Janusz Zajdel “Wyjście z cienia”

Mrówki odgrywają sporą rolę w książce i to taką dość ciekawą. Źródło: https://flic.kr/p/sDx51X

Ahoj! Jak na razie moja obietnica dotycząca w miarę regularnego zamieszczania wpisów na tymże blogu nie jest w pełni spełniona. Dlatego też dzisiaj piszę o krótkim utworze prozatorskim Janusza Zajdla.

Continue reading

Michaił Jelizarow “Bibliotekarz”

Św. Hieronim

Św. Hieronim patron bibliotekarzy

Powiedzcie mi moi drodzy czy istnieje siła, która powstrzymałaby mnie przed przeczytaniem książki o tym jakże wymownym tytule? Chyba raczej nie ma takiej siły, a jak to mawia stare przysłowie Charlie nierychliwy, ale w końcu czytliwy to przyszła kolej i na książkę pana Michała, którą to książkę mam od dawna w swoim księgozbiorze, ale jakimś cudem nie było żywcem czasu, aby ją przeczytać. I znów tradycyjnie zacznę od narzekania (przeczytałem ją dawno) i dopiero teraz opisuję. Robię się nudny z tym narzekaniem, ale uwierzcie mi pomaga mi to w motywacji.

Continue reading

Ferdynand Antoni Ossendowski “Zwierzęta, ludzie, bogowie”

Panoramiczne zdjęcie z książki o odkrywaniu Mongolii. Źródło: https://flic.kr/p/ovWZow

Panoramiczne zdjęcie z książki o odkrywaniu Mongolii. Źródło: https://flic.kr/p/ovWZow

Hej, hej! Wędrowcy internetu przemierzający bezkres cyfrowego świata. Idę za ciosem i z racji tego przeczytałem sobie kolejną książkę Ossendowskiego. Tym razem mój wybór padł na reportaż podróżniczy napisany przez pana Ferdynanda o tytule Zwierzęta, ludzie, bogowie – czasem nosi też tytuł, bądź podtytuł Przez kraj ludzi, bogów i zwierząt. Wybór tym razem był nieprzypadkowy, bo wiele źródeł mówi o książce jako o tej, która przyniosła Ossendowskiemu światowy rozgłos. A poza tym można ją przeczytać całkowicie za darmo na WOLNYCH LEKTURACH. Zachęcam do przeglądania Wolnych Lektur. Tam mogą znajdować się prawdziwe perełki.

Continue reading

Ferdynand Antoni Ossendowski “Lenin”

Tam jest wieszak! https://flic.kr/p/edr2Lh

Tam jest wieszak! https://flic.kr/p/edr2Lh

Dzień dobry. Moi drodzy macie czasem tak, że jakaś książka jest dla Was odkryciem tak niesamowitym, że podczas jej czytania cały czas wpadacie w zachwyt niemożebny do opisania? I to zachwyt z różnych powodów – a to książka jest cudownym językiem napisana, a to fabuła wciąga i wsysa, a to piękne rzeczy w książce się dzieją, a to nagle odkrywacie coś, co powinno być oczywiste dla wszystkich, a Wy się dziwicie dlaczego tak nie jest. Ja Wam dzisiaj opowiem o takiej książce (która spodobała mi się, ze względu na tematykę jaką porusza) i troszkę o jej autorze, który wiódł arcyciekawy i pełen przygód żywot. Żywot podróżnika, badacza, żołnierza, szpiega, pisarza. A przez to, że walczył z bolszewikami, opisywał krwawe dzieje rewolucji w sposób mało rewolucjonistom przychylny i popełnił był książkę o Leninie – przez to został skazany po wojnie (tej drugiej) na zapomnienie i wymazanie z pamięci polskiego społeczeństwa.

