Aleksander Sołżenicyn “Jeden dzień Iwana Denisowicza”

Aleksander Sołżenicyn. Źródło: wikipedia.com

Zdrastwujtje! Witajcie towarzysze i towarzyszki. Zgodnie z obietnicą cofam się w opisywaniu książek w taki sposób, że opisuję te ostatnio przeczytane. Chociaż “ostatnio” w przypadku moich książek to naprawdę spory eufemizm. I nie żartuję. Według lubimyczytac.pl książkę Sołżenicyna przeczytałem pod koniec września. Minęło więc trochę czasu.

Continue reading

“Nihil novi sub sole” – nic nowego pod słońcem.

Dobry dzień! Nihil novi sub sole  – sentencja łacińska, które jeszcze dosadniej i pełniej wyjaśnia moje “wszystko już było”. Miło jest trafić w prasie międzywojennej na podobny do mojego głos. Jakże odmienny od tamtejszych codziennych narzekań na ministra skarbu, na podatki i brak rozsądku w wydawaniu publicznej kasy i na skalę afer w nowej, odrodzonej Rzeczypospolitej (to nie tematy współczesne, to wszystko znajdziecie na łamach dzienników II RP).

Ilustrowany Kuryer Codzienny nr 339,10 grudnia 1926 roku.

IKC_1926_nr339_dn10XII_nic_nowego

Czytaj dalej ->

Edmund Wnuk-Lipiński “Mord założycielski”

IMAG0414

Trzecia i ostatnia część tak zwanej trylogii Apostezjonu. I jakie miałem wrażenia podczas lektury? Zobaczyłem, że potężny Apostezjon chwieje się w posadach. Rozprężenie moralne i obyczajowe sięga zenitu. Wódka jest legalna, a oprócz temporystów powstała kolejna klasa społeczna tak zwani lovitci. Zupełny margines. Chleją wódkę, siedzą na zasiłkach i płodzą się bez badań genetycznych, mieszkają w gettach, kradną, niszczą. Zespół Ekspertów, aby złagodzić nastroje społeczne wprowadził zawody dla gawiedzi. To bardzo niebezpieczna i czasem śmiertelna rozgrywka, w której biorą udział najlepsi, odpowiednio wytrenowani zawodnicy. Na scenę wraca główny bohater z pierwszej części Ira Dogow, który poszukuje nowego żywiołu do odrodzenia świata wśród lovitów. Poznajemy też młodego profesjonalnego zawodnika Daniela. Młodego, acz zdolnego i mającego wysokie ambicje. Daniel wyrywa piękną Candy z rąk kilera, spuszcza kilerowi łomot i musi uciekać. Po drodze mamy jeszcze pisarza będącego na usługach rządu Apostezjonu, który w swoim “słowaku” (osobisty komputer) oprócz książek chwalących pod niebiosa panujący ustrój zapisuje swój własny, prywatny dziennik.

Iluż ludzi tak postępowało i postępuje. Jak wielu pisarzy miało swoje prywatne dzienniki, które nie miały nigdy się ukazać, albo miały dopiero wyjść drukiem po ich śmierci. Wiktor Nordmann, bo tak pisarzowi na imię niestety popada w niełaskę i również musi uciekać przed karzącą ręką (nie)sprawiedliwości. Mamy pułkownika Vitolliniego z pierwszej części, któremu marzy się władza nad Apostezjonem, a który lubi również chłopców. Mamy wielką katastrofę w zakładach chemicznych, która jest utrzymywana w ścisłej tajemnicy, a której skutki odczuwać będzie cały świat (!). Ogólnie coś tam się dzieje, następuje ferment społeczny i tak zwana pospolita ruchawka.

Co mi się podobało w “Mordzie założycielskim” – przed każdym rozdziałem zamieszczono fragmenty, które często pochodziły z oficjalnych komunikatów rządowych. Wypisz – wymaluj bełkot propagandy PRL.

Przykłady:

Elementy awanturnicze, które ostatnio podniosły głowy zostały poskromione, przy aktywnym poparciu społeczeństwa. Jednak nadał sytuacja jest złożona, Pożar Pałacu Centralnego spowodowany przez margines społeczny, został dziś nad ranem opanowany. Władze, korzystające przejściowo z innej siedziby, w pełni kontrują rozwój wydarzeń. W innych rejonach wyspy panuje całkowity spokój i rytmiczna praca…

Z artykułu wstępnego dziennika „Nasz Głos” nr 110/10849 z dnia 22 kwietnia 2044 roku

Zadaję sobie często pytanie, dlaczego utopie wprowadzone w życie obracają się w swoje przeciwieństwo? Tam gdzie miało być wyzwolenie – rośnie niewola, tam gdzie miało być braterstwo – wyrasta przemoc, tam gdzie miała być sprawiedliwość – pleni się zbrodnia, odwaga zaś zamienia się w strach. Dlaczego? Nie znajduję na to pytanie odpowiedzi.

