Z Pegazem pod gazem, czyli odpowiedź na ankietę o stanie sztuki w Łodzi w roku 1947.

pegazem

Moi drodzy, ci którzy czytają moją pisaninę powinni się domyślać lub wiedzieć, że mam do alkoholu stosunek dość liberalny, by nie powiedzieć wręcz, że alkohol lubię, znam, spożywam i często przez niego cierpię. Takie życie.

Continue reading

“W kraju wiosny, pomiędzy rozkosznymi sady” Charlie pławi się w Morzu Czarnem i zażywa zabawy. Krymu część piąta i ostatnia.

Pierwszy wers jest z sonetu “Grób Potockiej”, a dzisiaj nie będzie o zwiedzaniu, dzisiaj będzie o plażowaniu, kąpieli zażywaniu i Krymu smakowaniu:)

Nasz pensjonat znajdował się pięćset metrów od plaży. Plaży która miała być piaszczysta, a była hmm…. raczej połączeniem żwiru sypanego na polne drogi i kamieni ze strumienia. Nie była jednak taka najgorsza, bo im głębiej w morze tym piasku więcej. Jedyny minus był taki, że raczej nie dało się zbudować zamków z piasku czy też biblioteki. Bo przecież jak?

Oprócz aktywnego podróżowania po Krymie zajmowaliśmy się mega słodkim lenistwem, czytaniem książeczek i opalaniem swojej skóry na piękny brązowy kolor. I przede wszystkim pływaniem w słonej i cieplutkiej wodzie Morza Czarnego.

 

Takie tam bezkresne morze i ludki.

Takie tam bezkresne morze i ludki.

 Miejscowość, w której się zatrzymaliśmy dopiero “uczyła się” jak być kurortem. Stąd pewien chaos architektoniczny, w którym okazałe pensjonaty ociekające “luksusem” stały obok opuszczonych ruder, albo niedokończonych inwestycji.

Komuś chyba nie poszedł biznes, albo czeka na lepsze czasy.

Komuś chyba nie poszedł biznes, albo czeka na lepsze czasy.

Ogólnie widać, że miejscowość jest na tak zwanym “dorobku”. Nad morzem dopiero powstawała infrastruktura – restauracje, dyskoteki, sklepy, wypożyczalnie rowerków, łódek, skuterów i tym podobne. A efekty tego takie, że człowiek może sobie baraninkę z grilla prawie nad samym morzem wsunąć, popić dobrym ukraińskim piwkiem i na zachód słońca popatrzeć:) Cud, miód i baraninka.

Pyszna to była baraninka, choć trochę koścista:)

Pyszna to była baraninka, choć trochę koścista:)

 

 

Słowacki na Krymie nie był, ale aż się ciśnie na usta "Dla mnie na zachodzie. Rozlałeś tęczę blasków promienistą" - tylko, że smutno mi nie było:)

Słowacki na Krymie nie był, ale aż się ciśnie na usta “Dla mnie na zachodzie. Rozlałeś tęczę blasków promienistą” – tylko, że smutno mi nie było:)

Ludzie jakich spotykaliśmy na swej drodze sympatyczni, ciężko pracujący, mimo wszystko uśmiechnięci i bardzo życzliwi. Widać było, że każda okazja do zarobku jest wykorzystywana. Stragan na straganie i straganem poganiał. Na plażach mnóstwo ludzi handlujących czym się dało. Głównie kholodnym pyvemchorne more krevetky. W busikach marszrutkami zwanymi tłok, każdy gdzieś jedzie, każdy coś wiezie, każdy rzeczy swych pilnuje, a jednocześnie uczciwość ogromna w narodzie panuje, bo pieniądze na bilet przechodzą z rąk do rąk i tak samo wraca reszta.

Nie mam śmiałości do fotografowania ludzi, nie pytam nawet ich o to. Gdybym był odważniejszy sypnąłbym tutaj obrazkami, na których z bagażników starych ład wysypują się arbuzy, a obok stoi babuszka i handluje rybami, które świeże to były może gdy ona nie miała jeszcze zmarszczek, a piersi jej jędrne był  “jak dwoje koźląt, bliźniąt gazeli” (“Pieśń nad pieśniami”).

