Michaił Bułhakow “Diaboliada”

Sponsorem dzisiejszych obrazków jest Discarding Images. Diaboł - źródło: http://discardingimages.tumblr.com/post/119098238778/full-cauldrons-speculum-humane-salvationis

Sponsorem dzisiejszych obrazków jest Discarding Images. Diaboł – źródło: http://discardingimages.tumblr.com/post/119098238778/full-cauldrons-speculum-humane-salvationis

Wpadłem moi drodzy w delikatny bułhakowowy cug. Zachwycony Fatalnymi jajami sprawdziłem co można uzyskać kilkoma kliknięciami z Wolnych lektur, co prawda Psiego serca, nie było, ale była za to Diaboliada, którą można pobrać STĄD.

Continue reading

Adrian Markowski “Sąsiady”

A tu takie zdjęcie sąsiadów z noworocznego przyjęcia. Źródło: https://flic.kr/p/xpH7m4

A tu takie zdjęcie sąsiadów z noworocznego przyjęcia. Źródło: https://flic.kr/p/xpH7m4

Adriana Markowskiego już na swoim blogu raz przedstawiałem, TUTAJ możecie przeczytać o jego poprzednim zbiorku 13 opowiadań o króliku. Dzisiaj będzie o swoistej kontynuacji tego zbiorku zarówno tematycznej jak i stylistycznej oraz narracyjnej.

Continue reading

Andrzej Pilipiuk “Wampir z MO”

IMAG0628Przygoda ma z Pilipiukiem dalej trwa. Czuję, że rymuję kiepsko i żałośnie, ale przez to ego mi rośnie.

Kontynuuję książki zaczęte przed rozmową z Andrzejem Pilipiukiem. „Wampir z MO” to zbiór opowiadań z bohaterami, których poznałem w „Wampirze z M-3”. Tamta książka towarzyszyła mi w pociągu, a ta pomagała mi spędzić kilka godzin w zaciszu domowym na krakowskich Azorach, gdzie skutecznie zagłuszała świst maczet i gromkie pokrzykiwania miejscowego elementu konsumującego alkohol z akcyzą i w ten sposób przyczyniającego się do wzrostu PKB Najjaśniejszej Rzeczyposopolitej. Żartuję, żartuję. Azory są naprawdę dobrym miejscem do mieszkania. Ciach! Świiissst! AŁA! Wracając do książki. Umiliła jeden wieczór, takie jej zadanie było, które spełniła i cóż mam więcej do dodania.

Pilipiuk świetnie (moim zdaniem) wykorzystał popkulturowe motywy i zaprzągł je do swojego świata, w którym wampiry muszą sobie radzić z uciążliwymi sąsiadami przy pomocy pewnej dziewczynki wyłażącej ze studni czy też muszą się przygotować na odwiedziny wampira ze zgniłego kapitalistycznego zachodu, który przeszedł na wegetarianizm, wysysa biedne sarenki i jest degeneratem, a w dodatku się błyszczy. Cały czas oczywiście nasi nieumarli “walczą” z Wydziałem “Z” esbecji i majorem Nefrytowem pragnącym raz na zawsze zlikwidować przeczące materialistycznej i racjonalistycznej ideologii państwowej zabobony. Ta walka raczej nie jest zbyt zacięta, gdyż major nie jest w ciemię bity i zdaje sobie sprawę, że jak raz na zawsze zlikwiduje zabobony to jemu zlikwidują Wydział “Z”. Także pozwala na istnienie podejrzanego elementu w ramach statusu quo.

Opowiadanka są raz dłuższe, raz krótsze (ano taką oczywistą oczywistością Wam tu pojechałem). Książka bardzo w stylu pilipiukowym to znaczy znajdują się tutaj zarówno jajcarskie i groteskowe wersje wielu mitów na temat wampirów, na przykład krwiopijca przemienia się w coś zupełnie niespotykanego zamiast w nietoperza, czy też nagle okazuje się, że chęć zaimponowania Hrabinie z odległej Francyji w myśl zasady zastaw się, a postaw się przyniesie wielkie rozczarowanie. Mamy także ciekawe opisy praskich kiziorów, którzy wampirów nie lubią, ale ich tolerują bo to wszak swojacy z jednej dzielnicy.

Zbiorek ciekawy, nie męczy zbytnio i jest w sam raz na poprawę humoru. W tej książce moim zdaniem Pilipiuk świetnie pogrywał sobie swoimi motywami i kliszami wziętymi z popkultury. Absurd i groteska rządzą. Zresztą Pilipiuk ma dar tworzenia i opisywania sytuacji w sposób prześmiewczy, humorystyczny. Co nie znaczy, że nie przebija się w nich czasem taki śmiech przez łzy, bo skoro jest, aż tak źle to trzeba się tylko i wyłącznie śmiać.

Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow “Wielki Kombinator”

IMAG0624

Teraz jest rewolucja, nowy system się buduje – ten żyje kto kombinuje ! Tak mógłby sobie śpiewać Ostap Bender czyli tytułowy „Wielki Kombinator” hochsztapler, krętacz o zadziwiających standardach moralnych i jednocześnie cudownych marzeniach o Rio de Janerio i białych spodniach. Facet porusza się po Związku Sowieckim, istniejącym niespełna dziesięć lat i stara się jakoś przetrwać w systemie mocno piętnującym indywidualne podejście do robienia pieniędzy.

Wszelkie rewolucje, wszystkie zmiany, każde przeobrażenia te społeczne, ekonomiczne i gospodarcze są wodą na młyn dla wszelakich maści oszustów, złodziei, naciągaczy i tym podobnych osobników wykorzystujących naiwność ludzi i ich dobre chęci. Podobno głupich nie sieją, ale patrząc nawet na nasz polski grajdołek wstrząsany od czasu do czasu wielkimi finansowymi przekrętami (patrz afera Bursztynowego Złota) można sobie pomyśleć, że ludzi chcących szybko i łatwo zarobić, a którzy dają się oszukać zwyczajnie się produkuje w ilościach masowych.

Wracając do Ostapa – to postać kultowa w Rosji, jego powiedzonka, przygody i numery zna każdy obywatel dawnego Związku Sowieckiego. Jest to energiczny mężczyzna pod trzydziestkę, który pragnie zdobyć ogromny majątek i wyjechać do Rio de Janerio. W książce, którą przeczytałem tropi i śledzi urzędnika Korejkę, który także jest niezłym krętaczem, ale po zdobyciu majątku – ukrywa go i sam żyje za psie pieniądze w biedzie czekając na lepsze czasy. Ostap ma do pomocy cokolwiek dziwny zestaw towarzyszy i jeden samochód przesławną “Antylopę”, która pamięta chyba zamierzchłe początki motoryzacji.

Świetna satyra na społeczeństwo sowieckie, które w powieści wciąż żyje jeszcze tak naprawdę trybem przedrewolucyjnym i nadzieją na lepsze jutro. Wielkie czystki się nie zaczęły, Stalin nie mordował swoich obywateli milionami, chociaż o „czyszczeniu” jest mowa na kartach powieści. Groteska i absurd oraz spora dawka tak zwanego humoru sytuacyjnego i przede wszystkim celnych spostrzeżeń Ostapa Bendera, a dotyczących natury ludzkiej i świata całego to kawał porządnej rozrywki. Nie wiem dlaczego ta książka jest tak mało popularna w Polsce (albo mi się tak tylko zdaje).

„Wielki kombinator” jak głosi tekst z tyłu okładki to wydane pod tym tytułem dwie powieści Ilji Ilfa i Eugenisza Pietrowa „Złote cielę” i „12 krzeseł” – nie wiem jakim cudem, bo w książce, którą posiadam jest tylko jedna powieść i najprawdopodobniej jest to „Złote cielę”. Trochę mam żal do wydawnictwa, że wprowadziło mnie w błąd. Co do samego wydania też można mieć zastrzeżenia, bo sporo błędów na stronach książki się pojawiało. Książka została kupiona przeze mnie bardzo dawno temu, a wydanie jest z roku 1998. Mój Boże to już piętnaście lat temu!

Powieści dwóch panów ukazały się w Polsce przed wojną i po wojnie też. Na wspomnianej przeze mnie okładce znajduje się informacja, że wtedy (przed wojną) wydanie zostało ocenzurowane i nie było w nim fragmentu, w którym Bender kłóci się z polskimi księżmi, na tematy metafizyczne i teologiczne. Zresztą w książce jest dużo odniesień do Polski i Polaków.

Popularność pierwszej z powieści “12 krzeseł” można mierzyć również liczbą ekranizacji. Dwie powojenne sowieckie, jedna amerykańska, niemiecka, kubańska oraz przedwojenna (1933) nakręcona w koprodukcji polsko-czechosłowackiej, w której zagrał Adolf Dymsza. Dzięki dobrodziejstwu internetu oraz ludzi, którym się chce można obejrzeć sobie film na Youtube:

Aż się chce zakrzyknąć i zaśpiewać (na melodię “Chwalcie łąki umajone”):

Chwalcie filmy jutubowe
Kciuki w górę, soszial mediowe
Chwalcie śmieszniutkie filmiki
Gify, demoty i głupie grafiki

Tymże jakże bodajże śpiewanym pod ołtarze akcentem zakończmy  na dzisiaj. I jedno zdanie na koniec. Wprost z “Wielkiego Kombinatora”:

Godzina dozorców już minęła, godzina dostawczyń mleka jeszcze nie wybiła.

