Aleksander Sołżenicyn “Jeden dzień Iwana Denisowicza”

Aleksander Sołżenicyn. Źródło: wikipedia.com

Zdrastwujtje! Witajcie towarzysze i towarzyszki. Zgodnie z obietnicą cofam się w opisywaniu książek w taki sposób, że opisuję te ostatnio przeczytane. Chociaż “ostatnio” w przypadku moich książek to naprawdę spory eufemizm. I nie żartuję. Według lubimyczytac.pl książkę Sołżenicyna przeczytałem pod koniec września. Minęło więc trochę czasu.

Continue reading

Michaił Bułhakow “Notatki na mankietach”

Kiki śpi, ale zasnęła nie przez Bułhakova.

Kiki śpi, ale zasnęła nie przez Bułhakowa.

Notatki na mankietach ściągnąłem z półki w mojej biblio w ten sam dzień, w którym ściągnąłem również Krótko mówiąc, ale w przypadku tej książki (na wielkie moje szczęście) nie było mowy o pomyłce. Trzymałem w ręce zbiór dość wczesnych prób literackich i dziennikarskich Bułhakowa. Ot, takie jego różności z początków twórczości (Charlie – nagroda poetycka jakaś musi wpaść w ręce twe, nie ma bata na batata).

Continue reading

Ambroży Grabowski “Domy dawnego Krakowa”

Ambroży Grabowski "Domy..."

Ambroży Grabowski “Domy…”

Kraków, Kraków dawna stolica Polaków. Zaprawdę powiadam Wam, gród ten w swej wielkości i wspaniałości przyćmiewa wszystkie inne grody w Polsce rozłożone. Stolica dawna, przez wstrętnego Wazę swej czci pozbawiona wiele przeszła przez stulecia. To w tych murach bluszczem pokrytych oraz uliczkach moczem śmierdzących przetrwała miłość do Ojczyzny. To tu rodziły się i umierały pomysły na niepodległość. Domy w Krakowie niejedno widziały i niejednego czynu tak bohaterskiego jak nikczemnego były świadkiem.

Dlatego bardzo miłą lekturą jest wybór wspomnień Ambrożego Grabowskiego dotyczący niektórych bardziej sławnych miejsc w Krakowie. Ambroży Grabowski był jednym z szacowniejszych obywateli miasta Krakowa na początku dziewiętnastego wieku. Księgarz, kolekcjoner i historyk. On to złaził Kraków wzdłuż i wszerz. Spisując i opisując wszelkie interesujące miejsca. Jako historyk odgrzebał wiele dokumentów i przybliżył krakowianom historię ich miasta. Tak naprawdę to od niego zaczęło się zainteresowanie historią grodu Kraka. To on odkrył prawdziwe nazwisko autora ołtarza Mariackiego! Coś co jest dla nas oczywistością było zapomniane przez kilka wieków!

“Domy…” to wybór krótkich tekstów Ambrożego dotyczących charakterystycznych miejsc w Krakowie. Napisane są zwyczajnym językiem, poruszają kwestię własności kamienic, kosztów utrzymania, przy niektórych Ambroży rzuci jakąś ciekawostką. Dużo jest rysunków w tej książeczce, które obrazują stan Krakowa z XIX wieku. Dla mnie osobiście bardzo inspirująca i pouczająca lektura. Będę teraz mógł błyszczeć nieznanymi szerszej publiczności faktami. Na przykład takim: podczas pobytu króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, który zatrzymał się w kamienicy, która dziś nazywa się Pałac Krzysztofory pewien szlachcic Achacy Pisarski wracając po pijaku z jakiejś imprezy uciął głowę swojemu słudze! Dodajmy, że sługa wiernie pracował dla IMĆ pana Achacego przez szesnaście lat! Zostawił nieutuloną w żalu żonę i sześcioro dziatek. A sam pan Achacy Pisarski to nie był byle szlachetka. Jak mi mówi Wikipedia to był namiestnik województwa krakowskiego, poseł na Sejm i tak dalej. Widać, że kiedyś szlachta po pijaku potrafiła stracić głowę! (Co ja robię, miałem takie smaczki zostawić sobie na później, a tu się dzielę z Wami:)

Lektura tej książki przyjemność mi sprawiła i była interesującą w całej rozciągłości. Jedno zdanie urzekło mnie. Ambroży takimi słowami opisuje lata spędzone w jednej z kamienic przy ulicy Grodzkiej: “Przeszły owe lata, z niemi młodość moja, a pamięć ich tylko się jak sen w umyśle moim pozostała”.

