Andrzej Pilipiuk “Czerwona gorączka”

czerwonaZacznę od refleksji. KFASON, KFASON i po KFASONIE. Moim zdaniem było sympatycznie i ciekawie. Zwłaszcza jak na pierwszą edycję. Moje spotkanie z panem Andrzejem Pilipiukiem chyba też dobrze wypadło. Denerwowałem się strasznie, ale może trochę niepotrzebnie, bo pan Andrzej to świetny gawędziarz, bardzo inteligentny człowiek z ogromnym poczuciem humoru. I teraz będzie wspomniana refleksja: przygotowując się do spotkania przeczytałem sporo wywiadów z autorem, obejrzałem dość znaczną liczbę filmików dostępnych w sieci, jednym słowem znacznie przybliżyłem sobie postać twórcy Wędrowycza. I tu wreszcie refleksja: gdy się bliżej pozna autora i jego poglądy, jego sposób patrzenia na świat to czytanie jego książek nie będzie już takie samo. Pojawiają się zupełnie nowe tropy, zupełnie inaczej patrzę na pomysły i użyte schematy i motywy. A dodatkowo jeśli się pogada chwilkę, pozna pisarza osobiście to już percepcja i odbiór książek znów się zmieni. I u mnie ten proces nastąpił:)

Tak miałem podczas lektury „Czerwonej gorączki”. Pilipiuka czytywałem wcześniej. Jednak „Czerwoną gorączkę” odebrałem zupełnie inaczej niż wcześniejsze książki. Na blogu pisałem o „Rzeźniku drzew” i „Wampirze z M-3”. Nie wiem czy miałem jakieś oczekiwania dotyczące „Czerwonej…”, na pewno spodziewałem się dobrej rozrywki i takową otrzymałem. Tematyka opowiadań oscyluje w obszarach, do których Pilipiuk nas przyzwyczaił. Carska Rosja, rewolucja październikowa, podróże w czasie i alternatywne wersje historii.

11 opowiadań jak to w antologii bywa wywołuje różne emocje. Od szczerego śmiechu („Silnik z Łomży”) po delikatne rozdrażnienie, że w taki sposób można skończyć świetne opowiadanie („Zeppelin L-59/2”). Jest tradycyjnie jak to u Pilipiuka ostra nagonka na socjalistów i komunistów. Raz na poważnie i z całkiem interesującym pomysłem („Czerwona gorączka”), drugie już zupełnie jajcarskie i świetnie naśmiewające się z „przejściowych trudności” jakim jest poddane budujące się socjalistyczne społeczeństwo („Operacja „Szynka””). Trafiła się nawet w zbiorze historia o krasnoludach i najemnikach („Niebieski trąd”). Interesujące i nawiązujące (moim zdaniem) to twórczości Stefana Grabińskiego opowiadanie („Wujaszek Igor”) również chlastało ubecję i cały system komunistyczny po mordzie, a interesujący pomysł z pociągiem widmem, gdzie głównym maszynistą jest Piłsudski dodawał klimatu posępnej grozy. Mamy też historię alternatywną bardzo dla nas łaskawą (dla nas Polaków) czyli „Samolot von Ribbentropa”, bo w niej jesteśmy supermocarstwem i rządzimy światem. Trafiła się też opowieść znacznie mniej łaskawa, w której to Europa zdominowana jest przez islam i resztki chrześcijan szukają swojego świętego („Gdzie diabeł mówi dobranoc”). „Grucha” to opowiadanko o nauczycielce, którą spotyka słuszna kara (może trochę za bardzo hardkorowo i ewidentnie tu widać jak bardzo nie lubi pan Pilipiuk instytucji oświatowych w naszym kraju). „Po drugiej stronie” i „Piórko w żywopłocie” to dość fantasmagoryczne historie, w których przenikają się różne światy.

„Czerwona gorączka” to kilka godzin dobrej rozrywki, połączonej ze zgrzytaniem zębów na niektóre patenty autora. Nie zmieni to jednak mojej sympatii do pana Andrzeja, ale może przydałoby się przeskoczenie na jakieś nowe tematy, bo ileż można tych komuszków i socjalistów wszelkiej maści molestować:)

Niektóre opowiadania czasem trąciły odwetem na rzeczywistości naszej, szarej polskiej i pobożnymi życzeniami, że powinno być inaczej, a nie jest. Ale to święte prawo autora, że pisze co chce i jak jemu w głowie się układa. A że robi to składnie, zgrabnie, ciekawie i w miarę wciągająco to człowiek sobie podczytuje.

Tomasz Campanella “Miasto Słońca”

miasto_słońca

źródło: allegro.pl

Ach! Uwielbiam utopijne wizje społeczeństw, dalekie kraje, które urządzone są idealnie i wszystko w nich podporządkowane jest szczęściu obywateli. Pogrążam się w fascynacji dla dzieł powstałych setki lat temu i przedstawiających poglądy autorów na jak najlepsze urządzenie tego świata. Pomysłów było i jest setki. Tomasz Morus swoją „Utopią” zrobił pierwszy wyłom, a później niczym wezbrane wody wyobraźni przerywające tamy skostniałego świata runęły na ów zastały i pogrążony w marazmie padół ziemski dzieła, dziełka, utwory i utworki opisujące raje, które według autorów istniały, bądź będą istnieć na tej Ziemi.

Tomasz Campanella to postać niezwykle ciekawa i bardzo interesująca. Filozof, zakonnik, astrolog, heretyk, kacerz, buntownik i społecznik, a przede wszystkim utopista. Giovani Domenico Campanella urodził się w roku 1568 w Kalabrii. Wstąpił do zakonu dominikanów, gdzie przyjął imię Tomasz, dużo podróżował po Włoszech, oskarżany o herezję spędził wiele lat w więzieniach, organizował powstanie w Kalabrii, które nie doszło do skutku, gdyż Hiszpanie wykryli spisek. Wspominałem, że Campanella spędził sporą część swego życia w więzieniach, gdzie wielokrotnie go torturowano, aby wydobyć przyznanie się do wchodzenia w konszachty ze Diabełem. Campanella był uczonym niemalże idealnie wpisującym się w swój czas. Kończyło się Odrodzenie, ziemie włoskie wchodziły w okres głębokiego kryzysu ekonomicznego, zaczynała się kontrreformacja, barok i tym podobne. Campanella mieszał w swoich poglądach filozoficznych wszystko co się dało. Astrologię i przesądy z wiarą chrześcijańską, i ówczesnym stanem wiedzy medycznej. Dogłębnie studiował filozofię starożytną i świętych ojców Kościoła i czerpał z nich garściami. „Miasto Słońca” jest idealnym odbiciem jego bardzo często sprzecznych ze sobą poglądów.