Jan Stanisław Bystroń “Komizm”

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKomizm. Czym jest komizm? Definicja słownikowa bardzo łatwo charakteryzuje nam termin komizm jako: 

zdarzenie życiowe lub sytuacyjne, a także właściwość dzieła literackiego lub dzieła sztuki, skłaniające odbiorcę do wesołości i śmiechu, eliminujące negatywne odczucia, takie jak strach, litość, odraza itp. Literacki komizm występuje np. w satyrze, pamflecie, komedii, paszkwilu, farsie, burlesce, trawestacji, grotesce, ironii, dowcipie, żarcie itp.

Mamy więc jasność? Teoretycznie tak, ale z doświadczenia wiem i Wy też pewnie wiecie, że różne rzeczy różnych ludzi śmieszą. Jeden będzie się zaśmiewał z wulgarnego dowcipu o dupie Maryni, drugi z niesmakiem odwróci wzrok i charakterystycznie westchnie nad upadkiem moralnym ludzkości. Ktoś powie, że Monthy Python jest zwieńczeniem i ostateczną  formą humoru absurdalnego oraz brytyjskiego, drugi powie, że to banda pederastów lubiących przebierać się za kobiety. Tacy są ludzie i tak różne są ich charaktery i wrażliwość na różnego rodzaju humor. Dlatego też Jan Stanisław Bystroń pisze we wstępie do swego dzieła:

Teorią komizmu zajmowałem się od szeregu lat. Doradzali mi nieraz znajomi, abym porzucił błahy i mało poważny temat. Nie rozumiałem co prawda nigdy, dlaczego praca nad teorią komizmu ma być czymś mniej poważnym od np. teorii tragizmu, ale ostatecznie pogodziłem się z tym, że wielu rzeczy nigdy nie zrozumiem; co zaś do dobrych rad, to przestałem się nimi przejmować. Zajmowałem się dotychczas dość rozmaitymi zagadnieniami; otóż — o ile pamiętam nie było chyba tematu, którego by mi z różnych stron nie odradzano.

 

W książce niniejszej nie cytuję literatury przedmiotu, nie daję aparatu krytycznego, nie demonstruję erudycji. Czytałem to i owo z obszernej literatury teoretycznej, poświęconej komizmowi ; bardzo często miałem wrażenie, być może niesłuszne, że tematem tym zajmowali się ludzie, którzy nigdy w życiu się nie śmiali. Świadomie więc nadaję książce ton popularnego wykładu ; będę się cieszył, jeżeli czytelnik nie zauważy tych trudności, które na każdym niemal kroku stawały przede mną.

 

Oczywiście, nie mam żadnych złudzeń co do tego, że ogromna większość czytelników będzie traktowała niniejszą książkę jako zbiór mniej lub więcej wesołych opowiadań zabawnych konceptów. Niech i tak będzie ! Jeśli teoria okaże się chybiona, to niech przynajmniej książka w tej niezamierzonej roli okaże się przydatna. Tyle jest książek na świecie, i to z najbardziej dostojnymi tytułami, z których nawet takiego pożytku nie ma!

Zakopane, w lecie 1938.

Już po samym wstępie można nabrać sympatii do autora. A sympatia wzrasta w trakcie lektury jego dość monumentalnego dzieła liczącego sobie prawie sześćset stron w opasłym tomisku. Nie czyta się tej książki jednym tchem, w ciągu jednego lub kilku wieczorów. Ja ją sobie podczytywałem i za każdym razem odkrywałem nowe smaczki, nowe ciekawostki i bogactwo polskiej literatury od czasów średniowiecza do lat trzydziestych dwudziestego wieku. Bo trzeba Wam wiedzieć, że książka ukazała się w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym.

Zaprawdę powiadam Wam pan Bystroń wziął na warsztat wszystkie rodzaje humoru: słowny, sytuacyjny, rysunkowy podzielił to jeszcze na inne kategorie jak humor przeciwieństw, groteskę, absurd i wiele, wiele innych. Nie wiedziałem, że dawna polska literatura obfitowała w tak ciekawe i wciąż (w większości przypadków) śmieszne przykłady tak wielu rodzajów humoru.

Bystroń starannie i w ciekawy sposób analizuje różne zjawiska, które prowadzą do powstania sytuacji, zdarzenia, gry słownej, które śmieszą. Sypie jak z rękawa anegdotami i dygresjami, przykładami z życia i z literatury. Dużo jest humoru żydowskiego, niemieckiego, książka pisania w międzywojniu w taki humor siłą rzeczy musiała obfitować. Widać także, że Bystroń pisał dla wykształconych ludzi, bo łacińskich sentencji nie tłumaczy, niemieckich także. Cóżem ja się namęczył, żeby posprawdzać niezrozumiałe zdania, bo łacinę to ja znam, ale tylko taką podwórkową.

