Maryla Szymiczkowa “Tajemnica domu Helclów”

Kraków. Widok na Wisłę. Rząca Tadeusz (1905-1915). Źródło: http://zbiory.mhf.krakow.pl/node/54658

Dzień dobry! moi drodzy czytelnicy! Dzisiaj będzie krótko, zwięźle i treściwie. Jak możecie się domyśleć z tytułu posta przeczytałem Tajemnicę… kryminał retro Jacka Dehnela oraz Piotra Tarczyńskiego (oczywiście musiałem wspomnieć, że Maryla Szymiczakowa to literacki pseudonim tych dwóch Panów).

Continue reading

Zygmunt Miłoszewski “Gniew”

Dawna ulica Friedrichstrasse, obecnie Szrajbera. Źródło: Internety wszelakie

Dawna ulica Friedrichstrasse, obecnie Szrajbera. Źródło: Internety wszelakie

I stało się! Jak zapisano w w księdze proroczej dzień Gniewu nadszedł. Co prawda nie zagotowały się morza, nie wystąpiły z brzegów rzeki oraz nie zaczęły z nieba lecieć potoki siarki wymieszanej z gołębimi odchodami. Oj nie, takie rzeczy się nie działy. Nie zmienia to faktu, że ostatni tom przygód Szackiego już za mną. I dzielę się z Wami moimi wrażeniami.

Continue reading

Alfred Bester “The Demolished Man” (“Człowiek do przeróbki”)

Grafika inspirowana książką Bestera. Źródło: http://www.this-is-cool.co.uk/bastien-lecouffe-deharme-fantasy-artist/

Grafika inspirowana książką Bestera. Źródło: http://www.this-is-cool.co.uk/bastien-lecouffe-deharme-fantasy-artist/

Krętymi ścieżkami podążają moje doświadczenia czytelnicze, chociaż można powiedzieć, że kierunek generalnie ostatnio przyjąłem na klasykę science – fiction. Powoli odkrywam lądy nieznane, a przecież wydawało mi się, że wiem i znam wszystko (taki skromny jestem). Trafiłem przypadkiem na listę iluś tam książek sci-fi, które trzeba przeczytać przed śmiercią. Oczywiście takich list jest mnóstwo i każdy może ułożyć swoją, ale jeśli klikniecie sobie w link z listą (KLIK) zobaczycie, że na piątym miejscu jest książka, o której dzisiaj Wam krótko napiszę.

Continue reading

Zygmunt Miłoszewski “Ziarno prawdy”

milosz Ja jak zwykle czytam książki na czasie:) Premiera “Ziarna prawdy” miała miejsce w roku dwa tysiące jedenastym, a ja dopiero teraz sobie czytnąłem. Ale to dobrze, minął bowiem cały medialny szum. Czas na wyznanie – przeczytałem książkę w jeden wieczór!

Jest dobrze, jest świetnie. Książka wciągnęła mnie jak bagno. Bardzo dobry styl pisania, znowu mnóstwo szczegółów z przestrzeni miasta tym razem Sandomierza, znowu Szacki, który czasem wkurwia, czasem irytuje, ale jednak z reguły człowiek mu przytakuje. Szacki, który dostał od życia kopa (kopa całkiem zasłużonego) i teraz męczy się on warszawiak w małym, powiatowym miasteczku, które miało być dla niego nowym początkiem, a jest zesłaniem. Szacki usycha, usycha z nudów chociaż całkiem sprawnie idzie mu zdobywanie kolejnych kobiet, i to najlepszych partii w mieście. Z czego jest wielce niezadowolony (SERIO!?), nie wiem jak to jest być czterdziestoletnim mężczyzną, ale Szacki zdecydowanie przesadza żeby narzekać na to, że w jego łóżku przebywa z wielką ochotą o kilkanaście lat młodsza kobieta. Zresztą Szacki cały bidak jest połamany psychicznie i ma niezłe wahania nastrojów i emocji. Chyba zbliża się do niego kryzys wieku średniego, a rozwód nie pomaga, oj nie pomaga. Na szczęście dla pana prokuratora pojawiają się zwłoki. Zwłoki, które swym wyglądem od razu wskazują, że to nie są zwykłe menelskie porachunki.

