Filip Springer “Miedzianka. Historia znikania”

Widok na Miedziankę z Janowic, Źródło: http://jbc.jelenia-gora.pl/dlibra/doccontent?id=1942

I kolejna świeżynka przeczytana przeze mnie :) Ogarnąłem temat i przeczytałem pierwszą książkę Springera, o innej piszę TUTAJ. Jak możecie sprawdzić Źle urodzone… zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Czy Miedzianka zrobiła podobne? Czytajcie dalej…

Continue reading

Andrzej Bińkowski “Kuba, Castro, rewolucja”

Doktor Fidel. Źródło: https://flic.kr/p/eRDV8q

Dzień wieczór! Postanowiłem zmienić trochę koncepcję i zaczynam od końca, bo to nie ma sensu, żebym odgrzebywał książki sprzed kilku miesięcy. Będę teraz jak gdyby zaczynał od tych najświeższych i dopiero co przeczytanych.

Continue reading

Filip Springer “Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL.”

To moje zdjęcie "Kukurydz" z Osiedla Tysiąclecia w Katowicach. Jednym z projektantów był Aleksander Franta.

To moje zdjęcie “Kukurydz” z Osiedla Tysiąclecia w Katowicach. Jednym z projektantów był Aleksander Franta.

Tę książkę przeczytałem już dość dawno temu, ale słuchajcie wciąż pamiętam pod jakim ogromnym wrażeniem byłem. Dżizas Chrajst! Jak to się świetnie czytało. To moja pierwsza książka Springera i nie wiem jak pozostałe, ale jestem pełen entuzjazmu i byłem nią zachwycony.

Continue reading

Maciej Zaremba Bielawski “Higieniści: z dziejów eugeniki”

Kiki chowa się za książką, bo jeszcze nie wie co to sterylizacja...

Kiki chowa się za książką, a przecież jeszcze nie wie co to sterylizacja…

Się czasem człowiekowi trafi książka, z którą ma problem. I to nie dlatego, że książka zła, niedobra i do dupy i jak tu o niej coś napisać. Czasem chodzi o książkę, która porusza bardzo kontrowersyjne tematy i człowiek nie wie zwyczajnie co ma na ten temat myśleć! Bielawski pochyla się nad bardzo wstydliwą sprawą, o której wielu Szwedów (zwłaszcza tych będących u steru rządów) chce zapomnieć, czyli przymusowej sterylizacji obywateli czynionej w imię dobra społeczeństwa.

Continue reading

Wojciech Tochman “Dzisiaj narysujemy śmierć”

Wojciech Tochman "Dzisiaj narysujemy śmierć"

Wojciech Tochman "Dzisiaj narysujemy śmierć"

Jak przez mgłę pamiętam kwietniowy wieczór 1994, razem z ojcem oglądaliśmy wiadomości. Miałem wtedy dziesięć lat i gdy na ekranie telewizora ukazały się migawki jakichś ciał z Afryki nie wiedziałem za bardzo co się dzieje. Ojciec na moje pytanie odpowiedział, że dzieją się straszne rzeczy w Rwandzie i żebym się nie interesował, bo to nie moja sprawa. I tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z ludobójstwem na ludzie Tutsi. Później naturalnie dowiedziałem się znacznie więcej, ale nie dlatego, że szukałem. Po prostu przeczytało się gdzieś jakiś artykuł, w telewizji leciał film dokumentalny, coś tam o  Rwandzie napisał Kapuściński.

Po lekturze „Jakbyś kamień jadła” wiedziałem, że będę chciał czytać książki Tochmana. Dlatego też „Dzisiaj narysujemy śmierć” zostało zakupione przeze mnie już dawno temu i leżało sobie spokojnie na półce. Niewielka objętościowo książka czekała na swój czas. Przeczytałem ją w jeden długi zimowy wieczór. Kraków zasypywany był śniegiem, drogowcy jak zwykle zaskoczeni przez zimę, a ja z katarem i książką, która nie da o sobie zapomnieć przez długi czas.