Jak już wspomniałem lektura książki nie należała do błyskawicznych, ale to bardzo dobrze. Poleciłbym zwłaszcza polonistom, ale przeczytać możecie tylko w Czytelniach, bo książka jest sprzed wojny i raczej większość bibliotek nie wypuszcza książek przedwojennych na świat zewnętrzny. To  była naprawdę ciekawa i wielce pouczająca książka. A teraz będąc tym osobnikiem, który tylko dostrzegł pikantny humor w książce – kilka przykładów dla Was:)

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Jest tego znacznie więcej i w głównej mierze króluje dowcip pisany, ale postanowiłem Wam dawkować, cobyście nie pękli ze śmiechu.

Adrian Markowski “13 opowiadań o króliku”

IMAG0503

Czasem wpadnie w moje łapki coś zupełnie niespodziewanego, coś na co sam raczej nigdy bym nie trafił. Tym razem niewielka objętościowo książeczka pana Markowskiego trafiła za sprawą koleżanki z pracy, która stwierdziła, że może mi się spodobać. I miała rację.

“13 opowiadań o króliku” to miniaturki literackie, dziejące się w bezimiennym mieście, najprawdopodobniej u schyłku PRL-u, w kamienicy, w której sąsiedzi znają się na wylot. To niewielkie kilkustronicowe historie nie z tej ziemi. Absurd, groteska, szydera i kompletny brak sensu. Za to z przewrotnym ironicznym humorem i dystansem. Nawet Wam nie będę opisywał historii, które dzieją się na kartach książki Markowskiego. Dość Wam wiedzieć, że jest niesłychanie nonsensownie oraz zabawnie. Lektura całej książeczki trwa zaledwie chwilkę. Nie wolno się zrażać jeśli chodzi o styl pisania. Dużo przecinków może trochę irytować i spowodować gubienie się w wątku, ale to naprawdę niewielki mankament.

Proste, wydawałoby się jednoznaczne słowa w książce Markowskiego stają się zaczątkiem groteskowych historii, w których rolę przewodnią gra Królik. Zarówno jako bohater i antybohater, jako przedmiot, którego jedzą wszyscy jak i żywa istota, rozumna dodajmy. Ja bawiłem się świetnie i chcę więcej. Dla mnie odkrycie miesiąca. Chcę więcej książek autora, a jest ich chyba jeszcze dwie:)

P. S. Nie mogłem nie wspomnieć, że pan Adrian jest autorem mnóstwa gier planszowych, wydawanych w latach dziewięćdziesiątych przez wydawnictwo Sfera, z Magicznym Mieczem na czele  (kto grał ten wie, kto nie grał ten jeleń). Dżizas ile to wieczorów człowiek nad tym przesiedział:)

P. S. 2 I nie wiem skąd i dlaczego, ale podczas lektury towarzyszył mi obraz królika Franka z filmu “Donnie Darko”, o ten obraz:

tumblr_mi0pbsXFBe1s3u3dco1_500

Źródło:http://www.tumblr.com/tagged/donnie%20darko%20gif

Nie jest on zupełnie związany z tematyką książki, ot Frank kojarzy mi się ostatnio dość często ze wszystkim.

“Fabryka absolutu” – Rozdział XXV. Największa wojna.

Przedstawiam Wam krótki fragment z książki Capka. Dotyczy on Wielkiej a właściwie tak zwanej Największej wojny jaka się rozpętała na całym świecie, który został opanowany przez Absolut.

 

ROZDZIAŁ XXV

TAK ZWANA NAJWIĘKSZA WOJNA

„Jest to ugruntowane w naszej ludzkiej naturze, że gdy nam się przytrafia coś bardzo brzydkiego, to specjalne zadowolenie znajdujemy w tym, że owo brzydkie, które nas spotkało, jest — jak świat światem — największym w swoim zakresie. Tak na przykład, gdy nas, dręczą upały; gazety pocieszają nas od razu tym, że „jest to najwyższa temperaturą jaką notowano od roku 1881″.

I nie tylko, że nas to pociesza, ale jeszcze mamy trochę złości na ów rok 1881-szy, że nam dorównał. Albo gdy sobie odmrozimy uszy tak setnie, że się po prostu łuszczą, to napełnia nas rodzajem radości to, że „tak ostrego mrozu nie było od roku 1786-go”.

Tak samo bywa też z wojnami. Dana wojna jest albo najsprawiedliwsza, albo najkrwawsza, najkorzystniejsza czy też najdłuższa od takiego a takiego czasu. Taki superlatyw daje nam pewne dumne zadośćuczynienie, że przeżywamy coś nadzwyczajnego i rekordowego.