Zaczyna się karuzela zbrodni, pojawiają się kolejne makabrycznie sprawione zwłoki, a w całym kraju narasta medialny szum dotyczący żydowskich mordów rytualnych.

“Ziarno prawdy” to dobrze skrojony kryminał, w którym Szacki ma u mnie plusa za chodzenie na koncerty Kultu w młodości. Podobały się znów jak w “Uwikłaniu” wstępy przed rozdziałami składające się z krótkich informacji prasowych co się w danym dniu działo. I refleksja moja: informacje dotyczą roku dwa tysiące dziewiątego, a ja nic nie pamiętam. Chciałoby się rzec za klasykiem “Ach, jak zapierdala czas” (nie wiem jaki to klasyk powiedział, ale na pewno ktoś musiał to już powiedzieć). Sandomierz w książce znów jawi się przed oczyma. Nigdy tam nie byłem, “Ojca Mateusza” nie oglądam, ale nabrałem ochoty odwiedzić to miasto. Co można jeszcze znaleźć w książce – celne uwagi dotyczące naszej rzeczywistości, współczesności. Bardzo dużo ciekawostek z historii, które Miłoszewski skutecznie przemycił do książki. Wspominałem na początku o stylu – język książki jest na wskroś współczesny, mnóstwo zwrotów frazeologicznych, którymi na co dzień się ludzie posługują dodały książce kolejnego rysu autentyczności.

Humor! Zapomniałbym o tym, że wielokrotnie się śmiałem z jakiegoś zdania, sytuacji, anegdotki czy też z samych myśli Szackiego, który jak na takiego ponuraka zadziwiająco często rzucał lub myślał celny ironiczny komentarz o otaczającej go rzeczywistości lub osobach, które spotykał.

Trudne problemy społeczne też są, cała otoczka zbrodni to wzajemne stosunki polsko – żydowskie. Historie pogromów, legendy o mordzie rytualnym, druga wojna światowa i lata tuż po niej. To nie są łatwe tematy, oj nie. Szacki prezentuje postawę zdroworozsądkową, stara się trzeźwo oceniać sytuację i niczym prawdziwe narzędzie Temidy oceniać ludzi po czynach, a nie po tym skąd pochodzą, kim byli ich rodzice i dlaczego jest to niby takie ważne. Zresztą w książce przytoczony jest wers  Szymborskiej o tym, że “tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Dlatego tak ciężko powinno być ludziom wydawać sądy ostateczne o wydarzeniach sprzed lat. Jednak sądy ostateczne mają to do siebie, że wydaje się je bardzo łatwo. Podobała mi się postać rabina z Lublina (nie czuję kiedy rymuję), ciekawe czy wzorowana na kimś istniejącym w naszej rzeczywistości.

Oczywiście nie jest tak różowo. Zirytowałem się gdy dowiedziałem się kto jest zabójcą i w jaki sposób chciał uniknąć kary. Tyle w tym temacie coby nie spoilerować za bardzo.

“Ziarno prawdy” to bardzo udana kontynuacja “Uwikłania”. Nawet bardziej niż udana. Jak wspomniałem na początku książkę przeczytałem w jeden wieczór. A na koniec fragment, o najbardziej polskim wyrazie. Mnie rozwaliło:)

“- Wziąłem ostatnio, wyobraźcie sobie państwo, udział w konkursie na najbardziej polski wyraz. Wiecie, co zaproponowałem?

Chuj-kurwa-złamany, pomyślał Szacki, uśmiechając się uprzejmie.

– Żółć – powiedział z emfazą Klejnocki – Z dwóch powodów. Po pierwsze, składa się ono z samych znaków diakrytycznych charakterystycznych ekskluzywnie dla języka polskiego i w ten sposób zyskuje rangę tyleż oryginalności, co niepowtarzalności. […] – Po drugie, mimo że wyraz ten językowo jest tak dystynktywny, zawiera pewne treści uogólniające, w symboliczny sposób stanowi o naturze wspólnoty, która się nim, przyznajmy, że niezbyt często, posługuje. Oddaje pewien charakterystyczny nad Wisłą stan mentalno-psychiczny. Zgorzknienie, frustrację, drwinę podszytą złą energią i poczuciem własnego niespełnienia, bycie na “nie” i ciągłe nieusatysfakcjonowanie.”