Wiesław Myśliwski “Kamień na kamieniu”

Wiesław Myśliwski "Kamień na kamieniu"

Wiesław Myśliwski “Kamień na kamieniu”

Lektura tej książki w moim wykonaniu trwała długo. Ale nie dlatego, że książka jest nudna, zła czy słaba. Po prostu specyficzny styl narracji nie pozwalał mi się wciągnąć zupełnie. Czytając “Kamień…” czułem się tak jakbym rozmawiał z moim dziadkiem jednym lub drugim lub z babciami. Tematy, które znam z własnego doświadczenia dodatkowo sprawiały, że książka odbierana była przeze mnie jako do bólu prawdziwa.

Historia Szymona Pietruszki mogła wydarzyć się u mnie na wsi i jego żywot nie różniłby się niczym od innych żywotów z tej wioseczki. Powiedzieć, że “Kamień…” to książka o życiu jest czymś tak oczywistym jak stwierdzić, że w dzień jest jasno. Znajomych motywów, motywików było mnóstwo, gadulstwo Pietruszki sprawiało, że odnajdywałem co chwilę jakieś zagrzebane wspomnienia  z dzieciństwa. Jak zaczyna się książka – Szymon idzie na targ sprzedać krowę po to żeby mieć za co wybudować grób. Bo jak wiadomo, grób musi być. Co to za człowiek, który przed śmiercią grobu nie ma już przygotowanego. Niechluj z niego i zrzuca najcięższą robotę na innych. Dlatego też gdy dziadek był chory, to z wujkami budowaliśmy dla niego kwaterę na cmentarzu. Miastowi powiedzą, że jak tak można – dziadek przecież jeszcze żył. Ale jesień już była, jeszcze ładna pogoda, jednak nie wiadomo jak długo będzie trwał słoneczny wrzesień. A później kopać tak grób w deszczu, gdzie wieje zimno i plucha. To nawet nie chodzi o wygodę kopiącego ale o robotę dodatkową jaka by nas czekała. A tak to szybko wykopaliśmy grób, wujek murarz postawił wszystko elegancko jak trzeba. Dziadek koło ojca swego spoczął, znaczy się mojego pradziadka. I kiedy na Adama przyszedł czas – miał już mogiłę jak się patrzy. Nie trza było gorączkowo szukać kogoś kto  grób przygotuje. Pamiętam jak dziś, w ósmej klasie podstawówki byłem, sobota, październik marchewkę z babcią wykopywaliśmy kiedy sąsiad przyjechał i powiedział, że z dziadkiem źle i po księdza trzeba dzwonić. To dokończyliśmy tylko to cośmy mieli zaczęte, żeby porządek był i poszliśmy do domu. Sam byłem u babci wtedy bo jedna siostra na zawodach gimnastycznych była a druga nie pamiętam już gdzie się podziewała. Nic nie wygrała a jeszcze sobie nogę jakoś tak uszkodziła, że miesiąc w łóżku przeleżała. Śmiałem się później, że jak dziadek umierał to ją jeszcze popchnął za to, że marchewki nie zbiera tylko się po zawodach włóczy. Wracając do Szymona – żywot ciekawy chłop wiódł, i dużo przeżył a niezły był z niego hultaj. W partyzantce był, niejednego zabił a ze śmiercią kilka razy zatańczył tak, że ona sama się zakręciła i zamiast zabrać go do siebie zostawiała na tym łez padole. I kobiety lubił a i one go lubiły. Umiał chłop i wypić i zatańczyć a w miłości też był niczego sobie. Wiele dziewek chciałoby go za swego chłopa ale jemu ani w głowie żeniaczka. Niecierpliwy był na to za bardzo. Brały go czasem takie złości, że nie mógł się opanować i reagował jak wściekły byk. Nie myślał wtedy zupełnie – jak ja gdy rzuciłem się na gościa na zabawie we wsi. Burak będzie mi tu kozaczył i panienkę co to ją sobie upatrzyłem na wieczór zagadywał, a znał mnie i wiedział, że ja się koło niej kręcę. Skoczyłem do gościa, zdzieliłem w ryj i byłoby po wszystkim bo juchą się zalał i dalszej ochoty do walki nie wykazywał. Ale z koleżkami przyjechał i tamci doskoczyli do mnie. Dobrze, że na zabawie kuzyni moi byli to poradziliśmy sobie z hołotą i na kopach wyprosiliśmy ich z remizy. Mimo kilku uszkodzeń na moim ciele ja i dziewczynka wieczór możemy wpisać w poczet udanych. Pietruszka również z kościołem był na bakier, w gminie działał. Ślubów udzielał a robił to pięknie i zgrabnie lepiej nawet od samego księdza. Nie dziwota, że ludzie do niego garnęli i śluby w gminie brać zaczęli. Na koniec jako stary i schorowany człowiek poszedł jednak do księdza, bo przecież miejsce na grób trzeba mieć. Pietruszka szedł pełen obaw ale ksiądz przywitał go niemal po przyjacielsku i godne miejsce na pochówek za darmo oddał. Fakt ten wprawił Szymona w zdumienie. I trochę Pietruszka spokorniał ale tylko trochę.

