Aleksander Sołżenicyn “Jeden dzień Iwana Denisowicza”

Aleksander Sołżenicyn. Źródło: wikipedia.com

Zdrastwujtje! Witajcie towarzysze i towarzyszki. Zgodnie z obietnicą cofam się w opisywaniu książek w taki sposób, że opisuję te ostatnio przeczytane. Chociaż “ostatnio” w przypadku moich książek to naprawdę spory eufemizm. I nie żartuję. Według lubimyczytac.pl książkę Sołżenicyna przeczytałem pod koniec września. Minęło więc trochę czasu.

Continue reading

W 2139 roku wszyscy będziemy warjatami!

Dzień dobry!

Nawiązując do wpisu o świecie w roku 2000, który zdobył ogromną popularność. Przedstawiam wam kolejne prognozy dotyczące naszej przyszłości. Niezwykle ciekawie i interesująco zapowiada się przyszłość ludzkości w roku 2139.

Taka króciutka i dość zabawna notka z “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” nr 104, 16 kwietnia 1926 roku.

IKC1926nr10416IV

W r. 2139 wszyscy będziemy warjatami.

 

Jeden ze statystyków angielskich stwierdził, że akurat w roku 2139 wszyscy ludzie będą warjatami. W roku 1859 — wywodzi on — na 535 osób zdrowych umysłowo przypadał tylko jeden chory na pomieszanie zmysłów. W roku 1897 był jeden chory umysłowo na 312 zdrowych, a w roku bieżącym, jeden na 150. Gdybyśmy ten stosunek zachowali i przy dalszych obliczeniach, to w roku 2139 świat składałby się z samych wariatów.

Przyszłość to odległa i możemy spać spokojnie, ale nie wiem czy aż tak spokojnie. Jeśli numer gazety jest z roku 1926 to w 2013 stosunek psychicznie chorych do osób normalnych według rozumowania angielskiego statystyka też jest zwiększony. Nie odnosicie takiego wrażenia, że Ziemia zaczyna być jednym, wielkim domem bez klamek?

Moja obserwacja dotycząca polskiej rzeczywistości może być taka, że ryba psuje się od głowy, a rządzący naszym krajem oraz ci będący wobec nich w opozycji wydają się często podejmować decyzje i mówić rzeczy przeczące zdrowemu rozsądkowi. Pewnie w sejmie ów stosunek warjatów  do ludzi normalnych może być więc dość zawyżony. Nie wskazuję nikogo palcem, tak tylko mówię, piszę i gadam, żartuję.

Zresztą podobno nie ma ludzi normalnych są tylko nieprzebadani. A odrobina szaleństwa w życiu czasem dodaje temu życiu pikanterii.

Także posługując się cytatem z szalenie (słowo klucz) ostatnio modnej”Gry o tron”” “Brace yourself the madhouse is coming” lub po polskiemu “Nadchodzi dom warjatów”.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Ursula K. Le Guin “Planeta wygnania”

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Odgrzebywania przeszłości ciąg dalszy. Dodam, że nie jest to jakaś przeszłość szczególnie mi bliska i którą darzę szczególną estymą i miłością. Ot, kiedyś się czytało i się podobało. A jak jest dzisiaj? Czy Charlie spojrzy wyniosłym wzrokiem na książki pani Le Guin i powie: a Fe! Ja tutaj „zaczytowywuję” się  Proustem, Shoppenhauerem i Kantem, więc won mi z tą fantastyką won! Ale Charlie nie należy do ludzi, którzy odrzucają bezwzględnie swoje korzenie. I nie należy również do ludzi, którzy uważają za złe czytanie Prousta lub Shoppenhauera i innych tuzów i bossów świata filozofii i literatury. Po prostu Charlie nie czuje się jeszcze gotowy na zmierzenie się z tak poważnymi tematami. A czytanie „Planety wygnania” pani Le Guin, drugiej książki z tak zwanego cyklu „Hain” sprawiło mu mnóstwo radości i bądźmy szczerzy poważnego wyzwania nie stanowi.