Continue reading

Dmitry Glukhovsky “Witajcie w Rosji”

Byggnadsverk-Religionsutövning - kyrkor-(01) Exteriörer, Byggnadsverk-Försvarsväsen-Fästning. Źródło: https://flic.kr/p/81yqiX

Byggnadsverk-Religionsutövning – kyrkor-(01) Exteriörer, Byggnadsverk-Försvarsväsen-Fästning. Źródło: https://flic.kr/p/81yqiX

Zacznę od narzekania! Moi drodzy, ależ mam zaległości! Masakryczne. Święta minęły, a ja wciąż zaległości, niedługo kolejny rok, a ja zaległości. I w sumie mógłbym ciepnąć to wszystko w kąt i nie dzielić się z Wami przeczytanymi przeze mnie książkami (a nazbierało się ich mnóstwo), ale jednak chcę. Dlatego postaram się Was zasypać nowymi wpisami.

Continue reading

Wiktor Pielewin “Kryształowy świat”

Podobno taksówka jest z białoruska, ale kto by się tym przejmował.

Podobno taksówka jest z białoruska, ale kto by się tym przejmował.

Po sieci krąży powiedzenie „Rosja to nie kraj. To stan umysłu.” Z reguły powiązane albo z dziwacznymi zdjęciami lub filmikami, w których nie można dopatrzeć się znamion logiki, normalności czy przyzwoitości. Czy w literaturze rosyjskiej to hasło znajduje odzwierciedlenie? I to nie w tym negatywnym, stereotypowym, memowo – kamerkowo – wypadkowo – internetowo (ależ mi potworek językowy wyszedł! Jezdem z siebie dumnym) kontekście. Ciężko mi na to pytanie odpowiedzieć, bo o Rosji, Rosjanach czytam stanowczo za mało. A dodatkowo niewiele przeczytałem książek napisanych przez pisarzy rosyjskich, a większość przeczytanych należy do nurtu fantastycznonaukowego. Będzie dzisiaj o moim drugim spotkaniu z panem Pielewinem, któren podobno jest uznawany za jednego z lepszych pisarzy naszego kontynentu. Wcześniej przeczytałem jego „Omon Ra…” i podobało mi się bardzo.

Czytaj dalej ->

Andrzej Pilipiuk “Czerwona gorączka”

czerwonaZacznę od refleksji. KFASON, KFASON i po KFASONIE. Moim zdaniem było sympatycznie i ciekawie. Zwłaszcza jak na pierwszą edycję. Moje spotkanie z panem Andrzejem Pilipiukiem chyba też dobrze wypadło. Denerwowałem się strasznie, ale może trochę niepotrzebnie, bo pan Andrzej to świetny gawędziarz, bardzo inteligentny człowiek z ogromnym poczuciem humoru. I teraz będzie wspomniana refleksja: przygotowując się do spotkania przeczytałem sporo wywiadów z autorem, obejrzałem dość znaczną liczbę filmików dostępnych w sieci, jednym słowem znacznie przybliżyłem sobie postać twórcy Wędrowycza. I tu wreszcie refleksja: gdy się bliżej pozna autora i jego poglądy, jego sposób patrzenia na świat to czytanie jego książek nie będzie już takie samo. Pojawiają się zupełnie nowe tropy, zupełnie inaczej patrzę na pomysły i użyte schematy i motywy. A dodatkowo jeśli się pogada chwilkę, pozna pisarza osobiście to już percepcja i odbiór książek znów się zmieni. I u mnie ten proces nastąpił:)

Tak miałem podczas lektury „Czerwonej gorączki”. Pilipiuka czytywałem wcześniej. Jednak „Czerwoną gorączkę” odebrałem zupełnie inaczej niż wcześniejsze książki. Na blogu pisałem o „Rzeźniku drzew” i „Wampirze z M-3”. Nie wiem czy miałem jakieś oczekiwania dotyczące „Czerwonej…”, na pewno spodziewałem się dobrej rozrywki i takową otrzymałem. Tematyka opowiadań oscyluje w obszarach, do których Pilipiuk nas przyzwyczaił. Carska Rosja, rewolucja październikowa, podróże w czasie i alternatywne wersje historii.

