“Obszar Marzyciela” Jean-Pierre Hubert

Nic tak nie przyciąga jak piersi, a piersi w malarstwie przyciągają w dwójnasób. Jean – Baptiste Greuze, “Dwie siostry”, olej na płótnie

Dobry wieczór! Chciałbym Wam opowiedzieć o książce, którą przeczytałem w lipcu roku pańskiego 2016… Tak moi drodzy takie mam zaległości w opisywaniu przeczytanych przeze mnie książek. I powiem Wam szczerze, że zaległości zamiast maleć to narastają w tempie niemalże tak samo szybkim jak rośnie dług publiczny Rzeczpospolitej Polskiej.

Continue reading

Tomasz Kołodziejczak “Czarny horyzont”

Uznałem, że świetnie do wpisu będą pasować grafiki Jakuba Różalskiego. Przecudne grafiki. Wszystkie pochodzą z stąd:https://www.artstation.com/artist/jakubrozalski

Uznałem, że świetnie do wpisu będą pasować grafiki Jakuba Różalskiego. Przecudne grafiki. Wszystkie pochodzą z stąd:https://www.artstation.com/artist/jakubrozalski

I kolejna książka Kołodziejczaka, którą wciągnąłem jednym haustem. Ba ja jej nie przeczytałem, ja ją pochłonąłem, pożarłem i z niewyspania chyba się do pracy spóźniłem.

Continue reading

John Wyndham “Poczwarki”

Kokon z poczwarką. Takie zdjęcie z Flickra. Źródło: https://flic.kr/p/525PwA

Kokon z poczwarką. Takie zdjęcie z Flickra. Źródło: https://flic.kr/p/525PwA

Na jednym z moich ulubionych blogów O dystopiach, którego autorka ma cudowny talent do wynajdowania prawdziwych pereł, pojawił się wpis o książce, o której zupełnie nic nigdy nie słyszałem. Zero, null, pustka totalna niczym w głowie większości polskich polityków. Zresztą o autorze tejże książki również nie słyszałem absolutnie nic. Wstyd mnie się zrobiło, bo pan Wyndham zasłużonym pisarzem jest. Napisał na przykład Dzień Tryfidów, który kojarzę tylko i wyłącznie z filmu. Z zadziwiającą jak na mnie szybkością i zdecydowaniem, za grosze zakupiłem Poczwarki na znanym serwisie aukcyjnym i to dosłownie za grosze. Po “Stalowym Szczurze” byłem wygłodniały porządnej lektury. I Poczwarki okazały się strzałem w dziesiątkę. Słuchajcie nie mogłem uwierzyć, że ta książka powstała sześćdziesiąt lat temu.

Continue reading

Zygmunt Miłoszewski “Gniew”

Dawna ulica Friedrichstrasse, obecnie Szrajbera. Źródło: Internety wszelakie

Dawna ulica Friedrichstrasse, obecnie Szrajbera. Źródło: Internety wszelakie

I stało się! Jak zapisano w w księdze proroczej dzień Gniewu nadszedł. Co prawda nie zagotowały się morza, nie wystąpiły z brzegów rzeki oraz nie zaczęły z nieba lecieć potoki siarki wymieszanej z gołębimi odchodami. Oj nie, takie rzeczy się nie działy. Nie zmienia to faktu, że ostatni tom przygód Szackiego już za mną. I dzielę się z Wami moimi wrażeniami.

Continue reading

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce “To nie jest historia dla dobrych panien: powieść gotycka”

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce

Wspominałem już, że moja biblioteka posiada dosyć interesujące zbiory zwłaszcza, jeśli chodzi o końcówkę wieku dziewiętnastego i początek dwudziestego. Czasem lubię zapuścić się między regały i szperać wśród zakurzonych woluminów. Często znajduję coś interesującego. I dziś chciałbym Wam drodzy moi czytelnicy pokazać istną perełkę polskiej literatury fantastycznej. Pośród zakurzonych książek natrafiłem na pozycję z roku tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego. Zainteresował mię tytuł, który brzmiał „To nie jest historia dla dobrych panien: powieść gotycka”. Ten dopisek powieść gotycka uruchomił u mnie skojarzenia, że przecież z takich powieści wywodzi się gatunek horroru. Przykucnąłem sobie na stołeczku i rozpocząłem lekturę.

