Jest jedyną ucieczką od szarej rzeczywistości.

Jest oczywiście promyk nadziei w ludziach, którzy przeciwstawili się systemowi i stwierdzili, że wolność będzie zawsze tam gdzie oni, że do powstania strefy wolności wystarczy grupka przyjaciół oddanych sprawie.

Nigdy nie dowiem się jaką wizję Apostezjonu miał autor, gdy kończył „Wir…”. Wydaje mi się, że zupełnie inną niż to co napisał w „Rozpadzie…”. Uważam, że wydarzenia w Polsce mocno wpłynęły na twórczość pana Edmunda. Co dla mnie z perspektywy czasu również wpłynęło znacząco na odbiór książki.

„Rozpad…” to dobra książka i czytało się ją świetnie. Jednak moim zdaniem w porównaniu do „Wiru…” zdecydowanie bardziej się zestarzała. Za mało w niej było szczegółów dotyczących Apostezjonu. Ja lubię jak świat powieściowy jest mocno zarysowany, rozbudowany, a historia świata brzmi w miarę wiarygodnie. W „Rozpadzie…” brakowało mi tego. Ale muszę przyznać, że opis pracy Ośrodka Resocjalizacyjnego to mistrzostwo.

Edmund Wnuk – Lipiński “Wir pamięci”

IMAG0406

Jak tam weekend majowy Wam minął? Dołączę do chórów narzekaczy wszelakich i powiem, że pogoda nie za ciekawa była. A mnie lenistwo ogarnęło i zupełne nicnierobienie.

Się przyznam Wam że postanowiłem w miarę moich możliwości przeczytać wszystkich laureatów Nagrody Zajdla. To dlatego na blogu pojawił się Zajdel z jego „Paradyzją”, Baraniecki i „Głowa Kasandry”. W 1988 roku nagrodę Zajdla otrzymał Edmund Wnuk – Lipiński za książkę „Rozpad połowiczny”. Okazało się, że „Rozpad…” należy do tak zwanej trylogii Apostezjonu, którego pierwszym tomem jest właśnie „Wir pamięci”. Nie chciałem zaczynać od środka dlatego przeczytałem „Wir…”

Apostezjon to nowoczesny kraj, korzystający z dobrodziejstw elektroniki, farmakologii, genetyki. Ludzie żyją tu bezpiecznie i szczęśliwie. Nie ma żadnej biedy, nikt nie głoduje, każdy ma pracę. Świetnie zarządzany przez Zespół Ekspertów wydaje się być dobrym miejscem do życia. Wyspa na której jest Apostezjon to wyspa o klimacie ciepłym, cały czas świeci słońce. Gdy człek czuje się zmęczony może łyknąć pastylkę orzeźwiającą o smaku astonishing i już będzie czuł się  jak młody bóg. Ludzie nie zatruwają swojego ciała alkoholem, nie znają w ogóle  żadnych używek (oprócz swoich pastylek i koktajli). Nad prawidłowym działaniem trybów społecznej machiny Apostezjonu czuwają  niezawodne komputery, nadzorowane przez najlepszych techników oraz specjalistów od inżynierii społecznej. Żyć nie umierać. Piękne kilkudziesięciopiętrowe wieżowce, zaprojektowane tak by spełniały wszystkie potrzeby mieszkańców. Mnóstwo wolnego czasu, który można spędzać na wiele różnych sposobów. Zabawiając się w Centrach Integracyjnych, spacerując po skansenach dawnych dni przed Wielką Zmianą, podróżując po Wyspie. Bezpieczeństwo obywateli zapewniają Służby Specjalne, które świetnie wypełniają swoje obowiązki. Niestety czasem zdarza się, że trafi się element wywrotowy, któremu nie pasuje bezkonfliktowe społeczeństwo. Ów element zajmuje się spożywaniem alkoholu, jedzeniem martwych zwierząt (żywność na Apostezjonie jest syntetyczna), czytaniem książek i chodzeniem w szarych garniturach i określany jest mianem temporystów! Na pierwszy rzut oka Apostezjon to nowoczesne, zaawansowane technologicznie społeczeństwo, które zapewnia wszystkim obywatelom spokój, rozrywkę i bezpieczeństwo. Tylko temporyści czują pogardę do zwykłych mieszkańców nazywając ich “pokornymi”. Tak jak pisałem na pierwszy rzut oka Apostezjon wydaje się spełnieniem snów o społeczeństwie idealnym. Jednak będziemy świadkami wydarzeń, które sprawią, że przestaniemy wierzyć w ów ideał społeczny.

To ogólny zaraz świata powieściowego. W trakcie lektury będziemy świadkami pojedynku pomiędzy Służbami Specjalnymi, a dziwnymi typkami działającymi na zlecenie tajemniczego Sponsora. Rozgrywka będzie się toczyć wokół mężczyzny o nazwisku Ira Dogow, który uległ tajemniczemu wypadkowi i przeszedł operację. Okazuje się, że to była bardzo pionierska operacja, a Dogow jest kimś zupełnie innym niż myśli. Na tle zmagań SS (dziwnie brzmi, ale to skrót od Służby Specjalne jakby ktoś nie wiedział:) z owymi typkami poznajemy trochę lepiej Apostezjon, historię głównego bohatera oraz tajemniczych temporystów.

„Wir pamięci” można uznać za antyutopię. Mamy bowiem z pozoru szczęśliwe społeczeństwo, ale mamy również grupkę niezadowolonych, którzy hołdują starym czasom. Jedzą naturalne jedzenie przyrządzane z martwych zwierząt (skąd biorą te zwierzęta nie dowiemy się prawdopodobnie z przemytu z pozostałych części świata). Inwigilacja obywateli jest praktycznie stuprocentowa, każdy porządny obywatel zresztą natychmiast doniesie o podejrzanych zachowaniach. A każdy nieprzystosowany trafia do Ośrodka Resocjalizacyjnego, z którego nie wyjdzie już będąc tą samą osobą. Możemy się tylko domyślać, że stosuje się tam wyrafinowane techniki psychomanipulacji i przesłuchań. Ale nawet pomimo tych dość ogólnikowych napomknień o systemie resocjalizacyjnym na Wyspie. Apostezjon nie wydaje się być strasznym i przerażającym miejscem. Wręcz przeciwnie sprawia dość „sympatyczne” wrażenie. Nasza cywilizacja przecież również stosuje leczenie farmakologiczne, psychomanipulację i tym podobne.