11 opowiadań jak to w antologii bywa wywołuje różne emocje. Od szczerego śmiechu („Silnik z Łomży”) po delikatne rozdrażnienie, że w taki sposób można skończyć świetne opowiadanie („Zeppelin L-59/2”). Jest tradycyjnie jak to u Pilipiuka ostra nagonka na socjalistów i komunistów. Raz na poważnie i z całkiem interesującym pomysłem („Czerwona gorączka”), drugie już zupełnie jajcarskie i świetnie naśmiewające się z „przejściowych trudności” jakim jest poddane budujące się socjalistyczne społeczeństwo („Operacja „Szynka””). Trafiła się nawet w zbiorze historia o krasnoludach i najemnikach („Niebieski trąd”). Interesujące i nawiązujące (moim zdaniem) to twórczości Stefana Grabińskiego opowiadanie („Wujaszek Igor”) również chlastało ubecję i cały system komunistyczny po mordzie, a interesujący pomysł z pociągiem widmem, gdzie głównym maszynistą jest Piłsudski dodawał klimatu posępnej grozy. Mamy też historię alternatywną bardzo dla nas łaskawą (dla nas Polaków) czyli „Samolot von Ribbentropa”, bo w niej jesteśmy supermocarstwem i rządzimy światem. Trafiła się też opowieść znacznie mniej łaskawa, w której to Europa zdominowana jest przez islam i resztki chrześcijan szukają swojego świętego („Gdzie diabeł mówi dobranoc”). „Grucha” to opowiadanko o nauczycielce, którą spotyka słuszna kara (może trochę za bardzo hardkorowo i ewidentnie tu widać jak bardzo nie lubi pan Pilipiuk instytucji oświatowych w naszym kraju). „Po drugiej stronie” i „Piórko w żywopłocie” to dość fantasmagoryczne historie, w których przenikają się różne światy.

„Czerwona gorączka” to kilka godzin dobrej rozrywki, połączonej ze zgrzytaniem zębów na niektóre patenty autora. Nie zmieni to jednak mojej sympatii do pana Andrzeja, ale może przydałoby się przeskoczenie na jakieś nowe tematy, bo ileż można tych komuszków i socjalistów wszelkiej maści molestować:)

Niektóre opowiadania czasem trąciły odwetem na rzeczywistości naszej, szarej polskiej i pobożnymi życzeniami, że powinno być inaczej, a nie jest. Ale to święte prawo autora, że pisze co chce i jak jemu w głowie się układa. A że robi to składnie, zgrabnie, ciekawie i w miarę wciągająco to człowiek sobie podczytuje.

Vincent V. Severski “Nielegalni”

Vincent V. Severski "Nielegalni"

Powieść szpiegowska nigdy nie była moim ulubionym gatunkiem. Przeczytałem kiedyś Ludluma, Clancy’ego czy też Folleta, ale raczej bez większej fascynacji.

Dlaczego w takim razie na tapecie dzisiaj „Nielegalni” powieść napisana przez byłego oficera polskich służb wywiadowczych? Ano została ona nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru, która  będzie wręczona na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, na który jako kryminalny bibliotekarz wybieram się i w tym roku.

Jako totalny laik jeśli chodzi o powieść szpiegowską nie będę się zbytnio uzewnętrzniał i postaram się streszczać. „Nielegalni” to opowieść o szpiegach. A szpieg jaki jest każdy widzi:

Wiadomo, że szpieg to zdrajca, kreatura podła i wstrętna co to wściubia nos w nie swoje sprawy i walnie przyczynia się do upadku kraju.

