Okładka książki.

Wracam do książek na chwilę moi drodzy, albo może na dłużej. Wolałbym na dłużej lecz kto to tak naprawdę wie.O przeczytaniu tej książki myślałem od momentu, gdy polubiłem fanpage na Facebooku: Duchologia. Na fanpage’u tym znajdziecie piękne zdjęcia z okresu dzieciństwa, perełki późnego i wczesnego PRL, wraz z ciekawym opisem, czasów i ludzi, którzy w tych dniach żyli, tworzyli, pracowali.

A pod okładką prawdziwy skarb.

Autorka książki kończyła etnografię i antropologię kultury na UJocie. (musiałem to napisać). Dodatkowo urodziła się w roku Orwellowskim czyli w tym samym roku,
w którym urodził się autor tych słów i właściciel poniższego internetowego poletka. Także wspomnienia powinniśmy mieć w miarę podobne (oczywiście wszystko zależy od tego w jakich okolicznościach przyrody się dorastało, ale śmiem twierdzić, że dzieciństwo i młodość w tamtych latach było bardzo podobne dla wielu z nas. Czy to
z małego miasteczka czy ciut większego, czy zupełnie ogromnego. Na wsi mogło wyglądać inaczej, ale ja też mam wiejskie doświadczenia, więc łyknąłem trochę małomiasteczkowego dzieciństwa i młodości i trochę wiejskiego dzieciństwa i młodości.

Tu też :)

Drenda w swojej książce podeszła w sposób badawczy i naukowy do zjawisk społeczno – kulturalnych, które zachodziły w Polsce od drugiej połowy lat osiemdziesiątych do drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Książka jest bardzo ładnie wydana, ma mnóstwo ciekawych fotografii, których wcześniej w ogóle nie widziałem, o których wcześniej nie słyszałem, a wiele z tych fotografii zostało zrobionych przez zagranicznych turystów, którzy wtedy mieli odwagę odwiedzić nasz kraj. A on wydawał im się czymś na pograniczu świata upadającego, ale też świata dopiero rodzącego się. Ten motyw przewija się cały czas w narracji Drendy. Motyw mówiący o tym, że Duchologia dotyczy stanu nie do końca określonego, nie do końca sformułowanego. Książka porusza tematy takie jak umeblowanie mieszkania, design mebli, design ubrań, wygląd polskich ulic i miast. Świetny rozdział pierwszy opowiada o  pomarańczowych kolorach Polski, które wtedy widać na zdjęciach. A na tych fotografiach Polska wygląda bardzo ładnie, bardzo ciepło. Wręcz ciekawie i interesująco.


“Rzeczy i ludzie w latach transformacji” taki jest podtytuł i po prostu czuć tę transformację, przejście z jednego świata do drugiego. Czuć odchodzący komunizm, odchodzącą przaśność, ale też odchodzące profesjonalne podejście do tworzenia rzeczy dla ludzi, do projektowania profesjonalnego na rzecz dzikiego kapitalizmu, gdzie każdy kto miał komputer mógł zostać “miszczem” designu i typografii. Oczywiście wszystko to było ograniczone ówczesnymi możliwościami technologicznymi.

Takie kioski. Źródło: http://metrowarszawa.gazeta.pl/metrowarszawa/56,141636,18142579,_Szal__zakupow_w_latach_80___Pamietacie_te_sklepy_.html

Drendzie udało się uchwycić ten moment, w którym Polska stała się Polską strasznej czcionki, okropnych napisów, wstrętnych reklam, kamienic oklejonych brzydkimi szyldami. W tekście czuć  lekką nutkę nostalgii (nie za tą Polską paździerzową), ale cała książka nie jest zbyt  sentymentalna. Książka zachowuje zdrowe proporcje nie jest książką, która mówi o tym, że „o mój Boże jak to kiedyś drzewiej bywało fajnie i w ogóle, szkoda że te czasy nie wrócą”. Drenda stara się zachować punkt widzenia naukowca, choć opisuje rzeczy, które pamięta z dzieciństwa. Dzisiejsze pokolenie trzydziestolatków pamięta mieszkania swoich rodzin, znajomych rodziców, krewnych
i te mieszkania wyglądały tak jak na fotografiach z książki. Uwierzcie mi zdjęcia pokazują mieszkania w których bywałem, ba! sam w takim mieszkałem: fototapety na ścianach i podwieszone kwiatki na suficie, fotele z narzutą i ława rozsuwana, szklanki w koszyczkach. To wszystko było w moim rodzinnym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty. Co prawda w małym miasteczku, ale zawsze.

 

Źródło: Pinterest

 Książkę bardzo dobrze się czytało. Jest w niej wiele odniesień do kultury bądź kontrkultury, która powstawała wtedy. I o której szczerze mówiąc nie miałem zielonego pojęcia, bo byłem zwyczajnie za młody żeby uczestniczyć w tych przemianach. Ale pamiętam, że nawet w mojej rodzinnej Przysusze byli punki, byli skiny, byli metalowcy. Dresiarze pojawili się później jak już byłem w szkole średniej.

O na przykład tutaj Wydawnictwo Amber.


Drenda pisze również o rynku wydawniczym czyli o zalewie fantastyki, horroru i science and fiction. To fala wydawnictw wszelakich z początku lat dziewięćdziesiątych. Zakładanych przez ludzi nie mających pojęcia o prowadzeniu biznesu. A nagle w ciągu kilku miesięcy zostali prezesami dużych wydawnictw, które drukowały olbrzymie nakłady książek. Pamiętam książki Amber czy też Supernowej, Phantom Press i tym podobne. Te książki przybliżyły fantastykę wielu czytelnikom zwłaszcza tym młodym. Dopiero teraz znając angielski dostrzegam jak tłumaczenia książek z zagranicy były źle zrobione i są półprofesjonalne. Wystarczy przeczytać sobie oryginały. Wiele rzeczy zostało sknoconych, ale też nie można nie docenić ogromu wkładu  w przybliżanie klasyki science and fiction polskim czytelnikom.

Polecam gorąco nie tylko moim rówieśnikom.

Comments (3)

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Connect with Facebook

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.