Migający kursor edytora tekstu uświadomił mi, że trzeba coś o książce napisać. Tylko co? Napisać to samo, co wszyscy? Że brutalna, naturalistyczna, wstrząsająca obrazami mordów. Odsłaniająca i ukazująca wspomnienia ocalonych z masowego ludobójstwa. Wspomnienia tak okropne i przerażające, że uczyniły wielu ludzi chodzącymi pustymi wypalonymi skorupami. Tochman rozmawia z ludźmi, którzy byli świadkami tego jak: “Kraj tysiąca wzgórz i miliona uśmiechów “zamienił się nagle w kraj miliona śmierdzących trupów”. To wszystko znajdziemy w tej książce. Wspomnienia ofiar ludobójstwa, które często były świadkami jak zabijano ich najbliższych, gwałcono matki, siostry, córki. Wiele z tych historii jest wprost nie do uwierzenia. Tochman rozmawia również z mordercami, którzy siedzą w przepełnionych więzieniach. Jednak wielu katów wciąż przebywa na wolności. Żyją często obok swoich niedoszłych ofiar, codziennie mijają się na tych samych uliczkach, które niemal osiemnaście lat temu spływały krwią. Żyją obok siebie, bo w Rwandzie jest ciasno, mały kraj, dużo ludzi. Wszyscy ocierają się o siebie, coś takiego jak przestrzeń osobista nie istnieje. Studenci uniwersytetów śpią po dwóch w jednym łóżku. W takim tłoku ofiara i kat nie mogą uciec od siebie. Oczywiście mówię o tych katach, którzy uniknęli kary, a jest ich w Rwandzie mnóstwo. W dziewięćdziesiątym czwartym większość Hutu przyłączyła się do orgii zabijania. 581 tysięcy maczet sprowadzono z Chin, lub jak podpowiada Tochman to miało być 581 tysięcy kilogramów maczet.

W „Dzisiaj narysujemy śmierć” Tochman porzuca rolę bezosobowego narratora i często pisze o swych wrażeniach z wizyty w Rwandzie. O notatkach, które cuchnęły śmiercią, o pięknym zdjęciu małej Aurore, która spłonęła żywcem w kaplicy w Giokondo, a teraz jej fotografia oraz fotografie innych dzieci wiszą na ścianach Centrum Pamięci. Zdjęcia wiszą po to by przypominać, po to by Tochman opowiedział o losie pomordowanych w bestialski sposób. Książka przytłacza i przygniata. Opis jego wizyty w budynkach szkoły w Murambi, które stały się grobowcem dla dziesiątek tysięcy osób jest wstrząsający i szokujący.

Dziś w Rwandzie oprócz dnia pamięci w kwietniu, nie rozmawia się o ludobójstwie. Oficjalnie nie ma podziałów na Tutsi i Hutu. Wszyscy Rwandyjczycy to jeden naród. Podział jednak istnieje. Hutu, którzy mordowali, torturowali, gwałcili lub tylko z aprobatą bezczynnie przyglądali się okrucieństwom obawiają się zemsty. Polityka władz mówi o przebaczeniu i sprawiedliwości, a nie krwawej i ślepej zemście. Nie potrafię i nawet nie próbuję postawić się na miejscu ocalonych. Znam jednak siebie i wiem, że zemsta byłaby jedynym uczuciem, jakie trzymałoby mnie przy życiu. Dlatego dziwiłem się, gdy czytałem o mordercach chodzących swobodnie wśród reszty. Może jednak lepiej, że aparat państwowy zajął się sądzeniem winnych. Inaczej Rwanda znów utonęłaby w potokach krwi.

Tochman zadaje sobie pytanie również, po co to opisuje, po co to wszystko przeżywa. Przecież ociera się o zwykłe podglądactwo, rozgrzebywanie starych ran. Jego dociekliwość i ciekawość wielu ludziom nie jest na rękę. Tochman jest jednak nieustępliwy, lecz jednocześnie cierpliwy. Zdaje sobie sprawę, że trauma jest zbyt silna i często nie do przezwyciężenia. Dlatego ostrożnie wyciąga ze swoich rozmówców wspomnienia i emocje.

O tej książce można napisać jeszcze wiele słów i zdań. O setkach tysięcy pomordowanych, którzy spoczywają w masowych grobach. O odgłosie, jaki wydaje rozłupywana maczetą czaszka człowieka. O bezsilności, tchórzostwie i heroizmie również. Przeczytajcie książkę, ale nie powiem, że ku przestrodze, lecz by poznać i spróbować zrozumieć dlaczego…

Książa sprowokowała mnie do szukania informacji na temat tego ludobójstwa. Podrzucę Wam kilka linków:

Centrum Pamięci Ludobójstwa w Kigali

Wykład Kapuścińskiego o Rwandzie z książki “Heban”

Film dokumentalny o ludobójstwie (in english):

Dalsze części w powiązanych.

 

P. S. Celowo nie pisałem o dyskusji jaka rozgorzała po wydaniu książki. A dotyczyła polskich misjonarzy i ich postawy podczas ludobójstwa. Jak również postawy całego Kościoła Katolickiego.