Zarys fabuły książki: polski wywiad dowiaduje się o skrzyni z tajnymi dokumentami NKWD zakopanej w Brześciu na Białorusi. Dokumenty mogą wstrząsnąć polską sceną polityczną (scena to za mocne słowo, bardziej pasuje koryto polityczne). Zaczyna się wyścig z czasem i rosyjskim wywiadem, który również chciałby dostać dokumenty w swoje lepkie rączki. Na szczęście Polacy nie do końca zniszczyli swoje służby specjalne i sytuację może uratować as wywiadu agent Tomek, ups! Przepraszam: major Konrad Wolski co to z niejednego pieca chleb jadł i niejedną  flaszkę obalił. Dodatkowo mamy historię szwedzkiego nielegała (to taki ukryty głęboko szpieg) Hansa, który pod koniec życia dowiaduje się, że… nie będę Wam zdradzał wszystkich wątków i tajemnic, bo może zechcecie książkę przeczytać. To tyle w skrócie jeśli chodzi o fabułę.

Cóż mogę rzec, a raczej napisać o tej książce. Nie będę ukrywał – wciąga. I to wciąga mocno. Jest to cegła gruba (widziałem ją w księgarni, sam czytałem na Kindlu), a wciąga się ją prawie całą jak kreskę porządnej tabaki (tylko takie kreski zdarzało mi się wciągać). Dzieje się sporo i całkiem ciekawie.

Oczywiście nie jest też tak różowo. Momentami zdarzają się dłużyzny, które trochę irytują. Nie ma również bardzo zaskakujących zwrotów akcji, ale być może dzięki temu książka zyskuje. Bo wiadomo, że życie to nie bajka i nie serwuje Ci co chwila trzęsienia ziemi, przynajmniej nie w Polsce. Bohaterowie są do polubienia, bardzo prawdziwi. Choć gdy czytałem o Hansie, który wiódł podwójne życie szpiega i kochającego męża oraz ojca to z ręką na sercu przyznam się, że nie rozumiałem jak można tak żyć. I jeszcze to sobie wytłumaczyć po swojemu i usprawiedliwić.

W książce mocno dostaje się polskim politykom, którzy przez swoją krótkowzroczność oraz chciwość, złodziejstwo,  a przede wszystkim GŁUPOTĘ ustawicznie pracują nad zniszczeniem polskiego wywiadu. Gdy czyta się fragmenty dotyczące polskiego środowiska wywiadowczego pomieszanego z politycznymi układami czuć, że pisał to ktoś, kto zna te sprawy od środka.

Podsumowując dobra książka, można się również sporo dowiedzieć interesujących faktów historycznych dotyczących pracy wywiadów szczególnie sowieckiego. Interesująca i jeszcze raz podkreślam bardzo wciągająca.

 

Wiktor Pielewin “Omon Ra i inne opowieści”

Wiktor Pielewin "Omon Ra i inne opowieści"

Wiktor Pielewin “Omon Ra i inne opowieści”

To moje pierwsze spotkanie z prozą Wiktora Pielewina. Kolejny raz przekonuję się, że czeka na mnie jeszcze mnóstwo dobrych rzeczy i przeraża mnie to, że w tym krótkim danym nam przez Los czasie nie ogarnę wszystkiego. Już nie ogarniam, a co będzie, gdy będę starszy, a wątroba w coraz gorszym stanie? Jak żyć Losie, jak żyć?!

Dobra dość tego. „Omon Ra…” to zbiorek trzech prozatorskich utworów uznanego rosyjskiego pisarza. Pierwsze tytułowe „Omon Ra” jest najdłuższe i jest takim przydługim opowiadaniem. Opowiadaniem szyderczym, śmiesznym (poprzez łzy) i smutnym jednocześnie. Pielewin bezlitośnie wyśmiewa „dokonania” radzieckiej kosmonautyki. W skrócie pewien chłopak od zawsze marzył by zostać zdobywcą kosmosu. Poszedł do Armii Czerwonej i tam wybrali go na kosmonautę. Jednak okazało się, że sławna radziecka automatyka wymaga ludzkiej opieki przez cały czas. I w ten sposób dowiedział się, że musi poświęcić życie dla dobra ZSRR i ludu pracującego. Pielewin cynicznie opisuje działania propagandowe radzieckich towarzyszy i demaskuje mechanizmy stojące za „wielkimi czynami”. Czarny humor zaprawiony goryczą dominuje.