 Elementy, które można uznać za pozytywne w Apostezjonie czyli technologia na wysokim poziomie rozwoju, wyeliminowanie biedy, zaawansowana medycyna wszystko to jest jakby bardzo powierzchowne i człowiek podświadomie pragnie się dowiedzieć co jest nie tak z „pokornymi”. Piszę te słowa już po przeczytaniu drugiej części czyli „Rozpadu połowicznego”. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że autor chciał trochę inaczej napisać drugą część, ale po drodze zjawił się stan wojenny i w „Rozpadzie…” widać bardzo, ale to bardzo gorzką krytykę socjalizmu. Jak wspomniałem wcześniej „Wir pamięci” tchnie pewnego rodzaju optymizmem, takim pasującym do dekady Gierkowskiej, a „Rozpad…” to już zupełnie inna bajka.

Nie czytało się źle, co prawda „Wir…” ma styl pisarstwa trochę już przestarzały, ale książka jest ciekawa, mamy zagadkę kryminalną z interesującym zwrotem akcji, jest dość ciekawie choć sztampowo przedstawiony świat bez żadnych większych szczegółów. Mamy kilka niekonsekwencji jeśli chodzi o pewne sprawy, ale nie przeszkadza to zbytnio. Ogólnie mogę powiedzieć, że „Wir…” obronił się przed upływającym czasem. Co prawda oberwał kilka razy i widać czasem gdzieniegdzie siniaki, ale ogólnie stoi na nogach i nawet się nie chwieje.

[EDIT] Tak mi się dopiero teraz skojarzyło, że Apostezjon jest umieszczony na Wyspie, która w miarę skutecznie jest izolowana od reszty świata. Konotacje z “Utopią” Tomasza Morusa chyba jak najbardziej uzasadnione.

W 2139 roku wszyscy będziemy warjatami!

Dzień dobry!

Nawiązując do wpisu o świecie w roku 2000, który zdobył ogromną popularność. Przedstawiam wam kolejne prognozy dotyczące naszej przyszłości. Niezwykle ciekawie i interesująco zapowiada się przyszłość ludzkości w roku 2139.

Taka króciutka i dość zabawna notka z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” nr 104, 16 kwietnia 1926 roku.

IKC1926nr10416IV

W r. 2139 wszyscy będziemy warjatami.

 

Jeden ze statystyków angielskich stwierdził, że akurat w roku 2139 wszyscy ludzie będą warjatami. W roku 1859 — wywodzi on — na 535 osób zdrowych umysłowo przypadał tylko jeden chory na pomieszanie zmysłów. W roku 1897 był jeden chory umysłowo na 312 zdrowych, a w roku bieżącym, jeden na 150. Gdybyśmy ten stosunek zachowali i przy dalszych obliczeniach, to w roku 2139 świat składałby się z samych wariatów.

Przyszłość to odległa i możemy spać spokojnie, ale nie wiem czy aż tak spokojnie. Jeśli numer gazety jest z roku 1926 to w 2013 stosunek psychicznie chorych do osób normalnych według rozumowania angielskiego statystyka też jest zwiększony. Nie odnosicie takiego wrażenia, że Ziemia zaczyna być jednym, wielkim domem bez klamek?

Moja obserwacja dotycząca polskiej rzeczywistości może być taka, że ryba psuje się od głowy, a rządzący naszym krajem oraz ci będący wobec nich w opozycji wydają się często podejmować decyzje i mówić rzeczy przeczące zdrowemu rozsądkowi. Pewnie w sejmie ów stosunek warjatów  do ludzi normalnych może być więc dość zawyżony. Nie wskazuję nikogo palcem, tak tylko mówię, piszę i gadam, żartuję.

Zresztą podobno nie ma ludzi normalnych są tylko nieprzebadani. A odrobina szaleństwa w życiu czasem dodaje temu życiu pikanterii.

Także posługując się cytatem z szalenie (słowo klucz) ostatnio modnej”Gry o tron”” “Brace yourself the madhouse is coming” lub po polskiemu “Nadchodzi dom warjatów”.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Arkadij i Borys Strugaccy “Piknik na skraju drogi”

piknikMam ostatnio ciągoty do klasyki. Czy to oznacza, że się starzeję? Pewnie tak, bo przecież każdego dnia moje komórki umierają milionami z okrzykiem „Za Charliego!” i ja tego nawet nie zauważam. Nie wspominając o moich szarych komórkach, które umierają z okrzykiem „Na zdrowie!” lub z przyśpiewką „Jeszcze po kropelce, jeszcze po kropelce” i tak dalej, i tak dalej. Zaczynam nudzić z tymi moimi nawiązaniami do zabijania szarych komórek alkoholem. Jednak jestem szczerym „chłopakiem” i co Wam tu będę ściemniał. Podobnie jak Piotr Bałtroczyk lubię mówić o sobie, że jeśli chodzi o alkohol to jestem hobbystą – entuzjastą.

Dobra wracając do tematyki dzisiejszego wpisu. Zabrałem się za „Piknik…” tak zupełnie przypadkiem. Myślałem, że to kiedyś przeczytałem, ale jednak nie. Książka była dla mnie zupełną nowością. I dobrze. Książka została napisana w latach siedemdziesiątych w ZSSR, co zupełnie nie ma znaczenia dla samej jakości książki. Fakt ten ma znaczenie  jeśli chodzi o późniejsze nawiązania w szeroko pojętej kulturze do książki, oraz odczytywania drugiego dna w powieści.