Wizja społeczeństwa, które serwuje nam Campanella z dzisiejszej perspektywy mieszkańca kontynentu europejskiego jest przerażająca. Państwo, w którym całą władzę skupia jeden człowiek – kapłan określany mianem Słońca czy też Metafizyka, a do pomocy służy mu trzech wysokich rangą kapłanów, każdy zajmujący się odpowiednią dziedziną społecznego życia. Kapłani owi noszą nazwy Potęga, Mądrość, Miłość. I chociaż ludzie w tym mieście nie muszą zbyt ciężko pracować, dóbr wszelakich mają dostatek, to jednak „Miasto Słońca” jawi się jako komunistyczny koszmar, w którym literacka fikcja jest zakazana, bo przecież kłamliwe zmyślanie szkodzi rozwojowi duchowemu (socrealizm w pełnej krasie). Ludzie nie dobierają się sami w pary, ale kapłan Miłość zajmuje się ich hodowaniem, tak aby każde następne pokolenie było doskonalsze i jeszcze lepiej przystosowane do życia w mieście Słońca. Porę godów określa się za pomocą przepowiedni astrologicznych, a kto spróbuje płodzić poza wyznaczoną porą może mieć pewność, że sieć “szpicli” na niego doniesie i kara będzie surowa. Religia jest obowiązkowa i państwowa, tego kto się nie dostosuje czeka srogi i okrutny los.

civitas_veri

Wyobrażenie Miasta Słońca. Źródło: blogs.ub-filosofie.ro

Jestem pełen sprzecznych uczuć co do tej utopii, bo chociaż Solariusze (tak się nazywają mieszkańcy miasta) mają dość rozwiniętą technologicznie cywilizację (podobno potrafią latać, a ich pojazdy nie wymagają koni, są poruszane za pomocą tajemniczych żagli) to ich teokratyczny ustrój jest bardzo totalitarny, a życie pojedynczego człowieka jest poddane drobiazgowej kontroli na każdym kroku. Wszyscy mają się poddać woli głównego kapłana. Oczywiście nie wszystko jest tam, aż takie złe; dobrym i ciekawym pomysłem jest system edukacji polegający na poglądowym wchłanianiu wiedzy. W praktyce wygląda to tak, że na murach miejskich wymalowane są wiadomości z każdej ludzkiej dziedziny wiedzy, a dzieciaki uczą się ich podczas lekcji na świeżym powietrzu. Na plus można uznać pogardę dla chciwości, pychy, próżności i zdroworozsądkowe podejście do spraw fizjologicznych.

I równie, dowodzą, godzi się nogom chodzić i zadowi srać, jak oczom patrzeć i językowi mówić; podobnie jak to się dzieje z kałem, gdy zachodzi potrzeba, oczy wydzielają łzy, a język – ślinę.

Książki Campanelli nie czytało się dobrze. Jest pełna mętnych wywodów dotyczących astrologii, metafizyki, filozofii i religii. Ciężko się połapać jak tak naprawdę funkcjonuje miasto Słońca. Campanella nie skupia się na wyjaśnianiu mechanizmów działania społeczeństwa. Chaotycznie przekazuje swoje wyobrażenia i robi to trochę nieudolnie (według mnie). Starsza o prawie sto lat „Utopia” Morusa wypada wielokroć lepiej niż dialog poetycki Campanelli. Niemniej jego „ Miasto Słońca” jest ważną książką.

Campanella podobnie jak Morus wspólnotę majątkową i brak prywatnego majątku uczynił nadrzędną zasadą w mieście Słońca. Dodatkowo uczynił mieszkańców równymi, nie ma w nim sług i niewolników, każdy musi pracować i czyni to z ogromną ochotą. Mieszkańcy miasta żyją według zasady „każdemu według zasług”. „Miasto Słońca” stanowiło na pewno solidną pożywkę dla wielu istotnych prądów filozoficznych i ideologicznych, które narodziły się setki lat później.

Ciekawostka – ja czytałem wydanie z „Biblioteki Narodowej” Ossolineum z roku 1955. Wydanie to było najprawdopodobniej odpowiedzią na „Państwo Słońca” z roku 1954, które ukazało się w wydawnictwie PAX, gdzie podkreślano religijny charakter dzieła Campanelli. W moim wydaniu, we wstępie autorzy pragnęli przekonać czytelnika, że wiele z tych religijnych odniesień i poglądów Campanella musiał na siłę wcisnąć, aby w ogóle jego książka została wydana. Sam był przecież na tak zwanym „cenzurowanym” i musiał się pilnować. Jak było naprawdę to trzeba zwrócić się do gwiazd, wróżbitów i astrologii. Wywołać ducha autora i go dokładnie przepytać.

P. S. Podoba się nowy wygląd bloga?

Stanisław Lem “Obłok Magellana”

IMAG0507 “Obłok Magellana” to mała znana książka Lema. Podobno nawet sam autor jakby trochę się jej wstydził i nie była wznawiana przez bardzo wiele lat. Ja czytałem wydanie pierwsze z 1955. Dlaczego Lem się jej trochę wstydził? No cóż, nie da się ukryć, że rys ideologiczny w powieści jest dość mocno nakreślony i wiele fragmentów książki to peany na cześć komunistów i ideologii komunistycznej, ale gdy odrzucić te naleciałości to “Obłok Magellana” jest świetną powieścią o lękach, zagrożeniach i przełamywaniu barier jeśli chodzi o podróże w przestrzeń kosmiczną.