Nie była ona łatwa, bo jak przystało na dopisek powieść gotycka cała była wydrukowana czcionką gotycką, a ta nie jest łatwą w lekturze. Nie spodziewałem się niczego zaskakującego jednak…

Zatopiłem się w lekturze na długie minuty, na szczęście powieść nie była zbyt długa i udało mi się ją skończyć bardzo szybko mimo problemów z odcyfrowywaniem gotyckiej czcionki. Niesamowita powieść polskiego zapomnianego pisarza Bonawentury Xawerego Bezbrzeżnego herbu w Łódce. Poszperałem trochę w wikipedii i w sieci. Znalazłem niewiele informacji o autorze. Kliknijcie sobie i przeczytajcie. Okazało się, że koleś miał nieźle zakręcony żywot. Był chyba pierwszym na ziemiach polskich miłośnikiem horrorów. Podobno w jego dworku można znaleźć było mnóstwo kości ludzkich na ścianach, czaszek, a sam gospodarz dworku całe noce spędzał na cmentarzach wykopując zwłoki i starając się zrobić z nich zombiaków! Nawet sprowadził czarownika z Haiti! I odprawiał z nim rytuały voodoo. W końcu miarka się przebrała i wkurzona lokalna społeczność, zamanifestowała swoje oburzenie poprzez rozniesienie na widłach szlachcica, a czarownika voodoo również chcieli roznieść na widełkach. Ten jednak zniknął w tajemniczych okolicznościach.

Wracając do książki. Jest to piękna i budząca grozę opowieść o młodej panience, z podupadającego szlacheckiego rodu, która nie zgadza się zostać kolejną matroną w owym rodzie i ostro się buntuje. Podczas jednego ze spacerów w puszczy (akcja dzieje się gdzieś na zadupiach dzisiejszej Białorusi), natyka się na dziwnego młodzieńca, cudacznie ubranego oraz strasznie bladego. O oczach „skrzących się jak dwa dyjamenty, piersi szerokiej i zębiszczach jak u wilczura” (takie perełki można odcyfrować z gotyckiej czcionki książki). Dobra wracając do fabuły. Otóż poznany w puszczy młodzieniec akurat konsumował jelonka. Co zadziwiające panienka nie przestraszyła się gościa pożerającego zwierzątko, jeszcze żywe. Nawiązała się znajomość, okazało się, że młodzieniec jest dobrym WAMPIREM, i ssie tylko zwierzęta, a nie ludzi. Poza tym przeprowadził się niedawno z rodziną i nie zna w okolicy nikogo. Dziewczyna, jak to młoda dziewczyna zakochała się w facecie, który (wg autora książki – „podczas miłośnych przechadzek schywtywał zębiszczami swemi, zajączki młode i rozrywał je na wpół, krew łapczywie spijając”). Nie będę osądzał, bo wiadomo miłość jest ślepa. Dalej mamy romantyczną historię miłości do mężczyzny, który ma erekcję tylko wtedy, gdy wychłepce krew z całego żubra (dosyć interesujące opisy miłosnych scen, na pewno nie łóżkowych, bo akcja dzieje się w puszczy na świeżym trupie żubra, niestety nie pamiętam dokładnych słów, ale były mocne). Ogólnie książka nie kończy się happy endem. Nie będę spojlerował, powiem tylko, że w akcję wtrąca się proboszcz, oraz społeczność lokalna uzbrojona w widły i płonące pochodnie.