Drugie opowiadanie „Żółta strzała” to opowieść o ludziach, którzy całe życie spędzili w pędzącym do zrujnowanego mostu pociągu. Jak dla mnie alegorie do upadającego imperium radzieckiego jak najbardziej oczywiste. Beznadzieja, bezsens egzystencji. Wieczne czekanie w kolejce na lepszy przedział, który zwalniał się w momencie, gdy jego poprzedni właściciel wyciągnął kopyta. Wszędobylscy kombinatorzy i cwaniacy starający się oszukać kogo się tylko da i zarobić na tym grubą kasę. I główny bohater, który zostaje mistykiem i poszukuje jakiegoś wyjścia z tej bezsensownej sytuacji zwanej pociągiem do życia. Znów dobra dawka ironii i groteski. Świetna karykatura początkującego kapitalizmu i rozpadającego się ustroju.

I trzecie „Samotnik i Sześciopalcy” to bardzo interesujące opowiadanie o… kurach. I nie tylko. To filozoficzna i absurdalna przechadzka po fermie drobiu, na temat granic poznania, tego w jaki sposób definiujemy świat i życie. Oraz o bodźcach, które zmuszają nas do sięgania dalej poza rzeczy widzialne i poznane przez innych i nas samych. Jest też o życiu w grupie i społeczeństwie, które polega na dopchaniu się do korytka z wodą i żarciem. Podobało mi się bardzo. Bardzo interesujące i ciekawe. Po przeczytaniu tłukło mi się w łepetynie pytanie: Czy wszyscy jesteśmy kurczakami przeznaczonymi na rzeź, bezrefleksyjnie starającymi się zająć jak najlepsze miejsca w kolejce dziobania?

Ogólnie jak na moje pierwsze spotkanie z Pielewinem to jestem zadowolony i obiecuję sobie solennie, że przeczytam coś jeszcze. Jak tylko starczy mi żywota mego. Amen albo Omen albo Omon.

Maksym Gorki “Matka”

Maksym Gorki "Matka"

Maksym Gorki "Matka"

Maksym Gorki – imię i nazwisko zapewne obiło Wam się o uszy. Obiło się także mnie; wiadomo literatura socrealistyczna, piewca socjalizmu, jako systemu i ideologii mającej przynieść szczęście i dobrobyt ludzkości. Wielki pisarz radziecki. Tyle słyszałem przed lekturą „Matki”. Lekturą, która bardzo długo trwała, książkę czytałem fragmentami, kawałek po kawałku. Nie dlatego, że była szczególnie trudna, bardziej z powodów braku zbytniego zainteresowania „Matką”. Dlaczego więc ją skończyłem? Po pierwsze rzadko kiedy nie kończę książek, które zacząłem czytać. Nawet jeśli trwa to długie miesiące i lata nawet, to jednak książkę skończę. Po drugie chciałem móc powiedzieć, że „Matkę” przeczytałem i dlatego mam prawo wyrazić o niej opinię.

Dawniej książka Gorkiego była lekturą obowiązkową. Moi rodzice na pewno ją czytali, albo przynajmniej wiedzieli, że taka lektura szkolna jest do przeczytania. Z mojego pokolenia, oprócz filologów rosyjskich i tym podobnych osobników, chyba raczej nikt nie będzie kojarzył „Matki”.