Tylko takie z ukrycia strzelałem:)

Tylko takie z ukrycia strzelałem:)

To był naprawdę dobry wyjazd. I chociaż moja wątroba ma mi za złe i to bardzo, ja jestem zadowolony, że ten akurat kawałek świata zobaczyłem. I z chęcią do niego bym wrócił jeszcze raz przynajmniej.

P. S. Byłbym zapomniał. Pływanie było super, ale były morskie stwory, które potrafiły zepsuć przyjemność z pływania. Okazało się, że z tego co mówili miejscowi jakiś prąd przygnał im meduzy na wybrzeże. Podobno mają takie inwazje co jakiś czas. I zaprawdę powiadam Wam tego tałatajstwa w pewnej odległości od brzegu było mnóstwo. Na szczęście nie parzyły, ale wiecie, to żadna gdy coś galaretowatego ociera się o Twoje ciało bądź nagle obły stwór wyrasta tuż przed waszymi oczyma! Meduzy były paskudne! Meduzowym najeźdźcom mówimy zdecydowane nie!

Meduzy w ilości znacznej.

Meduzy w ilości znacznej.

 

“Wypuszczam na wiatr konia i nie szczędzę razów”, a Charlie nie szczędzi zachwytu wyrazów. Krym część czwarta.

Tym razem pierwszy wers z sonetu “Bajdary”. A my dzisiaj zobaczymy Jaskółcze gniazdo, pałac w Liwadii, czyli tam gdzie odbyła się konferencja Wielkiej Trójki, która zadecydowała o losach powojennego świata. Oraz zobaczymy miejsce, gdzie kręcono “Podróże pana Kleksa”.

Pałac Woroncowa w Ałupce to miejsce, które kazał wybudować ówczesny gubernator Nowej Rosji, czyli Michaił S. Woroncow – to bardzo interesująca postać historyczna arystokrata, żołnierz, znawca sztuki, który przyczynił się znacznie do rozwoju Odessy i całego półwyspu krymskiego.

Wracając do pałacu – był budowany prawie dwadzieścia lat od 1830 roku. I jest zbudowany w różnych stylach architektonicznych co widać, gdy człowiek trochę po kompleksie pałacowym połazi. Pałac otacza bardzo duży i pięknie utrzymany park. A widoki jakie roztaczają się z pałacowych okien są przepiękne.

Miał rozmach ten Woroncow.

Miał rozmach ten Woroncow.

 

Wstajesz sobie rano z kawusią wychodzisz na taras i taki widoczek! Żyć nie umierać.

Wstajesz sobie rano z kawusią wychodzisz na taras i taki widoczek! Żyć nie umierać.

Przejedziemy teraz do miejscówki, która jest wizytówką Krymu. Bardzo charakterystyczną wizytówką i chyba nie ma na świecie osoby, która by nie widziała przynajmniej jednego zdjęcia Jaskółczego Gniazda, bo o nim będzie teraz mowa.

Każdy chyba to widział gdzieś, kiedyś.

Każdy chyba to widział gdzieś, kiedyś.

Miejscówka, gdzie znajduje się Jaskółcze Gniazdo jest bardzo urokliwa. Zatoczka z wysokimi urwiskami, kawałkiem plaży i hotelem na dole, do którego cumują promy wycieczkowe wygląda jak z jakiegoś śródziemnomorskiego kurortu. Jedynym minusem są tłumy ludzi przetaczających się przez Jaskółcze, ale taki los znanych turystycznie miejsc.

Panie! Jakie to wszystko pikne!

Panie! Jakie to wszystko pikne!

Z Jaskółczego pojechaliśmy do Liwadii, czyli miejscowości leżącej obecnie na przedmieściach Jałty, gdzie w Pałacu Potockich (pałacyk wybudował w połowie dziewiętnastego wieku polski magnat!), w 1945 roku odbyła się słynna konferencja Jałtańska. Pałac po śmierci Potockiego wykupili rosyjscy carowie i im głównie poświęcone są ekspozycje oczywiście oprócz tych poświęconych Konferencji. Dużo informacji znajdziemy też o ostatnim carze Mikołaju II Romanowie.

Naprawdę chciałoby się tam zamieszkać!

Naprawdę chciałoby się tam zamieszkać!

Stół przy którym dzielono świat.

Stół przy którym dzielono świat.

 

Taki widok miał ze swojego gabinetu ostatni car Rosji.

Taki widok miał ze swojego gabinetu ostatni car Rosji.