Jest wiek trzydziesty. Ludzkość osiągnęła stan pokoju, dobrobytu, równowagi i ogromnego rozwoju technologicznego. Skolonizowaliśmy cały Układ Słoneczny, dzieci latają sobie na lekcje przyrodnicze z Ziemi na Marsa, nauka i kultura kwitnie, nie ma państw,  nie ma chorób, nikt nie cierpi, nie ma również religii, nikt nie wierzy w żadnego boga, bożka, makaronowego potwora. Jest tylko wiara w postęp. Jednym słowem utopia pełną gębą. Utopia podług ładu komunistycznego dodajmy. Ludzie nie patrzą w przeszłość, nasz wiek dwudziesty jest dla nich starożytnością, o której sobie opowiadają anegdotki w rodzaju:

– A wiesz, że w dwudziestym wieku ludzie chcieli mieć wsyzstko na właśność,

– A co to znaczy mieć coś na własność?

Ludzkości żyje się więc dostatnio. I owa ludzkość cały czas się rozwija, w końcu postanowiła polecieć poza Układ Słoneczny, do najbliższej gwiazdy czyli Proximy Centauri. Podróż do tej gwiazdy i leżącej stosunkowo niedaleko Alfy Centauri nawet w trzydziestym wieku to wyzwanie ogromne. I ludzie to wyzwanie podejmują. Budują ogromny statek Geę, która ma za zadanie przewieźć setki osób wraz z ewentualnymi dziećmi podróżników. Kosmiczna wyprawa w tę i z powrotem będzie trwała bowiem prawie dwadzieścia lat, choć Gea poruszać się będzie z prędkością stu dziewięćdziesięciu tysięcy kilometrów na sekundę.

“Obłok Magellana” to opowieść o eksploracji, o stykaniu się z nieznanym i przezwyciężaniu własnego strachu. Już tutaj można zuważyć tematy, które Lem później będzie namiętnie poruszał: etyczne i praktyczne strony spotkania z obcą cywilizacją, trudności związane z podróżami międzygwiezdnymi, samotność człowieka i jego znikomość wobec ogromu wszechświata. Wirtualna rzeczywistość i pigułki, które pozwalają zmienić nastrój – Lem poruszył w “Obłoku…” prawdziwy ogrom zagadnień i pytań jakie stawiała i stawia sobie nauka po dziś dzień.

“Obłok…” to także książka o emocjach i uczuciach, głównie o miłości. Naprawdę, bardzo dużo jest  miłości nieszczęśliwej i pełnej cierpienia. Jest też dużo strachu, strachu przed niezmierzoną pustką, strachu przed nieznanym niebezpieczeństwem.

I o popełnianiu błędów też jest. Ludzie z trzydziestego wieku, choć znacznie mądrzejsi od nas to jednak pozostają wciąż ludźmi i błędy popełniają. Ze strachu, ze wstydu, z niewiedzy, ale oni potrafią z tych błędów wyciągnąć wnioski.

I byłbym zapomniał, że o poświęceniu i bohaterstwie też jest ta książka. Takim kolektywnym poświęceniu i indywidualnym dla dobra innych.

Krótko i zwięźle – pomijając nadmierne moralizatorstwo i ideologiczne wtręty „Obłok Magellana” niesłusznie jest pomijany i tylko czasem wstydliwie się o tej książce gdzieś tam napomknie. Lem pokazał w tej powieści zalążki swojego imponującego talentu, ogromnej wyobraźni oraz wiedzy, no może zabrakło zupełnie jego poczucia humoru, ale na szczęście w innych książkach rozkwitło ono w pełni.

Gdyby Amerykanie dorwali się do scenariusza, który ktoś utalentowany napisałby na podstawie „Obłoku…” wyszłaby z tego zajebista hollywoodzka super produkcja. Jest tutaj bowiem wszystko – samotny bohater poświęcający życie dla dobra reszty, miłość odwzajemniona i nieodwzajemniona oraz międzygalaktyczna podróż na ogromnym statku, który atmosferą przypomina wielkie transoceaniczne wycieczkowce z ociekającymi luksusem pokładami (serio).

P. S. Film nakręcili Czesi i Słowacy w roku 1963. “Ikaria XB 1” się nazywał, ale zapomnieli wspomnieć (pewnie przypadkiem), że pomysł na film “zaczerpnęli” z Lema.

P. S. 2 Ciekawy fragment tego filmu wrzuciłem na fejsa, ale mogę go tutaj przypomnieć:

 

A tu znajdziecie fragment z książki, który odzwierciedla jak wielkim wizjonerem był Lem. FRAGMENT.

Jerzy Szacki “Utopie”

IMAG0432

„Gdzie tylko istnieją – a istnieją zawsze i wszędzie – nędza, krzywda i boleść, tam musi zjawić się rozważanie sposobów usunięcia przyczyn złego. W olbrzymiej skali, która rozciąga się przez całą historię kultury od rojeń dzikiego koczownika do rozmyślań nowoczesnego filozofa, mieści się niezliczona ilość odmian utopii”.

 Aleksander Świętochowski „Utopie w rozwoju historycznym”

Czasem przeczytam sobie coś  mądrzejszego. To znaczy książkę, którą można określić mianem naukowej lub popularno naukowej. Niestety nie robię tego zbyt często co odbija się na kondycji moich dwóch szarych komórek. Wspominałem już kiedyś, że nazywam je Pinky i Mózg. Jednak kiedy mam dobre dni staram się poszerzać moje horyzonty. Stąd też książka Jerzego Szackiego „Utopie”.

Jerzy Szacki to bardzo znany polski naukowiec, socjolog i historyk myśli socjologicznej. Do mojej czytelni wciąż przychodzą studenci i proszą o książki Szackiego do przejrzenia na miejscu, gdyż reszta jest wypożyczona. Także Szacki znanym socjologiem jest. I jego książka „Utopie” ukazała się w takiej serii „Co to jest?” wydawanej przez Wydawnictwo „Iskry”. To takie niewielkie objętościowo książki, w których poruszane są różnego rodzaju zagadnienia z pogranicza socjologii, filozofii, religii i kultury. Ideą wydawnictwa było przybliżenie czytelnikom pojęć takich jak ateizm, socjologia, humanizm, laicyzacja. Władza ludowa w latach sześćdziesiątych starała się oświecić masy pracujące.