Dlaczego zafascynowała mnie tak ta historia? Fabuła opowieści przypomina mi, co nieco te książki o wampirach – „Zmierzch” czy jakoś tak. Nie czytałem ich, ale trudno dziś funkcjonować w świecie popkultury nie wiedząc, o co kaman. Krótko mówiąc, „Zmierzch” to komercyjny ogromny sukces na całym świecie. A tu się okazuje, że grubo ponad sto lat temu, jakiś sfazowany polski szlachcic napisał podobną historię, tylko znacznie bardziej krwawą (ten młodzieniec nie jest taki miły do końca – oprócz jelonków i żubrów lubi, jednak possać sobie wieśniaka lub wieśniaczkę). Nie twierdzę, że pani Stephanie Meyer popełniła plagiat – to przecież niemożliwe. Po prostu praca w bibliotece utwierdza mnie coraz bardziej, w przekonaniu, że wszystko już było.

P. S. Po pierwsze nie spędzam swego całego czasu w pracy czytając stare książki.

Po drugie – jeśli ktoś nie kliknął w pierwszy link to zdecydowanie musi kliknąć w ten : KLIK. Mam nadzieję, że to wszystko wyjaśni :)

Szczepan Twardoch “Wieczny Grunwald : powieść zza końca czasów”

Szczepan Twardoch "Wieczny Grunwald..."

Szczepan Twardoch “Wieczny Grunwald…”

Ach! Rycerzem być, turnieje, białogłowy, miecze, zbroje, konie w zbrojach, miecze, krew, odcinane głowy, białogłowy, szacunek ludzi gościńca, czy wspomniałem już o białogłowach? To wszystko mieli w średniowieczu ludzie pasowani na rycerzy. Honor, męstwo, duma, kodeks rycerski, chanson de geste, szlachetność. Roland, Zawisza Czarny, Ryszard Lwie Serce, król Artur. To były ikony swoich czasów. Kolesie do których wzdychały wszystkie panienki.Taki obraz rycerstwa wśród większości ludzi współcześnie żyjących jest zakorzeniony.

Rycerz to miał klawe życie. Nauczył się za młodu napierdalać mieczem, toporem, kopią czy co tam było pod ręką, wyjechał na wojenkę i jeśli przeżył to się nieźle obłowił. A później tylko lansik na turniejach, jakaś tam dama serca, jakaś tam chusteczka i bujamy się od zameczku do zameczku.

Szczepan Twardoch w swojej książce, która została wydana w serii Narodowego Centrum Kultury “Zwrotnice czasu” (Ta seria coraz bardziej mi się podoba, ale promocja tych książek jest kiepska jeśli nie powiedzieć żadna. A przecież czytałem z tej serii “Burzę” Parowskiego i książka ta podobała mi się bardzo) wracając do autora, otóż on nam trochę ten obraz rycerstwa obnaża, odziera z tego całego mitu, splendoru pokazując, że chodzi o zabijanie. Oczywiście nie on pierwszy i nie on ostatni. Twardoch zrobił to naprawdę świetnie. Widać i czuć podczas lektury, że człowiek ten włożył ogrom pracy w książkę.

Krótkie wprowadzenie co do istoty fabuły: historię swojego życia czy też żyć opowiada nam Paszko, bękart króla Kazimierza Wielkiego i jakiejś tam niemieckiej mieszczki. Otóż ten Paszko zginął pod Grunwaldem ale nie poszedł ani do raju, ani do piekła. Został skazany na Przezwieczne bytowanie. Otóż Przezwieczne bytowanie polega na tym, że Paszko przeżywa wszelkie możliwe wersje historii świata. Wszelkie strumienie alternatywnych rzeczywistości Paszko doświadcza. I tutaj Twardoch pokazał kunszt – jego książka jest inna niż “tradycyjne” historie alternatywne. Dzięki Paszkowi poznajemy naprawdę fascynujące światy, w których dzieje się wszystko. I choć są one tylko tłem do głównej historii życia Paszki to spokojnie większość z nich nadaje się do zrealizowania w formie całych książek. Dodatkowo Paszko opowiada jeszcze o świecie, w którym dwa kraje, dwa narody, sąsiedzi od stuleci toczą ze sobą wojnę bez końca i bez rozstrzygnięcia. To Matka Polska i Niemcy. Mit naszej odwiecznej walki z Niemcami przeniesiony nie wiadomo do jakiej wersji historii. Totalnie odjechana wizja – Matka Polska to ziemia, to dworki szlacheckie, to łąki płaskie i jej dzieci, które słuchają tylko jej Rozkazu, na Rozkaz ten umierają i na Rozkaz powoływani są do życia. Niemcy z kolei to Blunt, to krew, to gotyckie zamczyska z mózgami, to fabryki żołnierzy. Tak się ścierają te dwie potęgi, które zdominowały cały świat i żadne z nich nie wygra bo pokonanie przeciwnika oznaczałoby utratę sensu istnienia i racji bytu.

