Tadeusz Konwicki “Nic albo nic”

Takie to wydanie.

Czasem moi drodzy bywa tak, że trzeba odłożyć na bok ulubiony rodzaj literatury
i sprawdzić co tam Panie słychać w innych rejonach świata literackiego. Czasem taką decyzję podejmuje się świadomie, a czasem zupełnie bez udziału świadomości. Dzisiaj będzie o książce, którą przeczytałem żeby na chwilę odskoczyć od science and fiction, a kryterium wyboru było takie, że akurat stała u mnie na półce i kojarzyłem nazwisko autora (taki żarcik).

Continue reading

Edmund Wnuk-Lipiński “Mord założycielski”

IMAG0414

Trzecia i ostatnia część tak zwanej trylogii Apostezjonu. I jakie miałem wrażenia podczas lektury? Zobaczyłem, że potężny Apostezjon chwieje się w posadach. Rozprężenie moralne i obyczajowe sięga zenitu. Wódka jest legalna, a oprócz temporystów powstała kolejna klasa społeczna tak zwani lovitci. Zupełny margines. Chleją wódkę, siedzą na zasiłkach i płodzą się bez badań genetycznych, mieszkają w gettach, kradną, niszczą. Zespół Ekspertów, aby złagodzić nastroje społeczne wprowadził zawody dla gawiedzi. To bardzo niebezpieczna i czasem śmiertelna rozgrywka, w której biorą udział najlepsi, odpowiednio wytrenowani zawodnicy. Na scenę wraca główny bohater z pierwszej części Ira Dogow, który poszukuje nowego żywiołu do odrodzenia świata wśród lovitów. Poznajemy też młodego profesjonalnego zawodnika Daniela. Młodego, acz zdolnego i mającego wysokie ambicje. Daniel wyrywa piękną Candy z rąk kilera, spuszcza kilerowi łomot i musi uciekać. Po drodze mamy jeszcze pisarza będącego na usługach rządu Apostezjonu, który w swoim “słowaku” (osobisty komputer) oprócz książek chwalących pod niebiosa panujący ustrój zapisuje swój własny, prywatny dziennik.

Iluż ludzi tak postępowało i postępuje. Jak wielu pisarzy miało swoje prywatne dzienniki, które nie miały nigdy się ukazać, albo miały dopiero wyjść drukiem po ich śmierci. Wiktor Nordmann, bo tak pisarzowi na imię niestety popada w niełaskę i również musi uciekać przed karzącą ręką (nie)sprawiedliwości. Mamy pułkownika Vitolliniego z pierwszej części, któremu marzy się władza nad Apostezjonem, a który lubi również chłopców. Mamy wielką katastrofę w zakładach chemicznych, która jest utrzymywana w ścisłej tajemnicy, a której skutki odczuwać będzie cały świat (!). Ogólnie coś tam się dzieje, następuje ferment społeczny i tak zwana pospolita ruchawka.

Co mi się podobało w “Mordzie założycielskim” – przed każdym rozdziałem zamieszczono fragmenty, które często pochodziły z oficjalnych komunikatów rządowych. Wypisz – wymaluj bełkot propagandy PRL.

Przykłady:

Elementy awanturnicze, które ostatnio podniosły głowy zostały poskromione, przy aktywnym poparciu społeczeństwa. Jednak nadał sytuacja jest złożona, Pożar Pałacu Centralnego spowodowany przez margines społeczny, został dziś nad ranem opanowany. Władze, korzystające przejściowo z innej siedziby, w pełni kontrują rozwój wydarzeń. W innych rejonach wyspy panuje całkowity spokój i rytmiczna praca…

Z artykułu wstępnego dziennika „Nasz Głos” nr 110/10849 z dnia 22 kwietnia 2044 roku

Zadaję sobie często pytanie, dlaczego utopie wprowadzone w życie obracają się w swoje przeciwieństwo? Tam gdzie miało być wyzwolenie – rośnie niewola, tam gdzie miało być braterstwo – wyrasta przemoc, tam gdzie miała być sprawiedliwość – pleni się zbrodnia, odwaga zaś zamienia się w strach. Dlaczego? Nie znajduję na to pytanie odpowiedzi.

Z „Dziennika prywatnego Wiktora Nordmanna” materiał nie publikowany. Archiwum Służb Specjalnych, sygnatura AG/1786/29

Autor określił wreszcie datę wydarzeń na Apostezjonie – 2044 rok. Akcja “Mordu…” rozgrywa się w kilka lub kilkanaście lat po wydarzeniach z “Wiru…”. Jak już wspomniałem Apostezjon rozpada się. Wciąż jest państwem, w którym nauka stoi na wysokim poziomie patrz: hoduje się kilerów w laboratoriach (szkoda, że autor nie pociągnął tego wątku bardziej), wciąż jest państwem gdzie istnieje broń zdolna unicestwić wszystko co znajdzie się na celowniku, ale jest też państwem, gdzie istnieje podział na biednych i bogatych, żywność jest na kartki (!), a ci, którzy są poplecznikami rządu mogą liczyć na ogromne przywileje. Utopia przestała być rajem i stała się zwykłym państwem.