Taka jest cała ta książka, wątki i opowieści przeplatają się, cofamy się w czasie i przeskakujemy naprzód. Dowiadujemy się mnóstwa rzeczy o świecie i człowieku. Piękne to i fascynujące. Polecam każdemu tę książkę. Można dzięki niej nabrać dystansu do nas samych i zrozumieć sporo.

Cóż mi piekło, księże proboszczu, jak byłem na ziemi.”

P. S. Przytoczone w tekście wspomnienia należą do Charliego :)

Mieczysław Schmidt “On his Majesty’s Service. Naokoło Afganistanu.”

Mieczysław Schmidt "On His..."

Mieczysław Schmidt “On His…”

Będzie o książce raczej mało znanej. Śmiem twierdzić, że nikomu nie znanej :D Otóż podczas wprowadzania do proliba (bibliotekarze wiedzą o co biega), numerów pewnego czasopisma przedwojennego, natrafiłem na recenzję tej książki. Oczywiście w oczy rzucił mi się tytuł a raczej podtytuł dotyczący Afganistanu. Pomyślałem sobie WTF? To już przed wojną nasi byli w Afganistanie? Wiedziony instynktem bibliotekarza i trochę znając stan naszego księgozbioru, wyszperałem tę knigę. I przystąpiłem do lektury. Dodam, że recenzja w tym czasopiśmie (której teraz za cholerę odnaleźć nie mogę) była taka średnia. Jak znajdę recenzję natychmiast umieszczę ją we wpisie. Pokrótce o co biega. Pan Mieczysław to Polak, który mieszkał, żył i pracował w Baku  w latach I wojny światowej. W roku 1918 pojechał do Krasnowodzka (obecnie Turkmenbaszy), to jest miasto nad brzegiem Morza Kaspijskiego bo władze bolszewickie zarekwirowały mu skład wosku ziemnego jako towaru wielce kontrrewolucyjnego. Jako osoba dosyć znana w kręgach handlowców Schmidt wyruszył bez obaw do Krasnowodzka. Na miejscu okazało się, że dotychczasowi rządzący w imieniu bolszewików okazali się przebrzydłymi burżuazyjnymi pachołkami i nowy Komitet Rewolucyjny obalił tych krwiopijców, ale wszystko z towarem jest w porządku. Po kilku dniach Schmidt wraz ze swoim towarzyszem niejakim Szwajcarem Stumpem zostali aresztowani i umieszczeni w celi. Nie podano im żadnych powodów i kilka dni spędzili tak w domysłach, wśród innych więźniów. I tak zaczęła się prawdziwa gehenna naszego rodaka, którą skrupulatnie opisuje. Okazało się, że wojska angielskie chcące uzyskać wpływy w tym regionie dogadały się z komuchami i w zamian za wydanie “szpiegów” dadzą im mnóstwo kasy. Bolszewiki jak to bolszewiki połapali pierwszych z brzegu cudzoziemców i podesłali Angolom. Schmidt uradowany, że trafi w ręce cywilizowanych ludzi, którzy pozwolą na wyjaśnienie nieporozumienia znowu się bardzo zdziwił bo Anglicy traktowali ich jak najgorszych przestępców. I pognali w podróż przez całą Persję, aż do Indii. Mietek nacierpiał się niemało i smutne są jego doświadczenia z angielskimi wojskami. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Książkę mimo osiemdziesięciu sześciu lat różnicy i napisaną, nie przez literata czytało się o dziwo całkiem przyjemnie. Mieczysław miał zmysł obserwacji i dużo zapamiętywał, a że był obeznany z grypsowaniem, bo siedział w carskich więzieniach to sobie to wszystko zapisywał. Najbardziej rzucał się w oczy jego stosunek do Anglików, którzy z obywateli cywilizowanego kraju stawali się w jego oczach bydlakami gnębiącymi biednych tubylców. Jego opinia zapewne nie odbiegała zbytnio od rzeczywistości. Jest w książce dobry tekst. Podczas rozmowy z oficerem angielskim, który okazał się w miarę dobrym człowiekiem z ust kapitana Forsajta (autor nie znał angielskiego i wszystkie zwroty z angielskiego zapisywane są fonetycznie) pada takie zdanie: “To jest okropna pomyłka, panie Schmidt, ale niech pan pamięta, że Anglik, jeżeli nawet zrobi pomyłkę, to musi doprowadzić ją do końca.”. Jakże wiele mówi to o Imperium Brytyjskim i jego obywatelach.