Poczytajcie sobie o tym w  świetnym wpisie:

“O dyskusji wokół książki Wojciecha Tochmana “Dzisiaj narysujemy śmierć”

 

 

Wojciech Tochman “Jakbyś kamień jadła”

Wojciech Tochman "Jakbyś kamień jadła"

Wojciech Tochman “Jakbyś kamień jadła”

Są książki przyjemne, miłe, wesołe. Takie, po lekturze, których człowiek od razu nabiera pozytywnej energii, wiary w świat i ludzi. Ale są też książki, które walą Cię w łeb, z prawego sierpowego. I mówią weź się kurwa otrząśnij. Po lekturze, których cała wiara w piękno tego świata pryska jak mydlana bańka. A zostaje tylko uczucie, że ludzie to bestie i nie zasługują na to aby stąpać po tej ziemi. “Jakbyś kamień jadła” jest taką książką.

Tochman pojechał do Bośni, po niemal dziesięciu latach od konfliktu bałkańskiego, który wybuchł w połowie lat dziewięćdziesiątych i był efektem rozpadu wieloetnicznej Jugosławii. Tochman napisał reportaż o kobietach, które przetrwały wojnę. O kobietach tylko, bo mężczyzn nie za wielu zostało. Serbowie już się o to postarali. Bałkański kocioł po raz kolejny zawrzał, tylko nie wyszło z tego żadne miłe dla wszelkich ludzi poprawnych politycznie multi-kulti. Serbowie mordowali bośniackich muzułmanów, ci również nie pozostawali dłużni. I tak nakręcała się spirala nienawiści i morderstw wśród niedawnych sąsiadów. Tochman skupił się na losie bośniackich, muzułmańskich kobiet. Losy bohaterek książki są tak smutne, okropne i przerażające, że wszelkie zrozumienie dla ich oprawców nie powinno istnieć. A ci oprawcy wciąż żyją, mieszkają teraz nawet w domach bośniackich, z kolei Bośniacy mieszkają w dawnych serbskich domach. Bo tak nakazało ONZ i Unia Europejska. Książka również obnaża, moim zdaniem zwykłe skurwysyństwo i hipokryzję państw zachodu, głównie USA, które dla swoich politycznych celów namieszało w tym bałkańskich kotle. A teraz wielce niesie humanitarną pomoc przy zbieraniu kości i identyfikacji ciał. A podczas wojny siły międzynarodowe nie kiwnęły palcem aby bronić cywili. Po raz kolejny na przykładzie takich konfliktów można zobaczyć jak słabe i głupie jest ONZ. W połowie lat dziewięćdziesiątych w samym sercu Europy znów stanęły obozy! Szlag mnie trafia na pieprzonych polityków, gdy pomyślę co przeszli ci ludzie. To politycy namieszali zwykłym ludziom, którzy mieszkali obok siebie przez dziesiątki lat, że należy pozbyć się “obcych” i “innych”. A “zwykli” ludzie bardzo szybko zasmakowali w okrucieństwie, taplali się w morzu krwi. Pokochali gwałty i upajali się władzą nad życiem i śmiercią. Płaszczyk cywilizacji jak widać bardzo łatwo jest zrzucić.

Tochman nie zagłębia się, w polityczne przyczyny konfliktu. On w sposób bardzo oszczędny relacjonuje, opisuje kobiety, które szukają swoich dzieci, które pragną pochować swoich mężów. Nie musi się nad tym rozwodzić, wdawać w szczegóły. Ten oszczędny, można rzec schludny styl narracji dodatkowo potęguje grozę podczas lektury. Bo Tochman sprawia tym stylem, że czytelnik zaczyn używać swojej wyobraźni, autor nie zmusza go siłą do wpatrywania się w tysiące worków z kośćmi. On tylko lapidarnie stwierdzi czym są plastykowe worki i napomknie, że za każdym workiem kości kryję się historia. Z reguły makabryczna i przerażająca.

Byłem zbyt młody bo kojarzyć wydarzenia na bieżąco z masowych morderstw w Srebrenicy i innych miejscowościach, później już tylko człowiek gdzieś tam przeczytał jakiś reportaż o wojnie i przeszedł nad tym do porządku dziennego. Po lekturze nadrobiłem trochę zaległości. Ciężko jest połapać się w skomplikowanych układach narodowościowych, religijnych i politycznych w tym regionie świata. Podczas lektury pada całkiem sporo dat i nazw miejscowości. Warto sobie sprawdzić co mówią o tych miejscowościach podręczniki lub encyklopedie.