Otóż wojna, która trwała od 12. lutego 1944 roku do jesieni roku 1953, była naprawdę i bez przesady (słowo daję!) Największą Wojną. Nie odbierajmyż, proszę was, tym, co ją pamiętają, tę jedyną sprawiedliwie zasłużoną uciechę.

Uczestniczyło w tej wojnie 198 milionów ludzi i wszyscy oni polegli, prócz trzynastu. Mógłbym wam przytaczać liczby, przy pomocy których rachmistrze i statystycy próbowali poglądowo przedstawić te masowe straty. Na przykład ile by to było tysięcy kilometrów, gdyby ułożyć trupa przy trupie albo ile godzin musiałby pędzić kurier, gdyby ci polegli byli poukładani zamiast podkładów kolejowych. Albo jeszcze, gdyby pourzynano palce wskazujące wszystkich zabitych i poukładano w pudełkach od sardynek, ile setek wagonów wypełniłby taki towar, i tam dalej. Ale nie zapamiętuję dobrze liczb i nie chciałbym was oszukać ani o jeden marny wagonik statystyczny. Dlatego powtarzam tylko sumarycznie, że była to największa wojna od stworzenia świata i co do wielkości strat i co do rozległości pobojowiska.

Jeszcze raz tłumaczy się kronikarz, że brak mu zmysłu i zdolności do opisów z wielkim rozmachem. Oczywiście powinienby opisać, jak się wojna przewalała od Renu po Eufrat, od Korei do Danii, od Lugano do Haparandy i tam dalej. Zamiast tego z większą przyjemnością nakreśliłby obraz przyjazdu Beduinów do Genewy z głowami nieprzyjaciół nanizanymi na dwumetrowych pikach. Albo miłosne przygody francuskiego poilu w Tybecie, kawalkady rosyjskich kozaków na Saharze; rycerskie harce macedońskich komitadżów z senegalskimi strzelcami na brzegach jezior Finlandii. Jak widzicie materiał jest bardzo bogaty. Zwycięskie pułki Bobineta leciały od jednego rozmachu, śladem Aleksandra Wielkiego, przez obie Indie, do Chin. Tymczasem jednak żółta fala chińska przez Syberię i Rosję dotarła do Francji i Hiszpanii, czym odcięła mahometan walczących w Szwecji od ich baz macierzystych. Pułki rosyjskie ustępując przed miażdżącą przewagą chińską, znalazły, się w północnej Afryce, gdzie Sergiej Nikołajewicz Złoczin założył swoje carstwo. Został jednak zamordowany, ponieważ jego bawarscy generałowie sprzysięgli się przeciwko jego pruskim atamanom, po czym na carski tron w Timbuktu wstąpił Sergiej Fiodorowicz Dranin.

Nasza czeska ojczyzna znajdowała się kolejno pod władzą Szwedów, Francuzów, Turków, Rosjan i Chińczyków, przy czym każdy z tych najazdów wymordował autochtonów do ostatniej duszy. W kościele św. Wita w ciągu tych lat wygłaszali kazania, względnie odprawiali mszę, pastor, adwokat, iman, archimandryta i bonza, oczywiście bez trwałego skutku. Jedyną radosną zmianą było to, że Stary Teatr był stale przepełniony: urządzano tam mianowicie magazyny wojskowe.

Gdy w roku 1951 Japończycy wyparli Chińczyków z Europy Wschodniej, powstało i istniało przez jakiś czas nowe Państwo Środka (jak Chińczycy nazywają swoją ojczyznę), przypadkiem akurat w granicach monarchii Austro-Węgierskiej. W Schönbrunn mieszkał znowu starusieńki władca, stosześcioletni mandaryn Jaja Wir Weana, „ku którego uświęconej głowie z dziecięcym szacunkiem spoglądają radujące się narody”, jak codziennie zapewniała „Wiener Mittagszeitung”. Językiem urzędowym była chińszczyzna, co od razu i na zawsze usunęło spory narodowościowe. Bogiem państwowym był Budda. Uparci katolicy Czech i Moraw wyemigrowali za granicę, ucierpiawszy wiele od chińskich dragonad i konfiskat, co w mierze nadzwyczajnej rozmnożyło liczbę narodowych męczenników.

Natomiast niektórzy roztropniejsi i rozważniejsi czescy patrioci otrzymali na mocy Najwyższego Miłościwego Reskryptu godność mandaryńską, a mianowicie To-Bol-Kaj, Gro-szi i zaiste wielu innych. Ten rząd chiński pozaprowadzał wiele postępowych nowinek, między innymi wydawanie kartek zamiast jedzenia. Ale Państwo Środka rozpadło się niedługo, albowiem zupełnie wyczerpały się zasoby ołowiu potrzebnego do wyrobu kul, skutkiem czego upadł wszelki autorytet władczy. Kilkunastu Chińczyków, którzy nie zostali zamordowani pozostało tu i w czasach pokoju, jaki po wojnie nastał. Zajmowali oni przeważnie stanowiska urzędników prezydialnych.

