Ludzie i gwiazdy: Antologia opowiadań pisarzy krajów demokracji ludowej

Taka retro rakietka idealnie pasuje tutaj. Źródło: https://pl.pinterest.com/pin/AW9jMKzyraNp7J453zNtSyfG-tik8eCIkjB6omzH4BPJ71-TLW9zqcg/

Ahoj czytelnicy moi drodzy. Przepraszam za nieobecność i jedynie pozostaje mi powiedzieć, że kolejna moja obietnica legła w gruzach i znów z tych gruzów powoli staram się wygrzebać. Dlatego będzie o książce, którą przeczytałem już ponad osiem miesięcy temu, ale zapomniałem praktycznie co w niej było i przeczytałem teraz znów. Dziwne to może, ale jakoś tak mnie naszło, że może lepiej Wam będzie opowiedzieć coś co mam w głowie na świeżo.

Continue reading

O Karelu Capku w przedwojennych “Wiadomościach Literackich”

Cieszą mnie takie znaleziska, które pozwalają z perspektywy osiemdziesięciu ponad lat spojrzeć na autora, którego się ceni. Na artykuł o Capku natrafiłem w numerze 27 (79) “Wiadomości Literackich” z roku 1925. Kto chce może sobie przeczytać artykuł bezpośrednio na stronie Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej (KILK).

Z współczesnej literatury czeskiej

Karol Capek

Krytyk, autor dramatyczny, powieściopisarz

capek11“W literaturze czeskiej po wojnie wypłynęły rozmaite nowe talenty. Między młodymi autorami najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem dojrzałości literatury czeskiej wobec Europy, młodym rycerzem, torującym jej drogę w świecie, jest Karol Capek.

Próby jego twórczości niczem nic zapowiadały, że zostanie nagle sławą nie tylko swej ojczyzny, lecz autorem znanym w Europie, prawie na całym świecie. Próby te były wprawdzie ciekawe, lecz o tyle, o ile ciekawa była działalność jego poprzedników, z pokolenia niepopularnych pisarzy, którzy przyszli po starych twórcach przedwojennej czeskiej literatury.

Początki twórczości Capka sięgają na parę lat przed wojną. Krytyka z lat dziewięćdziesiątych kończyła już prawie swe posłannictwo rozwojowe, miała za sobą głównie wojny zaczepne, wynikł szereg indywidualności, wojujących już nie ze swymi poprzednikami, lecz z przyjaciółmi. Na stanowiskach pozostali tylko krytycy społeczeństwa, walczący na dwa fronty: burzyli oni podupadłe życie narodowe i nieustraszenie walili w gmach władzy austrjackiej. Karol Capek, a raczej bracia Capkowie, gdyż równocześnie rozpoczynał pracę literacką Józef, postępowali śladami krytyków społeczeństwa. Nie odziedziczyli wprawdzie zapału narodowego, lecz zaczęli przejmować się gorąco życiem społeczeństwa. Chciwemi oczami ogarniali wszystko, co interesowało ich młode umysły, spragnione, subtelne i szybko się udoskonalające.

Erudycja ich miała orjentację niemiecką i francuską. Zajmowali się literaturą i sztuką (Józef został malarzem), rozwijali się w szybkiem tempie. Studjum w obu dziedzinach pomagały wielce podróże do Paryża i Hiszpanji, rozszerzające ich horyzonty. Literaturę rozpoczęli drobnemi, lekkiemi feljetonami prozą, podpisywanemi „Bracia Capkowie”, lecz następnie, otrzymawszy stałą trybunę w tygodniowym „Przeglądzie”, w którym pracowała ówczesna postępowa inteligencja, rzucili się do krytyki i popierali prądy wszelkich „izmów”, od których roiło się w artystycznej Francji. Następstwa tej intensywnej agitacji ukazały się wkrótce. Za przyczyną Capków założono „Miesięcznik Artystyczny”, organ młodych literatów i artystów, a wkrótce potem Karol Capek, zaledwie dwudziestotrzyletni młodzieniec, został na czas pewien redaktorem pierwszego artystycznego miesięcznika — „Volnych Smerów” („Wolnych Kierunków.”). Bojownicza młodzież trafiła jednak na opór, pozycje się zachwiały, trzeba było szukać współpracy ze starszem pokoleniem. Walczący bracia znaleźli poparcie w propagatorze wolnego wiersza, Otokarze Theer’ze, i w ciągle młodym burzycielu, St. Neumannie. Z nimi, a także z kilku innymi z pośród starszych i młodych, ułożyli z końcem 1913 r. manifestacyjny „Almanach na r. 1914″.

Najdzielniejszym ich pomocnikiem został St. K. Neumami, propagator t. zw. cywilizmu w sztuce. Capkowie powierzyli mu bardzo odpowiedzialną rolę: przygotowanie gruntu dla nowej sztuki wojowniczemi artykułami w robotniczych i ludowych gazetach morawskich. Znaleźli w nim rzeczywiście odpowiedniego człowieka, Neumann uznał ideały młodych za własne i przejął się niemi do tego stopnia, iż stanowi to nowy etap jego niespokojnego rozwoju.

Obaj bracia rozpoczęli twórczość  własną po ukończeniu tego teoretycznego przygotowania. Początkowo byty to tylko eksperymenty, które w druku wyszły dość późno, jako dokumenty przebytych stadjów rozwoju. Przed wojną wydali pierwszą wspólną książkę „Płonące głębie”, obejmującą próby nowel w stylu nowo-klasycznym, który przenikał czeską przedwojenną literaturę. Pod koniec wojny bracia Capkowie ostatni raz wystąpili wspólnie w „Ogrodzie Krakonosza” jest to miły utwór młodociany, pisany pod wpływem niemieckim, podobnie zresztą jak wspomniane już „Płonące głębie”.

capek10

Następnie wystąpił Karol Capek z własną książką p. t, „Boża męka”, która swem filozoficznem, pełnem samoudręki założeniem, zwięzłą formą i dekoratywnością słowa różni się wielce od książki brata Józefa, wydanej w tym samym czasie p. t. „Lelio”.

 Nadeszły lata przykre, i młody teoretyk musiał złożyć broń literacką wobec szalejącej walki narodów; podczas gdy drżał o losy ukochanej Francji, zajmował I się przekładami współczesnej liryki francuskiej, poto tylko, by paść ucho drogiemi mu dźwiękami francuskiej mowy. W tymże czasie zdobył zaszczytne stanowisko redaktora wielkiego dziennika „Narodni Listy”, który reorganizował się pod koniec wojny.

W feljetonach „Narodnich Listów” drukuje swe utwory filozoficzne, zebrane później w książkę „Pragmatyzm, czyli filozofja praktycznego życia”. Tamże otwiera przed czytelnikiem pracownię pisarza, przygotowującego się świadomie do swego zadania w tygodniowych, dowcipnych artykułach, które zebrał potem w książkę p. t. „Krytyka słów”.

Tak było do końca wojny; widoczne jest, że dotychczasowy jego rozwój był tylko przygotowaniem. Przygotowaniem nawet szkolnem, gdyż w tym czasie skończył uniwersytet, został doktorem filozofji, obok francuskiej zaczął studjować i angielską literaturę, a jako krytyk literacki, starannie badał literatury obce i pisał sprawozdania z ukazujących się drukiem przekładów. Lecz książki jego, wydane wspólnie z bratem i osobno, nie szły, nie były popularne, nie interesowała się niemi szersza publiczność, i nie było nadziei, by zainteresowanie wzrosło. Zadziwiająca „Boża męka” zajmowała tylko najmłodszych, którzy do dziś uważają tę książkę Capka za jedyne jego pozytywne dzieło, mające wartość dla młodej sztuki. Niespodzianie wystąpił Karol Capek na polu, gdzieby się go było można najmniej spodziewać — na polu dramatu. Wystawił utwór p. t. „Rozbójnik”. Sztuka miała nadzwyczajne powodzenie. Przedtem jeszcze wspólnie z bratem napisał na wzór włoskiej commedia dell’arte drobną, bibelotkową sztuczkę „Nieszczęśliwa igraszki miłości”. Lecz drobnostka ta, którą zauważyły teatry czeskie dopiero po jego powojennych powodzeniach scenicznych, nie dawały pojęcia o talencie autora „R. U. R.”

W Czechach wytworzyła się ciekawa sytuacja pod koniec wojny i w pierwszych latach powojennych: teatr stał się punktem powszechnego zainteresowania i zupełnie zgasił poprzednie zamiłowania do literatury. Capek wystąpił we właściwej chwili i twórczy wysiłek jego uwieńczyło powodzenie. ”Rozbójnik”, to pomnik postawiony młodocianym wierzeniom w chwili pożegnania się z niemi dojrzałego mężczyzny, to jeszcze utwór młodości, lecz już pełno tam poglądów Europejczyka i poważnego człowieka.