Książka Szackiego w konkretny i dość prosty sposób przedstawia czytelnikowi „pewne problemy” i zagadnienia związane z pojęciem utopii. Szacki dokonuje klasyfikacji różnych rodzajów utopijnej literatury. Robi to w sposób bardzo wyważony oraz uzasadniony logicznie. Porusza tematykę  związaną nie tylko z literaturą utopijną, ale z różnego rodzaju ruchami społecznymi.

W książce napisanej w sześćdziesiątych latach, nie mogło nie być analizy komunizmu jako spełniającej się na oczach autora utopijnej wizji rzeczywistości. I choć jest całkiem sporo bezpośrednich nawiązań da Marksa, Engelsa, Lenina to nie są one, aż tak bardzo nachalne i prostackie. Minęło prawie pięćdziesiąt lat od ukazania się książki Szackiego, wszyscy doskonale wiemy jak ten wielki, utopijny eksperyment się skończył. Dlatego, gdy odsiejemy te komunistyczne wtrącenia dostaniemy książkę, która ładnie i ciekawie systematyzuje stan wiedzy o utopii.

Utopia, jej rozumienie, terminologia dotyczące tego zjawiska w swych założeniach nie zmieniła się. I choć przez te prawie pięćdziesiąt lat powstało mnóstwo nowych książek, które często wnosiły do tego zagadnienia nowe, świeże spojrzenie to podstawy wciąż są takie same. Analiza korzeni utopii w świetle społecznym nie zmieniła się nic i książka Szackiego jest wciąż aktualna.

Ja sam dowiedziałem się mnóstwo ciekawych rzeczy o książkach z literatury światowej, o których wcześniej nigdy nie słyszałem. Moja lista lektur wydłużyła się niemiłosiernie.

Szacki porusza również temat utopii negatywnej, co ciekawe dziś nikt raczej tego terminu raczej nie stosuje. Używa się słowa antyutopia. Szacki użył też terminu kontrutopia. Pisząc o utopii negatywnej autor książki posługuje się frazesem (do czego się zresztą przyznaje):

[…]: ideały ludzkie są nadzwyczaj niejednolite. To, co jednym wydaje się zbawienne, dla drugich będzie zapowiedzią zguby. To, co pociąga jednych, drugich może odpychać. Jak zauważa Margaret Mead, „marzenia jednego człowieka są koszmarem innego”.

Stwierdzenie banalne, ale jakże często o tym zapominamy. Sam pisząc o „Utopii” Morusa zwróciłem uwagę jak wiele było aspektów owej wyspy szczęśliwej, które napełniały mnie grozą i przerażeniem. Moja nauczycielka od biologii w szkole podstawowej powtarzała jedno zdanie, stawiając złe oceny z klasówek i słuchając protestów: „Jeszcze się taki nie urodził, który by wszystkim dogodził”.

Książka jest bardzo wyważona, mimo owych wtrąceń o komunizmie. Wydaje mi się, że autor starał się jak najdelikatniej krążyć wokół tego tematu. W końcu pisanie o wizjach krain wiecznego szczęścia w ustroju, który owo szczęście miał zapewnić wymagało bardzo dyplomatycznego podejścia do tematu.

Nie będę tutaj przytaczał rodzajów utopii oraz podziału jaki zastosował Szacki wobec utopii. Książka przekazała mi sporo fachowej wiedzy, pozwoliła usystematyzować pewne sprawy i pozwoliła na bardziej naukowe spojrzenie na książki czytane przeze mnie, nawet jeśli jest to literatura czysto rozrywkowa. Nigdy nie byłem dobry w “fachowym” pisaniu o książkach. Poprzez słowo “fachowe” mam na myśli posługiwanie się językiem literaturoznawcy, krytyka i tym podobne. Ja często bardziej “czuję” książkę niż wiem co o niej napisać.

Pozostaniemy w zgodzie z etymologią: utopia to miejsce, którego nie ma. Pozostaniemy też w zgodzie częściowej ze wszystkimi wymienionymi wyżej koncepcjami: istnieje zawsze głęboki rozdźwięk między utopią a rzeczywistością. Utopista nie godzi się na świat zastany, nie zadowala się aktualnie istniejącymi możliwościami: marzy, antycypuje, projektuje, eksperymentuje. Właśnie akt takiej niezgody powołuje do życia utopię. Rodzi się ona wtedy, gdy w świadomości ludzkiej zjawia się rozdarcie między tym, co jest a tym, co być powinno; między światem, który jest, a światem, który jest do pomyślenia.

Edmund Wnuk – Lipiński “Wir pamięci”

IMAG0406

Jak tam weekend majowy Wam minął? Dołączę do chórów narzekaczy wszelakich i powiem, że pogoda nie za ciekawa była. A mnie lenistwo ogarnęło i zupełne nicnierobienie.

Się przyznam Wam że postanowiłem w miarę moich możliwości przeczytać wszystkich laureatów Nagrody Zajdla. To dlatego na blogu pojawił się Zajdel z jego „Paradyzją”, Baraniecki i „Głowa Kasandry”. W 1988 roku nagrodę Zajdla otrzymał Edmund Wnuk – Lipiński za książkę „Rozpad połowiczny”. Okazało się, że „Rozpad…” należy do tak zwanej trylogii Apostezjonu, którego pierwszym tomem jest właśnie „Wir pamięci”. Nie chciałem zaczynać od środka dlatego przeczytałem „Wir…”