Bardzo krótko o fabule. Obcy lądują na Ziemi w 6 miejscach, zupełnie przypadkowo. Pozostawiają po sobie tak zwane Strefy, które obfitują w przeróżnego rodzaju anomalie, materiały, narzędzia, wynalazki.  Ludzie zaczynają eksplorować te Strefy – jedni legalnie jako naukowcy, inni nielegalnie jako stalkerzy, czyli osobniki co wchodzą do Strefy, narażając się na wiele niebezpieczeństw, wynoszą różnego rodzaju przyrządy i sprzedają te przyrządy na czarnym rynku. My towarzyszymy Redowi Shoehartowi stalkerowi z prawdziwego zdarzenia. Fabuła dotyczy kilkunastu lat z życia Reda i nie tylko jego, w pobliżu Strefy. A życie to nie było łatwe, o nie.

Popkultura zarówno w sferze literackiej i filmowej różne wizyty i lądowania Obcych przerobiła na setki różnych sposobów. „Kontakt” Sagana, „Bliskie spotkania 3 stopnia” Spielberga, nie wspominając o moim ulubionym „Dniu Niepodległości” Emmericha lub ostatnio gdzieś mi mignął „Kokon” Howarda, albo „Ziemskie dziewczyny są łatwe” czy też sam „Obcy”. Dobra przestaję wymieniać filmy, bo zdaje się, że cały wpis można poświęcić tylko na tejże czynności. Krótko: napisano i nakręcono mnóstwo książek i filmów dotyczących tej tematyki. Spojrzenia na wizytę obcej rasy były różne. Od inwazji wyżej zaawansowanych cywilizacyjnie kosmitów, po komediowe lekkie ujęcie tematu jak w „Kapuśniaczku” ze świętej pamięci Louie de Funesem. Zaprawdę powiadam Wam im dłużej stukam w klawiaturę tym więcej filmów mi do głowy przychodzi, a przecież mam pisać o książce Strugackich. Zresztą sama książka stała się inspiracją do stworzenia dość specyficznego filmu w reżyserii Andrieja Tarkowskiego.

Czym jest Strefa? Wiemy na pewno tyle, że jest miejscem tak zwanego Lądowania. Kosmiczna rasa przybyła w określone miejsce, trochę się pokręciła i poleciała dalej. Naukowcy, filozofowie, badacze niemożebnie głowią się nad tym, czym jest Strefa. A i tak po trzynastu powieściowych latach nie wiedzą nic. Owszem ludzie nauczyli się wykorzystywać do swoich celów niektóre wynalazki, ale na pewno niezgodnie z ich docelowym przeznaczeniem. Pięknie wyjaśnia naturę Strefy oraz stan wiedzy na jej temat (bardziej brak owej wiedzy) w rozmowie między sobą dwóch pomniejszych bohaterów książki. Uwaga będzie spoiler dotyczący tytułu książki

„(…) No a Lądowanie? Przynajmniej powiedz, co myślisz o samym Lądowaniu?

– Proszę bardzo – powiedział Walentin. – Wyobraź sobie piknik…

Nunnun drgnął.

– Jak powiedziałeś?

– Piknik. Wyobraź sobie: las, przesieka, polana. Z przesieki na polanę wjeżdża samochód, z samochodu wysiada młodzież, butelki, koszyki z prowiantem. Dziewczyny, tranzystory, kamery filmowe… Rozpalają ognisko, stawiają namioty, gra muzyka. A rankiem odjeżdżają. Zwierzęta, ptaki i owady, które przez całą noc ze zgrozą obserwowały to, co się działo, wyłażą ze swoich kryjówek. I cóż widzą? Na trawie kałuża oleju, rozlana benzyna, leżą nieprzydatne już świece i olejowe filtry. Poniewierają się stare szmaty, przepalone żarówki, ktoś zgubił klucz francuski. Z opon spadło błoto przywiezione z niewiadomych bagien… no, sam rozumiesz, ślady ogniska, ogryzki jabłek, papierki od cukierków, puszki po konserwach, puste butelki, czyjaś chusteczka do nosa, czyjś scyzoryk, podarte przedwczorajsze gazety, bilon, zwiędłe kwiaty z innych lasów…

– Zrozumiałem – powiedział Nunnun. – Piknik na skraju drogi.

– Właśnie. Piknik na skraju jakiejś kosmicznej drogi. A ty mnie pytasz, czy oni wrócą, czy nie?”

Strefa zmieniła wiele. Pchnęła trochę ludzkość do przodu w tym sensie, że dała trochę wynalazków, sypnęła garścią błyskotek i kręcących się wiecznie pierścieni, ale raczej zmiana nie jest przedstawiona w pozytywnym świetle. Nie tylko miejsce Lądowania jest odmienione, cała okolica wokół Strefy jest skażona, zarażona nieznanym rakiem. Stalkerzy często umierają gwałtownie, ale również umierają powoli, mutując, płodząc dzieci, których natury naukowcy  nie są w stanie zrozumieć. Strefa przywraca do życia umarłych wracających do swych domów. Oprócz rakowatej narośli samej Strefy, ludzie też tworzą swoje własne wypaczone struktury. Na „bogactwach” z zony spekulanci dorabiają się bajecznych fortun, całe miasteczko zamienione zostaje w jeden wielki burdel, gdzie każdy orze jak może. Starzy stalkerzy narażający swoje życie w strefie ustępują miejsca nowej generacji posługującej się automatami w celu wydzierania dobrodziejstw lub przekleństw ze Strefy. Obcy przylecieli, naśmiecili i polecieli zostawiając biedne małpoludy z tysiącem pytań, bez żadnych odpowiedzi. Owa niemożność kontaktu, brak punktów zaczepienia dla dwóch odmiennych cywilizacji czy też dwóch gatunków rozumnych istot to tematyka, którą poruszał również Lem i wielu innych.