Lektura “Jakbyś kamień jadła” nie należy do przyjemnych ale należy do lektur, które każdy powinien poznać. Nie można zamykać się bowiem na fakty. A fakty są takie, że prawie dwadzieścia lat temu kilkaset kilometrów od nas koszmar wojny obudził się na nowo. I ciekawe czy pójdzie spać. Książka Tochmana potwierdza powiedzenie, że “Ziemia to piekło innej planety”. (Nie wiem kto jest autorem tegoż powiedzenia).

P. S. Po lekturze takich książek jestem wdzięczny, że Polska jest państwem praktycznie jednonarodowym i co najwyżej pobijemy się o jakiś krzyż, ale nikt nie ma zamiaru nikomu z tego powodu strzelać w tył głowy. Można się spierać czy sposób w jaki Polska po wojnie stała się jednonarodowa (akcja “Wisła”, wysiedlanie Niemców), był moralnie uzasadniony. Ale żyjemy teraz w takiej a nie innej rzeczywistości i jest ona pokłosiem tamtych akcji.

Mariusz Szczygieł “Zrób sobie raj”

Mariusz Szczygieł "Zrób sobie raj"

Mariusz Szczygieł “Zrób sobie raj”

Po lekturze “Gottlandu” Szczygieł mi się nawet spodobał jako autor. Nie powinno więc dziwić, że sięgnąłem po jego drugą książkę o Czechach. “Zrób sobie raj” jest już inne niż “Gottland” przede wszystkim jest znacznie lepiej napisana i znacznie przyjemniej mi się czytało.

Kolejny raz przekonałem się jak bardzo różnią się od nas Polaków, nasi południowi sąsiedzi! Jak bracia Słowianie mogą patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. Pisząc o Czechach nie można nie mówić o ich poczuciu humoru, które jest genialne. Przecież Czesi to Wojak Szwejk, to osławione czeskie filmy i K***A KRECIK! Tylko taki naród mógł wymyślić Krecika! Gościa, który stworzył Krecika powinni ozłocić a samego Krecika wstawić sobie jako godło!

Czesi uważają, że śmiech pozwala przetrwać najgorsze chwile i to on jest najprawdziwszą reakcją ludzką. Śmiech pozwala przezwyciężyć i przetrwać wszystko – nazim, komunistyczny reżim, który był znacznie ostrzejszy niż u nas, wreszcie rozbuchany kapitalizm. I choć Szczygieł przemyca poglądy, że jest to tak jak z zamiataniem śmieci pod dywan (w końcu kiedyś trzeba będzie sprzątnąć) nie zmienia to faktu, że poczucie humoru Czesi mają.

Szczygieł oprowadza nas po Czechach, w których naprawdę trudno zostać bohaterem (przypadek czeskich Cichociemnych, którzy zabili Heydricha – namiestnika hitlerowskiego na Czechy, Czesi dzisiejsi wciąż umniejszają ich czyn a pomnik niedawno postawili). Zresztą sam opis ich ostatniej walki jest jak fabuła czeskiej komedii. Szczygieł ładnie pokazuje nam czeskie środowisko artystyczne, które wydaje się dużo bardziej hardcorowe niż nasi artyści. (Wiele rzeczy nie przeszłoby w Polsce a takie genitalia na krzyżu, pani Nieznalskiej w Czechach najwyżej spowodowałyby uniesienie brwi).

Dużo uwagi pan Mariusz poświęca wierze Czechów a raczej jej braku. Jezu (sic!) jakie tam są piękne dialogi o Bogu, jak ci Czesi ładnie mówią, że Bóg im niepotrzebny, że po co mają sobie psuć życie jakimiś nakazami. Na bardzo naiwne pytania polskich studentów dlaczego nie wierzą – odpowiadają pragmatycznie i rzeczowo. Na przykład: “Gdy wszyscy Cię opuszczą, do kogo się zwrócisz?” pada odpowiedź: “Jakim człowiekiem musiałabym się okazać gdyby mnie wszyscy opuścili”. Oczywiście Szczygieł dla mnie trochę nachalnie porównuje pod tym względem Polskę i Czechów, ich kraj określając słowami “bezbożni sąsiedzi”. Czy wyobrażacie sobie, że nawet katedra św. Wacława czyli patrona Czech nie należy do kościoła! Tylko do państwa czeskiego! Wyobraźcie sobie taką sytuację na Wawelu. Jak ja bym chciał, żeby w Polsce było jak w Czechach. Tzn. (kościół katolicki zredukowany do roli takiej jaką powinien pełnić – służba wiernym i nic więcej, brak przywilejów, brak odszkodowań majątkowych). A kościoły traktowane są tam jako zabytki sztuki architektonicznej i obiekty historyczne. Żeby być sprawiedliwym czeski reżim komunistyczny ostro tępił kościół w latach komuny. Księża cierpieli prześladowania, takie same prześladowania spotykały wiernych. Ateizacja kraju nie nastąpiła więc tak bardzo z przyczyn naturalnych była po części procesem społecznie wymuszonym. Ale po odzyskaniu wolności i demokracji Czesi nie rzucili się na klęczkach do kościołów. Po prostu kościół również kojarzy im się z organizacją totalitarną!