Apostezjon to nowoczesny kraj, korzystający z dobrodziejstw elektroniki, farmakologii, genetyki. Ludzie żyją tu bezpiecznie i szczęśliwie. Nie ma żadnej biedy, nikt nie głoduje, każdy ma pracę. Świetnie zarządzany przez Zespół Ekspertów wydaje się być dobrym miejscem do życia. Wyspa na której jest Apostezjon to wyspa o klimacie ciepłym, cały czas świeci słońce. Gdy człek czuje się zmęczony może łyknąć pastylkę orzeźwiającą o smaku astonishing i już będzie czuł się  jak młody bóg. Ludzie nie zatruwają swojego ciała alkoholem, nie znają w ogóle  żadnych używek (oprócz swoich pastylek i koktajli). Nad prawidłowym działaniem trybów społecznej machiny Apostezjonu czuwają  niezawodne komputery, nadzorowane przez najlepszych techników oraz specjalistów od inżynierii społecznej. Żyć nie umierać. Piękne kilkudziesięciopiętrowe wieżowce, zaprojektowane tak by spełniały wszystkie potrzeby mieszkańców. Mnóstwo wolnego czasu, który można spędzać na wiele różnych sposobów. Zabawiając się w Centrach Integracyjnych, spacerując po skansenach dawnych dni przed Wielką Zmianą, podróżując po Wyspie. Bezpieczeństwo obywateli zapewniają Służby Specjalne, które świetnie wypełniają swoje obowiązki. Niestety czasem zdarza się, że trafi się element wywrotowy, któremu nie pasuje bezkonfliktowe społeczeństwo. Ów element zajmuje się spożywaniem alkoholu, jedzeniem martwych zwierząt (żywność na Apostezjonie jest syntetyczna), czytaniem książek i chodzeniem w szarych garniturach i określany jest mianem temporystów! Na pierwszy rzut oka Apostezjon to nowoczesne, zaawansowane technologicznie społeczeństwo, które zapewnia wszystkim obywatelom spokój, rozrywkę i bezpieczeństwo. Tylko temporyści czują pogardę do zwykłych mieszkańców nazywając ich “pokornymi”. Tak jak pisałem na pierwszy rzut oka Apostezjon wydaje się spełnieniem snów o społeczeństwie idealnym. Jednak będziemy świadkami wydarzeń, które sprawią, że przestaniemy wierzyć w ów ideał społeczny.

To ogólny zaraz świata powieściowego. W trakcie lektury będziemy świadkami pojedynku pomiędzy Służbami Specjalnymi, a dziwnymi typkami działającymi na zlecenie tajemniczego Sponsora. Rozgrywka będzie się toczyć wokół mężczyzny o nazwisku Ira Dogow, który uległ tajemniczemu wypadkowi i przeszedł operację. Okazuje się, że to była bardzo pionierska operacja, a Dogow jest kimś zupełnie innym niż myśli. Na tle zmagań SS (dziwnie brzmi, ale to skrót od Służby Specjalne jakby ktoś nie wiedział:) z owymi typkami poznajemy trochę lepiej Apostezjon, historię głównego bohatera oraz tajemniczych temporystów.

„Wir pamięci” można uznać za antyutopię. Mamy bowiem z pozoru szczęśliwe społeczeństwo, ale mamy również grupkę niezadowolonych, którzy hołdują starym czasom. Jedzą naturalne jedzenie przyrządzane z martwych zwierząt (skąd biorą te zwierzęta nie dowiemy się prawdopodobnie z przemytu z pozostałych części świata). Inwigilacja obywateli jest praktycznie stuprocentowa, każdy porządny obywatel zresztą natychmiast doniesie o podejrzanych zachowaniach. A każdy nieprzystosowany trafia do Ośrodka Resocjalizacyjnego, z którego nie wyjdzie już będąc tą samą osobą. Możemy się tylko domyślać, że stosuje się tam wyrafinowane techniki psychomanipulacji i przesłuchań. Ale nawet pomimo tych dość ogólnikowych napomknień o systemie resocjalizacyjnym na Wyspie. Apostezjon nie wydaje się być strasznym i przerażającym miejscem. Wręcz przeciwnie sprawia dość „sympatyczne” wrażenie. Nasza cywilizacja przecież również stosuje leczenie farmakologiczne, psychomanipulację i tym podobne.

 Elementy, które można uznać za pozytywne w Apostezjonie czyli technologia na wysokim poziomie rozwoju, wyeliminowanie biedy, zaawansowana medycyna wszystko to jest jakby bardzo powierzchowne i człowiek podświadomie pragnie się dowiedzieć co jest nie tak z „pokornymi”. Piszę te słowa już po przeczytaniu drugiej części czyli „Rozpadu połowicznego”. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że autor chciał trochę inaczej napisać drugą część, ale po drodze zjawił się stan wojenny i w „Rozpadzie…” widać bardzo, ale to bardzo gorzką krytykę socjalizmu. Jak wspomniałem wcześniej „Wir pamięci” tchnie pewnego rodzaju optymizmem, takim pasującym do dekady Gierkowskiej, a „Rozpad…” to już zupełnie inna bajka.

Nie czytało się źle, co prawda „Wir…” ma styl pisarstwa trochę już przestarzały, ale książka jest ciekawa, mamy zagadkę kryminalną z interesującym zwrotem akcji, jest dość ciekawie choć sztampowo przedstawiony świat bez żadnych większych szczegółów. Mamy kilka niekonsekwencji jeśli chodzi o pewne sprawy, ale nie przeszkadza to zbytnio. Ogólnie mogę powiedzieć, że „Wir…” obronił się przed upływającym czasem. Co prawda oberwał kilka razy i widać czasem gdzieniegdzie siniaki, ale ogólnie stoi na nogach i nawet się nie chwieje.

[EDIT] Tak mi się dopiero teraz skojarzyło, że Apostezjon jest umieszczony na Wyspie, która w miarę skutecznie jest izolowana od reszty świata. Konotacje z “Utopią” Tomasza Morusa chyba jak najbardziej uzasadnione.

Ursula K. Le Guin “Wydziedziczeni”

Ursula K. Le Guin "Wydziedziczeni"

Ursula K. Le Guin "Wydziedziczeni"

Dawno mnie tu  nie było, ale miałem taki szalony okres od początku czerwca, że szkoda gadać. Dużo się działo, dużo się piło. Powrót do szarej (dosłownie i w przenośni – bo w Krakowie pochmurno) rzeczywistości jest bolesny. Ale ja nie o tym, a o książce „Wydziedziczeni”.