Wszystko, co napisał potem, czy w formie dramatu, czy powieści, bo i na nie się wreszcie odważył, jest niczem innem jak chwilami tęsknym, chwilami rozjaśnionym monologiem praktycznego filozofa, który przenika nawskroś przeszłe społeczeństwo. Pod różnemi maskami i przemianami, dostosowywanemi wprawnie przez tego namiętnego intelektualistę, oczarowanego prądem teoryj artystycznych, przemawia zawsze tylko on sam. Czasem wyimaginuje sobie zmechanizowanie cywilizacji z całą grozą tej ewentualności i opowie w „R. U. R.” nowoczesną bajkę o buncie sztucznych ludzi, dozwalając w końcu zwyciężyć uczuciom nad materią. Czasem wspomni sobie lata, spędzone z bratem, ich wspólne zamiłowania do przyrody, ich studia praktyczne i zbiory motyli i owadów, które dotąd zdobią jego mieszkanie — i stąd powstanie wspólna ferja „Z życia owadów”, która pod postaciami zwierząt kryje dzieje ludzkie, a jednocześnie jest spowiedzią autora, jego sceptycznej niewiary w ludzkość — niewiary nie spłoszonej uwodnem marzeniem, że przeminął groźny sen. To znów rozmyśla o urządzeniach świata, o wiecznie walczących żywiołach, i zamyśli się na temat przedłużenia istnienia człowieka. Żyjemy w czasach poważnych doświadczeń naukowych, lecz Capek wie, jak zniewolić widzów, więc chętniej wyszuka sobie u jakiegoś niegdyś bardzo czytanego autora przedziwne zdarzenie o żonie cudownego starca, i stąd wyniknie „Sprawa Makropulos”! Obok uśmiechu błyskającego z dyskusji o długości świata, pada na tę sztukę przerażający cień głównej postaci, która jakby była uosobioną minioną kulturą, zaprzepaszczoną przez mocnych panów świata, długo wyuzdanie hulających na rachunek słabych, bezbronnych członków społeczeństwa.

Dopiero po powodzeniu dramatów spróbował Capek szczęścia w powieści. Tutaj również jest to monolog autora zmieniającego maski.

Romans-feljeton ,,Fabryka absolutu” jest pełnym ducha wariantem tematów poruszanych w „R. U. R.” i „Z życia owadów”.

W „Krakatit” dotyka tematu masy wybuchowej, przez którąby można zapanować nad światem, niewiarą w cywilizację i kończy, podobnie jak w ,,R.U.R” wiarą w zwycięstwo królestwa bożego na ziemi i uczucia.

Należy podziwiać umiejętność, z jaką Capek przerzuca się z dociekań nad chaosem, wytworzonym przez wojnę, do fantastycznych a ciągle nowych zagadnień, tak jakby czeska myśl twórcza pod wpływem dążeń kulturalnych wydobyła się z kokonu poczwarki, w którą się oprzędła w czasach przedwojennych. Karol Capek jest nowym typem czeskiego pisarza przez swój nieoczekiwany rozpęd, którego nabrał po wojnie. W istocie jednak tkwią w nim wszystkie zdobycze czeskiej literatury współczesnej, które stworzyły państwo czeskie i ukazały mu nowe warunki rozwoju kulturalnego.”

Antoni Vesely

Jeśli ktoś przeczytał dotąd to bardzo mi miło. Ja sam obiecuję sobie, że przeczytam w końcu “R. U. R.”. Utwór, który zapowiada się bardzo ciekawie i smakowicie.

Ale, że pan Antoni określił “Fabrykę absolutu” romansem? Chyba, że wtenczas trochę inaczej pojmowano definicję romansu:)  Pozdrawiam Wam moi drodzy serdecznie w ten deszczowy, listopadowy, wieczór. I niech roboty się nie zbuntują!

Karel Capek “O wyobraźni”

Dziś na początek prawie końca tygodnia, tekst Capka z “Bajek i przypowiastek”. Tekst krótki, acz bardzo rozumny. Niewielki objętościowo, ale z dużym ładunkiem mądrości. Ja tak przynajmniej uważam. Poczytajcie sobie o wyobraźni…

O wyobraźni

“Kiedy pewnego dnia szewc wracał do domu, zobaczył przy nowym budynku bawiące się w piasku dzieci. Usiadł więc na kupie belek, grzał się na słońcu i patrzył.

 Był to zamek otoczony wałem i fosą, do której jeden pętak nosił wodę w kapeluszu. W ten sposób powstała budowla obronna, coś pomiędzy obozem Cezara a średniowiecznym zamkiem. Później okazało się, że trzeba pod wałem przekopać tunel, przez który mógłby przejeżdżać pociąg. Z hałasem i gwizdem kawałek drewna dojechał do środka twierdzy, gdzie był dworzec. Pasażerowie przy wysiadaniu deptali bezlitośnie po cezarowych murach. Kiedy znaleźli się w nieznanym i niezamieszkałym kraju, trzeba było wybudować z ciepłego piasku okrągłe murzyńskie lepianki. To się robi tak, że kładzie się na ziemi pięść, a na nią narzuca piasek, potem wyciąga się pięść i zostaje namiot; biada temu, kto by go dotknął. Dente et unquibus będziesz bronić swojego domu.

Panienka, która pilnowała jednego z tych chłopaczków, usiadła obok szewca i powiedziała:

— Wczoraj z tego piasku piekli racuchy, a kiedyś sprzedawali go na wagę jako mąkę i cukier.

— Myślę o tym — powiedział szewc — czym właściwie jest wyobraźnia.

Panienka utkwiła wzrok w swoim hafcie. — Wyobraźnia — powiedziała po chwili— to znaczy widzieć w ludziach i rzeczach coś innego, niż dyktuje rzeczywistość.

— Zaraz, zaraz — powiedział karcąco szewc. — Mówi tak pani dlatego, że się pani na kimś zawiodła. Bywa. Proszę popatrzyć, w nocy padało, więc budują dzisiaj z piasku tunele i zamki. Jutro piasek będzie suchy i już się z niego budować nie da. Jak pani myśli, czy dzieci powiedzą, że je piasek zawiódł i że jest do niczego? Czy też odkryją, że nadaje się do sprzedawania na wagę jako mąka albo cukier? Rozczarowanie to tylko brak wyobraźni. Wyobraźnia sobie potrafi poradzić. Zaraz, jak by to powiedzieć? Mieć fantazję to nie znaczy wyobrażać sobie coś, czym rzeczy nie są, ale coś, czym mogłyby być. Lub coś, co można by z nich zrobić. Ot, taki pędrak ma pomysł, że z piasku można budować. A ja, durny, chodzę obok kupy piasku i nie wpadnę na to. Ja i pani, panienko, tylko depczemy po piasku. Ale kiedy się człowiek zakocha, może wpaść na to, że na piasku da się pisać. Tak to jest.

Dziewczyna opuściła ręce na kolana, bo coś sobie przypomniała.

— Taki chłopaczek ciągnął dalej szewc — potrafi sobie wyobrazić, że mógłby być maszynistą, wojownikiem, podróżnikiem lub czym tam jeszcze. I ma rację, panienko. Jego cała fantazja oznacza właśnie to, że nie stłumił jeszcze w sobie tych rozmaitych możliwości. Pani też sobie czasem wyobraża, czym by pani mogła być, ale ponieważ jest pani dorosła, a więc również jest pani egoistką, myśli pani już tylko o tym, czym by pani chciała być… Nic tak nie ogranicza wyobraźni jak egoizm.

Panienka poczuła się dotknięta. — Pan myśli, że jestem egoistką?

— No. I nieszczęśliwa. I mówi pani sobie, że mogłaby pani być bogata i nie musiałaby pani służyć u ordynarnych, niesympatycznych ludzi. I mogłaby pani być dumną, piękną panią, której nikt nie odważyłby się ubliżyć. Wie pani, że naprawdę mogłaby pani tym być? Mogła. Mogłaby pani być matką siedmiorga dzieci. Lub roznosicielką gazet. Lub kurwą. Ale tego już sobie pani nie wyobraża, bo to się pani nie podoba, prawda? Niech no się pani rozejrzy dookoła, kim mogłaby pani być. Babą, która miesza wapno. Tą dziewczynką. Lub tamtą złą, brudną, zalataną kobietą. Przecież to tylko przypadek, że jest pani niańką, bo mogłoby być z pani tylu innych ludzi… I ja tak rozmyślam o tym, dlaczego ludzie są tak beznadziejnie zamknięci w tym głupim, małym przypadku swojej życiowej przygody. Z tego wszystkiego, kim mogliby być, przeżywają tylko tę jedną szczyptę, tylko to, kim przez przypadek są i to, kim chcieliby być. Nie sądzi pani, że to straszne?

Panienka wzruszyła ramionami. — Ja nie wiem — powiedziała. — Nie możemy przecież przeżyć więcej niż swoje własne życie.

— Ja wiem — powiedział szewc. — Ale powiedzmy, że oni, że ci inni, przeżywają te swoje życia za nas, wie pani? Tym, kim ja bym mógł być, jest ktoś inny. Człowiek może patrzyć na innych ludzi jako na inne możliwości samego siebie. Niech pani spróbuje. Zdziwi się pani, jak panią ludzie zaczną interesować.

