Jerzy Sosnowski “Apokryf Agłai”

Chyba tak teraz będę rozpoczynał wpisy – lajfstajlowo. Książka z Polski (w stu procentach), pendrive z Chin, adapter do Ipada z Chin, bateria z Japonii, długopis z Krakowa, kubek z Tarnowa, podkładka z Niemiec, herbata z Indii, cytryna z Biedronki :)

Dobry wieczór! Hu hu ha! Zima nasza zła była! W całej Polsce zimno i mróz szczypał po uszach i nosach. Nie lubię zimy, ale jak to w słynnym zdaniu z “Misia” rozumiem, że “Jak jest zima to musi być zimno”. Dlatego staram się zacisnąć zęby i oddychać przez nos. Na szczęście w Krakowie już cieplej. A dziś wieczorem będzie o kolejnej książce z polecenia. Ze źródła, które do tej pory podsuwało mi pozycje nieoczywiste dla mnie, a które okazywały się być pozycjami ciekawymi i wciągającymi.

Continue reading

Jerzy Szaniawski “Profesor Tutka”

IMAG0536 Bez bicia przyznam się, że o Szaniawskim nie słyszałem nigdy lub moja pamięć nie zanotowała takiego nazwiska, aż do czasu, gdy zacząłem czytać o profesorze Tutce. A nawet sucha notka na Wikipedii mówi o człowieku, który przed wojną był wziętym dramatopisarzem, po wojnie odrzucił socrealizm za co został oficjalnie potępiony i wykreślony z polskiej literatury. Dopiero tak zwana odwilż znów pozwoliła na wydawanie i drukowanie jego utworów. Człowiek, który został na ojcowiźnie, uprawiał rolę i pisał. A którego spuścizna literacka spłonęła wraz z jego rodzinnym dworkiem w Zegrzynku kilka lat po jego śmierci. Barwny życiorys i ciekawa postać.

Nic więc dziwnego, że taki umysł wykreował profesora Tutkę. O którym można powiedzieć, że nie istnieje zagadnienie, myśl, idea na którą profesor Tutka nie mógłby znaleźć przykładu z własnego życia. Dla tego dystyngowanego, starszego pana spędzającego popołudnia w gronie miejskich notabli nie ma tematu, którego nie mógłby skomentować własnym doświadczeniem. Chcecie o malarzach tak się składa, że profesor znał kilku, a może o kobiecie interesującej? Oczywiście, że profesor Tutka znał i to niemało kobiet interesujących. Szereg sądów związanych z codziennym życiem, z drobiazgami, które to życie tworzą, ale także z wielkimi ideami i głębokimi emocjami profesor Tutka potrafi albo wyjaśnić, albo obalić, ale najczęściej robi jednocześnie jedno i drugie. To prawdziwy czarodziej pozostawiania słuchaczy i czytelników w stanie zawieszenia i braku pewności czy czasem nas profesor Tutka nie nabiera. Czy czasem nie chce sprawdzić, czy łatwo łykamy haczyk i przytakujemy mu bezmyślnie, bo wtedy on obnaży naszą ignorancję bezlitośnie.

Krótkie opowiastki profesora Tutki to bardzo ciekawy powrót do świata, którego już nie ma (przynajmniej tak mi się wydaje). Sędzia, doktor, radny i inni nie przesiadują w kawiarni godzinami i nie dyskutują na tak zwane “życiowe” tematy. Te opowiadania mają swoisty mieszczański klimat, którego chyba już się nie odnajdzie. Profesor Tutka natomiast to postać, która budzi pozytywne emocje. Zawsze ma dobry przykład, anegdotkę na każdą sytuację. Niezły też z niego jest i był kobieciarz, bo co chwila wspomina o miłościach, które nim zawładnęły.

Szaniawski dał mi chwilkę lekkiej zadumy i uśmiechu. To taki humor, który nie jest wulgarny, nie jest nachalny, wiele aluzji jest bardzo łatwych do odczytania, co nie znaczy, że wszystko masz człecze wyłożone na tacy. Oj nie. Polecam gorąco! Jako dobrą odskocznię od wszystkiego.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 13

I znowu mamy poniedziałek, i znowu zaczynamy znojny trud tygodnia. Mógłbym Wam tak o tym poniedziałku godzinami pisać, narzekać jaki to on paskudny jest, jaki okropny, że łooo jezu jak mi się nic nie chce, ale prawda jest taka, że ja nic do poniedziałków nie mam. Taki już los tego biednego dnia tygodnia, że musi być pierwszy.