Nowa klasa społeczna lovitci kojarzy mi się z prolami z “Roku 1984” Orwella. Są dość liczni, są płodni, są prości, ale gdyby dać im trochę czasu to powstanie z nich żywioł mogący zburzyć stary świat. Tylko są również niemoralni, pozbawieni skrupułów i prymitywni. Ira Dogow powoli przygotowuje ich na rewolucję, ale sam uważa, że jest jeszcze na to za wcześnie.

“Mord…” miał trochę więcej życia, akcji w sobie niż “Rozpad…”. Dobrze i szybko się czytało, choć i tutaj odczuwałem niedostyy jeśli chodzi o nakreślenie sytuacji Apostezjonu. Jak na fantastykę socjologiczną strasznie mało tam nauki. Ot autor wpadł na pomysł, że kilerów robią w laboratoriach i o tym wspomniał.  A zapomniał powiedzieć skąd i po co ci kilerzy się lęgną w próbówkach. Zupełnie z dupy pojawiają się menele (lovitci) i stanowią od razu bardzo liczną grupę społeczną, która rządzi się własnymi prawami.Garść świetnych pomysłów bardzo ciekawych, które jednak nie wystarczyły, by uczynić z „Mordu…” bardzo dobrą książkę.

Ogólnie mówiąc, gdyby te trzy książki wymieszać, wziąć z każdej to co najlepsze to mogłaby powstać naprawdę świetna, zajebista książka. Dystopia jak się patrzy. Z państwem, które stoi na straży bezpieczeństwa obywateli, zapewnia im wszystko, co niezbędne do życia, a w razie jakiekolwiek oznaki buntu bądź niepokoju pierze tym swoim obywatelom mózgi, aż im szare komórki skwierczą, a ci są jeszcze wdzięczni za takie działanie.

A jak dla mnie mamy trzy dobre książeczki, które czyta się przyjemnie i szybko. I które kiedyś musiały robić znacznie większe wrażenie niż teraz.

Mikołaj Łoziński “Książka”

Mikołaj Łoziński "Książka"

Mikołaj Łoziński "Książka"

Laureat „Paszportu Polityki” w dziedzinie literatura za 2011, to już  powinno mi coś mówić. Rozchwytywany pisarz młodego pokolenia. To również powinno mi coś mówić. Autor „Reisefieber” to też powinno mi coś mówić. Powinno mówić, a nie mówi, psia jego mać! Ignorancją się wykażę i przyznam do indolencji czytelniczej. Nie znałem i nie słyszałem nazwiska Łoziński w kontekście „pisarzowania” do czasu, aż przeczytałem, że wyżej wspomniany literat dostał „Paszport” Polityki. Ale  za to nazwisko Łoziński poznałem dzięki ojcu pana Mikołaja Marcelemu, który jest reżyserem i którego dokumenty oglądałem kiedyś tam. Jeden szczególnie mnie zachwycił. Linka wrzucę Wam na końcu wpisu.

Pan Mikołaj (rocznik 1980), napisał książkę o tytule „Książka”. W tej książce o tytule „Książka” autor przybliża nam historię swej rodziny. Historię rodziny na tle wielkich wydarzeń dziejowych oraz zwykłej, szarej codzienności PRL. Robi to przy pomocy przedmiotów codziennego użytku oraz krótkich historii. Owe przedmioty są powiązane z wydarzeniami, które na łamach książki o tytule „Książka” opisuje nam autor. Fragmentarycznie i zupełnie nie chronologicznie poznajemy członków rodziny pana Mikołaja. Ojca, matkę, babcie i dziadków. O każdym możemy się dowiedzieć czegoś interesującego. Autor nie opowiada nam jednak wszystkiego. Przypomina to trochę podglądanie kogoś przez dziurkę od klucza. Niby coś widzimy, ale obszar jaki dostrzegamy nie jest zupełny i nie daje nam możliwości zobaczenia całości.. Książka o tytule „Książka” nie jest żadnym reportażem odsłaniającym mroczne i brudne tajemnice rodziny Łozińskich. Choć wiele w niej historii bolesnych, smutnych i tragicznych. Książka o tytule „Książka” jest wędrówką w czasie i przestrzeni, gdzie poznajemy pogmatwane losy bliskich autorowi osób.