Dość o sprawach wiary, będzie o książce. Czytało mi się świetnie, moim zdaniem o niebo lepsza od “Gottlandu”. Lepiej napisana, Szczygieł przytacza naprawdę zabawne anegdotki. Oczywiście pokazuje również drugą stronę tego medalu – jeśli zastąpimy wszystko śmiechem nie będzie już szans na żadną refleksję. Podobno nawet dramaty i tragedie w Czechach reklamuje się jako smutne komedie a Czesi na siłę szukają zabawnych momentów. Pan Mariusz bardzo ładnie ukazał specyfikę naszych południowych sąsiadów, ich główne cechy jednak bez operowania zbytnimi stereotypami. Książka Szczygła nominowana została do Nike i dla porównania przeczytam inne pozycje ale już teraz jak dla mnie może spokojnie nagrodę otrzymać! Polecam!

Aż bym sobie wyemigrował do tego kraju, za bardzo jednak jestem Polakiem abym mógł tam swobodnie się czuć. Jednym z postanowień majowych Charliego będzie wizyta w Czechach! I to na dłużej.

AHOJ!

P. S. A wrzucę mój ulubiony odcinek Krecika. Krecik i jego kabrio :)

[

Małgorzata Szejnert “Wyspa Klucz”

Małgorzata Szejnert "Wyspa Klucz"

Małgorzata Szejnert “Wyspa Klucz”

Bo to nie jest tak, że Charlie nie czyta. Charlie czyta wciąż, ale ostatnio trochę mniej i jakby tak bardziej rozdrobnionym jest w tym swoim czytaniu. Tu stroniczka jakiejś książki, tam rozdzialik i tak zbiera Charlie te okruchy literatury w swojej główce. Może coś mu po tym zostanie a może to wszystko wywietrzeje, zostanie spalone w alkoholowym ciągu. Tego nikt nie wie, tym bardziej Charlie. Jedno jest pewne: “Wyspa Klucz” tak szybko z Charliego głowy nie zniknie. Ten reportaż, ten zbiór esejów, ta książka  jest fantastyczna. Cud, miód i orzeszki – ale proszę nie myśleć, że taka ta książka słodziutka. Oj nie.

Stany Zjednoczone – Imperium Rzymskie naszych czasów. Kraj, który miał i ma ogromny wpływ na kształt współczesnego świata. Ziemia Obiecana dla wszystkich. Stworzona przez przybyszy i imigrantów ojczyzna wolności i swobody. Kraj, w którym możliwe są historie w rodzaju od pucybuta do milionera. My Polacy mamy swoje własne wyobrażenie o USA. O Ojczyźnie dolara. Społeczeństwo amerykańskie zostało opisane w tak wielu rozprawach, książkach, że chyba nie sposób tego ogarnąć. Więc po cóż jeszcze jedna książka o USA? Można powiedzieć, że ta książka jest i nie jest o Ameryce. Bo opowiada ona losy ludzi, którzy dopiero przybywali do tej Ziemi Obiecanej. Opowiada ich dzieje w momencie gdy pierwszy raz stawiali stopę na amerykańskiej ziemi. A ziemią tą była wyspa Ellis. Gdzie przez kilkadziesiąt lat była stacja imigracyjna przyjmująca przybyszów do Stanów. Oczywiście było to w czasach gdy z Europy do Stanów płynęło się statkami. Czyli koniec wieku XIX i pierwsze dekady wieku XX. To wtedy Stany przyjęły najwięcej imigrantów w swej historii. Ale nie przyjmowały wszystkich z otwartymi ramionami.