Z „Dziennika prywatnego Wiktora Nordmanna” materiał nie publikowany. Archiwum Służb Specjalnych, sygnatura AG/1786/29

Autor określił wreszcie datę wydarzeń na Apostezjonie – 2044 rok. Akcja “Mordu…” rozgrywa się w kilka lub kilkanaście lat po wydarzeniach z “Wiru…”. Jak już wspomniałem Apostezjon rozpada się. Wciąż jest państwem, w którym nauka stoi na wysokim poziomie patrz: hoduje się kilerów w laboratoriach (szkoda, że autor nie pociągnął tego wątku bardziej), wciąż jest państwem gdzie istnieje broń zdolna unicestwić wszystko co znajdzie się na celowniku, ale jest też państwem, gdzie istnieje podział na biednych i bogatych, żywność jest na kartki (!), a ci, którzy są poplecznikami rządu mogą liczyć na ogromne przywileje. Utopia przestała być rajem i stała się zwykłym państwem.

Nowa klasa społeczna lovitci kojarzy mi się z prolami z “Roku 1984” Orwella. Są dość liczni, są płodni, są prości, ale gdyby dać im trochę czasu to powstanie z nich żywioł mogący zburzyć stary świat. Tylko są również niemoralni, pozbawieni skrupułów i prymitywni. Ira Dogow powoli przygotowuje ich na rewolucję, ale sam uważa, że jest jeszcze na to za wcześnie.

“Mord…” miał trochę więcej życia, akcji w sobie niż “Rozpad…”. Dobrze i szybko się czytało, choć i tutaj odczuwałem niedostyy jeśli chodzi o nakreślenie sytuacji Apostezjonu. Jak na fantastykę socjologiczną strasznie mało tam nauki. Ot autor wpadł na pomysł, że kilerów robią w laboratoriach i o tym wspomniał.  A zapomniał powiedzieć skąd i po co ci kilerzy się lęgną w próbówkach. Zupełnie z dupy pojawiają się menele (lovitci) i stanowią od razu bardzo liczną grupę społeczną, która rządzi się własnymi prawami.Garść świetnych pomysłów bardzo ciekawych, które jednak nie wystarczyły, by uczynić z „Mordu…” bardzo dobrą książkę.

Ogólnie mówiąc, gdyby te trzy książki wymieszać, wziąć z każdej to co najlepsze to mogłaby powstać naprawdę świetna, zajebista książka. Dystopia jak się patrzy. Z państwem, które stoi na straży bezpieczeństwa obywateli, zapewnia im wszystko, co niezbędne do życia, a w razie jakiekolwiek oznaki buntu bądź niepokoju pierze tym swoim obywatelom mózgi, aż im szare komórki skwierczą, a ci są jeszcze wdzięczni za takie działanie.

A jak dla mnie mamy trzy dobre książeczki, które czyta się przyjemnie i szybko. I które kiedyś musiały robić znacznie większe wrażenie niż teraz.

Edmund Wnuk-Lipiński “Rozpad połowiczny”

IMAG0413Mam problem z drugą częścią trylogii Apostezjonu. Problem niewielki, ale irytujący. Książka dostała Zajdla w 1988 roku, pisana była w 1983 roku, podobno autor miał duże problemy z cenzurą, która ingerowała w kształt książki. Ja czytałem wydanie z czasów PRL, a w 2000 roku ukazało się wydanie zbiorcze całej trylogii nakładam wydawnictwa superNowa i tam podobno zostały umieszczone te ocenzurowane fragmenty. A mój problem polega na tym, że “Rozpad…” czytany zaraz po “Wirze pamięci” odebrałem praktycznie wyłącznie jako lepiej lub gorzej zawoalowaną  krytykę systemu socjalistycznego i opis szarej rzeczywistości PRL w okresie stanu wojennego, fantastyki tam było tyle co kot napłakał. Ja rozumiem, że nie zawsze ta fantastyka musi być, ale akurat w „Rozpadzie…” drażniło mnie to.