Wracając do “oryginalnej” wersji żywota Paszki. Otóż nie miał chłopak łatwo. Bo choć był królewskim synem to miał takiego pecha, że Kazimierz wyciągnął kopyta zanim niemiecka mieszczka się zorientowała, że król nie tylko jej “dotknął” ale też zostawił po sobie pamiątkę. Biedna matka Paszki została skazana na żywot dziwki w krakowskim burdelu, Paszko dorastał wśród kurew, nieszczęścia, zła i ogólnie patologii totalnej. Ale, że był dzieckiem znajdował czasem i dobre chwile. Po śmierci matki, został wysłany do Niemiec, gdzie zaopiekował się nim mistrz szermierki. I Paszko jak dorósł to wrócił do Krakowa bo bardzo, ale to bardzo chciał zostać rycerzem. Czuł, że to jego przeznaczenie, że należy mu się to z racji królewskiego pochodzenia. Niestety nie udało mu się. Nie lubił on (tak eufemistycznie powiem) Polaków i nie lubił Niemców. Wśród każdej z tych nacji czuł, że jest obcym, mieszańcem i nigdy nie osiągnie wysokiej pozycji społecznej i nie zdobędzie szacunku. Dlatego z zemsty, pod Grunwaldem zabijał walczących po obu stronach. I zginął i trafił w Przezwieczne bytownie. To w takim mocnym skrócie.

Historia Paszki to opowieść niosąca uniwersalne przesłanie – ludzie to zwierzęta i zawsze będą zabijać. Zabijać innych, zabijać wrogów, zabijać przyjaciół. Zabijanie jest naszym pierwszym i najważniejszym instynktem. Twardoch kreśli świat okrutny, świat, który w każdej wersji jest przejebany. Bo taka jest natura ludzka i nic tego nie zmieni.Paszko często zwraca się do nas, do ludzi z naszej rzeczywistości, bo my jesteśmy jego słuchaczami. Oto co mówi o zabijaniu:

“Wielu z was wyobraża sobie zabijanie i umieranie jako wyjątkowe sprawy. A ja wiem, że w tym nie ma nic wyjątkowego, umieranie jest jak oddychanie, chodzenie, jak picie i żarcie, i sranie, jak kopulacja i lektura książek. Normalnie, umiera się. Śmierć nie jest niczym wyjątkowym.”

Twardoch odwalił kawał niezłej i na pewno mrówczej pracy. Paszko często mówi w średniowiecznej polszczyźnie. I jest to świetne doświadczenie, tak sobie przeczytać jakiś fragment w takim języku napisany i domyślać się co ten tekst znaczy. Jednak czasem przesadzał i za dużo tych fragmentów było. To jedyny mój zarzut jeśli chodzi o lekturę tej książki.

Generalnie polecam bardzo, książka nie jest na pewno żadną szybciutką lekturką na wakacje ale jest warto poświęcić jej uwagę.

Wiesław Myśliwski “Kamień na kamieniu”

Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

Wiesław Myśliwski “Kamień na kamieniu”

Lektura tej książki w moim wykonaniu trwała długo. Ale nie dlatego, że książka jest nudna, zła czy słaba. Po prostu specyficzny styl narracji nie pozwalał mi się wciągnąć zupełnie. Czytając “Kamień…” czułem się tak jakbym rozmawiał z moim dziadkiem jednym lub drugim lub z babciami. Tematy, które znam z własnego doświadczenia dodatkowo sprawiały, że książka odbierana była przeze mnie jako do bólu prawdziwa.