Śledź przyczyną morderstwa!

Mam nadzieję, że tytuł posta jest dość chwytliwy. Chciałem wprowadzić trochę dramaturgii i sensacji do dzisiejszego wpisu.

Nie wiem w zasadzie po co, bo samo zdarzenie sprzed lat osiemdziesięciu siedmiu jest wystarczająco dramatyczne.

Alkohol plus śledź to związek występujący od dawna. Związek można powiedzieć partnerski. Jeden z drugim może funkcjonować oddzielnie, lecz dopiero połączeni razem dają ogromne korzyści biesiadnikom. Mogę tutaj przytoczyć zupełnie niepasujące biologiczne porównanie do oddziaływania międzygatunkowego zwanego protokooperacją.

Co zrobić gdy śledzia brakuje? Można po niego pójść samemu, można po niego wysłać przyjaciela. Lepiej dla nas (lenistwo) wysłać przyjaciela. Aby przyjaciel poszedł po tego śledzia należy się zwrócić do niego tonem proszącym, a nie rozkazującym. Przyjaciel może nas bowiem nie zrozumieć i się na nas obrazić. My natomiast w pijanym widzie weźmiemy brauninga i przyjaciela zastrzelimy. Brzmi dosyć makabrycznie? Przeczytajcie sobie notkę z Ilustrowanego Kuryera Codziennego nr 47 z 16 lutego 1926 roku.

IKC1926nr4616II

“Krwawy dramat w gmachu komendy Obozu warownego

przy placu św. Magdaleny w Krakowie.

 Sierżant strzałem, skierowanym w serce swego kolegi, kładzie go trupem.

(x). W sobotę późnym wieczorem rozegrała się w gmachu Komendy Obozu Warownego przy Placu Św. Magdaleny w Krakowie, tragiczna scena, w której z ręki swego kolegi sierżanta Bolesława Węgrzyna, zajętego przy referacie oświatowym K. O. W., padł ugodzony w serce kulą rewolwerową, sierżant 2 pułku lotniczego Ignacy Augustyn.

Tło krwawego zajścia.

Przebieg zajścia był następujący: Sierżant Węgrzyn od kilku dni pozostawał już w szpitalu wojskowym na oddziale chorób nerwowych. W sobotę uzyskawszy pozwolenie na chwilowe opuszczenie szpitala, spotkał się na mieście z kierownikiem tego oddziału, oraz z kilku innymi kolegami. Chęć obszerniejszej pogawędki skierowała ich do jednej z restauracyj, gdzie przy libacji spędzili dłuższy czas.

Po zabawie w wesołym stanie sierż. Węgrzyn wraz z kierownikiem przybyli na kwaterę w gmachu Komendy Obozu Warownego, którą wspólnie z Węgrzynem zajmował także sierż. Augustyn. W tem miejscu zaznaczyć trzeba, że sierż. Węgrzyna z sierż. Augustynem, prócz służby wojskowej łączyły węzły przyjacielskie.

Po przybyciu na kwaterę sierż. Węgrzyn wraz z swym towarzyszem szpitalnym, utrudzeni zabawą ułożyli się na łóżkach.

,,Idź mi po śledzia, bo cię zastrzelę”!

Po drzemce przyszło między sierż. Węgrzynem, a sierż. Augustynem do żartobliwej wymiany słów, w czasie której sierż. Augustyn czynił koledze wyrzuty, że się upił. Po chwili sierż. Węgrzyn w tonie rozkazującym wezwał sierżanta Augustyna, aby mu poszedł po śledzia, gdyż jak się wyraził ma po przepiciu ogromny niesmak i drapanie w gardle.

Kiedy sierż. Augustyn nie objawiał chęci zadość uczynienia kolegi, ten jeszcze raz upomniał go słowy: „Idź mi po śledzia, bo cię zastrzelę”.

Śmiertelny strzał w serce.

 Sierżant Augustyn przyjmując żartobliwie groźbę swego kolegi, w dalszym ciągu nie reagował na wezwanie.