 

Zabawne wykończenia mebli pałacowych. Ludziom to się kiedyś chciało.

Zabawne wykończenia mebli pałacowych. Ludziom to się kiedyś chciało.

Niedoróby też się zdarzają - imitująca drewno okleina sufitu w jednej z sal.

Niedoróby też się zdarzają – imitująca drewno okleina sufitu w jednej z sal.

Opuściliśmy Liwadię. Ja miałem mieszane uczucia – byłem zachwycony pięknem tego miejsca, ale świadomość, że w tym pałacu został przypieczętowany los Polski zostawiła gorzki posmak w ustach.

Przyszła pora na Jałtę, która jest miejscem zatłoczonym, zakorkowanym, ale z ładną promenadą. Jak możecie wywnioskować szału na mnie nie zrobiła.

Towarzysz Lenin ma wzrok skierowany dokładnie na budynek ogromnego McDonalda. Ot taki kaprys i paradoks historii.

Towarzysz Lenin ma wzrok skierowany dokładnie na budynek ogromnego McDonalda. Ot taki kaprys i paradoks historii.

Na dziś to koniec. Jak sobie przeglądam te zdjęcia, to mnie szlag trafia, że u nas jesień zaczyna się pełną gębą. Ja chcę słońca, trzydziestostopniowych upałów i plaży!

 

 

 

 

“U stóp moich kraina dostatków i krasy”, a Charlie popija piwo i zajada krymskie frykasy. Krym część trzecia.

Tytuł posta tym razem to pierwszy wers sonetu “Pielgrzym”.

Właśnie sobie uświadomiłem, że nie jestem dobry w pisaniu relacji z podróży. W poprzedniej części zapomniałem wspomnieć o fenomenalnym przewodniku, z którym zwiedzaliśmy Skalne Miasto i Bakczysaraj panu Aleksandrze. Dawno nie spotkałem takiego człowieka, który miałby w sobie tyle pozytywnego sarkazmu i dobrodusznej ironii (jeśli takie połączenia słowne jak pozytywny sarkazm i dobroduszna ironia istnieją). Także z tego miejsca pozdrawiam pana Aleksandra.

Krymu część trzecia zacznie się od hymnu pochwalnego na cześć kwasu chlebowego, którego tutaj w Polsce wielbicielem nigdy nie byłem, a tam na Krymie spożywałem ten napój notorycznie. Zresztą okazji do zdobycia kwasu chlebowego było mnóstwo, na przykład w większych miastach stały sobie niemalże na każdym roku ulicy takie oto beczki, z których można było otrzymać zimny kwas chlebowy, który świetnie gasił pragnienie przy trzydziestostopniowej temperaturze.

Beczka z kwasem na ulicy w Eupatorii.

Beczka z kwasem na ulicy w Eupatorii.

Skoro już wspomniałem o Eupatorii to przyjrzyjmy się temu miastu bliżej. Eupatoria leży kilkadziesiąt kilometrów od Saki. Dostaliśmy się tam podróżując lokalnymi środkami transportu – busami zwanymi tutaj marszrutkamiEupatoria to ponad stu dwudziestotysięczne miasto, które przez lata było zapomniane, a obecnie konkuruje z Jałtą o miano największego kurortu Półwyspu Krymskiego.

Historia miasta sięga jeszcze czasów osadnictwa greckiego. Eupatoria była w zamierzchłych czasach kolonią grecką o nazwie Kerkinityda. Później bywało różnie Rzymianie, Tatarzy, Turcy i Rosjanie.

W tym mieście znajduje się również największe skupisko Karaimów i jest cała dzielnica karaimska. Najbardziej urokliwy zakątek Eupatorii.

 

Dzielnia karaimska

Dzielnia karaimska

Część dzielnicy jest odrestaurowana i wygląda przepięknie. Kręte uliczki, niewielkie domki skryte za murami pokrytymi płaskorzeźbami bądź kolorowymi malunkami. A część dalej wygląda jak niektóre fragmenty krakowskiego Kazimierza.

Brama do jednego z podwórek.

Brama do jednego z podwórek.

W środku dzielni Karaimów znajdziemy kenesę. Cudne miejsce, które lśni białymi ścianami, a zamiast dachu zwisają pędy winorośli. Możemy również poczytać w nim o historii Karaimów i ich obecnym losie.