Historia Szymona Pietruszki mogła wydarzyć się u mnie na wsi i jego żywot nie różniłby się niczym od innych żywotów z tej wioseczki. Powiedzieć, że “Kamień…” to książka o życiu jest czymś tak oczywistym jak stwierdzić, że w dzień jest jasno. Znajomych motywów, motywików było mnóstwo, gadulstwo Pietruszki sprawiało, że odnajdywałem co chwilę jakieś zagrzebane wspomnienia  z dzieciństwa. Jak zaczyna się książka – Szymon idzie na targ sprzedać krowę po to żeby mieć za co wybudować grób. Bo jak wiadomo, grób musi być. Co to za człowiek, który przed śmiercią grobu nie ma już przygotowanego. Niechluj z niego i zrzuca najcięższą robotę na innych. Dlatego też gdy dziadek był chory, to z wujkami budowaliśmy dla niego kwaterę na cmentarzu. Miastowi powiedzą, że jak tak można – dziadek przecież jeszcze żył. Ale jesień już była, jeszcze ładna pogoda, jednak nie wiadomo jak długo będzie trwał słoneczny wrzesień. A później kopać tak grób w deszczu, gdzie wieje zimno i plucha. To nawet nie chodzi o wygodę kopiącego ale o robotę dodatkową jaka by nas czekała. A tak to szybko wykopaliśmy grób, wujek murarz postawił wszystko elegancko jak trzeba. Dziadek koło ojca swego spoczął, znaczy się mojego pradziadka. I kiedy na Adama przyszedł czas – miał już mogiłę jak się patrzy. Nie trza było gorączkowo szukać kogoś kto  grób przygotuje. Pamiętam jak dziś, w ósmej klasie podstawówki byłem, sobota, październik marchewkę z babcią wykopywaliśmy kiedy sąsiad przyjechał i powiedział, że z dziadkiem źle i po księdza trzeba dzwonić. To dokończyliśmy tylko to cośmy mieli zaczęte, żeby porządek był i poszliśmy do domu. Sam byłem u babci wtedy bo jedna siostra na zawodach gimnastycznych była a druga nie pamiętam już gdzie się podziewała. Nic nie wygrała a jeszcze sobie nogę jakoś tak uszkodziła, że miesiąc w łóżku przeleżała. Śmiałem się później, że jak dziadek umierał to ją jeszcze popchnął za to, że marchewki nie zbiera tylko się po zawodach włóczy. Wracając do Szymona – żywot ciekawy chłop wiódł, i dużo przeżył a niezły był z niego hultaj. W partyzantce był, niejednego zabił a ze śmiercią kilka razy zatańczył tak, że ona sama się zakręciła i zamiast zabrać go do siebie zostawiała na tym łez padole. I kobiety lubił a i one go lubiły. Umiał chłop i wypić i zatańczyć a w miłości też był niczego sobie. Wiele dziewek chciałoby go za swego chłopa ale jemu ani w głowie żeniaczka. Niecierpliwy był na to za bardzo. Brały go czasem takie złości, że nie mógł się opanować i reagował jak wściekły byk. Nie myślał wtedy zupełnie – jak ja gdy rzuciłem się na gościa na zabawie we wsi. Burak będzie mi tu kozaczył i panienkę co to ją sobie upatrzyłem na wieczór zagadywał, a znał mnie i wiedział, że ja się koło niej kręcę. Skoczyłem do gościa, zdzieliłem w ryj i byłoby po wszystkim bo juchą się zalał i dalszej ochoty do walki nie wykazywał. Ale z koleżkami przyjechał i tamci doskoczyli do mnie. Dobrze, że na zabawie kuzyni moi byli to poradziliśmy sobie z hołotą i na kopach wyprosiliśmy ich z remizy. Mimo kilku uszkodzeń na moim ciele ja i dziewczynka wieczór możemy wpisać w poczet udanych. Pietruszka również z kościołem był na bakier, w gminie działał. Ślubów udzielał a robił to pięknie i zgrabnie lepiej nawet od samego księdza. Nie dziwota, że ludzie do niego garnęli i śluby w gminie brać zaczęli. Na koniec jako stary i schorowany człowiek poszedł jednak do księdza, bo przecież miejsce na grób trzeba mieć. Pietruszka szedł pełen obaw ale ksiądz przywitał go niemal po przyjacielsku i godne miejsce na pochówek za darmo oddał. Fakt ten wprawił Szymona w zdumienie. I trochę Pietruszka spokorniał ale tylko trochę.