Książka została wydana w 1974 roku. To czas gdy w USA powstawało mnóstwo hippisowskich albo religijnych komun, przeprowadzano różnego rodzaju eksperymenty społeczne, które obalały lub potwierdzały wiele mitów. W znacznie szerszym ujęciu na planecie Ziemia ścierały się dwie ideologie, doktryny polityczne i style życia (chociaż o komunizmie jako stylu życia to raczej ciężko pisać). Imperializm radziecki i imperializm amerykański walczyły o strefy wpływów. Wielu polityków, socjologów, naukowców próbowało stworzyć model idealnego społeczeństwa. Wielkie eksperymenty urbanistyczne we Francji, Anglii nawet w Polsce. Wszystko to stanowiło interesujący temat dla pisarki, pani Le Guin.

I pani Ursula napisała książkę, w której widać jej fascynację anarchistyczną filozofią (jest coś takiego?) szybki „look” na Wikipedię i okazuje się, że jest:)

Fabuła książki. „Wydziedziczeni” to historia tym razem z układu Tau Ceta, gdzie mamy planetę Urras oraz jej księżyc Anarres. Na obydwu ciałach niebieskich istnieją cywilizacje, z tymże Anarres zamieszkują uciekinierzy z Urras, dobrowolni emigranci, którzy wyznają odonizm, a ten z kolei jest pewną formą anarchizmu. Na Anarres nie ma prywatnej własności, nie ma centralnej władzy, nie ma elity, nie ma bogatych ani biednych, nie ma określonych słów takich jak „więzienie”, „religia”, „nienawiść”. Żyją oni sobie tam w takich jakby komunach, gdzie wszystkim zarządza komputer. I ciężko pracują, bo życie na Anarres to prawdziwa suka. I nikogo nie oszczędza, mimo tego wszyscy są zadowoleni bo mają się w co ubrać, mają coś do zjedzenia i mogą oddawać się rozrywkom kulturalnym w domach publicznych kultury (taki mój kiepski żarcik). Ogólnie społeczeństwo wydaje się  być naprawdę mądrze zaprojektowane i wydaje się funkcjonować dobrze. Wszyscy są zadowoleni, wolność jednostki jest definiowana poprzez potrzebę i chęć pracy dla społeczności. Kluczem jest słowo „wydaje się”.

Poznajemy Anarres dzięki Szevekowi, który jest trochę inny od swoich ziomków. Znaczy się taki trochę z niego indywidualista, a takich to na Anarres za bardzo nie lubią. Szevek jest fizykiem, geniuszem i ma kilka świetnych pomysłów. Na jego nieszczęście Anarres to  naukowe zadupie, gdzie problemy fizyki czasu i przestrzeni traktowane są po macoszemu, bo ważniejsze są zbiory drzew holum (taka ich roślina), bo coś trzeba jeść. Szevek jest dobrym obywatelem i pracuje tam gdzie go pośle komputer. Lecz chce i pragnie czegoś więcej. Dostaje swoją szansę i opuszcza Anarres, aby na Urras dokończyć swoją teorię.

I poznajemy teraz Urras – planetę z bogatą historią i różnymi ustrojami społecznymi i państwami. Poznajemy ją w momencie, gdy dowiedzieli się, że nie są sami we Wszechświecie, bowiem odwiedzili ich Hainowie i Ziemianie. Szevek trafia na uniwersytet, który żywcem przypomina ziemskie uniwersytety. Jest na Urras obcy, trafia do państwa, które do złudzenia przypomina zachodnie demokracje. Nie zna żadnych zwyczajów, nie zna prawideł jakie rządzą tym państwem. A trafił do kapitalistycznego A-Io. I tak sobie żyje omamiony bogactwem do czasu, aż zobaczy kontrast pomiędzy biednymi a bogatymi i stanie po stronie biednych.

To fabuła w tak bardzo telegraficznym skrócie. Książka nie jest chronologicznie napisana – opis pobytu na Urras, przerywany jest fragmentami z Anarres.

Ładnie i zgrabnie i mądrze opisane stosunki społeczne zarówno na Anarres jak i Urras. Czytając fragmenty z Anarres miałem wrażenie, że czytam o czasach gomułkowskiej propagandy, czynie społecznym i naszej małej stabilizacji. I choć na początku wydawało się, że czytając o Anarres mam do czynienia  z ustrojem niemalże idealnym to w miarę dalszej lektury mogłem zauważyć pęknięcia i rysy na fundamentach tego wzbudzającego sympatię społeczeństwa. A gdzie widać te pęknięcia i rysy? Niby nie ma władzy centralnej, ale spora klika osób od dłuższego czasu jest wybierana do Komitetu Centralnego. Niby, że wszystkim po równo, ale niektórzy dostają  lepsze żarcie, niby że masz wolność jednostki, ale nikt nigdy nie zmienił swojego przydziału pracy z obawy ostracyzmu społecznego. Niby system efektywny i w miarę sprawny, a wystarczyło trochę dni suszy, klęska głodu i już wszystko zaczyna się sypać, a ludzie zapominają o solidarności społecznej i dbają tylko o swoje brzuchy. Niby wolność słowa jest, ale niewygodne jednostki wysyłane są do „sanatoriów”. Dzieci wychowywane są przez ośrodki kształceniowe, a nie rodziców. I tak dalej i tak dalej. Coś co wszyscy dobrze znają z naszego własnego podwórka sprzed lat kilkudziesięciu. Wciąż jednak Anarres wydaje się sporo sympatyczniejszy niż nasze podwórko. Równość udało im się zaprowadzić w przypadku płci. Kobiety i mężczyźni postrzegani są tak samo, tyle samo się od nich wymaga. Emancypacja na sto procent. I jeszcze swoboda seksualna. Nikt nikomu nie zakazuje uprawiania stosunków hetero- i homoseksualnych a ludzie łączą się w pary na zasadzie obopólnego partnerstwa. Nie ma instytucji małżeństwa. Aha i jeszcze co było interesujące – imię nadaje komputer. Jest unikatowe dla każdego mieszkańca Anarres.