Tymczasem cesarz Bobinet, przebywający akurat w indyjskiej Simli; dowiedział się, że w niezbadanym dotychczas górnym dorzeczu rzek Irrawadi, Seluinu i Mekongu istnieje kobiece państwo Amazonek; wyruszył tam ze swoją starą gwardią, ale już stamtąd nie wrócił. Według jednej wersji miał się tam ożenić, według innej, królowa Amazonek Amalia urżnęła mu w walce głowę i wrzuciła ją w miech napełniony krwią, mówiąc: „Satia te sanguine, quem tantum sitisti” — nasyć się krwią, której tak pragnąłeś. Druga wersja jest stanowczo łagodniejsza.

Na ostatku stała się Europa widownią bezsensownych walk między rasą czarną, walącą się z wnętrza Afryki, a plemionami mongolskimi. Co się działo w ciągu tych dwóch lat, o tym lepiej nie mówić. Ostatnie ślady cywilizacji znikły. Na przykład na Hradczanach rozmnożyły się niedźwiedzie tak bardzo, że ostatni mieszkańcy Pragi zburzyli wszystkie mosty, nawet most Karola, dla ochronienia prawego brzegu Wełtawy przed tymi krwiożerczymi drapieżnikami. Liczba mieszkańców zmniejszyła się do nieznacznego ułamka. Wyszehradzka kapituła wyginęła po mieczu i po kądzieli. Mistrzowskiemu meczowi Sparta — Viktoria — Żyżków, przyglądało się tylko sto i dziesięć ludzi.

 Ale i na innych kontynentach nie było lepiej. Ameryka Północna straszliwie spustoszała krwawymi walkami Suchych z Mokrymi, stała się japońską kolonią. W Ameryce Południowej następowały kolejno cesarstwa Urugwajskie, Chilijskie, Peruwiańskie, Brandenburskie i Patagońskie. W Australii natychmiast po upadku Anglii założono Państwo Idealne, które tę ziemię obiecaną przemieniło w bezludną pustynię. W Afryce zjedzono przeszło dwa miliony białych; Murzyni zagłębia Kongo rzucili się na Europę reszta Afryki wiła się w zmiennych walkach stu, osiemdziesięciu i sześciu różnych cesarzów, sułtanów, królów, poglawników i prezydentów.

Oto są dzieje dziejów. Każdy z tych setek milionów człowieczków miał przedtem swoje dzieciństwo, swoje miłości, swoje plany. Czasem miewał pietra, czasem bywał bohaterem, ale na ogół był śmiertelnie sfatygowany i z ochotą byłby się ułożył na łóżku upokojonionego świata. Jeśli umierał, to na pewno nie umyślnie. I oto z tego wszystkiego mamy tylko garść danych: bitwa tam i tam, straty takie i takie, wynik taki albo owaki i co najgorsze, że ten wynik o niczym właściwie porządnie nie zadecydował. Dlatego też mówię: nie odbierajcie ówczesnym ludziom tej jedynej pychy, że to, co przeżyli, było Największą Wojną. My, oczywiście wiemy, że za parę dziesiątków lat uda się zmajstrować wojnę jeszcze większą, bo i w tym kierunku wznosi się ludzkość coraz wyżej i wyżej.”

 

Zadziwiającym prorokiem okazał się Capek, który w ostatnim zdaniu pisze o zdolności cywilizacji ludzkiej w majstrowaniu coraz większych i większych wojen. I te kartki zamiast jedzenia!

Karel Capek “Humoreski”

Karel Capek "Humoreski"

Capek podchodzi mi bardzo. Tym razem zbiór krótkich historyjek. Trochę w stylu „Księgi apokryfów”. Znów mamy humor, znów zdroworozsądkowe podejście do życia i znów mam delikatną i dobroduszną szyderę z ludzkiej natury. Capek był wnikliwym obserwatorem świata i potrafił swoje obserwacje zapisać w bardzo śmieszny i interesujący sposób.