Nie martwcie się niedługo ludzkość wespnie się na taki szczebel rozwoju technologicznego, że weekend będzie miał trzy dni. I wtedy wszyscy będą nienawidzić wtorków.

A tymczasem na poprawę humoru pocieszmy się tym, że nie musimy tak ja recenzent z Wiadomości Literackich czytać kiepskich książek. Nie musimy się denerwować na autorów i dostawać ataków wściekłości. Kolejne książki “najgorsze”.

Wiadomości Literackie nr 19, 11 maja 1924 i książka pana Stefana Okólicza – Jurskiego “Wódz ludu”.

WL1924nr1911V

WL1924nr1911Va

Książki najgorsze

“Wódz ludu. Dramat aktualny w 3 aktach (10 obrazach) wierszem. Napisał Stefan Okólicz-Jurski. Poznań, 1924; str. 129 i 1nl.

Pan Okólicz bardzo okólną drogą, bo aż przez Paryż, Krym i Warszawę, bierze się do dramatu aktualnego. W prologu powiada on:

,.Bijcie bębny i basy,

Stary mówi do dzieci:

Nowe przyszły czasy,

Jak ten czas leci!”

Zdaje się, że „bijcie bębny” — znaczy poprostu, żeby bić dzieci. Niech p. Okólicz pomyśli o tem, że i stary może dostać czasem porządne lanie.

W pierwszym akcie, który się dzieje w Paryżu, generał Foch mówi do polskich legjonistów:

„Na bagnety, byle z wiarą!

Jak za czasów San-Domingo,

Niech chorągiew waszą szarą (!?)

 Miecz obroni swoją klingą”.

Jak to?! Więc p. Okólicz posunął się do tego, że w nędznej, podłej potrzebie znalezienia rymu sfałszował kolor polskiego sztandaru! „Chorągiew szarą” ? Dlaczego nie „starą”?

Bohaterka sztuki, Jadwiga Łędzka, więziona przez bolszewików, modli się o swoją wolność i o wolność Polski:

 „Puśćcie mnie, kraty, — chcę wracać do kraju.

Beze mnie gnije mój lud! (?)

Biedny lud ciemny, co na rozstaju

W uliczny zapada się brud!”

Jeżeli już o brudach mowa, to autor wziął rekord brudu moralnego, każąc swojej bohaterce bezpośrednio po tej wątpliwej „modlitwie” sprzedać dwunastoletnią córeczkę dozorcy więziennemu. Córeczka powiada do matki ni mniej ni więcej tylko:

„Żegnaj, wyrodna (?), idę na hańbę,

A za to, żeś mnie wydała i za to żeś mnie stworzyła,

Czeka cię cios i mogiła” (!?)

Panie Okólicz! Za to, że pan „stworzył” ten dramat, i za to, żeś go pan „wydał”, czeka pana cios —- i to bez żadnej przenośni: poprostu prędzej czy później ktoś bardzo zdenerwowany zbije pana na ulicy.

 Szczytem pomysłowości p. Okólicza jest scena końcowa, gdy połączone wojska polskie wkraczają na Krym i łączą się z kontrrewolucją rosyjską. Na scenę wchodzi, po strasznej scenie zamordowania starej Żydówki R., która wszystkim zatruwała życie, sam we własnej osobie generał Wrangel i śpiewa: (!)

„Rosjanie z Polakami

 Różnemi szli szlakami,

 Aż u dalekich dróg

Zwycięstwo dał im Bóg.

I dziś pójdziemy wspak (!)

Na nowej prawdy szlak!”

Niech pana szlak trafi za takie wiersze.”

bt.

Oj zirytował się nasz recenzent. I to tak, że nawet grozi rękoczynami autorowi. Kiedyś literatura rozbudzała prawdziwe emocje. Zwłaszcza ta kiepska literatura.

Nazwiska autora w Jagiellonce nie znalazłem. Co prawda ten Okólicz przez “ó” kreskowane wydaje się być pisanym z błędem, ale to jest nazwisko i nie takie rzeczy w nazwiskach się znajdują.