— E tam — powiedziała dziewczyna – nikt się przecież nie naje kołaczem, który ktoś inny je za niego.

— Nie naje – przytaknął szewc. – Ale gdyby ludzie mieli więcej fantazji, potrafiliby się lepiej tymi kołaczami podzielić. Jeśli chcesz zrozumieć dzieci, musisz być dzieckiem. Musisz mieć w sobie nędzarza, żeby zrozumieć biednych. Niech pani zwróci uwagę, że taki chłopaczek to właściwie cała grupa mężczyzn: tkwi w nim mechanik, żołnierz, budowniczy i nie wiem, co jeszcze. A kiedy dorośnie, z tego tłumu zostanie tylko jeden człowieczek. Na Boga, gdzie się podziali ci inni? Gdziekolwiek by nie byli, są ukryci. Ale uwaga, bywa, że jeszcze nie są martwi…”

Karel Capek “Anonim”

Dziś świetny tekst Capka z “Bajek i przypowiastek”. Wpisuje się idealnie w opis mentalności wielu ludzi korzystających z Sieci, którzy myślą, że są anonimowi. Tak działali hejterzy przed wynalezieniem Internetu:)

Anonim

“No więc proszę sobie wyobrazić, co mi się przydarzyło, powiedział pan Dionizy. Ja już od lat dostaję takie, hm, anonimy. Pochodzą, sądząc według charakteru pisma, papieru i tak dalej, od trzech lub czterech osób: dwóch pisze na maszynie, a dwóch ręcznie. Z tych dwóch jeden ma potworną ortografię i robi wrażenie piwnicznego dziecka, podczas gdy drugi wprost kaligrafuje starannym, wypieszczonym rękopisem — ale się musi przy tym narobić! Dlaczego ta czwórka wybrała właśnie mnie, nie umiem powiedzieć: do polityki się nie mieszam, piszę tylko do gazety artykuły o potrzebach naszego mleczarstwa i serowarstwa. Wie pan, jak człowiek jest w jakiejś dziedzinie bodaj odrobinę fachowcem, to mu to nie daje spokoju i musi nawet tą odrobiną podburzać nasz naród oraz informować nasze uświadomione społeczeństwo i tak dalej. Nigdy nie sądziłem, że propozycje usprawnienia naszych serowni mogłyby obrażać czyjeś uczucia. Ale co człowiek może wiedzieć. Jeden z moich stałych anonimów jest według wszelkich danych rzeźnikiem albo masarzem, walczącym o interesy swojej branży. Po każdym moim artykule przysyła mi pisany na maszynie list, w którym mi wytyka, że chcę moim serem zasmrodzić nasze uświadomione społeczeństwo i osłabić siły naszego narodu. Drugi anonim, piszący na starym remingtonie, oznajmia mi zwykle, że jestem, jak powszechnie wiadomo, opłacany za moje idiotyczne artykuły milionowymi honorariami przez niektórych zainteresowanych, że już za te judaszowe pieniądze kupiłem sobie trzy majątki ziemskie i chcę tylko bałamucić nasz naród, żeby za swoje krwawe grosze zalewał się moim odtłuszczonym i chrzczonym tyfusową wodą mlekiem. Jeśli chodzi o ręcznie pisane anonimy to ten piwniczny pisze takie wstrętne rzeczy o mojej żonie… no, nie będę powtarzać, ale… to straszne, ile w ludziach jest złości i goryczy. To pewnie jakaś lepsza paniusia, która nas zna i dyktuje te swoje listy służącej albo praczce. I wreszcie ten kaligraf! Zaczyna groźnie „Panie!” i domaga się kategorycznie, żebym już sobie dał spokój z tym mlekiem. Naród ma ponoć inne kłopoty i obejdzie się sprawiedliwie z każdym, kto umyślnie zwraca jego uwagę na materialne błoto i zabija jego idealizm. Pan będzie wisiał na latarni jako jeden z pierwszych, oznajmia mi mój kaligraf, kiedy nasz naród przejrzy tę sieć kłamstw i haniebnych spisków, w którą wplątują go zdrajcy i podobni do Pana zaprzańcy oraz ci z Panem związani, i tak dalej. No, to drobiazg, w końcu anonimowe listy są zawsze pisane na jedno kopyto, zupełnie jakby były przepisywane z jakiegoś specjalnego „Sekretnika miłości” albo „Wzorowego ko-respondenta”. Mnie interesowało raczej to, kto to pisze. Myślałem sobie, że pewnie jakiś „przyjaciel”, który w taki pracowity sposób wylewa swoje osobiste uczucia i chce się na mnie za coś zemścić — ale za co, na to nie mogłem wpaść. Prawdopodobnie będzie to ktoś, kogo znam, lub ktoś, z kim kiedyś byłem w kontakcie. Ja bardzo nie lubię pisać listów, dlatego sądzę, że normalny człowiek musi mieć jakiś bardzo silny bodziec, żeby usiąść nad papierem i napisać do kogoś.

To trwało całe lata. Szczególne, że w ostatnich niespokojnych czasach było ich coraz więcej i były coraz bardziej napastliwe. Ten bojowy rzeźnik, czy jak mu tam, zaczął mi tykać i napisał „ty świnio spasiona, mam już naostrzony na ciebie nóż” i takie tam rzeczy. Ten z remingtonem zaczął się podpisywać „Liga Oczyszczenia” i radził mi, żebym się pożegnał z moimi majątkami ziemskimi – no, jeśli chodzi o grunta, to ja mam tylko skrzynkę z pelargoniami za oknem— bo podobno lud pracujący już wydał wyrok na takich pasożytów jak ja. Te listy analfabety o mojej żonie były jeszcze bardziej ordynarne, a ten kaligraf zrobił mnie osobiście odpowiedzialnym za wszystko, co się stało, i kończył słowami: „Uciekaj za granicę, nikczemniku, dopóki nie jest za późno! Tym razem się podpisuję: Szał”. Tam oczywiście było napisane więcej, ale w takim właśnie energicznym stylu. Ja sądzę, że niespokojne czasy pobudzają ludzi do pisania i wyzwalają potrzebę wywnętrzania się. Dziwiło mnie tylko coraz bardziej to, jak może taki nudziarz jak ja tak namiętnie kogoś interesować. W tym musi być coś bardzo osobistego… może kogoś obraziłem, albo komuś zawadzam — dużo to człowiek może wiedzieć o swoich znajomych? Tylko, wie pan, jest to trochę kłopotliwe, bo potem patrzy ciut podejrzliwie na każdego, komu podaje rękę: Przyjacielu, czy to przypadkiem nie ty?

Onegdaj wieczorkiem wyszedłem powłóczyć się godzinkę po ulicach. Zapomniałem o wszystkim i tylko się przyglądałem, że ludzie żyją zupełnie jak kiedyś, w czasach, które nie były historycznymi. Nawet nie wiem, jak się ta ulica nazywa — taka cicha, gdzieś w pobliżu Grobovki. Przede mną kuśtykał niski człowiek w pelerynie — miał chyba sakramencki katar, bo stale kasłał, cherlał i coraz to sięgał do kieszeni po chustkę. Przy tym sięganiu wypadła mu z kieszeni koperta. Nie zauważył tego i szedł dalej. Podniosłem ją i zerknąłem, żeby wiedzieć, czy warto z jej powodu gonić człowieka. Był na niej mój adres. Napisany tym starannym kaligraficznym charakterem pisma mojego czwartego anonima. Przyspieszyłem więc kroku i zawołałem:

 — Halo, proszę pana, czy to pana list?

Człowiek w pelerynie zatrzymał się i zaczął szperać po kieszeniach. — Proszę pokazać — powiedział. — Tak, to mój list. Bardzo panu dziękuję. Dziękuję uprzejmie.

A ja stałem jak wmurowany. Wie pan, ja mam pamięć do twarzy, ale tego człowieka jak żyję nie widziałem. To był taki chudziak z potwornie brudnym kołnierzykiem, w wystrzępionych dołem portkach, zamiast krawata miał niezgrabny węzeł, słowem — nędza. Jabłko Adama mu drgało, oczy miał załzawione, na twarzy obrzęk i jeszcze do tego jedną nogę jakby chromą…

— Dziękuję uprzejmie, proszę pana — powiedział z wzruszającą grzecznością i po staroświecku uchylił kapelusza. — Bardzo zobowiązany panu jestem. —Jeszcze raz zdjął kapelusz i potoczył się dalej z jakimś szczególnym dostojeństwem.