Książkę otwiera wstęp, nie wiem czy napisany przez autora. Dotyczy on okrucieństw pierwszej wojny światowej. Cytat “Wielka wojna, rozpoczęta w imię sprawiedliwości i kultury, zgładziła ze świata dziesięć milionów ludzkich jednostek […]. Prowadzona z niesłychaną zaciętością, ujawniła okrutne zwierzęce instynkty, drzemiące w głębi charakteru nawet tych narodów, które szczyciły się dotąd swoją kulturą i cywilizacją.” Dalej jest podobnie w duchu mocno pacyfistycznym i humanistycznym. Oczywiście pojawia się hasło: nigdy więcej wojny. Ech, szkoda, że hasło to okazało się pobożnymi życzeniami.

Nie wiem czy książkę polecać komukolwiek :D, przeczytałem ją jako taką ciekawostkę. A raczej nie będzie łatwo dostać egzemplarz w swoje ręce.

Sławomir Mrożek “Baltazar. Autobiografia.”

Sławomir Mrożek "Baltazar. Autobiografia."

Sławomir Mrożek “Baltazar. Autobiografia.”

Któż nie zna tego autora, jego groteskowych opowiadań i poważnych sztuk. Któż, któż! Ech, Mrożek to ikona i postać z piedestału. Przez lata nieobecny w Polsce, znany na całym świecie dramaturg, genialny pisarz. Jednym słowem wielki człowiek!

A w tej biografii poznajemy troszkę innego Mrożka. I to dzięki samemu Mrożkowi poznajemy tego innego Sławka. Sławka z lat przedwojennych i Sławka podczas wojny. Oraz Sławka komunistę i członka partyji jednej i wiecznej. A wszystko to napisane z dystansem do siebie. Mrożek opisuje swoje życie nie szczędząc sobie dobrodusznych uwag o swej naiwności w latach młodzieńczych. Z rozbrajającą szczerością opisuje swoją naiwność w stosunku do komunistów i wszelkiej maści działaczy.

Pan Sławomir ze szczegółami opisuje swoje dzieciństwo, które przypadło na troszkę lat przedwojennych i lata okupacji. Ta zadziwiająca pamięć do detali, które wydają się być zupełnie nie do zapamiętania. To drobiazgowe i pedantyczne kreślenie sytuacji jaka panowała w domu rodzinnym podczas pobytu na wsi. Wszystko jest tu potrzebne i wszystko ma swoje miejsce. Oczywiście nie szczędzi również szczegółów dotyczących jego samego jako odludka, nie mającego przyjaciół, wiecznie siedzącego w książkach.