O, nie było tak łatwo. Wszyscy, którzy przypłynęli z Europy na wielkich parowcach, płynąc w okrutnych warunkach, często gorszych niż w bydlęcych wagonach. Wszyscy ci Niemcy, Rosjanie, Polacy, Włosi, Szwedzi, Żydzi, Cyganie, Ormianie i wiele wiele innych narodowości, szczepów, plemion, nacji pierwsze swe kroki stawiało właśnie na wyspie Ellis. I tutaj byli poddawani “selekcji” i choć to brzydkie słowo tak to się odbywało. Stany Zjednoczone odrzucały chorych, szalonych, wszystkich, którzy mogli stanowić w przyszłości ciężar dla społeczeństwa. Autorka książki w bardzo sugestywny sposób opisuje wszelkie procedury, maluje nam przed oczami wygląd pomieszczeń stacji. Idealnie przedstawia zachowania różnych ludzi. Ja czułem wszystko, czułem strach i przerażenie ludzi, którym każe się robić dziwne rzeczy, zabiera się ich bagaże, każe się rozbierać. Brud, smród i ubóstwo jakie panuje na stacji przedostaje się dzięki słowom Szejnert nie tylko przez strony książki ale przez stulecie. Szejnert skupia się na poszczególnych osobach, zarówno pracownikach stacji jak i przybyszach, nakreśla ich portret i przedstawia dzieje. Poznajemy historie smutne i wzruszające. Historie mające tragiczny finał ale również te z tak lubianym przez nas happy endem.

Ta książka pełna jest wszystkiego: śmierci, bólu, nędzy, rozpaczy, cierpienia ale jednocześnie historii nieprawdopodobnych, wzruszających i dających nadzieję. Losy milionów pokazane na przykładzie losów kilkudziesięciu osób. Pełno w niej faktów i liczb ale to w żaden sposób nie przeszkadza, wręcz przeciwnie pozwala sobie wyobrazić skalę i ogrom przedsięwzięcia jakim przez lata była stacja witająca przybyszów w Nowym Świecie. Książka choć reportażem jest, nie pozbawiona jest poetyckości i metafor. Stojąca tyłem do imigrantów Statua Wolności (tak ją widzą imigranci patrząc na nią z Wysyp Ellis), wydaje się mieć ich w d… Drapacze chmur, które dla dziesięcioletniego włoskiego chłopca i jego brata wydają się masywem górskim. Ogromne znaczenie przedmiotu nazywanego buttonhook, który pierwotnie służył do zapinania guzików a oddał nieocenione usługi służbom medycznym wyspy Ellis.

To rewelacyjna książka. Rzadko gruboskórnego Charliego coś wzruszy, czy tam dotknie wrażliwszej części jego duszy (zresztą facet nie powinien w ogóle o tym wspominać), jednak ta książka go wzruszyła. I to wystarczająca rekomendacja. Polecam tę książkę każdemu. Jest świetna!

Artur Domosławski “Kapuściński non-fiction”

Artur Domosławski "Kapuściński non-fiction"

Artur Domosławski “Kapuściński non-fiction”

Zdarzają się książki, które jeszcze przed ukazaniem się wzbudzają gorące dyskusje i rozgrzewają czytelnicze nastroje. Dokładnie tak samo było z książką o jednym z moich ulubionych pisarzy, o Ryszardzie Kapuścińskim. Zanim książka się ukazała pojawiały się kontrowersje – najpierw zamieszanie z wydawnictwem “Znak”, które odmówiło publikacji książki. Później żona pana Kapuścińskiego próbowała sądownie zakazać publikacji. Na szczęście dla czytelników nie udało jej się to.

Cóż otrzymujemy w tym opasłym tomisku? Czy dostajemy na tacy głowę Kapuścińskiego, którą przygotował podstępny “przyjaciel” domu? Judasz zdradzający najskrytsze tajemnice rodziny? Niespełniony dziennikarzyna, który z najniższych pobudek, pod płaszczykiem życzliwości ze zwykłej zazdrości napisał taki grubaśny paszkwil. Przytoczyłem tutaj spolaryzowane głosy z jednej strony bo drugie mówią o książce napisanej z perspektywy dobrego znajomego, ale również obiektywnego dziennikarza. Ludzie po drugiej stronie uważają książkę za rzetelną pracę dziennikarską, która stara się w jak najpełniejszy sposób pokazać życie i twórczość jednego z najbardziej znanych na świecie polskich reporterów i pisarzy. Gdzie leży prawda? Czy ona w ogóle leży? A może stoi lub gdzieś biegnie?  Może cały czas przemieszcza się gdzieś, klucząc pomiędzy zdaniami książek Kapuścińskiego i książki Domosławskiego?