Co mamy w tej dość cienkiej, jeśli chodzi o objętość książce? Planetę o ciekawym cyklu rocznym, gdzie jeden rok to całe życie człowieka. Długie Lato dobiegło końca, kończy się Jesień i nadchodzi Zima (Winter is coming! George, Winter is coming! Wybaczcie nie mogłem się powstrzymać), Zima która zmusiła koczowniczy lud Askatewaru do wybudowania sobie zimowego miasta, które pozwoli im przetrwać srogą zimę. Obok tubylców żyją sobie tajemniczy farbornowie, uważani przez koczowników za czarowników i magów. Prawda jak zwykle okazuje się prozaiczna. To nie żadni magowie tylko przybysze z obcej planety (rzeczywiście prozaiczność z tego faktu, aż się wylewa). Przybyli tu przed sześciuset ziemskimi laty i zostali. Okazało się, że Liga ich zostawiła i się nie odzywa. Więc nie wiedzą, co się z Ligą stało. I tak sobie żyją ci farbornowie powoli wymierając, bo planeta dla nich jednak, aż tak gościnna nie jest. Są znacznie lepiej technologicznie rozwinięci od koczowników, ale coraz więcej zapominają i coraz mniej wierzą w jakiś znak od Ligi. Czują, że znikną z powierzchni tej planety, która stała się dla nich więzieniem i jest wciąż obca, mimo, że żyją tu od pokoleń. Wracając do fabuły. Wydawałoby się, że to będzie kolejna długa Zima, podczas, której większość z ludzi umrze, bo już byli starzy, a młodzi dorosną i przejmą ich obowiązki latem i tak zamknie się cykl życia. Niestety ghalowie, tacy jeszcze gorsi barbarzyńcy od koczowników, którzy co roku ciągną na południe uciekając przed Zimą, pokrzyżują im plany. Tegoroczni wędrowcy zdecydowali się bowiem połączyć swe wszystkie siły i maszerują ogromną hordą, paląc, grabiąc i mordując wszystkie inne Zimowe miasta. I tak zacznie się walka o przetrwanie w niegościnnej aurze pogodowej i z dość zaciekłym przeciwnikiem. Nie obędzie się bez wątku miłosnego aktywnie angażującego dwie rasy humanoidalne. Zarówno cieleśnie jak i umysłowo. Okazało się, że farbornowie potrafią się posługiwać telepatią, a nauczyli się tego na planecie zwanej Światem Rocannona. Nie będę ukrywał, że skończy się to wszystko happy endem. A jutrzenka nowego blasku zaświeci zarówno dla przybyszów z gwiazd jak i tubylców.

Książka w porównaniu ze „Światem Rocannona” wydawała mi się pełniejsza, bardziej żywa i lepiej napisana. Wciągnęła mnie ponownie. W trakcie czytania miałem gwałtowne błyski odświeżanych wspomnień. To aktywowały się szare komórki, które wydawałoby się już dawno poległy w szlachetnej, lecz beznadziejnej walce z demonem alkoholu. Muszę podziękować pani Le Guin za odratowanie niektórych elementów, które składają się na całościowy obraz Charliego.

Napiszę jeszcze o zderzeniu dwóch cywilizacji. Jedna to barbarzyńcy, którzy nawet nie wynaleźli koła i dla nich czas to

“[…] był ten jeden bieżący dzień nieogarnionego umysłem Roku. Nie znali słów na określenie zaszłości historycznych – wszystko działo się albo „dziś”, albo w „przedczasie”. Jeśli wybiegali myślami w przyszłość, to nie dalej niż do następnej pory Roku. Nie patrzyli na czas jak na coś zewnętrznego, ale tkwili wewnątrz niego, jak lampa w ciemności nocy, jak serce w żywym ciele.[…].”

Drudzy natomiast to potomkowie kosmicznych wędrowców, którzy pochodzą z tej samej planety co Rocannon. Co prawda zmuszeni są do przestrzegania Embarga Kulturowego i nie mogą wykorzystywać swej technologicznej przewagi w kontaktach z tubylcami. Co jest trochę absurdem, bo kurde przybyli z gwiazd i posiadają wiedzę wykraczającą poza wszelkie wyobrażenia tubylców. Znają koło, szkło, a nawet bieżącą wodę, a więc Embargo Kulturowe już dawno cholera złamali.  Wiedzą, że są na Kolonii Gamma Smoka III. Wiedzą, że Ziemia jest ich prawdziwym “Domem”! I te dwie kultury i społeczeństwa żyły obok siebie przez sześćset ziemskich lat we względnym spokoju. Przybysze z gwiazd nawet, gdy utracili nadzieję na kontakt ze swoimi pobratymcami z Ligi to wciąż przestrzegali Praw i Kodeksów Ligii. I w ogóle ani razu nie korciło ich, aby podbić tę planetę. Co mnie trochę jednak dziwi znając naturę humanoidów. W końcu mieli możliwości, przynajmniej na początku. No, ale na początku była nadzieja, że Liga wróci. W końcu Liga rządzi, Liga radzi, Liga nigdy Cię nie zdradzi, ale czasem Cię zapomni. A na szczęście czas pokazał, że natura i ewolucja są potężnymi siłami i nawet przybysze z gwiazd poczuli się w końcu jak w domu.

To tyle moi drodzy. Idę spać, bom zmęczony, a długi weekend is coming.