Urras to z kolei obraz Ziemi w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Mamy tam kapitalistyczne państwo A-Io oraz jego komunistycznego przeciwnika Thu. Ogromne różnice majątkowe, szowinistyczne społeczeństwo, gdzie kobiety nie są dopuszczane do udziału w życiu naukowym, społecznym i publicznym. Wojna, bieda i jednocześnie ogromne bogactwo wszystkiego. Szevek jest tam obcy i to bardzo. Nie rozumie wielu spraw, nie zna zwyczajów społecznych. Pierwszy raz pije alkohol, którego na Anarres nie ma. Urras nie przedstawia się dobrze w oczach mieszkańca pochodzącego z państwa niemalże realnego socjalizmu, ale jednocześnie jest dla niego pięknym miejscem, gdzie naukowcy nie muszą się martwić o to, że pojadą pielić pietruszkę, albo doglądać trzody chlewnej na jakimś wypizdowie.

Się rozpisałem, to może o wrażeniach. No cóż, jeśli mam być szczery to nie zachwyciła mnie aż tak bardzo. Za mało było science-fiction w tej książce z gatunku science-fiction. A za dużo ziemskich, swojskich klimatów. Czułem się jakbym czytał książkę o przygodach komsomolców i socjalisty z ZSRR, który nagle trafia na Zachód Europy. Książka jako trafna analiza społeczeństwa, różnego rodzaju rządów i tym podobne sprawdza się doskonale, ale jak dla mnie było tego za dużo.

Na końcu Szevek rozmawia z panią ambasador z Ziemi, która kreśli mu wizję naszej planety jako kompletnie zdewastowanej, zatrutej i zniszczonej. I gdyby nie Hainowie ludzkość zginęłaby marnie. Taka przestroga dla nas!

„Wydziedziczeni” to klasyk s-f, choć dla mnie tego s-f było jednak ciut za mało. Nie oznacza to, że książka jest zła. Czytało się ją fajnie, ale bez porywów serca. Poza tym było kilka nieścisłości, które dało się zauważyć. A może ja mam trochę już dość pani Le Guin? I należałoby na chwilę odstawić czytanie jej książek? Sam nie wiem.

 

 

Maksym Gorki “Matka”

Maksym Gorki "Matka"

Maksym Gorki "Matka"

Maksym Gorki – imię i nazwisko zapewne obiło Wam się o uszy. Obiło się także mnie; wiadomo literatura socrealistyczna, piewca socjalizmu, jako systemu i ideologii mającej przynieść szczęście i dobrobyt ludzkości. Wielki pisarz radziecki. Tyle słyszałem przed lekturą „Matki”. Lekturą, która bardzo długo trwała, książkę czytałem fragmentami, kawałek po kawałku. Nie dlatego, że była szczególnie trudna, bardziej z powodów braku zbytniego zainteresowania „Matką”. Dlaczego więc ją skończyłem? Po pierwsze rzadko kiedy nie kończę książek, które zacząłem czytać. Nawet jeśli trwa to długie miesiące i lata nawet, to jednak książkę skończę. Po drugie chciałem móc powiedzieć, że „Matkę” przeczytałem i dlatego mam prawo wyrazić o niej opinię.

Dawniej książka Gorkiego była lekturą obowiązkową. Moi rodzice na pewno ją czytali, albo przynajmniej wiedzieli, że taka lektura szkolna jest do przeczytania. Z mojego pokolenia, oprócz filologów rosyjskich i tym podobnych osobników, chyba raczej nikt nie będzie kojarzył „Matki”.

Zabierając się do czytania, spodziewałem się czegoś w rodzaju książki Ostrowskiego Mikołaja “Jak hartowała się stal”, czyli socrealizmu w najczystszej postaci. Na szczęście już podczas czytania „Matki” wiedziałem, że Gorki napisał książkę tuż po rewolucji 1905 roku, socjalizm był wciąż ideologią nie splamioną zbrodniami przeciw ludzkości. Wciąż można było wierzyć w powszechny dobrobyt i szczęście społeczeństwa i robotników. Tę wiarę w ideologię, w możliwość odrodzenia się rasy ludzkiej i stworzenia nowego ładu można dostrzec na łamach książki. Nowy ład i zmiany wprowadzać będą młodzi ludzie, którzy zmiotą stary system, bo był systemem bez wątpienia złym i ciemiężył wielu ludzi, ale nie tylko młodzi przyłączają się do „sprawy”. Bohaterka książki Własowa to wdowa po robotniku, która lekkiego życia nie miała. Mąż pił i bił, beznadzieja, nędza robotniczego życia były jej dobrze znane. Odetchnęła dopiero po śmierci męża, gdy znalazła się pod opieką syna, który również był robotnikiem. Jednak syn nie godził się na swój marny los i należał do „towarzyszy”, którzy będą walczyć za „sprawę”. Matka na początku nic nie rozumie o co synowi chodzi, dopiero później angażuje się i pomaga w działalności wywrotowej. Co prawda nie jest elementem politycznie uświadomionym, ale całym swoim sercem stoi za „sprawą”, bo wie, że jej syn i jemu podobni chcą, żeby żyło się lepiej wszystkim. Matka boi się o syneczka, jednocześnie wie, że „sprawa” za którą jej syn poszedł do więzienia jest czymś znacznie bardziej ważniejszym niż jego życie. Ze strachliwej, wiejskiej kobiety Własowa wyrasta na rasową „bojowniczkę” i choć nie rozumie argumentów politycznych całym swoim sercem pojmuje wielkość sprawy.

Posprawdzałem sobie kilka faktów i dzięki temu mój obiór „Matki” trochę się zmienił. To znaczy książka zyskała w moich oczach. Gorki lekkiego życia nie miał, jako nastolatek musiał ciężko pracować. Napatrzył się na nędzę i niedole ludu rosyjskiego. Dlatego w jego pisarstwie tak silnie obecna jest krytyka ówczesnego mieszczaństwa, inteligencji, władz. Wierzył w socjalizm i chciał budować system, przynajmniej na początku.