Korytarz prowadzący do kenesy.

Korytarz prowadzący do kenesy.

Eupatoria ma również piękny meczet, który bardzo przypomina Hagię Sophię (nie mam dobrego zdjęcia). Cerkiew, która stoi tuż koło meczetu, a za kawałek dalej synagogę żydowską. Kościół katolicki też gdzieś jest w pobliżu.

Jeszcze fragment dzielni karaimów. Po co mieć zwykłą blachę jako bramę skoro można sobie machnąć coś takiego:

Maluneczki na brameczki.

Maluneczki na brameczki.

Eupatoria to także tramwaje poruszające się po jednym torze! Nie wiem jak to działa w praktyce, bośmy poruszali się marszrutkami, ale pewnie dość długo trzeba takim tramwajem jechać.

Wszystkie tory prowadzą do Eupatorii.

Wszystkie tory prowadzą do Eupatorii.

 

To był bardzo owocny dzień w zwiedzaniu dlatego pod koniec zasłużenie usiedliśmy sobie na zimnym piwku w pubie “Szerliok Holms”:)

Zimne i dobre to było piweczko, drogi Watsonie!

Zimne i dobre to było piweczko, drogi Watsonie!

To na razie tyle. Będą jeszcze inne części, bo Krym szeroki jest i długi! Pozdrawiam serdecznie!

P. S. Aha i dzisiaj podobno Dzień Blogera. U mnie jak zwykle stosowna notka pojawi się po czasie:) Wszystkim czytającym, piszącym wsio dobrego!

“Zmów pacierz, opuść wodze, odwróć na bok lica:” i Charlie nie zachowuj się jak strachliwa dziewica. Krymu część druga.

Znów początek z sonetu Mickiewicza tym razem o tytule “Droga nad przepaścią w Czufut – Kale”, czyli tak zwanym Skalnym Mieście. Mickiewicz dojechał tam na koniku myśmy doszli pieszo. Widocznie dwieście lat temu droga prowadzące do Skalnego Miasta była w znacznie lepszym stanie niż teraz. Miasto ma za sobą ponad półtora tysiąca lat znanej z zapisków historii. W chwilach świetności na wysokości ponad pięciuset metrów nad poziomem morza mogło mieszkać ponad dwa tysiące ludzi. Dzisiaj miasto to kilka budowli, mauzoleum córki chana, gołe ściany i wydrążone w skałach jaskinie, które ciągną się na powierzchni ponad 46 hektarów.

Karaimskie budowle na szczycie.

Karaimskie budowle na szczycie.

Skalne miasto przez stulecia należało do wielu ludów i cywilizacji. Podobno już w szóstym wieku naszej ery Cesarstwo Bizantyjskie założyło tu strażnicę. Później byli Mongołowie, Tatarzy, Karaimowie. I tak do dziewiętnastego wieku.

Karaimska świątynia czyli kienesa.

Karaimska świątynia czyli kenesa.

Ostatni gospodarze twierdzy to właśnie Karaimowie, którzy mieszkali tu prawie do końca dziewiętnastego wieku.

Widoki ze szczytu wzgórza są przepiękne nic dziwnego, że Mickiewicz był zachwycony.

Taki tam widoczek:)

Taki tam widoczek:)

Po drodze do i ze Skalnego Miasta znajduje się w dolinie monastyr mnichów prawosławnych, którzy również mają swoje cele oraz cerkiew wydrążone w skale. Niestety nie można zrobić fotki dość interesującemu wnętrzu cerkwi.

Fragmenty kompleksu klasztornego Zaśnięcia Matki Bożej.

Fragmenty kompleksu klasztornego Zaśnięcia Matki Bożej.

U stóp twierdzy Czufut – Kale rozpościera się miasto Bakczysaraj przez wiele dziesiątek lat stolica Chanatu Krymskiego. Tutaj też znajduje się kompleks pałacowy chanów.

W kompleksie pałacowym zwiedza się mnóstwo pokoi, które reprezentują pałacowe życie codzienne. Na przykład bibliotekę, gdzie jest kilka ciekawych wydań Koranu.

Ktoś potrafi to odczytać?

Ktoś potrafi to odczytać?

W pałacu jest też owa słynna “Fontanną Łez” o której pisali Puszkin i Mickiewicz uznając ją za pomnik ku czci Marii Potockiej polskiej szlachcianki, która miała być najukochańszą żoną jednego z chanów.