Mówię panu, stałem jak wryty i patrzyłem za nim z rozdziawioną gębą. Więc to jest mój anonimowy korespondent! Ktoś, kogo nigdy w życiu nie spotkałem i komu nigdy nic nie zrobiłem. A ten człowiek do mnie pisze i jeszcze to posyła pocztą pneumatyczną! Na miłość boską, czym na to zasłużyłem — a czym on? Ja myślałem, że to Bóg wie jaki tajemniczy wróg, a tymczasem… Przecież to tego biedaka jeszcze kosztuje! Chciałem za nim pobiec i wygarnąć mu, kim jest, ale jakoś nie mogłem. Odwróciłem się na pięcie i powlokłem się z powrotem. Wie pan, zrobiło mi się go nagle strasznie żal. Pomyślałem sobie, że skoro go to cieszy… Ale żeby przynajmniej za znaczki ofiara nie płacił! Mogłem mu powiedzieć, człowieku, może mi to pan przysyłać bez opłaty. Tyle pracy przy kaligrafowaniu i jeszcze takie koszty…

Rano dostałem ten list pocztą pneumatyczną, jeszcze zabłocony od tego upadku na mokry chodnik. Były w nim straszne rzeczy: postawić mnie pod mur, powiesić na akacji i nie wiem, co jeszcze. Ale mnie się zrobiło tylko smutno. Wie pan, to taki nieborak, ten człowiek. Jak się biedak musi dręczyć, niech pan sobie wyobrazi, jakie to musi być złe i dziwne życie…”

(1938)

Karel Capek “Bajki i przypowiastki”

Karel Capek "Bajki i przypowiastki"

Ogólnie nie lubię narzekać. Co prawda czasem sobie “POUTUSKUJĘ” (właśnie stworzyłem nowe słowo oznaczające narzekanie na obecnego premiera) na rząd, na syf, na pogodę, ale to nie jest ani zbyt rozgoryczone narzekanie, ani zbyt smętne.  Ot, tak coby rozmowę podtrzymać.

Ale irytuje mnie fakt, że człowiek jako istota może się z bogami mierzyć, może rzucać wyzwanie kosmosowi, może skakać z krawędzi owego. A wystarczy grupa stworów ni to wykazujących cechy organizmów żywych, ni to materii nieożywionej, by człowieka powalić. Sprowadzić do roli naczynia pełnego flegmy, śluzu, leżącego w skołtunionej i spoconej pościeli. Kaszlącego, kichającego i ogólnie do niczego.

Mam nadzieję, że tegoroczne święta należały u Was do udanych. U mnie też, ale za to dwa dni po świętach to była masakra. I nie mam na myśli poświątecznego kaca, ani głodu rozszerzonego żołądka. Dopadło mnie jakieś badziewie, któremu wystarczyło kilka godzin, by ze zdrowego, rumianego chłopczyka zrobić wrak. I nie chodzi o wódkę. Wódka niestety nie pomogła w walce z zarazkiem. I zmuszony zostałem swoje odchorować.

Teraz jest już lepiej. Dlatego moja ekshibicjonistyczna natura każe mi się dzielić z wami, owymi mało interesującymi detalami z życia mojego. Sam nie wiem po co, ani dlaczego, bo ludzie mają większe problemy.

Dlatego wracam do ostatniej książki przeczytanej w tym roku. Przeczytanej już przed świętami, ale nie miałem zupełnie czasu, by o niej coś napisać. Dlatego wpis o niej pojawia się dopiero we wciąż jeszcze Nowym Roku 2013. Po kolejnej lekturze książki Capka dochodzę do wniosku, że Karel to musiał być naprawdę mądry człowiek. Pełen nie owej akademickiej, odstającej od życia mądrości, spoglądającej na maluczkich z wysokości katedr uniwersyteckich. A mądrości właśnie dla maluczkich, takiego zdrowego rozsądku i normalnego, racjonalnego podejścia do życia, innych ludzi. Capek jednak nie patrzy na tych bliźnich bezkrytycznie. Bardzo ironicznie i z humorem daje prztyczka w nos społeczeństwu w swoich aforyzmach i opowiastkach.

Bo „Bajki i przypowiastki” to zbiór zarówno wielu aforyzmów stworzonych przez Capka, jak i bajek, opowiedzianych w interesujący sposób. Bajki Capka mają naprawdę zadziwiającą tematykę. Jest bajka o modrej kapuście, o tym jak hodować chmurki. Większość opisuje świat z perspektywy istot, które normalnie w bajkach nie goszczą. Czy ktoś widział, żeby napisać krótkie zdanie o tym, co do powiedzenia ma drewienko na wodzie o pstrągu? Bajki i aforyzmy Capka mają swój urok, spora część trafia w samo sedno i sprawia, że człowiek kiwa głową i myśli: że też ja o tym nie pomyślałem. W zbiorze znajdziemy mnóstwo bajek i aforyzmów na wiele różnych tematów, jest o wojnie, o pokoju, o władzy, o dyplomacji, o wojnie domowej, o przyszłości. Naprawdę mnóstwo.

Przypowiastki to kilka historyjek, których nie było w zbiorze „Humoresek”. Jedną już Wam tutaj na blogu przytoczyłem i będą następne. Bo jest kilka naprawdę świetnych i znakomitych.

 Polecam sobie lekturę dawkować – smakuje wtedy lepiej. Gdy będziemy czytać te aforyzmy jednym ciągiem możemy odczuć znużenie i przeoczyć naprawdę błyskotliwe. Capek moim zdaniem rządzi.

Karel Capek “Potop”

Pewnie macie dość już spamowania związanego z końcem świata. Ja mam dla Was trochę inne spojrzenie na to zagadnienie. Idealne, by się odprężyć. Historyjka z “Bajek i przypowiastek”. Moim zdaniem w sam raz na zimowy wieczór. Enjoy!

The Deluge by Francis Danby c. 1837

The Deluge by Francis Danby c. 1837

Potop

“Nie wiem, czy pamiętacie ostatni potop – pewnie nie, bo o takich rzeczach, jak zasłużona kara, ludzie bardzo chętnie zapominają. Ale to nie szkodzi, ja wam przypomnę. Było to pewnie po prostu tak, że Pan rozgniewał się na ludzi za rozpustę, frakcyjność i inne grzechy, i zdecydował, że dłużej na to nie będzie patrzyć. I zesłał deszcz, który trwał czterdzieści dni i czterdzieści nocy. Państwowy Instytut Meteorologiczny wprawdzie twierdził, iż jest to przypływ wilgotnego powietrza znad oceanu, spowodowany rozległym niżem znad kontynentu, ale kiedy Wełtawa rozlała się aż pod Muzeum1 ludzie zaczęli gadać, że to nie stało się samoistnie i że koniec świata jest murowany. No i stało się. Część ludzi szukała ratunku w kościołach, inni oblegali banki i wycofywali na gwałt swoje pieniądze, (co one były dla nich warte przy takiej katastrofie, niech Bóg osądzi), inni wreszcie hulali i żyli ponad stan jak dawniej. Mnóstwo ich utonęło właśnie w barach. Rozsądni ludzie naturalnie twierdzili, że temu potopowi trzeba jakoś zapobiec, na przykład budując tamy, i tłumnie zgłaszali się dobrowolnie d o pracy. Ale plany tam leżały w Ministerstwie Robót Publicznych i do dzisiaj chyba nikt do nich nie zaglądał. W końcu ludzie wzięli się za to sami i zaczęli budować tamy, gdzie im przyszła ochota. Ale cóż to było warte, skoro woda zalała Barrandov, Pankrac, Bohdalec i Stresovice2 i ciągłe jej przybywało. W innych miastach, krajach i częściach świata wcale nie było lepiej. Po prostu był to jeszcze jeden koniec świata, jak stoi w Księgach. I nikt sobie nawet arki nie mógł zbudować, no bo wiadomo. Podskali2 zostało zatopione najwcześniej, a ludzie na Vinohradach czy w Dejvicach2 nie potrafią nawet tratwy zbić, cóż dopiero mówić o arce, taki to już śródlądowy naród. Nic nie można było zrobić. Koniec świata to koniec świata.

W tym czasie żył jeden starszy pan, nazywał się Kościelny czy Nieumyślny, czy jakoś tak. Zostawszy emerytem wziął się za archeologię j ciągle szperał w poszukiwaniu jakichś prehistorycznych zabytków. Kiedyś kopał gdzieś w okolicy Hloubetina2 i znalazł jakieś gliniane skorupy, pocięte czymś w rodzaju skaz czy bruzd. Było tego około dwudziestu kawałków. No i ten pan Kościelny (czy Nieumyślny) wbił sobie do głowy, że te znaczki to historyczne runy i postanowił, że je odczyta. Przy tym odczytywaniu wyszło mu słowo SAMO i kilka innych dziwnych słów. Wtedy z radości przewróciło mu się w głowie i napisał książkę „O fragmentach Samona”, w której dowodził, że te skorupy pochodzą z rozbitej urny wielkiego wodza Samona, zwycięzcy Awarów i że na niej jest runami zapisany życiorys Samona w dawno wymarłym języku prehistorycznych celtyckich Bojów. Archeologowie przyjęli tę hipotezę kpinami, rzecz jasna, i określili te runy jako nieudany ornament kreskowy. Od tego czasu pan Nieumyślny (lub Kościelny) powziął śmiertelną nienawiść do uczonych archeologów i dowodził w szeregu broszur, że są ignorantami, a te jego skorupy to autentyczne resztki urny Samona. Zabrał się również do studiowania języków celtyckich i twierdził, że słowa, które odczytał na tych skorupach, naprawdę mają celtycki rodowód. Wiecie, jak można przekonywać uczonych o czymś, na co sami nie wpadli! Po prostu nauka nie przyjęła do wiadomości dowodów pana Kościelnego (lub Nieumyślnego), a pan Nieumyślny czuł się osobiście urażony i prowadził dalej swoją pełną goryczy walkę przeciwko archeologom. Nic innego dla niego na świecie nie istniało, tylko te jego runiczne napisy i walka o prawdę w naszej archeologii. I akurat w tym czasie nastał ten potop.