“Wir…” mówił o społeczeństwie, w którym można dopatrywać się śladów  myśli socjalistycznej, w miarę inteligentnie krążył wokół tematu inwigilacji obywateli, roli jednostki w owym społeczeństwie. Natomiast “Rozpad…” to łopatologicznie wyłożony obraz PRL lat osiemdziesiątych. Apostezjon z części pierwszej to społeczeństwo dostatnie, rozwinięte technologicznie, a Apostezjon z “Rozpadu…” to miejsce gdzie karierowicze pną się po szczeblach władzy, Zespół Ekspertów to banda starych dziadów, która osiągnęła dobrobyt kosztem obywateli i nie ma zamiaru się nim dzielić. W “Rozpadzie…” młodzież działa w Lidze Młodych Entuzjastów, jest mowa o gospodarce centralnie sterowanej, o konflikcie z sąsiadami wyspy. Wyścig zbrojeń, bazy na Księżycu produkujące śmiertelną broń, funkcjonariusze tak zwani Technicy Bezpieczeństwa, czyli tebecy (!) chodzący z dużymi, białymi gumowymi pałkami. Plotki wypowiadane szeptem i bełkot oficjalnych organów informacyjnych. Ten Apostezjon znacznie różni się od tego z pierwszej części, choć według akcji z powieści nie minęło zbyt dużo czasu.

Akcja drugiej części krąży wokół Ośrodka Resocjalizacyjnego wykorzystującego podczas “terapii” i “leczenia” jednostek zdemoralizowanych metody “naturalne” bez wspomagania środkami farmakologicznymi. Opis metod stosowanych w Ośrodku stanowi najmocniejszą stronę książki. Psychomanipulacje, tortury psychiczne i fizyczne stosowane by złamać psychikę „pacjenta” zostały opisane dość sugestywnie i z dużą znajomością tematu.

O fabule w skrócie: śledzimy losy kilku bohaterów. Długiego, który pojawił się w „Wirze…” jako przemytnik i specjalista do wszystkiego, a w „Rozpadzie…” trafił do Ośrodka, gdzie na jego przykładzie obserwujemy metody resocjalizacji. Drugim bohaterem jest młody Jorgen. Chłopak z zacięciem ideologicznym, który działa w Lidze Młodych Entuzjastów, był w księżycowej bazie, ale przez swoją nadgorliwość narobił sporo szkód i mało co nie spowodował skandalu międzynarodowego. Jorgen rozpoczyna praktyki w Ośrodku Resocjalizacyjnym profesora Nemeczki z poczuciem misji. Jorgen to idealny przykład obywatela poddanego indoktrynacji. Ślepo wierzy w ideały Apostezjonu, wykonuje bez wahania każde zarządzenie władz i nigdy, ale to przenigdy nie kwestionuje poleceń przełożonych. Praktyka w Ośrodku sprawi, że z młodego, głupiego i pozbawionego wątpliwości idealisty przeistoczy się w młodego, głupiego idealistę z dużymi wątpliwościami. Jest jeszcze Claire, która jest prawą ręką profesora Nemeczki. Piękna dziewczyna o tragicznej historii. Poznamy również bliżej profesora Nemeczkę, który raczej nam do gustu nie przypadnie. Kulminacyjnym momentem w książce jest powstanie Strefy, w której część temporystów i zwykłych obywateli przez pewien czas żyła poza zasięgiem władz Apostezjonu.

Podobnie jak w części pierwszej nie znamy daty, w której dzieje się akcja. Możemy przyjmować, że to połowa dwudziestego pierwszego wieku. Już wspomniałem, że Apostezjon z „Rozpadu…” to inna wyspa niż z „Wiru…”. Wszędzie widać degrengoladę i beznadziejność systemu. Przemytnicy i lokalni producenci sprowadzają i produkują alkohol, narkotyki i inne używki, które cieszą się wielkim powodzeniem wśród prominentów i decydentów. Infrastruktura i gospodarka są w opłakanym stanie, syntetyczne jedzenie smakuje straszliwie, a rarytasem są potrawy naturalne. Zespół Ekspertów koncentruje się na wewnętrznych rozgrywkach, Służby Specjalne mają ogromne uprawnienia. Wszystko da się załatwić, jeśli ma się znajomości. Ośrodki Resocjalizacyjne to miejsca, w których skutecznie niszczy się jednostki zbuntowane.