W jednej chwili sierż. Węgrzyn widocznie jeszcze pijany. chwycił za leżący na stole brauning i zmierzył w serce Augustyna, będąc pewny, że nie jest nabity, gdyż poprzedniego dnia wspólnie z sierżantem Augustynem go wyładowali.

Wkrótce rozległ się strzał, a kula ugodziła śmiertelnie w serce Augustyna, który zbroczony krwią upadł na ziemię. Po kilku słabych oznakach życia, Augustyn w parę minut zmarł.

 Zajście wywołało duże wrażenie na znajdujących się w gmachu Komendy oficerach i żołnierzach. Przybyła na miejsce zbrodni wojskowa komisja sądowa — Węgrzyna aresztowała i osadziła w więzieniu śledczem. Zwłoki sierżanta  ś. p. Augustyna przewiezione zostały trupiarką do szpitala załogi.”

Bardzo przykra sprawa. W numerze z dnia następnego znajdziemy jeszcze krótką wzmiankę o zajściu.

IKC1926nr4717II

“ECHA KRWAWEGO DRAMATU W GMACH KOMENDY OBOZU WAROWNEGO.

W związku z krwawym dramatem, który rozegrał snę w gmachu K. O. W. przy placu św. Magdaleny w Krakowie, o czem już donosiliśmy we wczorajszym numerze, dowiadujemy się, że ś. p. sierżant I. Augustyn był słuchaczem prawa na tutejszym U. J. — aresztowany zaś sierżant Węgrzyn przed kilku miesiącami zdał maturę gimnazjalną. Jak już wspomnieliśmy, obu łączyła serdeczna przyjaźń i obaj mieli zamiar w przyszłości poświęcić się stanowi duchownemu. Jako żołnierze byli wzorem dla swych współtowarzyszy broni.

Dla wyjaśnienia dodać należy że sierż. Węgrzyn nie pozostawał jeszcze w kuracji w szpitalu wojskowym na oddziale chorób nerwowych, lecz miał się dopiero do leczenia zgłosić. Tem samem odpada nieścisła informacja jakoby miał się zabawiać z kierownikiem tego oddziału w jednej restauracji.

 BURZLIWA NOC KARNAWAŁOWA. W ciągu ubiegłej nocy pogotowie ratunkowe interweniowało w szeregu bójek ulicznych, oraz w jednym wypadku awantury familijnej, w czasie której mąż został raniony siekierą przez swoją małżonkę.”

To musiały być młode chłopaki. I tak pośrednio śledź zakończył życie jednego młodego człowieka, a drugiemu najprawdopodobniej złamał życie na wiele lat.

Zostawiłem doniesienie o burzliwej nocy karnawałowej, bo jest interesujące. Moim zdaniem pokazuje, że nic się nie zmienia.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Andrea Maria Schenkel “Dom na pustkowiu”

andreaNiemiecka, zabita dechami wieś, kilka lat po drugiej wojnie światowej. Rodzina żyjąca na odludziu, niezbyt przystająca do terminów: otwarta, przyjacielska, życzliwa, towarzyska. Bardziej pasują określenia: wyobcowana, podejrzana, nieprzyjemna, skrywająca tajemnice. No i społeczność owej zabitej dechami niemieckiej wsi, w której nikt nie wściubia nosa w nie swoje sprawy, a i tak wszyscy wiedzą co u sąsiada się wyprawia. No i zbrodnia, potworna zbrodnia, krwawa jatka, rzeź, bezsensowna i okrutna. To wszystko składa się na przeczytany przeze mnie kryminał.

Na ten kryminał składa się również duża, wyraźna czcionka, prosty język, krótkie rozdzialiki poprzedzane modlitwami, prosta zagadka i wielu narratorów.

„Dom na pustkowiu” czytało się bardzo szybko, dość przyjemnie i bez żadnych fajerwerków. To dla mnie bardzo letnia książka. Ot, takie czytadełko do podusi. Mamy dość makabryczną zbrodnię z odpychającym tłem społecznym (kazirodztwo), ale to wszystko takie bez wyrazu. Choć doceniłem starania autorki z podsuwaniem coraz to kolejnych, prawdopodobnych sprawców zbrodni.