Książkę o tytule „Książka” czytało mi się bardzo dobrze, szybko i miło. Jednak pozostał jakiś niedosyt. Nie do końca wiem z czym on jest związany. Owo uczucie jest bliżej nie określone i nie pozwala się schwytać w okowy słów. Uważam książkę o tytule „Książka” za interesującą, poprawną i dobrą, lecz nie powalającą na kolana. Wrażenia jak najbardziej pozytywne, tylko to uczucie gdzieś swędzi i nie pozwala w pełni odczuwać uczucia zachwytu.

Aha, i czasem zupełnie gubiłem się i nie wiedziałem, o kim czytam. Czy o babci ze strony mamy, a może o sąsiadce z naprzeciwka. To jednak był tylko drobny mankament. Fajnym pomysłem były prośby członków rodziny o opisanie czegoś lub kogoś, lub kategoryczne zakazy pisania o pewnych sprawach. Nadały książce o tytule “Książka” rys naturalności i realizmu.

Teraz obiecany link do filmu ojca Mikołaja Łozińskiego. Dokument nazywa się „Wszystko może się przytrafić”. Głównym bohaterem jest najmłodszy brat Mikołaja Łozińskiego Tomek, który w parku zaczepia starszych ludzi i z nimi rozmawia. Pełen ciepła, dziecięcej naiwności zderzonej z doświadczeniem starych ludzi. Momentami radosny, momentami smutny. Bardzo dobry. Polecam gorąco. W powiązanych dalsze części:

Jacek Dukaj “Wroniec”

Jacek Dukaj "Wroniec"

Jacek Dukaj “Wroniec”

Długo nie mogłem siebie przekonać do przeczytania tej książki. Za dużo było medialnego szumu wokół niej. Nie lubię czegoś takiego, tych wszystkich ochów i achów. Że bajka ale o czym! O Stanie! Wojennym! BAJKA! O wydarzeniu, którego świadkiem nie byłem (przyszedłem na świat 3 lata później), ale moi rodzice coś tam opowiadali. No nie było wtedy różowo. Dukaja jednak znam i lubię więc stwierdziłem, że dla odmiany przeczytam tę jego bajkę o stanie wojennym.

I bach, i trach! Jakże przyjemnie czytało mi się tę książeczkę. Książeczkę bo choć wydana w twardej oprawie i grubaśna to pełno w niej prześlicznych rysunków, a czcionka duża i taka ładna. Więc pewnie samego tekstu za niewiele by wyszło. Kolejny raz Dukaj pokazał, że ma łeb nie od parady i potrafi pisać. Bajka jak bajka, Adaś walczy ze złem aby odzyskać tatę, mamusię, siostrzyczkę zabranych przez złego Wrońca. Jest chłopcem obdarzonym darem i może walczyć ze sługami Wrońca za pomocą Słowa. Ale nie o tym – Jezu jak mi się podobał świat wykreowany i opisywany przez Dukaja, wszystkie te neologizmy na określenie Milicji, Ubecji, Tajniaków, Zomo. Tak cudnie zniekształcone przez dziecięce ucho. Młody coś tam usłyszał i sobie po swojemu nazwał rzeczywistość PRL. I również ta rzeczywistość opisana w bardzo plastyczny i żywy sposób. A opis kolejki po prostu mnie powalił na kolana. Przemknąłem przez książkę z czystą radością czytania.

I niech mnie linczują, że przecież bajka o stanie wojennym, że należy drugie dno, że metafory i ukryte znaczenia. Charlie nie jest głupi i doskonale wychwytywał (przynajmniej tak mu się wydaje) aluzje Dukaja. Ale tak naprawdę podczas lektury tej książki odstawiłem na bok swoją wiedzę i władzę przejęło dziecko (wiem, że to brzmi banalnie i infantylnie ale inaczej tego nie mogę nazwać). Wiedza cały czas była – inaczej “Wroniec” byłby lekturą bez sensu ale właśnie wiedza pozwalała mi czerpać dziecinną radość z talentu pisarskiego Dukaja. Bo gościu jest kimś.

Tak sobie myślę, że jeśli będę chciał opowiedzieć moim dzieciom (o ile będę je miał) o stanie wojennym to podczas lektury “Wrońca”.

Ale żeby nie było za słodko to się przyczepię do zakończenia, którego nie pojąłem ale to bajka, więc raczej nie można tutaj powiedzieć co autor miał na myśli.

P. S. Zresztą co ja będę opowiadał swoim dzieciom o stanie wojennym. Przecież go sam nie zaznałem a jeśli pojawią się na tym świecie to dla nich będzie już prehistoria.