Książka przez swoje proste i niczym niekryte nawiązania do socjalistycznej rzeczywistości PRL-u nie ma w sobie nimbu tajemniczości. Nic dziwnego, że ówczesna cenzura miała z nią kłopot. Analogie są dość oczywiste. Wielka Zmiana, podczas której liczba ludności Apostezjonu zmniejszyła się o połowę, a stary porządek świata runął w gruzy. Czarny Batalion owiany złą sławą podczas działań prewencyjnych bezlitośnie rozprawiający się z przeciwnikami systemu. Tebecy noszący białe pałki i wybierani do pracy ze względu na niski iloraz inteligencji. Brutalni i okrutni. Oficjalna propaganda chwaląca osiągnięcia Apostezjonu, a oczerniająca resztę świata. Ziemia podzielona na wrogie obozy. W „Rozpadzie…” profesor Nemeczko wspomina swoje dzieciństwo i wizyty w wielkich gmachach, w których palono ogromne ilości świec woskowych, a atmosfera była podniosła. Mnóstwo jest takich mało wyrafinowanych odniesień do rzeczywistości współczesnej pisarzowi. Drażniło mnie to trochę. Co nie znaczyło, że książkę czytało się źle, ale te nachalne wręcz analogie irytowały. Aha, a po głównym bohaterze z „Wiru…” ani widu, ani słychu.

Wnuk – Lipiński świetnie opisuje metody prania mózgów, psychiczne tortury. Złamać można każdego, wystarczy odpowiednia ilość czasu, cierpliwość, okrucieństwo i wyrachowanie. Wszystko to podlane sosem naukowego bełkotu i w efekcie Ośrodki Resocjalizacyjne opuszczają ludzie, którzy nigdy w swoim życiu nie podniosą ręki na władzę. Nawet jeśli władzy nienawidzą i w głębi duszy pragną jej zniszczenia to już nigdy nie podejmą się próby oporu. Władza ma gdzieś czy ktoś ją kocha czy nienawidzi. Ważne aby był posłuszny. Istnienie Strefy, która jest oazą innego porządku na Apostezjonie doprowadzi do ludobójstwa. System nie interesuje się w jaki sposób żyją ludzie w Strefie, ważne, że żyją inaczej niż chce tego władza. To już jest wystarczający powód do podjęcia drastycznych kroków.

Apostezjon jest społeczeństwem zaprojektowanym odgórnie. Każda dziedzina nauki miała swój udział w tworzeniu owego „idealnego” państwa. Dzieci nie są wychowywane przez rodziców, ale przez państwo. Wśród normalnych obywateli nie ma małżeństw z dziećmi. Jeśli jakaś para się pozna i chce zawrzeć kontrakt na związek i mieć z niego potomstwo ich genotypy muszą być dopasowane. Inaczej potomstwa nie będzie.

Lipiński również pisze o nowym narkotyku o niezbyt wymyślnej nazwie „drug”. Jazda po nim jest nieziemska, a człowiek może dostąpić „łaski” zobaczenia przyszłości. „Druga” zażywają wszyscy. Jest jedyną ucieczką od szarej rzeczywistości.

Jest oczywiście promyk nadziei w ludziach, którzy przeciwstawili się systemowi i stwierdzili, że wolność będzie zawsze tam gdzie oni, że do powstania strefy wolności wystarczy grupka przyjaciół oddanych sprawie.

Nigdy nie dowiem się jaką wizję Apostezjonu miał autor, gdy kończył „Wir…”. Wydaje mi się, że zupełnie inną niż to co napisał w „Rozpadzie…”. Uważam, że wydarzenia w Polsce mocno wpłynęły na twórczość pana Edmunda. Co dla mnie z perspektywy czasu również wpłynęło znacząco na odbiór książki.

„Rozpad…” to dobra książka i czytało się ją świetnie. Jednak moim zdaniem w porównaniu do „Wiru…” zdecydowanie bardziej się zestarzała. Za mało w niej było szczegółów dotyczących Apostezjonu. Ja lubię jak świat powieściowy jest mocno zarysowany, rozbudowany, a historia świata brzmi w miarę wiarygodnie. W „Rozpadzie…” brakowało mi tego. Ale muszę przyznać, że opis pracy Ośrodka Resocjalizacyjnego to mistrzostwo.

Harry Harrison “Planet of the damned” (“Planeta przeklętych”)

Czasem jest tak, że przez zupełny przypadek uda mi się odświeżyć dawno zapomnianą książkę, a przeczytaną w młodości. Tak było z „Planetą przeklętych” świętej pamięci Harry’ego Harrisona, który opuścił ludzkość w tym roku. Strata to ogromna dla science-fiction, ale być może pan Harrison pisze teraz nowe książki gdzieś nieopodal Galaktyki Andromedy sącząc drinka przyrządzonego przez przepiękną hostessę z rasy Schulgh’gghgurów, która z wdziękiem wszystkich swoich dziewięciu macek obsługuje „emerytowanych” pisarzy.