Mrożek opisuje również swoją drogą jaką musiał przejść by stać się pisarzem. Pracę jako reportera, którego zadaniem jest wychwalanie nowego systemu, opisuje również coraz większe zniechęcenie do owego systemu i nieustające uczucie duszenia się w tej Polsce stalinowskiej a później gomułkowskiej. Nudnym kraju, w którym człowiek musi żyć według podwójnych standardów i aby przetrwać musi wyrobić w sobie zadziwiającą umiejętność godzenia rzeczy zupełnie różnych.Pan Sławek nie szczędzi również opisów swojego zachwytu zachodem. Krajami, w których jest obfitość wszystkiego a ludzie mogą oddychać pełną piersią. Nic więc dziwnego, że postanowił opuścić kraj.

To naprawdę dobra książka. Czytałem ją z uśmiechem i czystą przyjemnością. Dodatkowym smaczkiem są opisy Krakowa i podkrakowskich wsi, w których Mrożek przebywał. Tak się składa, że Kraków chyba raczej też mym domem zostanie, nawet sobie obiecywałem podczas lektury, że postaram się odnaleźć miejsca opisane przez Mrożka. Co nie będzie trudne, gdyż w latach pięćdziesiątych miasto Kraka to raczej taka pipidówka była (bez obrazy rodowite Krakusy). Pipidówka ale z tradycjami!

Jest w tej książce świetny fragment, w którym Mrożek opisuje gdzie odnalazł swoje miejsce. Było to na pierwszym sylwestrze Mrożka, który został zaproszony przez Tadeusza Brzozowskiego. I tam w wieku chyba 20 czy też 19 lat pił alkohol. Mrożek wspomina, że nie ważne ile wypił. Ważne z kim pił! A pił z artystami! I od tamtej pory wiedział, że to środowisko jest jemu przeznaczone!

Książka zabawna i mądra. Bardzo silnie podkreślany jest fakt, że Mrożek napisał tę książkę po afazji. Zabieg marketingowy wydawnictwa, przynajmniej ja tak to odbieram jest następujący. Otóż “Baltazara” napisał Mrożek w ramach zajęć terapeutycznych, które miały mu pomóc przezwyciężyć afazję, na którą Mrożek zapadł po udarze mózgu. Szczerze mówiąc, ten szczegół jest naprawdę zbędny bo książka trzyma poziom i tym większa chwała dla pisarza, który potrafił stworzyć coś tak dobrego po takiej chorobie.

P. S. A nie mogę się powstrzymać i muszę zacytować fragment, może króciutki ale bawi mnie on zawsze do łez “Już i inne rakiety latać zaczęły, jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie rżnął nożem.” Chyba wszyscy się domyślają z jakiego opowiadania Mrożka to fragment, a jeśli nie to przykro mi bardzo. Albo nie, nie jest mi przykro tylko smutno.

Stefan Dąmbski “Egzekutor”

Stefan Dąmnski "Egzekutor"

Stefan Dąmbski "Egzekutor"

Będzie o książce mocnej. Książce, którą Polacy powinni poznać. Nie ze względu na walory artystyczne i estetyczne tekstu. Książka ta porusza temat, który w polskiej świadomości ma odbiór jednoznaczny. Chodzi o drugą wojnę światową. Od maleńkości uczeni jesteśmy jednego. Niemcy to byli ci źli, oni mordowali, gwałcili i popełniali najohydniejsze zbrodnie (co jest prawdą w dwustu procentach). Natomiast dzielni żołnierze z największej armii podziemnej świata czyli Armii Krajowej to rycerze bez skazy, którzy nigdy nie zhańbili się zbrodnią i niepotrzebnym okrucieństwem (tutaj prawda jest mniej jednoznaczna) i właśnie o tej nie do końca wiernej mitowi AK prawdzie opowiada w swych wspomnieniach Stefan Dąmbski.

Autor należał od ’42 roku do dywersyjnego oddziału Armii Krajowej regionu rzeszowskiego. Wykonywał wyroki śmierci na zdrajcach, donosicielach i Niemcach. Wszystkie zatwierdzone przez dowództwo AK. Po wojnie walczył z Sowietami i emigrował do Ameryki. W roku 1993 popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę. Wspomnienia zebrane i zredagowane przez Ośrodek KARTA zaczął pisać już w latach 70-tych. Czyli trzydzieści lat po wojnie.

