Tadeusz Konwicki “Nic albo nic”

Takie to wydanie.

Czasem moi drodzy bywa tak, że trzeba odłożyć na bok ulubiony rodzaj literatury
i sprawdzić co tam Panie słychać w innych rejonach świata literackiego. Czasem taką decyzję podejmuje się świadomie, a czasem zupełnie bez udziału świadomości. Dzisiaj będzie o książce, którą przeczytałem żeby na chwilę odskoczyć od science and fiction, a kryterium wyboru było takie, że akurat stała u mnie na półce i kojarzyłem nazwisko autora (taki żarcik).

Darek dużo podróżował po ówczesnej Polsce. Źródło: pinterest.com

„Nic albo nic” to książka, której mam wydanie pierwsze,  z roku 1971. Gdy sobie trochę poczytałem o samej książce i okolicznościach jej ukazania na rynku to okazało się, że moje wydanie było dość solidnie ocenzurowane i dopiero wydania późniejsze pozwoliły autorowi zamieścić to co zostało wycięte przez cenzorów.

Muszę przyznać, że „Nic albo nic” sprawiło mi trochę kłopotów, bo ja nie lubię oniryzmu, sennej mary i ogólnie atmosfery, w której rzeczywistość przenika się z widzeniami będącymi być może wytworem umysłu. A w ten sposób napisana jest książka. Sam początek zapowiadał mi książkę
o partyzantce, która działała podczas drugiej wojny światowej na Wileńszczyźnie, skąd pochodził Konwicki. Nagle ostro i brutalnie zapowiadająca się opowieść o przygodach leśnej bandy zostaje przerwana i przenosimy się do czasów współczesnych (współczesnych w momencie pisania książki) i wraz z głównym bohaterem Darkiem, który ma naprawdę spore problemy psychiczne wyruszamy w podróż po Polsce. Podróż pełną wątpliwości, dziwacznych splotów okoliczności oraz zaciskającej się pętli na szyi Darka, który ma mroczna tajemnicę i nie zdaje sobie z tego sprawy.

Pił też alkohol.

Atmosfera książki jest duszna, jest wręcz klaustrofobiczna, a sam główny bohater nie wie do końca kim jest, czego pragnie, gdzie podziały się jego ideały, na co zostały rozmienione…

Pisałem o kłopotach, ale to były kłopoty związane z czytaniem książki, nie odnosiły się owe kłopoty do subiektywnego wrażenia zadowolenia z samej treści książki. Konwicki opisuje beznadzieję, bezsens oraz upadek społeczeństwa powojennego oraz mówi o wypaleniu się pokolenia, które przetrwało wojnę i miało stworzyć nowy, lepszy, sprawiedliwy świat, a na dobrą sprawę wszystko zostało tak jak było, a nawet jest jeszcze gorzej.

Znów podróżował.

Z kart książki przebija pesymizm, zniechęcenie do świata i życia. Poczucie beznadziei oraz pragnienie zmiany, ale zmiany znów w postaci katastrofy, która zmiecie stary porządek i sprawi, że będzie można na nowo zacząć spróbować budować lepszy świat. Tylko czy ta próba budowania nowego świata ma sens? Już była jedna katastrofa, która przemodelowała i przenicowała ludzkość. I została tylko nadzieja, bo efekty budowy nowego ustroju były raczej mierne i mizerne. Konwicki daje w książce wyraz swojemu zniechęceniu do rzeczywistości PRL-u i błędu jakim było zaangażowanie w budowanie komunizmu czy tam socjalizmu.

A o jego działalności ówczesna władza rozsiewała plotki.

Jestem bardzo zadowolony z lektury i miło czasem odskoczyć od science and fiction. Zresztą uświadomiłem sobie, że Konwickiego nie czytałem nic więcej oprócz „Małej apokalipsy” a to spory błąd. A sam znów sobie solennie obiecuję, że na pewno na sto procent, na tysiąc pincet obietnic wyborczych, na wielokrotne powtarzaną mantrę – że przeczytam. To może naprawdę przeczytam znów coś tego autora, bo przecież napisał kilka ważnych dla polskiej powojennej literatury książek i trochę mi wstyd, że nie kojarzę niczego więcej poza lekturą w szkole.

Do alkoholu stosował też oranżadę.

Poniżej fragment ciekawej modlitwy głównego bohatera.

„Żebym nigdy nie zmarniał w małoduszności, żebym nigdy nie oślepł w egoizmie, żebym nigdy nie utonął w zatrutej studni beznadziei, żebym nie żył plugawie jak moi rodzice i dziadowie, żebym nie skamlał w niewoli rezygnacji, żebym nie przeklinał godziny swoich urodzin. Żebym zawsze mógł patrzeć wszystkim ludziom w oczy, żebym poznawszy prawdę dokonał wielkich czynów i żebym na końcu nie wył rozszarpywany przez demony śmiertelnych przerażeń, lecz żebym dostojnie zamknął księgę swego życia. Niech mój świat będzie czysty. Niech mój świat będzie sensowny jak kłos dojrzałego zboża. Niech mój świat będzie po raz pierwszy piękny.”

I jeszcze jeden cytat:

„Wszyscy marzą żeby schudnąć. Nikt już nie pamięta, że najskuteczniej odchudzały obozy koncentracyjne.”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Connect with Facebook