Korzystałem jak zwykle z “Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej”.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 9

Dzień dobry! Znów wtorek i znów “Książki najgorsze”. W numerze dziesiątym Wiadomości Literackich nie było żadnej recenzji. Za to w jedenastym ówczesny recenzent Wiadomości przeczytał książkę pana Stefana Młyńskiego “Posąg grzesznicy”. Przeczytał i nie omieszkał podzielić się wrażeniami.

Wiadomości Literackie nr 11, 16 marzec 1924.

WL1924nr1116IIIa

Książki najgorsze

“Stefan Młyński. Posąg grzesznicy. Powieść. Warszawa, Kasa Pożyczkowo – Oszczędnościowa Polskich Pracowników Księgarskich; str. 273 i 1 nl.

Wśród objawów zaniku wszelkiej solidności daje się również odczuć tandetność i niski poziom naszego grafomaństwa. Coraz mniej rasowych, przyzwoitych grafomanów — coraz więcej warjatów. Miłą niespodziankę robi p. Młyński. Jest to dawno niespotykany, czysty, idealny typ grafomana. Przedewszystkiem ma on mnóstwo do powiedzenia przy każdej okazji. Widząc kota i psa na ulicy, powiada;

„Co za instynktowna zawiść (?) niczem nie wytłumaczona. Pies i kot przypominają mi stosunek Napoleona do madame de Staël.”

Jak każdy grafoman, lubuje się p. Młyński w opisie życia wytwornego:

„Zdarza się niejednokrotnie, że wstaję z pościeli o drugiej w nocy, zapalam elektryczność, myję się, golę się srebrną żyletą (?), naciągam sak (!) i wychodzę na spacer”.

Oto jest prawdziwy hrabia. W innem miejscu wytworny autor powiada ze zdziwieniem:

„Nie wystarczała jej wanna raz na tydzień. Codziennie obmywała wszystkie części swego ciała w miednicy”.

Rzeczywiście, co za świństwo, żeby się codziennie myć. Bohater postanawia w pewnej chwili kupić obraz „Wino, kobieta i śpiew” Rembrandta (!) Niestety jednak, autor stwierdza ze smutkiem: „Oczywiście o nabyciu oryginału w Warszawie mowy być nie mogło”.

Od tego momentu rozgoryczony autor poczyna się powoli, kocim krokiem zbliżać do groźnego obłędu i pełnego nonsensu, który raz po raz wystrzela z trzaskiem. Wchodzi do sali prosektorjum i widzi:

„Na stołach zaś w pozie leżącej (?) znajdowało się kilka tysięcy nagich trupów (!?!)”

Straszne. W jednym pokoju kilka tysięcy trupów. Prawie dolina Józefata.

Prostota i siła wypowiedzenia robi czasem wstrząsające wrażenie. Bohater zakochał się w młodym Arabie, który był piękny jak Hermes. Powiada z żalem:

„Pragnąłem gorąco oddać mu się jak kobieta. Niestety, brak odpowiednich organów płciowych stawał na przeszkodzie naszej miłości”.

No, nie tylko to. Autor zapomniał widać o kodeksie sądowym. Swoją drogą wolelibyśmy, aby autor znalazł te organy i oddał się Arabowi, — kto wie, możeby mu to utrudniło wydanie „Posągu”. Nie trzeba rozpaczać: niejeden Arab na świecie, a rasa biała jest bardziej wynalazcza; niech więc p. Młyński nie traci nadziei.

Potworny „Posąg grzesznicy” został odlany przez wszystkie firmy wydawnicze z wyjątkiem „Pracowników Księgarskich-, którzy odtąd powinni się rumienić, ukrywać za kontuarami i przepraszać przy każdej okazji całe społeczeństwo.”

bt.

Pan Młyński zyskał w oczach recenzenta jako jeden z ostatnich, prawdziwych grafomanów. Nie wiadomo czy się z tego miana ucieszył.

Recenzent wyraźnie zwraca uwagę, że homoseksualizm był przed wojną w Polsce karany, a przynajmniej istniało takie prawo w okresie 1918-1932. Pamiętajmy, że przez szereg lat w Polsce przedwojennej obowiązywały dawne prawa państw zaborczych, które karały kontakty seksualne osób tej samej płci. Dopiero “Kodeks Karny” tak zwany “Kodeks Makarewicza” z 1932 roku nie zawiera żadnego paragrafu dotyczącego karania homoseksualistów, a jedynie prostytucję homoseksualną, co było posunięciem niezwykle nowatorskim i śmiałym. Na Zachodzie homoseksualizm był karany jeszcze przez długi okres czasu.