O czym jest ta książka? Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Jedno jest pewne – nie można jej traktować jako historycznej, zgodnej z faktami relacji z czasów drugiej wojny światowej. Zbyt wiele jest tam błędów, pomyłek. Ja składam to na karb lat, które upłynęły, nim pan Stefan zaczął spisywać wspomnienia. Stan psychiczny autora, który był praktycznie cały czas pogrążony w depresji również musiał wpłynąć na proces pisania. Skoro nie jest ta książka historyczną relacją to czym jest? Czy możemy poważnie traktować opisy wyroków, wykonywanych z zimną krwią jako prawdziwe skoro udowodnione jest, że bohater wspomnień nie brał udziału w opisywanej akcji? Ja spróbowałbym nie czepiać się tak bardzo zgodności z faktami historycznymi. Gdyż jedno jest pewne – Stefan Dąmbski był żołnierzem i wykonywał wyroki śmierci. Dlatego zapis jego uczuć oraz emocji można traktować jako jak najbardziej wiarygodny.

A jest to zapis przerażający. Młody chłopak trafia do AK bo wychowany w duch patriotycznym pragnie walczyć za Ojczyznę. Poznaje trudy leśnego życia. Z czasem okazuje się, że jest bardzo dobry w likwidacji zdrajców narodu. Zimny, opanowany zawsze bez emocji opowiada o robocie. Naprawdę włosy na karku się jeżą gdy czyta się, jak z zimną krwią wykonuje wyroki.Krytycy mówią nawet, że Stefan Dąmbski przedstawił siebie jako sadystę, dla którego zabić człowieka to jak splunąć. I w książce opisów potwierdzających tę opinię jest naprawdę dużo.

Cała książka jest dla mnie formą spowiedzi, lecz takiej, w której autor nie liczy na przebaczenie. Ciężko jest również wczuć się w emocje jakich doświadczał autor. Bo jak ja chłopaczek, którego największym zmartwieniem w latach nastoletnich było to, że mnie Zosia z równoległej klasy liceum nie kocha albo dostałem trójkę z biologii ma zrozumieć RÓWIEŚNIKA, który miał pecha dorastać podczas wojny totalnej. Ja nie posiadam oprócz zdobytej wiedzy, przeczytanych książek żadnego wykładnika w postaci doświadczenia, którym mógłbym ocenić Stefana. Jedyne co mogę powiedzieć to, to że nie rozumiem. Nie rozumiem dlaczego ludzie, którzy przez lata mieszkali w jednej wiosce nagle stają się śmiertelnymi wrogami tylko dlatego, że jeden to Ukrainiec a drugi Polak. Nie rozumiem jak gwałt zbiorowy na młodej Ukraince można sobie wytłumaczyć jako obowiązek patriotyczny, że Polska wymaga od swoich patriotów by poprzez gwałt udowodnili, jak to kochają Ojczyznę ponad wszystko. Przyznam się, że ta właśnie scena najbardziej mną wstrząsnęła. Najbardziej zapadła mi w pamięć.

Po ukazaniu się “Egzekutora” wśród weteranów z AK zawrzało. Pojawiły się głosy o szarganiu, hańbieniu złotej legendy AK. Że to bzdury wyssane z palca. Na nieszczęście autora, który prawdopodobnie nieświadomie przypisał sobie nie swoje wyczyny, krytycy książki znaleźli solidne argumenty przemawiające za tym, by nie traktować jej poważnie.

Ktoś kto całe życie uczony był o tym, że w AK służyli sami rycerze, dla których hasło “BÓG, HONOR, OJCZYZNA” znaczyło wszystko i według tego hasła żyli, na pewno dozna szoku po tej lekturze. Mnie na mit o bohaterskich partyzantach uodporniła babcia, która swoimi opowieściami o bandach grasujących po lasach, skutecznie zasiała ziarno wątpliwości. Babcia w swych opowieściach nie rozróżniała formacji i poglądów ideowych partyzantów, którzy przychodzili do ich gospodarstwa, po to by rekwirować w imię walki zbrojnej żywność. Jedyne co wspominała, to to, że niektórzy zostawiali kwity, które po wojnie miały być podstawą odszkodowań. To chyba byli Akowcy tak babcia mówiła. Babcia wspominała jeszcze o tym, że jej brata, który sympatyzował z komunistami zastrzelili jak psa partyzanci z NSZ.