 Pan Nieumyślny (lub Kościelny) mieszkał na Vinohradach blisko wodociągów. Było mu obojętne, że na dworze leje jak z cebra, bo siedział przy swoim biurku i pisał namiętną polemikę z niejakim profesorem Ondrejczkiem, czy jak się tam nazywał ten specjalista od grobów celtyckich. Pisał więc i wcale nic go nie obchodziło. A kiedy mu jego służąca powiedziała, że z tego chyba będzie koniec świata, mruknął tylko, żeby mu dała spokój, bo nie ma czasu na takie głupoty. Co go może obchodzić jakiś tam koniec świat? Ja temu Ondrejczkowi pokażę, powiedział, tym razem rozszarpię go na kawałki. Te jego groby z Ouholic, powiedział, to żadne groby celtyckie, tylko zwyczajne germańskie mogiły. I taki dureń chciałby mnie pouczać, co to są fragmenty Samona! Po czym wyrzucił służącą, bo nie miał czasu słuchać jej gadaniny, i pisał dalej.

Potem znowu przybiegł do niego jeden z sąsiadów mówiąc, że wszyscy mieszkańcy domu postanowili zbudować tam w dole pod Kravinem zaporę przeciw tej nawałnicy żywiołów i żeby pan Kościelny też poszedł budować tamę. Jaka tama, panie, powiedział pan Nieumyślny, co mnie obchodzą wasze tamy, panie. Ja tu muszę nawtykać temu tępakowi, temu fałszerzowi nauki Ondrejczkowi, i to tak, żeby się nie pozbierał. Ja go muszę unieszkodliwić, to leży w interesie archeologii, mój panie. Taki ignorant nie może nam kalać imienia wymarłych ludów, krzyczał pan Kościelny (lub Nieumyślny). Mnie wasz potop nie interesuje, mój panie, proszę mi nim nie zawracać głowy. I usiadł, i pisał dalej. A woda sięgała po pas pomnika Svatopluka Cecha3.

Jako trzecia przyszła do tego pana Kościelnego jego kuzynka z Flory. Ona była z jakiejś sekty, która zbierała się U jednego kamieniarza na Olsanach i tam uprawiali wspólne modły, cuda i proroctwa. Ta kuzynka oznajmiła panu Nieumyślnemu, że nastaje koniec świata i wskrzeszenie sprawiedliwych, jak głosi Apokalipsa, i że on, pan Nieumyślny, powinien przyjść do nich i czekać na triumf sprawiedliwych przy wtórze zwycięskich hymnów. Ładni mi sprawiedliwi, stwierdził pan Nieumyślny. Modlić się to potrafią, ale walczyć przeciwko fałszowaniu nauki przez Ondrejczka to już nie. Dajcie mi wreszcie spokój z tym waszym końcem świata. Co do mnie, może być nawet dziesięć końców świata. Obym tylko pognębił tego Ondrejczka z jego grobami celtyckimi. Następnie zamknął drzwi, żeby mu nikt nie przeszkadzał w pracy.

Woda potem zaczęła się wznosić, aż zalała cały świat. Ludność wyginęła. Widocznie na to zasłużyła.

Kiedy wody znowu opadły i sięgały już tylko do placu Vinohradzkiego, na ulicy pokrytej warstwą błota pojawił się ten pan Kościelny czy Nieumyślny. Był suchy jak pieprz i niósł pod pachą rękopis swojej polemiki z profesorem Ondrejczkiem. Bardzo się złościł, że nie może znaleźć żadnego drukarza, który by mu tę broszurę wydrukował.

Kiedy po latach ludność znowu zaczęła się rozmnażać, nowi ludzie się dziwili, jak ten pan Kościelny czy Nieumyślny przeżył potop. Ale kiedy go o to spytali wprost, wybałuszył ze zdziwieniem oczy i powiedział: – Jaki potop? Ja o żadnym potopie nic nie wiem. Ja wtedy niszczyłem tego nieuka Ondrejczka. Wyobraźcie sobie, że ten ignorant wystąpił przeciwko moim runicznym napisom!

Między nami mówiąc, w przetrwaniu pana Nieumyślnego nie było nic szczególnego. My przecież od dawna wiemy, że ludzkie złości i fanatyzm przeżyją wszystkie pogromy i potopy, ba, nawet sam koniec świata ich nie ruszy.

 

1) Muzemu – Narodni Muzeum w Pradze, budynek położony w najwyższym punkcie placu Wacława.

2) Barrandov, etc.—dzielnice i okolice Pragi.

3) Svatopluk Cech —poeta czeski (1346-1903). Największy rozgłos zyskał cykl wierszy „Pieśni niewolnika”. Pomnik S. Cecha znajduje się w wysoko położonym punkcie Pragi.”

1938

Karel Capek “Antek”

Dziś będzie fragment z książki Capka, którą aktualnie sobie podczytuję – “Bajki i przypowiastki”.

Antek

“Z tym Antkiem to było tak. Raz przyszła nasza ciotunia, czyli siostra mojej żony, niby po to, żebym jej w czymś poradził. Myślę, że to chodziło o konia. Chciała kupić do gospodarstwa konia, więc powiada, wy szwagier, jako kolejarz to znacie kupę ludzi, i tych handlarzy, co to jeżdżą na targi, to może byście się zapytali o jakiego porządnego konia. Zagaduję o gospodarstwie, ale widzę, że ciotka ma pełno w torbie. To będzie pewnie gąska. No, Franiu, myślę sobie, będziesz miał w niedzielę na obiad gęś. Dogadaliśmy się z ciotką, ale ja ciągle myślę o tej gęsi. Mogłaby, panie, ważyć z osiem funtów, to i jakiś smalec by się wyskwarzyło. Ach, ta ciotka to mądra kobita. A ona powiada: tum wam, szwagier, coś za tę pomoc przyniosła. I wyciąga to z torby. A to ci tak zaczęło kwiczeć, że aż podskoczyłem ze strachu jak oparzony. Patrzę, żywe prosię, a drze się jak zarzynane. Piękne prosiątko, co prawda, to prawda. Ta nasza ciotka to taka prosta baba, weźmy na przykład konduktora: taka prowincjonalna kobieta widzi w nim władzę. Konduktor może się na ludzi wydzierać i posyłać ich do wszystkich diabłów, aż im pójdzie w pięty, więc to władza. No to biedna ciotka pomyślała, że się musi nie wiadomo jak postawić. Szanuje mnie, to prawda, a nasze dzieci kocha jak własne, no i powiadam wam, takie prosię przyniosła. Tu macie, szwagier, tu od naszej maciory.

Wiecie, jak to zaczęło kwiczeć, to zaraz przybiegła żona i dzieci. Ale było radości! Chłopak je złapał za ogonek i nie mógł się nacieszyć, jak zaczęło kwiczeć. Andzia je wzięła na kolana i trzymała jak dziecko. Prosię umilkło, zaczęło z zadowoleniem chrząkać i zasnęło, a ta dziewucha to ci siedziała jak posąg, prosię owinęła w fartuch, a oczy to jej się zrobiły jakieś takie tajemnicze. Ja tego nie mogę pojąć, skąd się u takiej siksy bierze tyle macierzyństwa. No to powiadam, trudno, dzieci, musimy uprzątnąć drewutnię i zrobić z niej chlewik dla Antosia. Nie wiem, dlaczego nazwałem to prosię akurat Antoś, ale to imię już mu zostało, dopóki było u nas. Tylko, fakt, kiedy ważyło już ponad dziesięć kilo, zaczęliśmy go nazywać Tosiek, a potem to już był Antek. Nasz Antek. Człowiek by nawet nie uwierzył, jak szybko taki tucznik rośnie. Jak będzie miał swoich siedemdziesiąt kilo, kombinowałem, zrobimy świniobicie. Coś tam się zje, coś wytopi na smalec, a jakiś schab się uwędzi na zimę. Tak go karmiliśmy i hołubiliśmy i przez całe lato się cieszyliśmy na to świniobicie. A Antek to za nami chodził nawet do izby i drapać się pozwalał, no, sto pociech. Niech mi nikt nie opowiada, że świnia to głupie zwierzę.