I przez zupełny przypadek, dla żartu pewnie recenzent wywróżył możliwość zmiany płci.

Oczywiście trochę nieładnie przykładać bohatera z książki bezpośrednio do osoby autora, ale wszystko w szczytnym celu.

Książkę Stefana Młyńskiego można przeczytać w Bibliotece Jagiellońskiej.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Ferdynand Goetel “Humoreski”

Ferdynand Goetel "Humoreski"

Wiecie czasem tak bywa, że jedno przeczytane zdanie, jakaś krótka notka może doprowadzić do odkrycia czegoś ciekawego, czegoś niespodziewanego. Ja tak miałem z Ferdynandem Goetlem, o którym znalazłem informację w „Fantastyce” z roku 1984. Mieli tam rubrykę o polskich pisarzach fantastycznych i podciągnęli pod nią Goetla, który napisał groteskowo – fantastyczną sztukę komediową „Król Nikodem”. Niestety egzemplarza sztuki nie miałem u siebie w bibliotece, ale miałem „Humoreski”.

Przyznam się bez bicia, że nie miałem pojęcia o istnieniu tego pisarza, który przed wojną był bardzo znany i popularny, a po wojnie na emigracji również odegrał znaczącą rolę. Biografia Goetla jest niezwykle barwna, ciekawa, pełna niejasności i wątpliwości. Poczytałem sobie trochę o nim i muszę przyznać, że mam ochotę przeczytać inne jego książki.

„Humoreski” wybrałem, bo tytuł ciepło kojarzyłem z niedawno przeczytanymi „Humoreskami” Capka. I nie zawiodłem się. Co prawda może tematyka historyjek Goetla jest inna, inaczej są pisane, ale skrzą się podobnym humorem i ironią. Dziś „Humoreski” to świetny zapis fragmentów międzywojennego życia, widzianego oczyma literata.

„Ostatni bój” to przezabawna opowiastka o tęsknocie za młodością,  autorytetami oraz zwykłym mordobiciem. Grupka statecznych i szanowanych obywateli nieznanego nam miasta (Kraków pasuje idealnie) spotyka swego dawnego kompana z lat studenckich. I razem wyruszają w tytułowy „ostatni bój” w jednej z restauracji. Dramatyczna akcja, barwne opisy, napięcie i zaskakujący finał – to wszystko (oczywiście z przymrużeniem oka) dostaniemy w tej historyjce.

„Dziecko, które zabili” – męki twórcze literata i pisarza lub dramaturga (zależy kto dzwoni z ofertą wydawniczą). Satyra na środowisko pisarskie, aktorskie, teatralne, wydawnicze. Świetnie napisana z autoironicznym zacięciem oraz sporą szyderą ze środowiska.

 „Z teki redaktora sportowego” – Goetel opisuje zapewne z własnych doświadczeń ciężki los redaktorów gazety sportowej, którzy muszą zmagać się zarówno z konkurencją jak i ze sportowcami, mającymi ambicje dziennikarskie. Co gorsze zatrudniając korespondentów z mniejszych miast niechcący wywołają zamieszki. Dziennikarze – od zawsze wszystko wyolbrzymiali, od zawsze byli nierzetelni i z wybujałą wyobraźnią.

„Mój mąż umiera” – ech, kobiety, kobiety. Co robi piękna Rosjanka, która męża ma w stanie agonalnym? Ano wybiera się na spacery z urzędnikiem, który do niej maślane oczy robi. Niestety chłop jest zbyt uczciwy i porządny, żeby wychwycić wszystkie sygnały jakie Rosjanka mu przekazuje. Tym sposobem przechodzi mu koło nosa okazja do bardzo miłego spędzenia czasu z ponętną kobietką, która jak tylko mąż wyzdrowieje natychmiast zapomina o urzędniku.

 „Humoreski” to świetny zbiorek bardzo dobrze napisanych krótkich opowieści. Błyskotliwe, zabawne sytuacje. Satyra na dobrze znane autorowi środowisko artystyczne, pisarskie międzywojennej Polski. Bawiłem się wyśmienicie podczas lektury, która w ogóle nie wydawała mi się pokryta patyną czasu i zatęchła. Może poza pewnymi manierami słownymi charakterystycznymi dla międzywojnia. Ogólnie Goetel dał radę, nawet po tylu latach.