Gorzka to książka, nie ma w niej optymizmu, nie ma wiary w zdobycze techniki i postęp ludzkości. W tej warstwie książkę można odebrać jako krytykę ówczesnego Związku Sowieckiego. Miało być tak pięknie, a wyszło jak zwykle. Jest też cyniczne spojrzenie na nasz gatunek, który nawet w obliczu tak doniosłego odkrycia, że nie jesteśmy sami w kosmosie potrafi być krótkowzroczny i myśleć o doraźnych korzyściach.

Nie mogę znaleźć jednoznacznych słów podsumowania “Pikniku…”. Powiem Wam w sekrecie, że przez kilka pierwszych stron myślałem sobie WTF? Nie wiadomo co się dzieje, od razu jakieś machlojki, jakieś przepustki, jakieś wyjścia w dzień. Czytelnik został wrzucony na głęboką wodę. Po chwili jednak wrażenie zagubienia mijało i już się wsiąkło w stalkerowski świat i chciało się napić z Redem z tej jego wysłużonej manierki (wszystko zatacza krąg i jak zacząłem od wynurzeń alkoholowych tak na nich skończyłem).

Stwierdzam, że „Piknik na skraju drogi” to absolutne MUST KNOW jeśli chodzi o science-fiction.

 

Wesoły pogrzeb oraz pocałunek z nieboszczykiem.

Dzień dobry! Dziś sobota, weekend (taka mała oczywista oczywistość). Mam nadzieję, że wprowadzę Was w dobry nastrój dwiema krótkimi informacjami z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego”, które przykuły moją uwagę.

Obie informacje krążą wokół zagadnień śmierci, życia pozagrobowego i tego jak owo życie po śmierci może wpływać na żyjących.

Pierwszy “news” z “IKC” z numeru 96 z ósmego kwietnia 1926 roku.

IKC1926nr968IV

POCAŁUNEK NIEBOSZCZYKA. W Milwaukee niejaki Smith wniósł skargę rozwodową, przeciw żonie, albowiem na seansach spirytystycznych całowała się ona ze zjawą, swego pierwszego zmarłego męża. Sędzia oświadczył, że całowanie się z ciałem astralnem nie stanowi wiarołomstwa małżeńskiego i odmówił udzielenia rozwodu.

Ja podczas studiów również brałem udział w seansach “spirytystycznych”, tak jak wielu moich przyjaciół. Różne rzeczy się działy, ale całowania z ciałem astralnem, nie zanotowałem.

Biedny facet nie mógł po tym zdarzeniu żony nawet na moment samej zostawić, bo zmarły małżonek w postaci ducha mógł ją wyr… Przepraszam za te prostackie żarty, ale same mi do głowy przychodzą.

Drugi “news” nastraja bardziej optymistycznie, choć tematyka pogrzebowa.

“IKC” numer 97, 9 kwietnia 1926 roku.

IKC1926nr979VI

 WESOŁY POGRZEB 80-LETNIEJ STARUSZKI. Dziennik hiszpański „El Sol” donosi, iż w Castella pewna 80-letnia staruszka czując zbliżającą, się śmierć, wezwała do siebie młodzież i poleciła jej, ażeby wzięła udział w jej pogrzebie w jak najweselszy sposób. Staruszka zamówiła przed śmiercią orkiestrę, tancerzy tancerki z kastanietami, a kiedy umarła, wszystko odbyło się według nakreślonego przez nią, programu. Na cmentarzu urządzono bal, a po powrocie do mieszkania nieboszczki goście pogrzebowi wypróżnili —zgodnie z jej wolą, — cały zapas wina, znajdujący się w piwnicy.

To się nazywa gest. To się nazywa fantazja. Mam nadzieję, że impreza była przednia i wszyscy staruszkę wspominali, a  może wspominają do dziś. Ech. Ten zapas wina w piwnicy. Chciałbym dożyć takiego sędziwego wieku w dobrym zdrowiu i będąc w pełni władz umysłowych.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Tym jakże pozytywnym akcentem kończę wpis. Bawcie się dobrze w weekend.

P. S. Jeśli będziecie uczestniczyć w seansach “spirytystycznych” pamiętajcie, żeby nie świrować z ciałami astralnymi – kto wie jakie choróbska szwendają się po tamtej stronie.

Grzegorz Drukarczyk “Zabijcie Odkupiciela”

IMAG0372 Miasto bez nazwy, ogromny moloch, po którego asfaltowych żyłach poruszają się blaszane pudełka na kółkach, w tych blaszakach ludzie pędzą do pracy, by zarabiać kasę na nowe blaszaki. Miasto ogromne, brzydkie, w którym parki składają się z wyschniętych drzew, a jedynymi mieszkańcami Miasta, którzy mają jakiekolwiek ludzkie odruchy to grupa Wspaniałych Powalonych czyli kloszardów zajmujących najniższą (według ludzi z blaszanych pudełek na kółkach) niszę ekologiczną.

Nad Miastem góruje elektrownia atomowa. Ogromna, wielgachna i pompująca prąd w Miasto. Niestety czasem się coś w tej elektrowni popsuje, zdarzy się jakiś wyciek radioaktywny i trzeba to naprawić, ale jest to bardzo niebezpieczne. Po co marnować świetnie wyszkolonych pracowników, którzy umrą na chorobę popromienną. Lepiej rekrutować bezdomnych, którzy niczym Robaczki Świętojańskie zaprowadzą na miejsce wycieku specjalistyczne roboty. A to, że żule długo nie pociągną, psa z kulawą nogą nie będzie obchodzić.