Dżoana radzi…

Jako, że Charlie śledzi na bieżąco internety wszelakie, nie mogło mej uwadze  ujść słynne tapl madl z Joanną Krupą. W sensie tego wiralu internetowego a nie programu telewizyjnego.

Dziś w drodze do pracy, a dziś było sporo poniżej zera, doszedłem do wniosku, że nie ma nic bardziej ożywczego, pobudzającego, dającego kopa niż przejażdżka na rowerze w taką pogodę. Niepotrzebne człowiekowi kawusie, enerdżajzery czy inne dopalacze.  A że Joanna Krupa modelką jest i na pewno prowadzi zdrowy tryb życia więc chyba nie skłamię jeśli w jej usta włożę te słowa…

dc5bcoanabajk2

Mam nadzieję, że nie łamię jakiś praw do tego sposobu zapisu słów Joanny, bo wiem, że są koszulki z tapl madl, w których zresztą ona się pokazuje co dowodzi (w co chcę wierzyć) dużego dystansu do siebie i poczucia humoru.

Pani Wiesna chyba przyszła :)

Piękna pogoda za oknem, słoneczko świeci, ptaszki ćwierkają. No po prostu coś cudownego.
W związku z nadejściem wiosny byłem w niedzielę na Rynku Głównym gdzie zebrali się rowerzyści z Masy Krytycznej Kraków by utopić Marzannę oraz złe przepisy rowerowe. Zjawiło się całkiem sporo luda. Była honorowa rundka dookoła Rynku a później topienie tej kukły symbolizującej Zimę we Wiśle.

Marzanne przed utopieniem

Najpierw ta suka spłonęła a później popłynęła :D

Najpierw ta suka spłonęła a później popłynęła :D

Mam nadzieję, że ta dobra stara, słowiańska i pogańska tradycja pomoże i ta zima, ta biała suka długo do nas nie zawita :D

Mam jeszcze jedną taką refleksję – piękna pogoda sprawiła, że na ulicach pojawiło się coraz więcej rowerzystów, którzy powyciągali rowery z piwnic, szop czy z czego tam i rozkoszują się jazdą. Nie chcę tu wyjść na jakiegoś kozaka ale przyznam się, że mam pewne poczucie wyższości nad tymi, którzy podczas zimy przesiedli się do komfortowych i przestronnych autobusów komunikacji miejskiej, a teraz wracają na rowerki. Ja calutką zimę do pracy śmigałem na rowerku :D. Uff musiałem sobie troszkę przysłodzić. Tak czy siak wszyscy jesteśmy jedną bracią :) Pozdrawiam serdecznie :)

Bibliotekarz na wojażach…

Bo czasami bywa tak, że i nawet ślepej kurze się trafi ziarno. Stało się tak w moim przypadku. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności trafiła mi się gratka wyjazdu na kurs nauki języka niemieckiego. Kurs trwający cztery tygodnie i odbywający się w Monachium.

Tak się składa, że przebywam w tym mieście już drugi tydzień. (Jakoś tak wcześniej nie mogłem się przełamać by cosik napisać. Ech… jakoś systematyczność nie jest mocną moją stroną. Co może dziwić u bibliotekarza :D

Co do Monachium byłem w tym mieście, kiedy jeszcze chłopczykiem niewinnym nazywała mnie moja mamusia, to jest w wieku jakiś 10 lat. Pamiętam z tej wycieczki mnóstwo rowerów, super wioskę olimpijską, zajebiste zoo. I okropne stare nudystki nad rzeką Isar. Zastanawiam się czy widok starych gołych kobiet nie wpłynął źle na moją psychikę. (Chyba nie powinienem tego wspominać publicznie). Brrr…!! Było wtedy lato i miasto było przecudowne.

Niestety nie można mieć wszystkiego… aktualnie teraz jest zima (szczerze współczuję rodakom i przyjaciołom w Polsce), bo co to za zima -2 stopnie :) Naprawdę cieszę się bardzo, że nie przebywam teraz w Krakowie. No ale za to ciężko uczę się języka.

Różne myśli kłębią mi się po głowie ale nie mogę ich teraz przywołać do porządku. Jedyne co chcę napisać o Monachium to to, że mógłbym tu zamieszkać. Jedynym wadą tego miejsca jest to, że znajduje się w Niemczech i wszyscy mówią po niemiecku. No ale jak wcześniej napisałem nie można mieć wszystkiego. Postaram się napisać więcej głębszych przemyśleń o stolicy Bawarii ale to w przyszłości.

Trzymajcie się ciepło bibliotekarze i bibliotekarki. I na litość boską niech wam do głowy nie przychodzi palić w piecu zbiorami! Tschüss!

P. S. Na szczęście w zimie stare nudystki nie pokazują się nad rzeką więc traumatycznych przeżyć nie było…