Wracając do książki. Przeczytałem ją bardzo, bardzo dawno temu. A teraz wróciłem do niej, bo na stronie feedbooks.com, była promocja i dało się ją za friko ściągnąć na Kindle. Co prawda po angielsku, ale coraz mniej mi to przeszkadza. Co pewnie ucieszy mojego ojca, który od zawsze powtarzał leniwemu Charliemu, żeby się uczył języków.

Gdyby ktoś się mnie spytał przed ponownym przeczytaniem książki, o czym „Planeta przeklętych” opowiada miałbym spore trudności z przypomnieniem sobie czegokolwiek. Natomiast podczas lektury już po pierwszych stronicach, z mroków, z otchłani przetrzebionych alkoholem szarych komórek ukazywało się coraz więcej szczegółów. Zaprawdę jak powiada Piotr Bałtroczyk „Alkohol niszczy szare komórki, ale tylko te najsłabsze!”. Te które mi zostały w mózgowicy sprawują się jeszcze całkiem nieźle.

W skrócie: Brion Bradd to zwycięzca planetarnych igrzysk o wdzięcznej nazwie Twenties. Najlepszy z najlepszych, mistrz walk wręcz i szachów, w dodatku poeta i filozof. Twenties to najważniejsza rzecz w życiu każdego mieszkańca planety Anhvar. A planeta Anhvar to bardzo niegościnne miejsce dla rasy ludzkiej. Ale ludzie jak karaluchy wszędzie się wcisną i wszędzie dostosują.  Brion tuż po wygraniu igrzysk odpoczywa sobie w szpitalu rozmyślając o profitach zwycięzcy (w  wulgarny i prostacki sposób możne te profity podsumować w zdaniu: Dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy). Gdy nagle Ihjel (również zwycięzca Twenties sprzed lat paru) burzy jego spokój i opowiada o tajemniczej organizacji, która zajmuje się inżynierią społeczną na planetarną skalę. Wszystko dla dobra ludzkości. Otóż Ihjel oferuje mu misję ratowania planety DIS, której grozi zagłada. Brion jako człowiek o głębokich altruistycznych uczuciach godzi się wziąć udział w misji. Na jego decyzję wpływa fakt, że Brion okazuje się być empatą, a Ihjel obiecuje mu wytrenować nowy zmysł. Po drodze dołącza do nich pani naukowiec/naukowczyni z Ziemi.

Na Dis, która jest jeszcze bardziej niegościnną planetą niż Anhvar, Brion będzie musiał zmierzyć się z wrogością tubylców, nieprzyjaznym klimatem, niechęcią pracowników tajemniczej fundacji, kastą panów, która stoi za całym konfliktem z sąsiednią planetą i tym podobne. A Dis to bardzo nieprzyjazna planeta, powiedzieć o niej, że jest nieprzyjazna to jak powiedzieć o politykach, że nie kłamią, a zaledwie mijają się z prawdą. Dis to piekło, w którym by przetrwać ludzie musieli się mocno zasymilować z lokalnymi formami życia. I ten fakt mocno zaważy na losie całej planety.

„Planeta przeklętych” to klasyczna przygodówka science-fiction, w których pisaniu Harry Harrison był świetny. Cykl o Stalowym Szczurze, Billu bohaterze galaktyki to cykle znane w literaturze science-fiction. Czytanie „Planety przeklętych” sprawiło mi sporo frajdy, z których największą było odgrzebywanie zetlałych wspomnień dotyczących lektury.

Kosmos i wszechświat oraz ludzkość przedstawiona jest zgodnie ze standardami lat sześćdziesiątych. Wiele planet zasiedlonych przez nasz wszędobylski gatunek. Planet, które wymagają ewolucji człowieka, dlatego choć wciąż jesteśmy jednym gatunkiem różnimy się bardzo. Wspomniany jest  Upadek, który sprawił, że przez wiele stuleci wiele planet było odciętych od kontaktu z ludzkością. Mimo tylu tysięcy lat odmiennego rozwoju ludzie wciąż piją kawę, chodzą do biura a środowisko naukowe jest zdominowane przez mężczyzn, wszystko wygląda jak z dwudziestego stulecia. Ziemia natomiast to wielkie mrowisko z ogromną liczbą mieszkańców. Na szczęście latamy szybciej niż światło:)

Mimo swoich pięćdziesięciu lat na karku “Planeta…” wciąż się dobrze trzyma. To dobra rozrywka i dobra książka.