Główny bohater Schizo, to wyszczekany żul. Z ogromnymi pokładami cynizmu, sarkazmu, ironii i nienawiści  do tak zwanego „normalnego” świata. To on jest narratorem historii, w której dużą rolę odegra Jezus ponownie przybyły na ziemię, grupa żulów o przedziwnych cechach i historiach życia. Były ksiądz nazywany Apostołem, który nie skończył swojego pierwszego kazania, a który odszedł z kościoła i napisał Nową Ewangelię. Facet z tikami nerwowymi, który pochodzenie ich wyjaśnia w heroicznym czynie, Bawarczyk prowadzący najpodlejszy lokal w mieście i kilka innych groteskowych postaci.

Oto pierwsze kazanie Apostoła:

„Zapomnijcie od dziś o wszystkim, co wpajano wam z tego miejsca. Rozbierzcie ten kościół cegła po cegle i zbudujcie z niego własne domy, zamiast dawać pieniądze na ofiarę, kupcie dzieciom zabawki. Czas mszy poświęćcie na rozmowę ze sobą. I zapomnijcie o dziesięciu przykazaniach, bo tak naprawdę jest ono tylko jedno: miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Jeżeli to pojmiecie, jeżeli będziecie ludźmi, On też będzie miłował was jak siebie samego. Te mury nie są wiarą, księża w złoconych sutannach nie są wiarą, martwe koraliki różańca nie są wiarą, paradne uroczystości nie są wiarą. Wiarą jest tylko ten krzyż, ale nie trzeba go wcale wieszać na ścianie, wystarczy wiedzieć, że istnieje i pamiętać o nim”

­

Jest jeszcze Przełożona Kostnicy, czyli zimna suka bez serca, którą Schizo kiedyś kochał, a którego ona wyśle na śmierć.

Pomysłów na koniec świata i ponowne przyjście Zbawiciela było mnóstwo. Niektóre bardziej szalone, inne zgodne z konwencją religijną i w duchu ostatniego rozdziału Nowego Testamentu napisanego przez niejakiego św. Jana od wina dzbana i skręta z afgana. Jezus wracał już jako zombie, jako mściciel i pewnie mnóstwo innych przyjmował wcieleń.

Pan Drukarczyk oferuje nam bardzo interesującą wizję nadejścia Odkupiciela. Jezus zostanie Robaczkiem Świętojańskim i będzie nauczał w elektrowni atomowej. Nauczał będzie zmartwychwstałych kloszardów, którzy zginęli podczas akcji naprawczych przecieków w elektrowni. Ludzie na wysokich szczeblach władzy zrobią wszystko, by Jezus nie zrealizował swojego planu, którym jest królestwo niebieskie na ziemi. Czy mu się uda?

Świetny, wulgarny język, którym posługuje się Schizo na opisanie swojego żulerskiego życia oraz tak zwanego „normalnego” świata. Sporo gorzkich słów na temat społeczeństwa, które tylko żre, konsumuje, kupuje. Bez żadnej refleksji, bez żadnego zastanowienia. Tępe masy, które myślą, że żyją. Schizo nie zostawiał suchej nitki (eufemistycznie mówiąc) na innych ludziach. Dostawało im się za oportunizm, głupotę, masowość, brak ludzkich uczuć i chciwość nowych rzeczy. Tu mnie ta postawa Schiza, który negował wszystkich “normalnych” drażniła, bo chociaż do pracy jeżdżę na rowerze, o zarabianiu kasy na nowe blaszane pudełko też ciężko mówić, to chyba należę do tej „normalnej” części społeczeństwa.

Dlaczego Drukarczyk jako jedynych „prawdziwych” ludzi pokazał żuli? Może chodzi o szczerość. Żule i kloszardzi niczego nie udają. Są szczerzy w swoich intencjach: znaleźć jakikolwiek alkohol, wyczyścić nim swoją pamięć, zaspokoić głód i tak do usranej śmierci. Popić, pojeść i nie wiem czy poruchać, ale te dwie pierwsze podstawowe potrzeby rządzą Wielkimi Powalonymi. I czy rzeczywiście żule to pasożyci? Wrzód na zdrowym ciele społeczeństwa. A może jest odwrotnie? Może ci, którzy siedzą na samym szczycie tak zwanej drabiny społecznej, cała wierchuszka to przeżarte złem, fałszem i chciwością stwory, które już dawno powinno się przestać nazywać ludźmi.

Książka Drukarczyka zapewniła mi kilka godzin porządnej rozrywki. Czyta się ją bardzo dobrze, choć czasem może być trochę obrzydliwie. Mnie zirytowała scena w stołówce. Schizo wymusił obiady na ludziach, po prostu ich wypłaszając swoim smrodem i chamstwem. Podobno tak robią żule na dworcach. Podchodzą do człowieka z jedzeniem i wtykają mu paluchy do zupy czy jakiegoś dania. Mnie osobiście coś takiego nie spotkało, ale gdyby mi ktoś tak zrobił to niech spodziewa się wpierdolu. Co innego jest bowiem przeprosić “kierownyka” i żebrać o złotówkę na przysłowiową “bułkę”, a co innego chamsko i ordynarnie wpieprzyć komuś paluchy do jedzenia.

Są co prawda pewne dłużyzny, zwłaszcza gdy Schizo zacznie pomstować na cały świat. Może też w książce brakować totalnej rozpierduchy, na której czele stałby Jezus z kumplami. Prawdziwego Armagedonu, ale ogólnie czyta się bardzo dobrze.

Książka nie kończy się happy endem. Kończy się ponuro i smutno. Nie ma zwycięstwa nad plugastwem i tymi na górze.

Moje zdziwienie było spore, gdy przeczytałem na biblionetce, że pierwsze wydanie książki ukazało się w 1992 roku. A to wydanie z Fabryki Słów jest wznowieniem. Zupełnie nie dało się odczuć, że książka ma ponad dwadzieścia lat. A często  taka fantastyka dość szybko się starzeje. Szacunek dla autora. Widocznie „Zabijcie Odkupiciela” jest dość uniwersalną krytyką społeczeństwa i przystaje do każdych czasów. Co nie świadczy dobrze o naszym “normalnym” świecie.