 A raz koło Bożego Narodzenia powiadam: żono, mógłbym już przecież zawołać rzeźnika.

– Po co? – powiada żona.

– Toć żeby zabił Antka.

Żona tytko na mnie spojrzała ze zdziwieniem, a ja sam poczułem, że to zabrzmiało jakoś dziwnie. – Żeby zabił to prosię – dodałem szybko.

– Antka? – powiada żona i stale tak dziwnie patrzy.

– Przecie po to chowaliśmy, nie? – ja na to,

– To nie trzeba mu było dawać chrześcijańskiego imienia – jęknęła żona. – Ja bym tego nawet nie mogła wziąć do ust. Wyobraź sobie, kiszka z Antka. Albo zjeść ucho Antka. Tego ode mnie nie możesz wymagać. I od dzieci też nie. Człowiek by się czuł jak, z przeproszeniem, ludożerca.

Wiecie, głupia baba. To jej powiedziałem, nie pytajcie nawet, jak. Ale kiedy sam zacząłem rozmyślać, to mi się zrobiło tak jakoś dziwnie. Cholera, zabić Antka, ćwiartować Antka i wędzić Antka, to coś nie tak, sam bym tego nie chciał jeść. Człowiek nie jest przecież nieludzki, no nie? Jak nie ma imienia, to prosiak jest prosiakiem, ale jak to będzie jak raz Antek, to już ma człowiek do niego inny stosunek. Co ja wam będę opowiadał: sprzedałem Antka rzeźnikowi, ale i tak silę czułem jak handlarz żywym towarem. Ani mnie te pieniądze nie cieszyły.

I tak sobie myślę, że ludzie się mogą zabijać, dopóki ten drugi nie ma dla nich imienia. Gdyby wiedzieli, że ten, w którego celują z flinty, nazywa się Franciszek Nowak albo inaczej, powiedzmy Franz Huber albo jakiś Antek czy Wasyl, to myślę, że coś by im w duszy szepnęło: psiakość, nie strzelaj, przecież to Franciszek Nowak! Gdyby wszyscy ludzie na świecie mogli się nazwać swoim prawdziwym chrześcijańskim imieniem, to myślę, że by się miedzy nimi bardzo wiele zmieniło. Ale dzisiaj jakoś ludzie i narody nie mogą znaleźć sobie imienia. I to jest kłopot, panie.”

1937

Karel Capek “Klub wierzycieli barona Bihary’ego”

Zasypuję Was tym Capkiem z “Humoresek”, ale on fajny jest:)

“Klub wierzycieli barona Bihary’ego”

Znów odszedł od nas jeden z naszych członków, stary Pollitzer, wiecie, ten, co to handlował maszynami do pisania. Panie świeć nad lego duszą; prawda, miał już przeszło osiemdziesiąt lat, ale jeszcze mógł z nami pobyć; biedak, tak lubił te nasze wtorki! Gdybyśmy przypuszczali, że nas tak prędko opuści, bylibyśmy go wybrali na prezesa  – nie dlatego, że był z tych większych wierzycieli (miał u pana barona tylko kilka tysięcy), ale żeby mu sprawić przyjemność. Trzeba przyznać, proszę pana, że w naszym gronie panują bardzo dobre stosunki, jak rzadko w którym stowarzyszeniu. Ano, co robić, już za późno; ale kupiliśmy mu wieniec na trumnę; panie, co za wieniec! Przyjemnie było popatrzeć!

Co to za klub? Panie, to długa historia! Był w Pradze taki jeden pan baron Bihary, taki wielki, szlachetnie urodzony pan – włosy krucze, a oczy! No, kobiety za nim po prostu szalały! Wynajmował w Bubenczu całą willę; miał dwa auta, a co do kochanek, to z samych tylko rachunków obliczyliśmy, że ich było siedem; jednym słowem, Don Juan! Podobno miał majątek w Słowacji, ogromne lasy gdzieś tam pod Jasiną, jakąś fabrykę celulozy, hutę szklaną i szyby naftowe gdzieś u Antalowców, jednym słowem, bogacz! Czy może pan sobie wyobrazić, ile traktorów, maszyn, urządzeń kancelaryjnych, czeków, maszyn do pisania, biżuterii i kwiatów? Prawda, utrzymanie takiego majątku wymaga ogromnych pieniędzy, ale też pan baron umiał się pokazać. Wszystko, co robił, robił na wielką skalę – wspaniały człowiek! A potem się okazało, że tej fabryki celulozy nie ma, lasów nie ma i majątku także nie ma; była tylko huta szklana, ale maszyny z niej pan baron już dawno sprzedał. Okazało się także, że pan baron Bihary, nie jest żadnym baronem, tylko zwykłym obywatelem z Pereczyna. Mieliśmy go podać do sądu o oszustwo i takie różne rzeczy, ale gdy się zeszli jego wierzyciele, doszli do przekonania, że wyszliby na tym kiepsko; może dostaliby kilka dywanów i trochę perfum, które były w willi, ale nie uratowałoby to nikogo, widzieliśmy to jasno. „Jeżeli pana barona zamkną, możemy się pożegnać z pieniędzmi — powiedzieli sobie wierzyciele – a nuż jeszcze kiedy zrobi majątek ten łajdak? Świnia to on jest, gębę ma nie od parady, a występować umie jak książę; może się bogato ożeni albo coś takiego – jednym słowem, w takim szczęśliwym wypadku, będzie nam mógł chociaż trochę wypłacić.” Tylko nie wolno nam go zniszczyć, bo wtedy nie zobaczymy ani grosza. I tak odwołaliśmy wszystkie skargi i zawiązaliśmy klub wierzycieli. Było nas około stu siedemdziesięciu – byliśmy jak ci rotaryści, z każdego zawodu przynajmniej jeden: właściciele składów nut, restauratorzy, bankierzy, krawcy, jubilerzy, właściciele kwiaciarni, jeden budowniczy, jeden handlarz koni, właściciel perfumerii, krawcowa, kilku adwokatów, jakaś dziwka i już sam nie wiem kto — w sumie jakieś szesnaście czy siedemnaście milionów koron. Zaczęliśmy urządzać zebrania i radziliśmy, jak pana barona ratować, żeby nie wpadł. Musieliśmy go za wszelką cenę utrzymać na powierzchni, żeby mógł próbować szczęścia, a przy tym trzeba było zwracać baczną uwagę, żeby czego nie zbroił, za co władze musiałyby go przymknąć. Pewnego razu straciliśmy go na jeden dzień z oczu i już gdzieś tam kogoś nabrał, a myśmy to musieli po cichu załagodzić. Tak, tak, proszę Pana, to były czasy pełne emocji! Ten pan baron miał jedną pasję – grę w karty, i to szulerską grę  – ciągle oszukiwał.

Albo znowu chciał się przerzucić na szpiegostwo. Ciągle ktoś z nas musiał go pilnować – ale trzeba mu przyznać, był to niezwykle miły kompan. Zawsze nas zapraszał na wspaniałe uczty, a potem mówił: „Niech pan to zapłaci i dopisze do mojego rachunku.” Co robić! Nigdy chyba nie użyliśmy tak, jak w owych czasach z panem baronem. I przyzwyczailiśmy się do siebie, rozumieliśmy się wszyscy nawzajem doskonale: sami starsi, rozważni, doświadczeni ludzie; wszystko to robili tylko dlatego, żeby jakoś wydobyć pieniądze, które im był pan baron winien.

Po pewnym czasie pan baron nagle znikł. Podobno uciekł do Ameryki, do Hollywood czy gdzieś tam. Cóż, taki to nie zginie, a może jeszcze zrobić karierę; kto wie, a nuż po latach nam zwróci długi? Tylko że my, wierzyciele, bardzośmy się do siebie zdążyli przyzwyczaić, wprawdzie bardzo nam było żal tego pana barona, pieniędzy też, ale jeszcze bardziej żałowalibyśmy, gdybyśmy się mieli ten jeden raz w tygodniu już więcej nie spotykać. Takeśmy sobie zawsze przyjemnie pogadali o różnych gospodarczych kwestiach, wiadomo, jakie to teraz kłopoty, nie ma już w interesach tej solidności, co dawniej bywała; a także dzieliliśmy się doświadczeniami z różnych zawodów. Bo też skąd który z nas mógł wiedzieć, jak wygląda taki na przykład handel samochodami albo sprzedaż kwiatów? A w naszym klubie są te wszystkie branże, jak to się mówi, na jednym pokładzie. Wobec tego powiedzieliśmy sobie: „A niech tam, naszego pana barona diabli wzięli, ale myśmy się dzięki niemu poznali i nadal będziemy się razem trzymać, i basta!” No i schodzimy się co wtorek od dziesięciu lat; zawsze wspominamy naszego pana barona – co on tam biedak w tej Ameryce robi, a potem gadamy sobie o złych czasach, człowiek sobie przynajmniej trochę ulży, i o różnych chorobach. Ba, już dwunastu z nas przeniosło się do wieczności. Bardzo będziemy odczuwać brak starego pana Pollitzera. Szkoda, że pan nigdy nie spotkał pana barona Bihary’ego – mówię panu, to był czarujący człowiek – mógłby pan wtedy należeć do naszego klubu.