Niestety nie mam jej ładnego zdjęcia. Dlatego teraz będzie zdjęcie co można zjeść po tak długim i wyczerpującym zwiedzaniu. Ano można wsunąć Sarmę czyli tatarskie  gołąbki. Mięso mielone (chyba to była baranina – nie wnikałem) zawijane w liście winorośli. Pyszne to!

Pyszne to jest, ale porcje takie, że chłop się tym nie naje:)

Pyszne to jest, ale porcje takie, że chłop się tym nie naje:)

Dlatego jeśli chłop się nie naje to zawsze może jeszcze wsunąć pilaw:)

Po dwóch takich daniach można się poczuć jak w seraju.

Po dwóch takich daniach można się poczuć jak w seraju.

Na dzisiaj koniec. To był jeden dzień jaki spędziliśmy w Górach Krymskich. Bardzo interesujący i ciekawy. Będzie tego więcej, ale już nie tak dużo:)

Jakiś szok termiczny przeżyłem wracając do mej Ojczyzny i teraz pociągam nosem i czuję skrobanie w gardle. Na szczęście mam jeszcze trochę ukraińskiej wódki to trzeba będzie zastosować odkażanie:)

 

 

 

“Lubię poglądać wsparty na Judahu skale” – jak Charlie zdobywa Krym wytrwale. Część pierwsza.

Sobie tytuł posta zaczerpnąłem z sonetu naszego wieszcza, który odwiedził Półwysep Krymski prawie dwieście lat przede mną. I zobaczył znacznie więcej niż mi dane było zobaczyć. Co zobaczył to spisał w swoich sonetach. Ja zadowolę się tylko wpisem na blogu, bo raczej nie będę konkurował z Mistrzem Adamem.

Podróż moi drodzy na Krym z Krakowa podzielona była na etapy. Pierwszy etap to autobus (w naszym przypadku z Krakowa do Lwowa), a później dwadzieścia pięć godzin jazdy pociągiem relacji Lwów – Symferopol, później jeszcze godzinka drogi autobusem z Symferopolu do miejscowości Saki bądź Saky, gdzie mieliśmy noclegi.

Dworzec we Lwowie

Dworzec we Lwowie

 

Wybraliśmy podróżowanie i noclegi z biurem podróży, które zajęło się organizacją wszystkiego. Myśmy musieli tylko zapłacić pieniążki i być w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. A pobyt na Krymie, w Saki nie był w żaden sposób ograniczany przez biuro. Mogliśmy robić co chcieliśmy i robiliśmy co chcieliśmy:)

Wydawałoby się, że podróż całą dobę pociągiem może być męcząca. Może i była, ale upływ czasu zdecydowanie umililiśmy sobie spożywaniem alkoholu, który okazał się środkiem bardzo pomocnym jeśli chodzi o ugaszanie tak zwanego reisefieber

Piweczko

Piweczko

Pociąg musi przejechać ponad tysiąc sto kilometrów, jest bardzo długi – nasz składał się z ponad dwudziestu wagonów. My mieliśmy wykupione miejsca w czteroosobowej kuszetce czyli w przedziale zamkniętym. Radziecka myśl techniczna, która na początku wydawała się prymitywna i bezsensowna, w trakcie podróży ujawniała powoli swoje niemalże magiczne możliwości i bardzo ergonomiczne właściwości. Przedział okazał się bardzo wygodny i dość zadbany.

Podgrzewacz ciepłej wody użytkowej czyli bojler.

Podgrzewacz ciepłej wody użytkowej czyli bojler.

Każdy wagon ma swojego prowadnika, czyli jak wszyscy podkreślali – drugiego po Bogu obywatela wagonu. Trzeba było z chłopem w zgodzie żyć, bo to on dzierżył klucze do WC, serwował herbatę i kawę, ogólnie służył wyjaśnieniami. I w ten sposób się dowiedzieliśmy, że w wagonie nie ma toalety tylko jest sanitarna zonaNasz prowadnik był w porządku i chyba nas polubił.

Korytarz pociągu

Korytarz pociągu

I nie mogę nie wspomnieć o przystankach na trasie, które czasem trwają pół godziny. Co pozwala zaopatrzyć się w słynne пельмені – czyli pierogi z przeróżnym farszem. Zresztą można na takim przystanku zakupić niemalże wszystko – od piwa, wódki począwszy, a na różnych częściach garderoby skończywszy.