Ja powiem o swoich wrażeniach po lekturze. Nie za bardzo wiedziałem wcześniej czego po książce się spodziewać. Owszem dotarł do mnie ten cały medialny szum ale puściłem go mimo uszu. I dopiero teraz zabrałem się za lekturę. I co? No i podobała mi się ta książka. Moje wrażenia były takie, że Domosławski napisał książkę wcale nie demaskującą, w żadnej mierze oskarżającą Kapuścińskiego o jakieś bardzo złe i paskudne rzeczy. Napisał książkę o skomplikowanym CZŁOWIEKU. Dziennikarzu, który wyjeżdżał za granicę w okresach gdy zagranica była nieosiągalna dla Polaków. Była to zagranica niebezpieczna, afrykańskie dżungle płonące ogniem rewolucji czy takie same dżungle płonące podobnym ogniem w Ameryce Południowej. Domosławski nie zajmował się w swojej książce twórczością Kapuścińskiego – przynajmniej nie w taki sposób jak wielu krytyków by to zrobiło. Zajął się życiem pana Kapuścińskiego – tym prywatnym i tym zawodowym. Domosławski przejechał praktycznie cały szlak po śladach Kapuścińskiego. Rozmawiał z ludźmi, którzy go wtedy znali (o ile jeszcze żyli). Jaki obraz Kapuścińskiego wyłania się po przeczytaniu tej książki? Czy ideał sięgnął bruku, czy nagle zniesmaczony obrzydliwymi szczegółami z życia prywatnego Kapuścińskiego spaliłem posiadane przeze mnie jego książki? Mój światopogląd legł w gruzach a ołtarzyk jaki miałem w domu uległ zniszczeniu? Kurczę, chyba coś ze mną nie tak bo książka nie zmieniła mojej opinii o Ryszardzie Kapuścińskim. Nawet go bardziej polubiłem i chyba sobie odświeżę jakąś lekturę. Książka naświetliła mi wiele spraw, wiele rzeczy, które pomogły mi zrozumieć jak musiał funkcjonować człowiek za czasów PRL. Oraz jakim człowiekiem był Kapuściński. Oczywiście nie jest to obraz pełny bo nikt nie jest w stanie napisać pełnego obrazu o innym człowieku. Jednak w mojej opinii Domosławski starał się przekazać jak najwięcej o Kapuścińskim. Ale tak naprawdę niczym straszliwym mnie nie zaskoczył (no może poza informacją, że Kapuściński do wiernych mężów nie należał). A i tak ten fragment życia Kapuścińskiego Domosławski potraktował oszczędnie. Podsumowując – dobra lektura, dobra rzecz. Nie należy jej jednak czytać będąc nastawionym do niej w jakikolwiek sposób. Wiem, że to ciężko tak będzie ale naprawdę im mniej człowiek przeczyta o tej książce tym lepiej będzie się ją czytać. Bo jeśli ktoś ma już wyrobioną opinię przed czytaniem to po lekturze tylko utwierdzi się w swojej opinii.

Jestem zwykłym czytelnikiem, czytam książki dla mojej przyjemności, nie dopatruję się na siłę dwuznaczności, ukrytych przekazów, śladów manipulacji tekstem. Nie mówię, że przyjmuję słowa autora jako prawdę objawioną – idiotą chyba nie jestem. Gdy mam wątpliwości staram się  je wyjaśnić. I tych wątpliwości było całkiem sporo i je sobie sprawdzam teraz. Dla tych, którzy już przeczytali książkę, taki esej o siedmiu grzechach Domosławskiego – napisany właśnie w tym demaskatorskim stylu. (Trochę moim zdaniem mocno nacechowany negatywnie – zarzucający Domosławskiemu chęć zrobienia kariery).

Jeszcze osobista uwaga co do książki: za dużo tego wszystkiego było, na każdej stronicy atakują mnie nazwiska, lata, miejsca. Tak szczerze mówiąc lektura trochę trwała, właśnie przez owo nagromadzenie takiej pokaźnej ilości wszystkiego. (Co jest kolejnym argumentem przeciwników Domosławskiego, którzy mówią, że zwyczajnie zarzucił czytelników taką liczbą informacji, żeby czytelnik się pogubił i nie chciało mu się sprawdzać).

Jacek Hugo-Bader “W rajskiej dolinie wśród zielska”

Jacek Hugo-Bader "W rajskiej..."

Jacek Hugo-Bader “W rajskiej…”

Będąc pod ogromnym wrażeniem “Białej gorączki” wziąłem na warsztat drugą książkę napisaną przez pana Jacka. Znaczy się drugą książkę ale pierwszą w kolejności. “W rajskiej…” to książka po raz pierwszy wydana w roku 2002. Zawiera reportaże umieszczane w “Gazecie Wyborczej” w latach 90-tych. Książka była nominowana do Nike w roku 2003. Wznowienie ukazało się w roku 2010.