Karel Capek “Przypadek prawny”

Kolejny fragment z “Humoresek” Capka:

“PRZYPADEK PRAWNY

— …walę więc na osiemdziesiątce do tego zakrętu, bo droga pusta, oczywiście, był to idiotyzm z mojej strony, zmniejszyłem tylko trochę gaz i biorę wesoło wiraż. I nagle patrzę, w poprzek drogi idzie orszak ludzi. Pogrzeb. Właśnie skręcał do bramy cmentarnej. Nacisnąłem hamulec i… zarzuciło jak cholera! Pamiętam tylko, że czterej ludzie, którzy nieśli trumnę, rzucili ją na drogę i sami hyc! do rowu, a mój wóz trzask! wyrżnął tyłem w trumnę i tak ją stuknął, że przeleciawszy przez rów znalazła się w polu. Wylazłem z maszyny. Jezusie Mario, jeżeli jeszcze rozwaliłem księdza i całą zbolałą rodzinę, to będzie ładna heca! Ale na szczęście nic się nikomu nie stało; po jednej stronie drogi stał chłopiec z krzyżem, a po drugiej ksiądz i familia; wyglądali jak figury woskowe. Dopiero po chwili ksiądz zaczął się trząść ze strachu i jąkał zdenerwowany:

– Panie, co pan wyprawia! Nawet dla zmarłych nie ma pan szacunku!

Ale ja byłem kontent, że nie zabiłem żadnego żywego! Po chwili ludzie opamiętali się; jedni zaczęli mi wymyślać, inni pobiegli na ratunek nieboszczykowi w trumnie; myślę, że to już jest taki instynkt w człowieku. Ale nagle rzucili się z powrotem, wrzeszcząc z przerażenia. Wyobraźcie sobie, w kupie rozbitych desek ruszał się żywy człowiek, rękami macał koło siebie, chcąc usiąść.

 — Co to — powiada – co to? — i ciągle próbuje się podnieść.

Skoczyłem do niego.

– Dziadku — mówię — niewiele brakowało, a byliby was pochowali! — I pomagam mu wydostać się z tych desek. A on tylko mruga i jąka;

– Co? Co? Co?

Ale wstać nie mógł; myślę, że od tego uderzenia zwichnął sobie albo złamał nogę.

Co tu dużo gadać! Wsadziłem dziadka i księdza do maszyny i zawiozłem ich do domu tego nieboszczyka. Za nami szła cała familia w nieutulonym żalu i chłopiec z krzyżem. No i muzyka, oczywiście; ale nie grała, bo nie wiedziała, jak będzie z forsą.

– Za tę trumnę wam zapłacę — powiedziałem — za doktora również. Ale poza tym możecie mi, podziękować, żeście nie pochowali żywego człowieka. — I pojechałem dalej. Prawdę mówiąc, byłem zadowolony, że już to mam za sobą i że nie stało się nic gorszego.

Niestety, teraz dopiero się zaczęło. Najpierw napisał do mnie wójt tej gminy całkiem uprzejmy list: że podobno rodzina tego domniemanego nieboszczyka, niejakiego Antoniego Bartosza, emerytowanego kolejarza, jest niezamożna; że chciała za ostatnie zaoszczędzone grosze dziadka godnie pochować; i że teraz, kiedy dziadek na skutek mej nieostrożnej jazdy powrócił do życia, będą go musieli pochować po raz drugi, na co przy swej niezamożności nie będą mogli sobie pozwolić; żebym więc zwrócił im koszta nieudanego pogrzebu, łącznie z księdzem, muzyką, grabarzem i stypą.

Następnie przyszedł list od adwokata występującego w imieniu owego dziadka: że Antoni Bartosz, emerytowany kolejarz, żąda zwrotu kosztów za zniszczone ubranie, w którym go chowano; następnie kilkaset koron za leczenie złamanej kostki; i wreszcie pięć tysięcy odszkodowania za ból, który spowodowałem. To już mi się wydawało lekką przesadą.

A potem nowy list: że podobno dziadek otrzymywał emeryturę; kiedy oddał ducha Bogu, emeryturę mu oczywiście wstrzymano i teraz urzędy nie chcą mu jej nadal wypłacać, ponieważ mają od powiatowego lekarza potwierdzenie, że umarł. Podobno dziadek chce mnie podać do sądu, bym mu płacił dożywotnią rentę zamiast straconej emerytury.

Ale i to nie koniec. Wkrótce przyszedł jeszcze jeden list: że dziadek od tej chwili, kiedy go wskrzesiłem, czuje się bardzo słaby i że trzeba go intensywnie odżywiać. I w ogóle podobno zrobiłem z niego zupełnego kalekę, nie jest to już ten sam człowiek, jest do niczego. Podobno tylko ciągle w kółko powtarza: „Ja mu tego nie daruję! Musi mi to wszystko wynagrodzić, choćbym miał pchnąć sprawę do najwyższej instancji! Żeby taką krzywdę zrobić biednemu człowiekowi! Za to powinna być taka sama kara jak za zabicie!”

I tak dalej. Ale najgorsze jest to, że wtedy nie miałem zapłaconego ubezpieczenia od wypadku i Towarzystwo Ubezpieczeniowe nie chce nic o tym wypadku słyszeć. I teraz nie wiem. Jak pan myśli? Będę musiał to wszystko zapłacić?”

Karel Capek “Opowiadanie starego kryminalisty”

Dzisiaj na piątkowe popołudnie powiastka Capka z “Humoresek”. Ach, gdyby takie cele istniały w “Polszcze”:)

“OPOWIADANIE STAREGO KRYMINALISTY

— To jeszcze nic — odezwał się pan Jandera, literat.— Gonitwa za złodziejem to stara historia, ale ciekawsze jest, gdy złodziej szuka tego, kogo okradł. To się właśnie mnie zdarzyło. Napisałem kiedyś nowelę i dałem ją do druku, a gdy ją czytałem już wydrukowaną, ogarnęło mnie jakieś dziwne uczucie. Bracie, powiedziałem sobie, już gdzieś kiedyś coś podobnego czytałem. A niech to piorun trzaśnie, komu ja ten temat zwędziłem? Trzy dni chodziłem jak błędny i ani rusz nie mogłem sobie uprzytomnić, od kogo ja ten temat, jak to się mówi, wypożyczyłem. Wreszcie spotykam kolegę i mówię mu:

– Słuchaj no, bracie, tak mi się coś wydaje, że ta moja ostatnia nowela jest ściągnięta.

— Poznałem to od pierwszego rzutu oka — rzekł kolega. — Ukradłeś ją z Czechowa.

Ulżyło mi, a gdy potem rozmawiałem z pewnym krytykiem, powiedziałem mu:

– Wie pan, trudno w to nawet uwierzyć, ale człowiek czasem popełni plagiat i nawet o tym nie wie: na przykład moja ostatnia nowela…

— Tak, wiem — odpowiada ów krytyk. — Ściągnął ją pan z Maupassanta.

I tak obszedłem wszystkich moich przyjaciół. Słuchajcie, gdy człowiek raz wejdzie na pochyłą drogę przestępstwa, nie wie, jak się z niej wycofać; wyobraźcie sobie, okazało się, że tę jedną jedyną nowelę ukradłem jeszcze z Gottfrieda Kellera, Dickensa, d’Annunzia, Tysiąca i jednej nocy, Charles Louis Philippa, Hamsuna, Storma, Hardy’ego, Andrejewa, Bandinellego, Roseggera, Reymonta i wielu innych. Z tego widać, jak człowiek grzęźnie w przestępstwo coraz głębiej.

– To jeszcze nic — zaczął chrząkając pan Bobek, stary kryminalista. — Przypomina mi to jeden wypadek, kiedy schwytano mordercę, ale nie wiadomo było, jakie popełnił morderstwo. Nie, nie, to nie o mnie chodziło, ale mieszkałem przez pół roku w tym samym kryminale, gdzie przedtem siedział ten morderca. Było to w Palermo — wyjaśnił pan Bobek i dodał skromnie: — Znalazłem się tam tylko przez jakiś kuferek, który mi wlazł w ręce na statku kursującym z Neapolu.

Historię owego mordercy opowiadał mi naczelny dozorca tego domu: trzeba wam wiedzieć, że go uczyłem grać w „francefus”, krzyżowego mariasza i „boże błogosławieństwo”, zwane także „gotysek”. To był bardzo pobożny człowiek, ten dozorca.

A więc pewnego razu w nocy policjanci — we Włoszech chodzą zawsze we dwóch — ujrzeli na Via Butera, co to prowadzi do tej śmierdzącej przystani, pędzącego co sił człowieka. Więc go przyłapali i „porco dio”, on miał w ręku skrwawiony sztylet. Ma się rozumieć, wzięli go na policję i dawaj pytać, kogo zasztyletował. „Zamordowałem człowieka, ale nic więcej wam nie powiem; gdybym powiedział, unieszczęśliwiłbym jeszcze innych ludzi.”