If babuszka gives you a melons - buy and eat them!

If babuszka gives you a melons – buy them and eat them!

Moim zdaniem zdjęcie mówi samo za siebie. Takich pań (bo to głównie panie były) na dworcach było całe zatrzęsienie. I to dzięki nim człowiek mógł nasycić głód cieplutkim pierogiem. Zaprawdę powiadam Wam, że były przepyszne. Szkoda wielka, że nasz Mistrz Adam nie opisał ich w swoich sonetach, bo nie tylko wzmianki w sonecie, ale napisania całego sonetu warte były te pierogi.

To na razie koniec części pierwszej. Będzie ich może więcej jak tylko dojdę do siebie, pozwolę mojej wątrobie odpocząć i przyzwyczaję się do tego, że nie ma trzydziestu stopni w cieniu, a ja nie mogę wyjść na plażę i zanurzyć się w ciepłej wodzie:)

adam

Wieszcz Adam wsparty na Judahu skale, wypatrujący Charliego

 

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 18

Dzień dobry!

Pani Wiosna w Krakowie się zjawiła:) A ja poprzedni tydzień miałem bardzo dziwny. Zupełnie jakby wyjęty z życiorysu. Ale już wróciłem i dam Wam garsteczkę “Książek najgorszych”:)

Dokładniej jedną książkę pana Jana Michalaka “Swój do swego”. Jest to sztuka ludowa o niesprawiedliwości społecznej i różnicach klasowych.

Wiadomości Literackie nr 29, 20 lipca 1924r.

WL1924nr2920VII

Książki najgorsze

“Jan Michalak. Swój do swego. Sztuka ludowa w jednym akcie ze śpiewami i tańcami. Zamość, Księgarnia Rolnicza, 1924; str. 32.

P. Michalak powiada przez usta chłopa Jamioły:

„Póki naród nie wykaże,
Że faktycznie pić nie lubi,
Póty Żydzi i pachciarze
Będą zdrowi wciąż i grubi.
A gdy jeden Żydek schudnie,
Zaraz w Polsce będzie cudnie!”

Strasznie mało potrzeba właściwie do uszczęśliwienia całego kraju. Wystarczy parę funtów mięsa żydowskiego!

Żyd Fruchtman tak namawia do picia:

“Pijcie, pijcie, głupie chamy,
Upijajcie się bez tchu (?),
Z wami sobie radę damy,
Gdy złożycie się do snu (!?).
Ja rachuję wszystko to.
Potem piszę byle co (?)”

Michalak sam pisze byle co, a o wódeczce musi mieć niezłe pojęcie i poważne doświadczenie w piciu, gdyż w swojej książeczce, obejmującej 32 strony druku, wymienia 28 gatunków wódki. M. in. spotykamy tam: ”Robaczówkę”, „Słonecznikówkę”, „Gorzycę”, „Mocarną”, „Drzewówkę” i tym podobne.

P. Michalak ma również dobrze wyrobione pojęcie o elegancji. W sztuce występuje hrabia Zbaraski, który przyjeżdża koleją do swego majątku i wysiada z wagonu z bukietem czerwonych róż, ubrany przytem we frak. Hrabia, który podróżuje we fraku, wyraża się bardzo górnolotnie, używając słów w języku nieznanym nam bliżej:

„Pardons mą ątante (!!!???)
Zrzucam z nieba niespodziankę,
Ofiaruję tę bogdankę,
Jak powiedział kiedyś Dante (!!!!)”.


Młody Jamioła dziękuje hrabiemu i powiada:

„Jestem ciemny, głupi chłop,
Nie mam smaku i ubioru,
Nie uczony, bez poloru,
Wymłócony jako snop.
W ciemię bito mnie od dziecka,
Ale nie znam co to gniewy.
Tyś jest ziarno, a ja plewy,
Dziś nam pachnie jedna kiecka”.

Wszystko jedno, niech się dzieje, co chce, ale nie mogę się oprzeć pokusie przyznania p. Michalakowi, że istotnie jest ciemny i głupi chłop, że nie ma smaku, że go bito w ciemię od dziecka, i że go jeszcze będą bili nieraz w życiu, jeżeli nie przestanie się zalewać wódką i pisać podobne świństwa.”

bt.