Zabierając się do czytania, spodziewałem się czegoś w rodzaju książki Ostrowskiego Mikołaja “Jak hartowała się stal”, czyli socrealizmu w najczystszej postaci. Na szczęście już podczas czytania „Matki” wiedziałem, że Gorki napisał książkę tuż po rewolucji 1905 roku, socjalizm był wciąż ideologią nie splamioną zbrodniami przeciw ludzkości. Wciąż można było wierzyć w powszechny dobrobyt i szczęście społeczeństwa i robotników. Tę wiarę w ideologię, w możliwość odrodzenia się rasy ludzkiej i stworzenia nowego ładu można dostrzec na łamach książki. Nowy ład i zmiany wprowadzać będą młodzi ludzie, którzy zmiotą stary system, bo był systemem bez wątpienia złym i ciemiężył wielu ludzi, ale nie tylko młodzi przyłączają się do „sprawy”. Bohaterka książki Własowa to wdowa po robotniku, która lekkiego życia nie miała. Mąż pił i bił, beznadzieja, nędza robotniczego życia były jej dobrze znane. Odetchnęła dopiero po śmierci męża, gdy znalazła się pod opieką syna, który również był robotnikiem. Jednak syn nie godził się na swój marny los i należał do „towarzyszy”, którzy będą walczyć za „sprawę”. Matka na początku nic nie rozumie o co synowi chodzi, dopiero później angażuje się i pomaga w działalności wywrotowej. Co prawda nie jest elementem politycznie uświadomionym, ale całym swoim sercem stoi za „sprawą”, bo wie, że jej syn i jemu podobni chcą, żeby żyło się lepiej wszystkim. Matka boi się o syneczka, jednocześnie wie, że „sprawa” za którą jej syn poszedł do więzienia jest czymś znacznie bardziej ważniejszym niż jego życie. Ze strachliwej, wiejskiej kobiety Własowa wyrasta na rasową „bojowniczkę” i choć nie rozumie argumentów politycznych całym swoim sercem pojmuje wielkość sprawy.

Posprawdzałem sobie kilka faktów i dzięki temu mój obiór „Matki” trochę się zmienił. To znaczy książka zyskała w moich oczach. Gorki lekkiego życia nie miał, jako nastolatek musiał ciężko pracować. Napatrzył się na nędzę i niedole ludu rosyjskiego. Dlatego w jego pisarstwie tak silnie obecna jest krytyka ówczesnego mieszczaństwa, inteligencji, władz. Wierzył w socjalizm i chciał budować system, przynajmniej na początku.

„Matka” oparta jest na prawdziwych postaciach i osobach. Był i żył w carskiej Rosji młody robotnik, który brał udział w pochodzie pierwszomajowym i za niesienie czerwonego sztandaru został skazany na wysyłkę, żyła również jego matka, która pomagała roznosić ulotki po fabryce. Robotnik nazywał się Piotr Załamow, a matka jego Anna Kirłłowna.

Gorki oparł swoją książkę na prawdziwych wydarzeniach. Stworzył z nich opowieść o walce moralnej i ideologicznej pomiędzy dwoma światopoglądami. „Matka” była później ochoczo wykorzystana przez bolszewików do propagowania ideologii socjalizmu.

Na początku wpisu napisałem, że przeczytałem „Matkę” bez zbytniego zainteresowania. I tak było, książka nie porwała mnie. Wydała się nudna. A historia matki, która staje się socjalistyczną bojowniczką wyglądała dla mnie naiwnie. Ponad sto lat minęło od wydania „Matki”. Książka przyniosła Gorkiemu sławę. Przez te sto lat ideologia marksistowska i socjalistyczna poniosły sromotną klęskę, nie da się, przynajmniej dla mnie odczytywać tej książki bez garba historycznych wydarzeń. Wszyscy wiemy, czym był komunizm i jak złym i wypaczonym był systemem. Ludzie w nim żyli, bo musieli. Marzenia o powszechnym dobrobycie i szczęściu ludzkości legły w gruzach już w kilka lat po zwycięstwie rewolucji październikowej. Gorki podobno był przeciwny rewolucji.

Pokuszę się o stwierdzenie, że “Matka” Gorkiego odejdzie w zapomnienie jak większość socrealistycznych powieści, o których nikt już dzisiaj nie pamięta. A trochę szkoda, bo to na pewno nie siermiężna, nachalna, indoktrynująca literatura. W “Matce” widać nadzieję, że świat może być lepszy i lepsi mogą być ludzie. Może jeszcze spróbuję przeczytać coś innego Gorkiego.