  „Humoreski” to ciekawe, zajmujące przypowiastki o ludziach. Ich fobiach, marzeniach i „zwyczajnych” problemach. Historie poety, który swym wierszem wskazał sprawcę wypadku, namiętnego złodzieja kaktusów oraz kolekcjonera dywanów, który by zdobyć bezcenny okaz perskiego dywanu posuwa się do kradzieży lub złodzieja zostawiającego kiepskie wiersze na miejscu rabunku. Wymieniłem na razie same dotyczące przywłaszczania cudzego mienia, których jest całkiem sporo:) W sumie jakby nie patrzeć  to zdecydowana większość tych historii tematycznie oscyluje między kradzieżą, oszustwem lub zgubą.  Co nie znaczy, że są smutne, przerażające i złe. Wręcz przeciwnie. Te historyjki sprawiły, że z uśmiechem na ustach zadumałem się troszkę nad ludzkim losem, którym zarówno przypadek jak i nasza ludzka natura rządzą (nie)podzielnie. Z „Humoresek” tchnie zadziwiający optymizm i pozytywny wydźwięk dotyczący życia, które po prostu jest. I już samo to wystarczy, by podziwiać jego niezwykłość, życia znaczy się.

 Ja czytałem „Humoreski” wydane w 1950 roku, w „Bibliotece Szpilek”. W tłumaczeniu Marii Erhardtowej. Dlaczego o tym wspominam? Mam również na biurku inny zbiór krótkich tekstów Capka, który nazywa się „Bajki i przypowiastki” z roku 1983, w tłumaczeniu Anny Jolanty Bluszcz. I tam znajdują się również historie z „Humoresek”. Z tego co zdążyłem się zorientować trochę się różnią. Wiadomym jest, że żadne tłumaczenie raczej nie będzie takie samo. Ciekaw jestem, czy spodobają mi się „Humoreski” w tłumaczeniu pani Bluszcz.

 

Eduardo Mendoza “Brak wiadomości od Gurba”

Eduardo Mendoza "Brak..."

Eduardo Mendoza "Brak..."

 Wyobraźcie sobie, że jesteście kosmitami. Lądujecie na Ziemi swoim super wypasionym statkiem kosmicznym w okolicach Barcelony, na początku lat dziewięćdziesiątych. Jesteście czystą inteligencją. Możecie przyjmować dowolne kształty, jesteście nieśmiertelni i możecie telepatycznie porozumiewać się z między sobą. Jeden z Was, dajmy na to nazywający się Gurb wyrusza na rekonesans. Drugi czuwa w statku. Gurb z racji tego, że może przyjmować dowolny kształt staje się przedstawicielem gatunku istot rozumnych o imieniu Martha Sanchez i seksownych kobiecych kształt ach. Wsiada do pojazdu innego autochtona i ślad po nim ginie. Co robicie? Oczywiście, że natychmiast wyruszacie na poszukiwania. Nie znając terenu, okolicy i posługując się dostępnymi informacjami z bazy galaktycznej. Nie będzie łatwo, oj nie. Po pierwsze musicie zrozumieć tubylców. Tubylców, którzy chodzą na dwóch nogach, piją dziwaczne alkohole, jeżdżą prostymi w budowie, ale skomplikowanymi w obsłudze pojazdami, ogólnie robią mnóstwo dziwacznych i dla Was, jako przybyszów z obcej planety niezrozumiałych rzeczy. Musicie być przygotowani na szereg pomyłek, wpadek, wypadków oraz popełnianych na każdym kroku faux pau. Musicie się liczyć z tym, że będziecie mieć kaca, traficie do więzienia, zakochacie się w sąsiadce i będziecie biegać w nartach po głównym deptaku Barcelony. Miasta, które właśnie przygotowuje się do igrzysk olimpijskich. Naprawdę liczcie się z tym, że droga do odnalezienia Gurba będzie długa, kręta, wyboista (to dzięki Katalońskiemu Przedsiębiorstwu Robót Publicznych) i być może nie będzie miała końca.

Jeśli mówią, że śmiech to zdrowie, to lektura tej książki winna być wypisywana na receptę:) Uśmiałem się setnie. Mendoza świetnie operuje groteską, absurdem i humorem. Ta dość cienka książka, którą czyta się bardzo szybko to świetna rozrywka i zabawa. Mendoza kpi i śmieje się z Katalończyków, społeczeństwa i ogólnie z ludzi. Właściwie kosmitę mógłby z powodzeniem zastąpić przybysz z innego kraju, ale wtedy nie mógłby przyjmować postaci Ojca Świętego Piusa XII w celu wzbudzenia zaufania. Cała książka składa się z wielu perełek ironii i groteskowego humoru: na przykład scena podrywania sąsiadki z góry za pomocą metody „pożycz cukier”. Absurd na absurdzie, absurdem pogania, napisany w ten sposób to coś, co Charlie lubi najbardziej. I wbrew pozorom mimo tej całej iście monthy pythonowskiej konwencji Mendoza pokazał mi Barcelonę (z początków lat dziewięćdziesiątych) i ludzi w niej mieszkających lepiej niż niejeden przewodnik. Dowiedziałem się na przykład co to są churros. Polecam gorąco każdemu tę książkę. Polakom, Europejczykom, Niemcom, Hiszpanom, Katalończykom czy też mieszkańcom rodzinnej planety Gurba. Świetna zabawa gwarantowana.