Mamy więc sztukę ludową z wyraźnymi akcentami antysemickimi oraz nieznajomością realiów obycia towarzyskiego.

Sztuka dotyka również problemu alkoholowego chłopów polskich.

Kolejny raz przekonujemy się, że walka o sprawiedliwość społeczną, równość, wolność i braterstwo powinna być czyniona przy pomocy ludzi posiadających talent pisarski. W przeciwnym razie autor może zostać odebrany jako podżegacz do pogromów i innych okropieństw.

Na pewno mamy wątek miłosny. Niestety nie ma w Jagiellonce dostępnego egzemplarza tej książki. Ja na podstawie przytoczonych fragmentów obstawiałbym miłosny trójkąt z Jemiołą, hrabim i bliżej nieokreśloną, ale pachnącą kiecką.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Alkohol…

Tak mnie czasem nachodzi ochota na stworzenie określonych obrazków, które powstaną z cytatów z książek. Zrobiłem ostatnio Lema żartownisia, a teraz chciałbym pokazać Wam cytat z “Laski Nebeskiej” Szczygła. Dokładniej jedną sentencję wypatrzoną  w praskiej toalecie:

alkohol

Także o co to ja miałem zapytać? A nieważne…

Teksturę wziąłem stąd: Texturez.com

Marcin Wroński “Morderstwo pod cenzurą”

Marcin Wroński "Morderstwo pod cenzurą"

 Jestem już po Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Może zbiorę się by napisać jakąś obszerniejszą relację z tego fantastycznego wydarzenia. Na razie jednak brak mi weny, by w sposób godny i właściwy oddać klimat festiwalu. Powiem krótko: poznałem nowych fenomenalnych ludzi, a z wieloma równie niezwykłymi spotkałem się ponownie. Miałem okazję porozmawiać z wieloma pisarzami, uświadomić sobie, że muszę porzucić doczesny świat na rzecz odludnej jaskini, w której oddam się czytaniu książek. Żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie będę spożywał żadnych pokarmów a żywić się będę wyłącznie strawą duchową, która pozwoli jednocześnie na aktywność 24 godziny na dobę. A jeśli tak nie zrobię, to sczeznę na świadomość, że tyle literatury nigdy nie zostanie przeze mnie poznane.

Dobra wracając do książki, o której chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć. Zacznę może mało oryginalnie, ale powiem Wam, że „Morderstwo…” to kryminał tak zwany retro. Dziejący się w czasach już minionych, czy słusznie to możecie ocenić sami. Tym razem mamy lata trzydzieste wieku oznaczanego dwoma iksami (XX). Rzecz dzieje się w Lublinie, który wówczas był stolicą województwa lubelskiego leżącego w centralnej Polsce! W tymże Lublinie, który miastem był dość prowincjonalnym ginie redaktor/redaktorzyna* mocno prawicowego czasopisma. Koleś obrażał wszystkich od Żydów a na endecji kończąc. Nic dziwnego, że mógł zaleźć wielu ludziom za skórę. Sprawa śmierdziała na kilometr i nie był to tylko smród gwałtownej śmierci.  Komisarz Maciejewski facet twardy i obdarzony niezwykłym policyjnym zmysłem wyczuwa, że z tego może być grubsza afera. Nie myli się zupełnie.

Dalej dzieje się jeszcze więcej, padają kolejne trupy, leje się wódka, obijane są różnej proweniencji facjaty. Po prostu dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy. Na szczęście zagadka zostaje rozwiązana, choć obywa się bez stuprocentowego szczęśliwego zakończenia.

Jak kryminał to może trochę o głównej postaci (nie jest nią trup, ani nawet trupy). Komisarz Maciejewski to idealny bohater kryminału. Twardy glina, który sporo w swoim życiu przeżył. Posiada wiedzę i umiejętności pozwalające mu z powodzeniem lawirować między zawiłościami stosunków służbowych i dzięki talentowi do rozwiązywania spraw zdolny jest utrzymać swoje stanowisko. Jego metody nie zawsze zgadzają się z regulaminem, ale współpracownicy go szanują i cenią jego zdolności. Nawet jeśli się nie myje i wygląda jak bandyta z podmiejskich ruder. I ma ciekawy, bardzo ciekawy sposób na sprawdzenie czy jest bardzo skacowany. Dodam, że w sposób zaangażowane są książki. Muszę spróbować.