Książkę czytało się świetnie, widać, że pan Jacek jest wybitnym dziennikarzem  i potrafi wydobyć ze swoich rozmówców to co najważniejsze. Reportaże dotyczą wielu miejsc i wydarzeń związanych z ogromnym krajem jakim był ZSRR oraz ludźmi, którzy ten kraj tworzyli a w nowej kapitalistycznej rzeczywistości nie potrafią się odnaleźć i tęsknią za Sojuzem. Mamy więc wywiad z twórcą najpopularniejszego karabinu maszynowego na świecie, karabinu który niektóre państwa mają nawet w swoich godłach (taki Mozambik na przykład, nie wiem czy pocieszające jest to, że w godle mają również książkę!)! Reportaż jest z roku ’93 a więc naprawdę jak na tamte czasy świeżo po upadku ZSRR. Towarzysz Kałasznikow tęskni za ustrojem ale jest mu przykro, że to jego broń używana jest w tak wielu wojnach. Ale jak sam twierdzi tandety robić nie umie. Poznajemy historię wysiedleń krymskich Tatarów, którzy w latach 90-tych zaczęli wracać na Krym, ich konfliktów z miejscowymi. Świetny reportaż z I wojny czeczeńskiej o babskiej krucjacie, czyli beznadziejnej walce z rosyjską armią rosyjskich matek szukających swoich synów na froncie tej krwawej wojny. Podziwiam pana Jacka za upór i odwagę z jaką dążył do przeprowadzania wywiadów i docierania do miejsc bardzo niebezpiecznych. Książka zabiera nas do Rosji, która wyłania się i kształtuje po upadku ZSRR. Gdzie ludzie wciąż są radzieccy a pamięć o Sojuzie żywa. Przez wszystkie reportaże przewija się owa tęsknota za porządkiem, pracą, chlebem który dawała radziecka ojczyzna. A wszystko to poprzeplatane mrożącymi krew w żyłach opowieściami o Rosji lat 90-tych, kraju nędzy i upadku. Gdzie ludzie zapijają się na śmierć, panuje bezprawie i niesprawiedliwość. Ludzie nie dostają wypłat miesiącami. Wszystko chyli się ku upadkowi i pogrąża w degrengoladzie.

Dziennikarz “GW” dociera do wielu osób począwszy od rosyjskich czy też radzieckich generałów a na twórcach bomby atomowej kończąc. Pokazuje nam przepiękny obrazek nagich, młodych, wysmarowanych olejkiem dziewcząt biegających wśród ogromnego pola konopi indyjskich! (Ileż bym dał by zobaczyć ten widok na własne oczy!) Uświadamia nam, jak wiele pracy trzeba włożyć by towarzysz Lenin pozostał wiecznie żywy. Zwiedzamy też państwo w państwie czyli poznajemy tajemnice Gazpromu, udzielnego mocarstwa zbudowanego na gazie i ropie.

Oczywiście jak zawsze znajdzie się łyżka dziegciu w tej beczce miodu. Troszkę jak dla mnie te reportaże były oddalone w czasie. Przydałoby się jakieś krótkie zakończenie po każdym, wyjaśniające co się teraz z tymi ludźmi dzieje, jakaś notka. Przecież rok ’93 to było siedemnaście lat temu! A troszkę się uśmiechnąłem gdy było wspomniane, że w roku 2010 planowane jest ukończenie nitki gazociągu jamalskiego. A więc jedynym zarzutem czy też pewną niedogodnością może być zagadnienie aktualności owych reportaży. Czasem jeszcze miałem wrażenie, że pan Jacek chce na siłę wymóc na swoich rozmówcach przyznanie się do tego, że ZSRR to było imperium zła i jak oni mogli z tym nic nie robić! Co daje świetny efekt w postaci wykrętnych odpowiedzi rozmówców.

Książka super! Polecam każdemu. Lektura poruszająca, pokazująca jak wiele cierpienia i zła ludzie potrafią sobie nawzajem wyrządzać. I po raz kolejny uświadamiająca, że naprawdę ta nasza kochana Polska nie jest takim znowuż najgorszym miejscem na ziemi. Jednocześnie pokazująca ogromny kraj, który dla Polaka, chociaż my i Rosjanie to słowiańskie bratnie narody, jest nie do ogarnięcia!