Tomasz Morus “Utopia”

Obraz (31)Uwielbiam ten moment podczas lektury, kiedy przeczytane zdanie nagle wdziera się w mój mózg uruchamiając lawinę skojarzeń, wspomnień czy też różnorakich emocji. Uwielbiam być sprowadzany do parteru przez autora. Sprowadzany w takim sensie, że nagle się okazuje, że Charlie nie jest najmędrszym z bibliotekarzy, ale jakiś koleś pięćset lat temu myślał dokładnie tak samo lub „w podobie” i jeszcze był w stanie wszystko spisać w książce ponadczasowej i niesamowitej. Bo taką książką jest „Utopia” Tomasza Morusa. Książką ponadczasową, której pełny tytuł brzmi:

Książeczka zaiste złota i niemniej pożyteczna jak przyjemna o najlepszym ustroju państwa i nieznanej dotąd wyspie Utopii.

Sam Tomasz Morus to postać niezwykle ciekawa i interesująca. Święty Kościoła Katolickiego i męczennik chrześcijański czczony przez anglikanów. Kanclerz owianego złą sławą króla Henryka VIII. Przez owego króla skazany na śmierć za sprzeciw wobec utworzenia Kościoła Anglikańskiego i odmowę porzucenia katolicyzmu. Wyrok śmierci brzmiał:

„Ma być odprowadzony do Towru przez szeryfa Williama Bingstona, stamtąd zawleczony przez City londyńskie do Tyburnu, tam powieszony, aż będzie półumarły, wtedy odcięty, dopóki będzie żywy, części rodne mają być wycięte, brzuch rozpruty, wnętrzności wydarte i spalone; następnie ma być poćwiartowany, cztery części na czterech bramach miasta, a głowa na moście londyńskim zatknięta”

Brzmi naprawdę okropnie, ale karę „złagodzono” i Morusa ścięto.

Od jakiegoś czasu zauważyłem u siebie dość znaczne zainteresowanie tematem utopii tudzież antyutopii. Chciałem nadrobić zaległości i przeczytać dzieło Morusa. „Utopia” to bardzo interesująca książka. Jej tytuł dał nazwę całemu gatunkowi literatury. Gatunkowi, który z definicji ma opisywać lepszy świat, miejsce gdzie nie ma niesprawiedliwości, a ludzie żyją dostatecznie, ekhm… dostatnio.

Przejdźmy do książki;  „Utopia ” została napisana około 1516 roku. Składa się z dwóch ksiąg. W pierwszej rozmawia sobie Morus z Rafałem podróżnikiem o filozofach, rządach filozofów i dlaczego prawdziwi mędrcy nigdy nie zostaną doradcami królewskimi . Ogólnie rozmowy o współczesnym Morusowi świecie. Krytyka polityki ekonomicznej szlachty w Wielkiej Brytanii, która rozpoczynała tak zwane grodzenia, czyli zabieranie wspólnych, gminnych pastwisk i włączanie ich do szlacheckich włości. Związane to było z dobrą ceną na wełnę, a na jej produkcję nastawiała się ówczesna arystokracja angielska.

 W drugiej części Rafał opowiada o wyspie Utopii, która go zachwyciła swoim systemem rządów.

Pierwsza część zrobiła na mnie największe wrażenie. Wiem, że to dziwne, ale nie mogłem powstrzymać się od komentowania rzeczywistości nas otaczającej, gdy czytałem rady dotyczące łatania skarbu królewskiego:

„Wyobraźmy sobie, że ministrowie razem z jakimś królem radzą i zastanawiają się, jakimi sztuczkami można by zwiększyć dochody skarbu. Jeden radzi podwyższyć wartość pieniądza, gdy trzeba spłacić pożyczkę, a potem znowu znacznie obniżyć, gdy wypadnie ogłosić nową pożyczkę; tym sposobem panujący może tanim kosztem pozbyć się wielkich długów i ściągnąć do skarbu dużo pieniędzy.

Drugi doradza, aby udawać, że zbliża się wojna i pod tym pozorem nałożyć nowe podatki, a w chwili stosownej zawrzeć pokój i zarządzić z tego powodu dziękczynne nabożeństwa; to podniesie w oczach ludu urok zacnego króla, który widocznie lituje się nad poddanymi i w taki ludzki sposób oszczędza ich krwi.

Inny znowu odgrzebuje stare księgi, nadgryzione przez robactwo, i przypomina z nich jakieś dawno zarzucone ustawy; ponieważ nikt nie pamięta o wydaniu ich, przeto wszyscy przekraczają je. Należy więc wznowić ściąganie grzywien za te przekroczenia, i to będzie obfite, a zarazem uczciwe źródło dochodów, gdyż postępować będzie się w imię sprawiedliwości.

Inny namawia króla, aby pod grozą wielkich kar pieniężnych wydał wiele zakazów, zwłaszcza takich, których przestrzeganie jest zgodne na ogół z dobrem obywateli. Potem mógłby on za cenę znacznej sumy pieniędzy uwolnić od liczenia się z owymi zakazami tych, których interesy przez nie cierpią; tym sposobem zaskarbi sobie wdzięczność narodu i z dwóch źródeł czerpać będzie dochody, to znaczy z grzywien tych, których żądza zysku zwabi w pułapkę lub lepszy na przywileje; opłaty zaś te będą tym wyższe, im lepszy oczywiście będzie władca. „Patrzcie”, powiedzą, „jak on niechętnie robi komukolwiek prywatnemu ustępstwa z uszczerbkiem dobra publicznego i dlatego drogo każe płacić za przywileje.”