Taka jest cała ta książka, wątki i opowieści przeplatają się, cofamy się w czasie i przeskakujemy naprzód. Dowiadujemy się mnóstwa rzeczy o świecie i człowieku. Piękne to i fascynujące. Polecam każdemu tę książkę. Można dzięki niej nabrać dystansu do nas samych i zrozumieć sporo.

Cóż mi piekło, księże proboszczu, jak byłem na ziemi.”

P. S. Przytoczone w tekście wspomnienia należą do Charliego :)

Zbigniew Nienacki “Raz w roku w Skiroławkach”

Coś nie mogę znaleźć weny do pisania. Będzie o książce, którą przeczytałem nastolatkiem będąc. Autora wszyscy pewnie kojarzą jako twórcę powieści przygodowych dla młodzieży. Jest to jeden chyba z najbardziej rozpoznawalnych cyklów ever (heh alem zarzucił angielszczyzną). Mowa oczywiście o Panu Samochodziku. Autor jednak pisał również powieści dla dorosłych i taką jest niżej wymieniona.

No ale wracając do “Raz w roku…” przeczytałem ją mając lat naście. Dla wszystkich tych, którym fabuła książki nie jest obca nie powinno sprawiać trudności, by domyśleć się, co nastoletni, nabuzowany hormonami młodzieniec mógł z książki wyczytać i zapamiętać. Dla tych, którzy książki nie kojarzą powiem krótko: DZIEJE SIĘ W NIEJ DUŻO, dużo mocno erotycznych rzeczy. Napisanych żywym, obrazowym językiem. Tyle zapamiętałem.

Sięgnąłem ponownie po książkę bo… sam nie wiem (może chciałem sprawdzić jakie wrażenie wywoła na mnie po latach). I po tych latach, które minęły, podczas których człowiek trochę przeżył, odbiór tej książki jest zupełnie inny.

Powieść Nienackiego to opowieść o ludzkich pogmatwanych losach, o pełnych duchów mazurskich krajobrazach. O przeszłości, która odciska piętno na teraźniejszości i przyszłości. O poczuciu obowiązku, odczuwania dobra i zła. “Raz w roku…” to książka naprawdę mądra. Styl pisania Nienackiego – coś jakby przypowieści biblijne, każda poruszająca inny temat jednak wszystkie połączone miejscem akcji i osobami sprawia, że opisywane sytuacje często z pogranicza perwersji wydają się naturalne i nie rażą jakoś tak bardzo. Skiroławki to mała mieścina gdzie wszyscy się znają i wszyscy wszystko wiedzą o wszystkich, żyją obok siebie i starają się godnie postępować.

Książka mnie zachwyciła. Łyknąłem obydwa tomy bardzo, bardzo szybciutko. Wywoływała u mnie śmiech, ale też chwilę zadumy nad jakimś mądrym stwierdzeniem. I wiem, że będę do niej wracał, nie za często żeby się nią nie znudzić. Polecam wszystkim. A tym, którym książka wydaje się wulgarna i pornograficzna (podobno takie były o niej opinie), radzę udać się do seksuologa bo erotyki i seksu jest tam tyle ile powinno być (choć wydaje mi się, że coraz mniej takich ludzi jest – to znaczy ludzi, których ta książka może gorszyć).