I rzeczywiście, nic więcej z niego nie wydobyli.

Ma się rozumieć, zaczęli zaraz szukać jakiegoś trupa, ale nie znaleźli. Wobec tego nakazali zbadanie wszystkich „drogich nam zwłok”, ludzi zgłoszonych w owym czasie jako nieboszczyków, ale okazało się, że wszyscy zmarli po chrześcijańsku na malarię i podobne choroby. Wtedy na nowo zabrali się do tego młodzieńca. Zeznał, że się nazywa Marco Blago, pochodzi z Castrogiovani i jest czeladnikiem stolarskim; następnie zeznał, że dźgnął ze dwadzieścia razy sztyletem pewnego chrześcijanina i że go zabił; ale nie chciał powiedzieć, kto to był, żeby nie sprowadzić nieszczęścia na innych ludzi. I koniec. Poza tym wzywał dla siebie kary boskiej i walił głową o ziemię. „Takiego żalu — mówił dozorca — jak żyję, nie widziałem.”

Ale wiecie, że policja nie wierzy człowiekowi tylko tak na słowo. Pomyśleli sobie, że ten Marco pewno nikogo nie zabił i tylko tak łże. I posłali sztylet do uniwersytetu, a tam profesorowie orzekli, że krew na tej stali jest ludzka i że ostrze musiało przebić serce. Nie mam pojęcia, jak to tak można poznać. Dobra, ale co teraz mieli robić: mordercę mieli, ale morderstwa ani śladu. A przecież nie można postawić człowieka przed sąd, nie wiedząc — za jakie przestępstwo. Musi być „corpus delicti”. A tymczasem Marco ciągle tylko się modlił i ryczał, i błagał, żeby go już postawili przed ten sąd, żeby odpokutował swój śmiertelny grzech.

Dozorca mi opowiadał, że on, ten Marco, był taki dobry i piękny; jak żyje, nie mieli tam takiego dobrego mordercy. Czytać nie umiał, ale Biblię wciąż trzymał w ręku, chociażby do góry nogami, i płakał nad nią. Wtedy na niego nasłali takiego poczciwego księżula, żeby go umocnił na duchu i przy tym jakoś sprytnie wyspowiadał, co i jak było z tym morderstwem. Ten ksiądz, ilekroć wychodził z celi Marka, obcierał sobie oczy i mówił, że jeśli będzie trwał dalej w tym stanie duchowym, to na pewno osiągnie wielką łaskę, że jest to dusza łaknąca sprawiedliwości. Ale oprócz tych słów i łez księżulo także z niego nic nie wyciągnął.

Kiedy wreszcie zaczynało to wszystko głupio wyglądać, powiada prezydent policji: „Mordiano, kiedy ten Marco chce koniecznie wisieć, dajmy mu to morderstwo, które w trzy dni po jego zamknięciu popełnione zostało w Arenelle, gdzie znaleziono zabitą babę. Przecież to kompromitacja! Tu mamy mordercę bez morderstwa i bez trupa, a tam mamy znowu takie, piękne, niewątpliwe morderstwo bez sprawcy. Złóżcie to jakoś do kupy; kiedy Marco chce być koniecznie skazany, to mu będzie wszystko jedno za co, a my mu się odwdzięczymy, jeśli się przyzna do tej baby.”

Zaproponowali to Markowi i obiecali mu, że za to na pewno dostanie stryczek i będzie miał wreszcie spokój. Marco namyślał się przez chwilę, a potem oświadczył: „Nie, skoro już raz zgubiłem swą duszę morderstwem, nie chcę jej jeszcze obciążać takim śmiertelnym grzechem, jak kłamstwo, oszustwo i krzywoprzysięstwo.” Taki to był, panowie, sprawiedliwy człowiek.

No, ale teraz to już tego mieli dosyć, teraz w tym kryminale myśleli tylko, jak się tego zatraconego Marka pozbyć. „Wiecie co — powiedzieli dozorcy — zróbcie jakoś tak, żeby mógł uciec; na sąd go posłać nie możemy, byłaby to tylko kompromitacja, a puścić go na wolność, kiedy się przyznaje do morderstwa, też jakoś nie wypada. Zróbcie jakoś tak, żeby ten „dio cano maledetto” ulotnił się nieznacznie.” A więc, posłuchajcie tylko, panowie: od tego dnia posyłali Marka bez eskorty po pieprz i po nici; jego cela była przez cały dzień otwarta, a ten głupi Marco po całych dniach latał po kościołach i po wszystkich świętych, ale wieczorem gonił z wywieszonym ozorem, żeby mu o ósmej nie zamknęli przed nosem bramy kryminału. Raz umyślnie zamknęli wcześniej, a on narobił takiego hałasu waląc w bramę, że musieli otworzyć i wpuścić go do celi.

Pewnego wieczoru powiada dozorca do Marka: „Ty porca Madonna, dziś tu śpisz po raz ostatni; kiedy nie chcesz się przyznać, kogo zabiłeś, to my cię, bandyto jeden, stąd przepędzimy. Idź do diabła, niech on cię ukarze”. Tej nocy Marco powiesił się na oknie swej celi.

Słuchajcie, ten poczciwy księżulo twierdził wprawdzie, że jeśli ktoś popełni samobójstwo z wyrzutów sumienia, może być, mimo tego ciężkiego grzechu, zbawiony, ponieważ umarł w stanie czynnego żalu. Ale widocznie ten ksiądz nie był tego zupełnie pewien albo też jest to dotychczas nierozstrzygnięta kwestia, dość, że Marco od tej chwili w owej celi straszył. A było to tak: gdy kogoś w jego celi zamknęli, to w tym człowieku budziło się sumienie i zaczynał żałować swych grzechów, odprawiał pokutę i zupełnie się nawracał. Ma się rozumieć, nie każdy w tym samym czasie: gdy chodziło o przewinienie, trwało to noc, o przestępstwo — dwa lub trzy dni, a o zbrodnię — czasem i trzy tygodnie, zanim się więzień nawrócił. Najdłużej trzymali się kasiarze, defraudanci i w ogóle ci, co robią duże pieniądze; mówię wam, że duże pieniądze szczególnie człowieka zatwardzają czy też jakoś zatykają sumienie. Najskuteczniej działał zawsze dzień rocznicy śmierci Marka. Wreszcie zrobili tam w tym więzieniu z celi Marka coś jakby celę poprawy. Zamykali tam więźniów, żeby żałowali swych win i nawrócili się. Wiadomo, że byli wśród nich tacy, którzy mieli w policji protekcję, bo przecież niektórych łajdaków sami policjanci potrzebują, toteż nie każdego tam zamykali i niejednego zostawiali nie nawróconego. Mam wrażenie, że ci najwięksi łotrzy nawet łapówki płacili, byle tylko ich do tej cudownej celi nie wsadzano. No cóż; już i w cudach nie ma uczciwości.

— Tak mi to wszystko opowiadał dozorca w Palermo, a koledzy, którzy tam byli, potwierdzali. Siedział tam właśnie jeden angielski marynarz — za bójki I awantury; ten Briggs poszedł prosto z celi na Formozę, jako misjonarz, i jak potem słyszałem, zmarł tam śmiercią męczeńską.

 A więc, jak już wspomniałem, tego głównego dozorcę uczyłem grać w karły, w takie pobożniejsze gry. Okropnie się złościł, kiedy przegrywał. Ale kiedy pewnego razu ani trochę mu karta nie szła, wściekł się i zamknął mnie do tej Markowej celi. „Per bacco — krzyczał — ja cię nauczę.” No, a ja położyłem się i zasnąłem. Rano wzywa mnie ten dozorca d pyta: „No, jak tam, nawróciłeś się?” „O niczym nie wiem, signore commandante — powiadam — spałem jak suseł”. „No, to marsz z powrotem!” -krzyknął. Ale co tu długo gadać! Trzy tygodnie spędziłem w tej celi i ciągle nic, żadna skrucha mnie nie ogarnęła. Aż ten dozorca zaczął nade mną głową kręcić i powiada: „Wy, Czesi, musicie być okropnymi bezbożnikami albo kacerzami, że to na was zupełnie nie działa!” A potem mi strasznie nawymyślał.

 Od tej pory cela Marka przestała wywierać swój zbawienny wpływ. Kogokolwiek by tam nie wsadzili, nie nawracał się, nie poprawiał ani za grzechy nie żałował. Jednym słowem, cuda się skończyły. Trudno sobie wyobrazić, co to za heca z tego wynikła; popędzili mnie na dyrekcję, że im to tam popsułem, i Bóg wie co. A ja tylko wzruszałem ramionami, czy to moja wina, no nie? Dali mi jednak trzy dni ciemnicy, podobno za to, że im tę celę zepsułem.”