Inny wreszcie radzi królowi zobowiązać sędziów, aby w każdej sprawie bronili praw królewskich; monarcha, dodaje, powinien wezwać ich na dwór i skłonić do rozsądzania przy nim własnych jego spraw. Wtedy żadna jego sprawa nie będzie tak beznadziejnie przegrana, iżby któryś z sędziów nie potrafił jej obronić jakimś wykrętem czy to z przekory, czy z zamiłowania do niezwykłych paradoksów, czy wreszcie dla przypodobania się monarsze. ”

 

Powyższy cytat jest przykładem negatywnym w książce. Czyż to nie dziwne, że mija pięćset lat, a rządy państw postępują w ten sam sposób? Rządzący nie uczą się na błędach. Drzyj łacha z podatnika, bo inaczej być nie może. Trzeba będzie zacząć jakąś rewolucję.

W pierwszej księdze znajdziemy również rady dotyczące kary śmierci za złodziejstwo, która była powszechna w Anglii oraz rady jak postępować ze złodziejami:

„Każdy zaś, myślę, wie, jak niedorzeczne, a także niebezpieczne dla społeczeństwa jest karanie złodzieja na równi z mordercą. Jeśli bowiem rozbójnik widzi, że skazanemu tylko za kradzież grozi nie mniejsze niebezpieczeństwo, niż gdyby prócz tego udowodniono mu popełnienie morderstwa, wówczas już sama ta myśl może go pobudzić do zabicia człowieka, którego bez tej świadomości byłby tylko obrabował. Albowiem oprócz tego, że w razie schwytania go nie narazi się na żadną cięższą karę, będzie mógł jeszcze dokonać zbrodni z większym spokojem i pewniejszą mieć nadzieję, że uda się zataić mord, gdy sprzątnie świadka jego. Starając się więc zastraszyć złodziei okrutnymi karami, zachęcamy ich do mordowania niewinnych ludzi.” […]

„Dlaczego mielibyśmy wahać się, czy wprowadzić w karaniu zbrodni pożyteczną metodę, którą, jak wiemy, stosowali już niegdyś przez długi czas Rzymianie, tacy doświadczeni w rządzeniu państwem? Przecież oni skazywali wielkich zbrodniarzy na dożywotnią niewolę i kazali im pracować w kamieniołomach lub kopalniach kruszcu”

Swoją drogą tłumaczenie prof. Abganowicza, jest chyba jedynym jak dotąd tłumaczeniem „Utopii” na język polski. Zastanawiam się czy Morus pisał o „sprzątaniu świadków” .

Ilustracja do pierwszego wydania "Utopii". Źródło: wikipedia.com

Ilustracja do pierwszego wydania “Utopii”. Źródło: wikipedia.com

Przechodzimy do drugiej księgi. Właściwy opis Utopii. Jaki jest ten kraj? Co w nim takiego szczególnego, że Rafał, który był gościem na wyspie Utopia nie mógł się nachwalić ich ustroju społecznego.

Zacznijmy od wspólnej własności. Nie ma w Utopii prywaty. Brak jest żądzy bogactwa, gromadzenia stosu pieniędzy, których i tak nie można zabrać ze sobą na tamten świat. Nie widzą Utopianie żadnej istotnej wartości w klejnotach, złocie, pięknych szatach, strojeniu się. Uważają, że człowiek, który myśli, iż przez lepszy strój staje się lepszym człowiekiem jest po prostu głupcem.

Wyobraźcie sobie, że wszyscy chodzą tam ubrani na jedną modłę z drobnymi różnicami pozwalającymi odróżnić płeć. Skromnie, ale wygodnie. Posiłki jadają wspólnie, a przed każdym posiłkiem odczytywana jest jakaś mądra myśl. Miasta urządzone są tak samo. Każdy musi pracować kolektywnie. Każdy obywatel musi przepracować kilka lat na roli. Żeby poznał czym jest trud życia. Głównym zajęciem jest praca na roli lub w rzemieślnictwie. Utopia to taki socjalizm drobnych rzemieślników.

Dbają o zdrowie, lubią dobrze zjeść, nie piją alkoholu, każdą wolną chwilę poświęcają na doskonalenie umysłowe. Uwielbiają swoje ogrody w swoich identycznych miastach, których na wyspie jest 54, miast znaczy się. Chorymi opiekują się starannie, szpitale mają poza miastem coby ewentualna zaraza nie rozprzestrzeniała się.

Urzędników mają mało, bo prawo u nich jest przestrzegane. Stawiają na prewencję, czyli dobre i solidne wykształcenie oraz wychowanie. Dzieci szanują rodziców, rodzice szanują kapłanów i przełożonych. Wszyscy żyją w cnocie, czerpią radość z prostego życia i prostych przyjemności. Sielanka.

Rozkosze i przyjemności, która są z pożytkiem dla organizmu, dla ducha oraz dla bliźnich to podstawa więzi społecznych w Utopii. Czyń sobie co miłe i bliźnim też, ale nie przesadzaj i nie przeginaj.

Na pewno nie o takiej Utopii myślał Morus. Żródło: http://photorator.com/photo/16121/utopia-

Na pewno nie o takiej Utopii myślał Morus.
Żródło: http://photorator.com/photo/16121/utopia-

Na tej wyspie idealnej każdy może wyznawać religię jaka mu się podoba. Jest tolerancja. Z małym ale… Otóż trzeba w coś wierzyć. I tu pojawia się pierwszy rys na posągu tej wspaniałej cywilizacji. Ateizm równa się społeczny ostracyzm, a w konsekwencji wygnanie. Wierz sobie w co chcesz, ale najlepiej jakby to był jeden Bóg miłosierny.

Drugi rys. Wszechobecny dozór publiczny. Nie opuścisz chłopcze swojego miasta, bez specjalnego zezwolenia od księcia. Po co chcesz opuszczać swoje miasto? To nie wiesz, że inne miasta wyglądają identycznie, że po ich ulicach chodzą ludzie poubierani w takie same ubrania? A gdyby ktoś postanowił wybrać się na własną rękę w podróż, gdy zostanie schwytany bez glejtu książęcego to jego los jest przypieczętowany – zostaje niewolnikiem.