„Matka” oparta jest na prawdziwych postaciach i osobach. Był i żył w carskiej Rosji młody robotnik, który brał udział w pochodzie pierwszomajowym i za niesienie czerwonego sztandaru został skazany na wysyłkę, żyła również jego matka, która pomagała roznosić ulotki po fabryce. Robotnik nazywał się Piotr Załamow, a matka jego Anna Kirłłowna.

Gorki oparł swoją książkę na prawdziwych wydarzeniach. Stworzył z nich opowieść o walce moralnej i ideologicznej pomiędzy dwoma światopoglądami. „Matka” była później ochoczo wykorzystana przez bolszewików do propagowania ideologii socjalizmu.

Na początku wpisu napisałem, że przeczytałem „Matkę” bez zbytniego zainteresowania. I tak było, książka nie porwała mnie. Wydała się nudna. A historia matki, która staje się socjalistyczną bojowniczką wyglądała dla mnie naiwnie. Ponad sto lat minęło od wydania „Matki”. Książka przyniosła Gorkiemu sławę. Przez te sto lat ideologia marksistowska i socjalistyczna poniosły sromotną klęskę, nie da się, przynajmniej dla mnie odczytywać tej książki bez garba historycznych wydarzeń. Wszyscy wiemy, czym był komunizm i jak złym i wypaczonym był systemem. Ludzie w nim żyli, bo musieli. Marzenia o powszechnym dobrobycie i szczęściu ludzkości legły w gruzach już w kilka lat po zwycięstwie rewolucji październikowej. Gorki podobno był przeciwny rewolucji.

Pokuszę się o stwierdzenie, że “Matka” Gorkiego odejdzie w zapomnienie jak większość socrealistycznych powieści, o których nikt już dzisiaj nie pamięta. A trochę szkoda, bo to na pewno nie siermiężna, nachalna, indoktrynująca literatura. W “Matce” widać nadzieję, że świat może być lepszy i lepsi mogą być ludzie. Może jeszcze spróbuję przeczytać coś innego Gorkiego.

 

Mikołaj Ostrowski “Jak hartowała się stal”

okładka książki "Jak hartowała się stal"

Towarzysze, towarzyszki – młodzi komsomolcy i komsomołki, bolszewicy złączeni razem w walce z burżuazyjnym pasożytem wysysającym krew proletariatu jak pijawka, przedstawiam wam sztandarowe dzieło propagandy radzieckiej i nurtu w sztuce jakim był socrealizm. Do czytania! W ramach czynu pięciodniowego! Niech każde słowo z tej książki wniknie w wasze serca i umocni was w walce o waszą radziecką Ojczyznę!

Teraz na poważnie. Książkę tę znalazłem zagrzebaną u nas w magazynie podczas remontu. Z nudów (pilnowałem panów elektryków), zacząłem czytać. Wcześniej coś mi się tam obiło o uszy ale nie wiedziałem za bardzo o co tam biega.

Dla tych, którzy nie kojarzą o co kaman (wbrew pozorom dawno VIVY nie oglądałem). Głównego bohatera poznajemy jako nastolatka, który zmuszony ciężką sytuacją finansową rodziny (samotna matka, brat hen daleko) podejmuje pracę w restauracji kolejowej w jego rodzinnym mieście na Ukrainie. Od początku spotyka się z wyzyskiem, biciem, kopniakami. Patrzy jak młode dziewczyny by utrzymać się w pracy zmuszone są oddawać się byle kelnerzynie. Zaczyna nienawidzić wszystkich bogatych. Wstępuje do partyzantki bolszewickiej, walczy, później jest członkiem partii i tak dalej. Przez całą powieść jest bez skazy, zachowuje wierność ideałom komunistycznym. Bla bla bla.

Będzie o moich wrażeniach po lekturze. Powiem krótko nic dziwnego, że książka mogła zapalić do czynu rewolucyjnego i przez lata była typowym przykładem propagandy komunistycznej. Do połowy gdzieś tak czyta się ją po prostu interesująco – nie ma za dużo ideologicznego jadu jest za to walka, wojna, młode dziewczyny z jędrnymi piersiami czyli to co potrzebne w książce przygodowej. Opisy wojny z roku 1920 są. Wzruszające jest jak to Paweł Korczagin walcząc z Polakami wie, że musi zabijać dla dobra sprawy i gdyby to od niego zależało to on komunizm wprowadziłby metodą pokojową. Później robi się mniej interesująco a nachalne moralizatorstwo aż bije w oczy. Główny bohater nie zważa na wdzięki niewieście, nie interesują go kobiety swoje życie oddał PARTII. Heroiczne czyny bolszewików, którzy na mrozie budują tory do lasu, walka z ukraińska partyzantką. Po prostu szał.

Książka pisana była na początku lat trzydziestych, wtedy właśnie na Ukrainie panował Wielki Głód (w powieści są wspomniane początki kolektywizacji). Jest coś przerażającego w czytaniu o tym, jak to wszystkim będzie po równo, wszyscy będą mieli cudowny robotniczy raj a człowiek wie jak to się skończyło.

W tej drugiej nudniejszej części książki bolszewikom zawsze coś przeszkadza w realizacji ambitnych planów: a to kułacy, drobni mieszczanie, ukraińscy partyzanci, a wreszcie mocno zadekowane w samym sercu PARTII siły reakcyjnego zachodu. Zawsze jest winien ktoś INNY, nie Partia tylko właśnie ONI. Taki wróg niejasno określony.

W powieści duży nacisk autor położył na równouprawnienie kobiet, one często są na pierwszej linii w walce o komunistyczny raj. Naprawdę wydawało mi się, że książka jest pełna szacunku do kobiet przedstawionych jako ofiary poprzedniego systemu, którym Partia niesie wolność i równość.

Ogólnie w wielu fragmentach książka budzi uśmiech politowania, kiedy naprawdę indoktrynacja aż razi.

Książka dla tych, którzy chcą wiedzieć jak kiedyś wyglądała propaganda i są zainteresowani socrealizmem. Jeśli kogoś to nie interesuje to można sobie darować.