Wojna to straszna rzecz i wyzwala w ludziach najgorsze instynkty. Wracając do AK i jej legendy – to była największa organizacja podziemna, wielka armia, w której siłą rzeczy musiały się trafić jednostki wyrodne. Osobnicy, którzy z radością popełniać będą najgorsze zbrodnie i wycierać sobie usta Ojczyzną. Z posiadanej przeze mnie wiedzy wiem, że AK starała się likwidować takie tałatajstwo ze swoich szeregów. No ale czasem trzeba było postępować w myśl zasady “cel uświęca środki” a takie bestie to przydatne narzędzia.

Dyskusja jaka toczy się na temat książki, na forum Ośrodka Karta porusza wiele tematów z reguły oscylujących wokół wielkich słów takich jak Ojczyzna, patriotyzm, męczeństwo, szlachetność. Wiele głosów porusza kwestę czy na bestialstwo można odpowiadać większym bestialstwem po to by przestraszyć przeciwnika. Czy nakręcanie spirali nienawiści może doprowadzić do jakiegoś rozwiązania oprócz eliminacji jednej ze stron konfliktu. Ja przyznam się nie zdawałem sobie sprawy, że tereny wokół Rzeszowa, Przemyśla były aż tak bardzo wymieszane narodowościowo. Owszem wiedziałem o akcji “Wisła”, przesiedleniach, wysiedlaniach ale nie miałem obrazu tych rejonów przed wojną.

Na wojnie nic nie jest pewne. No chyba jedynie to, że rację ma silniejszy. Nie da się dziś odpowiedzieć na pytanie czy gdyby AK nie podjęło akcji odwetowych na Ukraińcach to konflikt by sam wygasł. Czy też może UPA ośmielone brakiem reakcji ze strony AK urządziłoby Polakom jeszcze większą rzeź. Najgorszym zawsze jest to, że kary za zbrodnie nie ponoszą ci, którzy te zbrodnie popełnili. Po obydwu stronach konfliktu cierpią normalni ludzie, dzieci, kobiety. Ręka sprawiedliwości rzadko dopada winowajców.

Ja chciałem zwrócić uwagę na jedną rzecz. W jednym fragmencie pan Stefan wspomina, że dobrze mu w tej partyzantce. Do szkoły nie musi chodzić, pracować nie musi, wszyscy go szanują, dziewczyny same nogi rozkładają przed partyzantem (troszkę cynicznie to napisałem ale sens wypowiedzi taki był). Warto się zastanowić jak wielu dobrych żołnierzy AK szło do lasu, licząc na podobne bonusy. Broń Boże nie oceniam, zwracam tylko uwagę na ten fakt. Żołnierzom przecież należą się pewne przywileje.

Ależ się rozpisałem ale problemów jakie ta książka porusza nie da się streścić w jednym wpisie. Polecam książkę gorąco. Można się z nią nie zgadzać, można ciskać na nią gromy ale znać ją trzeba.

Na koniec zacytuję słowa samego autora z końca książki, ku przestrodze:

Gdy strzelało się do człowieka, który mówi tym samym co ja językiem, którego nieraz znało się od lat, trudno jakoś było wytłumaczyć się przed własnym sumieniem. W imię czego […]? Czy robiło się to “w imię Ojczyzny”, czy był to tak zwany zakres działań wojennych?

[…] Naszym obowiązkiem było pokazać światu, że Polak nigdy się nie podda i że za “waszą i naszą wolność” będzie ginął z uśmiechem na ustach. Ale w rzeczywistości, póki żył, mordował wszystkich, którzy nie byli po jego stronie[…].