Wiktor Suworow “Wyzwoliciele”

Wiktor Suworow "Wyzwoliciele"

Wiktor Suworow “Wyzwoliciele”

Uwaga! Uwaga! Wnimanije! Kto jeszcze dyszy i żyw jest, kogo nie wykończyło NKWD, KGB i inne groźnie brzmiące skróty, ten chcąc przetrwać w radzieckiej Rosji, ratunku szuka w Armii Czerwonej – bo Armia Czerwona jak matka, surowa lecz kochająca. Matka, która nakarmi lecz wymaga za to bezwzględnego posłuszeństwa. Przygarnie wszystkich, którzy chcą służyć swojej komunistycznej Ojczyźnie. Nie patrzy na pochodzenie, wszystkich traktuje równo. Nie przeszkadza jej czyś Kozak, Tatar, Mongoł, Kirgiz czy Gruzin – jeśli tylko rozumiesz słowa: Do ataku i URRRA! to z ochotą powita Cię w jednej wielkiej, szczęśliwej żołnierskiej rodzinie.

I takim młodym, chętnym przygód chłopcem, był kadet Rezun Władimir Bogdanowicz, który trafił pod kochające lecz wymagające skrzydła Krasnyj Armiji. Przeżywa tam “najpiękniejsze” lata swojego życia.

To tyle słowem wstępu, Wiktor Suworow (to właśnie ów Rezun), rosyjski agent, który zbiegł na Zachód zaczął spisywać swoje wspomnienia pod koniec lat siedemdziesiątych. “Wyzwoliciele” to jego pierwsza książka wydana na Zachodzie. Opisuje ona życie jakie musi prowadzić żołnierz Armii Czerwonej. Niestety życie to dalekie jest od tego pokazywanego na plakatach propagandowych. Pełne sadyzmu, wyczerpujących ćwiczeń fizycznych oraz psychicznych. Gdzie zupełnie nieprzystający do rzeczywistości regulamin jest powodem cierpień wielu ludzi. Okrutne metody szkoleniowe, które po prostu są bezsensu to chleb powszedni każdego żołnierza. Suworow opisuje w formie esejów, szkiców literackich mnóstwo,  nie wiem jak to określić, anegdot, historyjek a może opowiastek (po prostu te określenia wydają się zbyt błahe jeśli się weźmie pod uwagę ich treść). Opisując absurdy radzieckiej armii Suworow przytacza zarówno groteskowo śmieszne i zabawne historie jak i śmiertelnie poważnie opisuje nadużycia, przekręty oraz przestępstwa jakich dopuszczali się radzieccy żołnierze i ich dowódcy.

Czytając tę knigę, wielokrotnie kręciłem głową z niedowierzaniem. Tyle jest w niej opisanej głupoty, debilizmu, że aż strach człowieka bierze, gdy sobie pomyśli co zdziałałaby Armia Czerwona gdyby mogła wykorzystać w stu procentach swój potencjał.

Sprzęt, pieniądze, wysiłek ludzi marnowany dla kaprysu dowódcy lub wysokiego członka partii. I nie mam na myśli tutaj wyprawy po hamburgera dla posłanki tylko ogromne manewry wojskowe, przygotowywane tylko po to by Komitet Centralny mógł się pochwalić jaka ta Armia Czerwona jest super wyszkolona. I pomyśleć, że w rękach tych ludzi spoczywał los całego świata. Chyba musi istnieć jakaś wyższa instancja, bo inaczej dawno hulałaby po naszej planecie Zima Atomowa a karaluchy ogryzałyby nasze szczątki jednocześnie formułując koncepcję Bytu jako filaru ich filozofii.

Suworow opisuje również w książce interwencję Armii Czerwonej w 1968 roku. Opisuje ją jako wielką, chaotyczną operacją. Gdzie zmarnowano pełno sprzętu, czasu i pieniędzy. Oni naprawdę byli przygotowani do walki z NATO.

Książka zabawna lecz jednocześnie śmiertelnie poważna. Naprawdę wiele razy szczerze się uśmiechnąłem, jednak często po śmiechu następowała właśnie refleksja w stylu: Chryste Panie! Toż to nie może być prawda. I tak sobie jeszcze myślałem podczas lektury, że skoro to była pierwsza książka Suworowa to czy nie ściemniał on czasem trochę aby przypodobać się czytelnikom na Zachodzie a jednocześnie ośmieszyć ZSRR. Książka jednak wydaje się zbyt absurdalna by została wymyślona.

Zdecydowanie bardziej podobała mi się niż “Akwarium”, polecam każdemu, naprawdę każdemu.