Lektura należała do przyjemnych. Lublin lat trzydziestych jest żywym miastem, które autor odmalowuje między innymi dzięki smaczkom z międzywojennej prasy serwowanym nam po trochu. Bardzo mi się podobało to odbrązowienie tego okresu. Zawsze się dziwię temu, że tak wielu ludzi gloryfikuje ten czas, choć bywało w nim tak samo jak teraz, a może nawet gorzej. Policjanci są słabo opłacani, nie mają papieru, środków do pisania i tym podobne. Muszą drżeć przed karierowiczami, którzy liżą dupy komu trzeba i w ten sposób awansują. Cwaniactwo, kumoterstwo rządzą. Ja wyczuwam w autorze pokrewną duszę jeśli chodzi o fascynację prasą przedwojenną. Co mnie cieszy ogromnie, bo przede mną trzy książki tego samego autora i na pewno nadrobię zaległości. Tylko muszę znaleźć jakąś celę (ani klasztorną ani więzienną).

 

 

*niepotrzebne skreślić

Jan Costin Wagner “Księżyc z lodu”

Jan Costin Wagner "Księżyc z lodu"

Jan Costin Wagner “Księżyc z lodu”

Z czym kojarzy mi się Finlandia? Może będę mało oryginalny, ale z wódką o tej samej nazwie, która w czasach gdy byłem żakiem, tudzież studentem stanowiła rarytas niewątpliwy, nieosiągalny dla pustej sakiewki krakowskiego studenta, do tego studenta bibliotekoznawstwa.

Finlandia kojarzy mi się jeszcze ze straszliwie trudnym językiem, lasami, zimą, jeziorami i wojną z ZSRR w 1941. Kojarzę też nazwą Suomi, co w ich języku oznacza właśnie Finlandię. Sami Finowie podobno nie lubią nazwy Finlandia, bo nadali ją im Szwedzi, którzy przez długi czas panoszyli się na Półwyspie Skandynawskim. Fina nigdy żadnego nie spotkałem, ale jakoś tak czuję podświadomą sympatię do tego narodu.

Dlaczego piszę o Finlandii? A przeczytałem sobie takiego jednego „kryminała” napisanego przez Niemca, ale którego akcja dzieje się w Finlandii. Kryminał to trochę nietypowy jest, bo praktycznie od początku wiemy, kto morduje biednych, niewinnych obywateli oraz gości fińskiego miasta Turku.

Fiński policjant Kimmo Joenta rozpacza po śmierci swej ukochanej i młodej żony. By zająć czymś umysł wraca do pracy. Dostaje sprawę uduszenia kobiety, która zginęła we śnie, we własnym domu. Później popełnione są kolejne dwa morderstwa, wydawałoby się osób ze sobą zupełnie nie związanych. Łączy ich tylko osoba mordercy. Prowadząc śledztwo Kimmo wciąż męczy się ze wspomnieniami o swojej żonie bez której życie straciło sens. Zanurzamy się głęboko w jego smutku i rozpaczy, tak głęboko, że sam niemal zacząłem odczuwać smutek.  Jednocześnie obserwujemy wydarzenia z „pozycji” mordercy, który jest psychopatą, ale może wzbudzić litość (we mnie nie wzbudził).

Smutna to książka bardzo jest. Mógłbym nawet powiedzieć, że depresyjna. Gdyby nie wątek kryminalny można by spokojnie uznać ją za thriller psychologiczny. Naprawdę przez pierwsze strony przytłacza nas żal fińskiego policjanta. Potem jest trochę lepiej, ale cały czas zmarła Sanna unosi się w powietrzu i wtrąca swoje trzy grosze (oczywiście nie dosłownie, to nie jest książka o duchach).

Wrażenia? Oprócz przejmującego smutku dość pozytywne. Jeśli ktoś spodziewa się typowego kryminału to raczej może zostać zaskoczony. Korzystnie albo niekorzystnie to już od czytelnika zależy. To dobra książka, ale nie zachwyciła mnie niczym szczególnym, momentami nawet ciut się dłużyła. I jeszcze ten motyw Niemca, który odziedziczył mieszkanie po jednej z ofiar. Po cóż on tam był to za cholerę nie wiem.