Zdaję sobie sprawę, że przy tej lekturze można kręcić głową z niedowierzaniem i posądzać mnie o grubą przesadę.[…]

[…] w końcu uznałem, że doszedłem do tego zwierzęcego stadium głównie przez moje wychowanie w młodych latach – atmosferze do przesady patriotycznej. Każdy z nas rodzi się jak ten prosty kamień, który można uciosać według własnego upodobania. Każdy z nas bez względu na narodowość, jest taki sam.[…]

Pisząc te wspomnienia, próbuję – podając różne przykłady – usprawiedliwić siebie i takich jak ja, gdy chodzi o ogromne krzywdy, jakieśmy w tym czasie wyrządzili rasie ludzkiej. Za późno dziś by prosić kogokolwiek o przebaczenie, tak się ludziom życia nie przywróci. Niech to będzie jeszcze jedno ostrzeżenia dla przyszłych pokoleń i różnych organizatorów politycznych. Niech pamiętają, że każda wojna to tragedia, że w niej zawsze giną ludzie młodzi, mający całe życie przed sobą – i to giną niepotrzebnie. ”

Rafał Gan-Ganowicz “Kondotierzy”

Rafał Gan-Ganowicz "Kondotierzy"

Rafał Gan-Ganowicz “Kondotierzy”

Czy człowiek może poświęcić się jakieś idei, tak absolutnie, że podporządkuje tej idei całe swoje życie? Albo czy może znienawidzić jakąś ideę tak by walczyć z nią cały czas?

Ta książka, o której będę poniżej pisał to wspomnienia człowieka, który całe swoje życie walczył z komunizmem na wielu frontach świata. Rafał Gan-Ganowicz to najsłynniejszy Polski żołnierz najemnik. W swej książce opisuje przygody, które rozpoczynają się ucieczką na Zachód młodego chłopaka, który znienawidził sowietów, tak głęboko że całe życie spędzi walcząc z sowiecką zarazą.

Gan opisuje w krótkich esejach swoje dwie kampanie, w których walczył jako żołnierz i dowódca.Pierwszą z nich to była okrutna wojna domowa w Kongo. Wówczas ten konflikt nie schodził z czołówek gazet europejskich dziś praktycznie nikt oprócz politologów już o tym nie pamięta. Rząd kongijski wspierany przez większość państw europejskich walczył z partyzantką, która była “sponsorowana” przez czerwonych. Ganowicz opisuje swoje przygody, każdy esej to wspomnienie określonej sytuacji, wspomnienie o określonym człowieku, którego poznał pan Rafał.

Drugi konflikt to wojna domowa w Jemenie. Tutaj również mamy podobną sytuację walka z sowietami, Ganowicz opisuje trudy walk partyzanckich w bardzo trudnych warunkach. Opisuje jak wiele razy uniknął śmierci, jak często opadał z sił ale do walki pchała go nienawiść do czerwonych. To podczas walk w Jemenie zestrzelono Miga i Ganowicz odnalazł w nim spis sowieckich żołnierzy “doradców” walczących w Jemenie, których oficjalnie nie było. To zdyskredytowało ZSRR i ujawniło ich “pomoc” w konflikcie jemeńskim.

To tyle jeśli chodzi o tło. Co do samej książki to jestem zachwycony, “Kondotierzy” to opowieść o wojnie jednego człowieka przeciwko systemowi, przeciwko komunizmowi który dla autora jest czystym złem i jako ideologia upadla ludzi. O wojnie prowadzonej z bronią w ręku i co sam Ganowicz podkreśla tam gdzie to tylko było możliwe. Książkę czyta się błyskawicznie, jest wciągająca i w pewien sposób podbudowująca. Ganowicz daje się poznać w niej jako człowiek o twardych zasadach, twardy żołnierz. Pod tym pancerzem najemnika jednak wyraźnie widać człowieka wrażliwego na społeczne krzywdy, przenikliwego obserwatora zarówno sytuacji na froncie jak i międzynarodowej polityki. Sam język książki jest bardzo poetycki a niektóre fragmenty olśniewają użytymi porównaniami.

Polecam gorąco tę książkę, człowiek mało znanego w Polsce, a którego historia świetnie nadawałaby się na kanwę niezłego filmu.

O Ganie-Ganowiczu powstał film dokumentalny, który praktycznie od razu trafił na “półkę” gdzie miał sobie czekać na tzw. wieczne nigdy. Na szczęście TVP go wyemitowała i teraz można sobie go obejrzeć na jołtubie, zapodam tutaj link do pierwszej części, resztę można znaleźć w powiązanych.