Trzeci rys. Niewolnictwo. Co prawda niewolnicy to w większości skazani za przestępstwa obywatele, to jednak jest tam sporo jeńców wojennych. I cóż z tego, że noszą złote kajdany. Jak muszą pracować przy wykonywaniu najgorszych prac.

Czwarty rys. Recydywa jeśli chodzi o cudzołóstwo karana jest śmiercią. Nie to żebym pochwalał zdrady małżeńskie – chodzi również o uprawianie seksu przed ślubem. Jest on surowo zabroniony. Ale gdy jacyś młodzi mają się ku sobie i chcą się pobrać (lub rada starszych zaaranżuje jakieś małżeństwo), to wtedy muszą się dokładnie obejrzeć nago. Czy aby czasem pani młoda nie ma jakiegoś feleru lub czy też pan młody nie do końca jest piękny. Niby, że rozsądne, niby, że logiczne, ale jakieś takie chłodne i wyzute ze wszelkiego ciepła to prawo jest. Zresztą nie od dziś wiadomo, że samo badanie wzrokiem może nie wystarczyć. Rozwody są dopuszczalne, ale tylko w wyjątkowych sytuacjach.

Piąty rys. Hipokryzja. Obywatele Utopii brzydzą się wojną, nienawidzą wojny. Pacyfiści nad pacyfistami. Lecz gdy zostaną zmuszeni do wojny, gdy otrzymają jakiś powód do walki, a wcale nie jest to takie trudne. Zaczynają wyciągać wszystkie najbrudniejsze sztuczki z rękawa. Zdrada, przekupstwo, bunty, zaraza, zamachy samobójcze, najemnicy wysyłani na rzeź. Okrutne to dla innych, ale taka polityka dla obywateli Utopii to polityka dobra, bardzo dobra. Oszczędzamy własnych ludzi, płacimy kupę kasy innym żeby za nas ginęli. A kasa przecież i tak nie jest istotna dla nas.

Szósty rys. Opiekują się troskliwie starcami, niedołężnymi i chorymi śmiertelnie, ale jeśli ktoś już jest niedołężny zbyt długo, chory zbyt długo to wtedy delikatnie starają się go przekonać żeby jednak nie zajmował miejsca i raczył się przenieść do wieczności. Oczywiście, gdy starzec lub chory nie wyrazi takiego życzenia opiekują się nim do samego końca. I znów wszystko ładnie, logicznie a ja jednak nie potrafię się pozbyć wrażenia, że bez serca i bezdusznie.

Ogólnie społeczeństwo Utopii wydało mi się strasznie purytańskie, ponure, nudne, przede wszystkim NUDNE. Ja rozumiem, że ciężka praca, ale pracują tam tylko sześć godzin dziennie! Co z resztą czasu? Ćwiczenia fizyczne i wojskowe, posiłki, zebrania senatu. I czas na doskonalenie duchowe. Co to kurde znaczy? Z opowieści Rafała wywnioskowałem, że książki czytane dla rozrywki, czystej rozrywki w Utopii nie istnieją. Wszystko ma być z pożytkiem dla ducha i umysłu.

Jaka jest Utopia? Książka napisana pięćset lat temu. Książka, z której motywy odnajdziemy w innych utopiach oraz antyutopiach? Jest dwuznaczna, nieokreślona i pełna różnych pytań i odpowiedzi. Jak w każdej dobrej książce wielu zinterpretuje ją po swojemu.

Socjaliści, że idealne społeczeństwo to społeczeństwo socjalistyczne. Wierzący, że podstawą społeczeństwa jest wiara. Łaknący sprawiedliwości znajdą ją w Utopii. Nienawidzący przepychu, bogactwa znajdą brak owego w Utopii. Kochający proste życie znajdą je w Utopii. Ci, których przeraża indywidualizm znajdą kult społeczeństwa w Utopii. Pacyfiści znajdą kraj miłujący pokój. Militaryści znajdą kraj, który nie cofnie się przed żadnym działaniem, byle tylko wygrać wojnę. Krytycy feudalizmu znajdą pochwałę gospodarki opartej na sprawiedliwej dystrybucji dóbr.

Jedynie ateiści mogą powiedzieć, że Utopia nie jest krajem dla nich. Oni i cudzołożnicy.

utopia

Ciekawe czy kobiety reagowałyby na taki podryw:)

Morus dał światu dziełu, z którego wielu czerpie do dzisiaj. Dzieło, którego interpretacji jest tak dużo jak ludzi, którzy je przeczytali. Dziś wiele elementów z “Utopii” może być postrzeganych jako antyutopijne. Tak wiele się zmieniło i wiele się wydarzyło przez pięćset lat. A stosunek Morusa do wyspy i jej mieszkańców może mieć zabarwienie lekko ironiczne i sarkastyczne. Jedyne, co nie uległo zmianie to ludzie. Ludzie i rządzące nimi namiętności, uczucia i emocje.

Jak mówi Rafał pod koniec opowiadania o Utopii podając przyczynę dlaczego ludzkość nie przyjęła ustroju społecznego panującego na wyspie:

[…]pycha, która od zarania dziejów była matką wszystkich nieszczęść. Ona ocenia swe szczęście nie według własnych korzyści, lecz na podstawie cudzego niepowodzenia. Człowiek pyszny nie chciałby nawet Bogiem być, jeśliby nie widział dokoła siebie żadnych biednych, z którymi mógłby obchodzić się jak z niewolnikami i urągać im.[…]

Cytaty wszelkie pochodzą z wydania książki z roku 1947. Tłumaczył K. Abganowicz, a przedmowę napisał Maksymilian Rode.