Nie piszę, że to książka zła. Przeczytałem całą i nie odniosłem wrażenia straconego czasu, ale też na pewno nie zostałem w żaden sposób powalony, oświecony, zaskoczony, zachwycony. Ciekawy zabieg z historią opisywaną przez wiele osób nie sprawił, że padłem z wrażenia na kolana.

Ogólnie może się komuś spodobać, krzywda mu się nie stanie jak przeczyta, ale też krzywda mu się nie stanie jak nie przeczyta. Taka moja recepta dotycząca lektury tej książki. Dlatego też, za bardzo się nie rozpisuję, bo nie ma o czym.

Jussi Adler – Olsen “Kobieta w klatce”

Jussi Adler - Olsen "Kobieta w klatce" Bo czasem w życiu bywa tak moi drodzy, że książka weźmie nas z zaskoczenia. Niby sobie będzie leżała grzecznie na półce, nabierała dostojności pokrywając się kurzem. Niby spokojnie, nie wadząc nikomu, ale tam za okładki przestrzenią literki kipią i wrzą niczym lawa na dnie wulkanu. A człowiek nieświadom co go czeka sięga po książkę w chwili wolnej, coby sobie odpocząć i czas zmitrężyć. I nawet się nie zorientuje się, że kilka godzin minęło, a on wciąż zaczytany i nie odpuści do końca.

Dokładnie tak miałem z “Kobietą w klatce”. Ni w ząb nie wiedziałem co to za autor, po nazwisku jedynie rozeznać się  mogłem, że musi to być jakowyś potomek wikingów. Pojęcia nie miałem o czym ta książka jest. No i mnie wciągnęła. Przeczytałem jednego wieczoru calutką (nie było to specjalnie trudne, ale dawno nie wciągnąłem tak książki od razu). Zastanawiam się, czy pisać Wam skrót fabuły, ale może to się komuś do czegoś przyda (w sensie zechce przeczytać).

Duński policjant Carl Mørck wraca do pracy po traumatycznym wydarzeniu, w którym zabito jednego z jego partnerów, a drugiego raniono czyniąc z niego kalekę do końca życia. A Carl cudem przeżywa. Wypadek zostawia ślady w psychice policjanta. Carl przed strzelaniną nie należał od wesołków i uprzejmych ludzi, po strzelaninie stał się jeszcze bardziej opryskliwy, niemiły i nie do wytrzymania. Szefowie Carla chcąc dać mu trochę czasu na dojście do siebie oraz oczyścić atmosferę w wydziale, mianują Carla kierownikiem świeżo utworzonego Departamentu Q, od spraw zapomnianych i beznadziejnych. Myślą, że pozbędą się Carla zsyłając go do piwnicy. I pewnym sensie mają rację, ale pan Mørck bardzo szybko przekonuje się, że Departament Q może stać się jego wybawieniem. Grając na nosie szefom zaczyna działać. Do pomocy dostaje Syryjczka Assada, który swoim stylem życia będzie ciągle zadziwiał Carla, wywołując u niego szereg skrajnych emocji. Pierwsza sprawa to tajemnicze zniknięcie znanej młodej pani polityk (polityczki?) sprzed kilku lat.  Mørck z właściwym sobie brakiem wdzięku, taktu, uprzejmości zaczyna mozolnie rozwiązywać zagadkę.

Nie da się nie napisać, że narracja dotyczy  dwóch postaci i dwóch osi czasu. Jedna historia do śledztwo Carla, a druga to wspomniana pani polityk (polityczka) Merete Lynggard, której towarzyszymy w totalnie beznadziejnej i przerażającej sytuacji uwięzienia w dziwnym pomieszczeniu bez kontaktu ze światem zewnętrznym.

“Kobieta w klatce” to porządny, ciekawy kryminał, który czyta się bardzo dobrze. Mørck jest ponurym typem, który narzeka na wszystko, ale jest bardzo bystry i nawet prowadząc swoje śledztwo nie omieszka wtrącić się w sprawy kolegów i tym samym pomóc w rozwiązaniu zagadki morderstwa.

Dużo narzekania w książce na codzienność życia w Danii. Dostaje się politykom i politycznym karierowiczom. Sporo humoru, może nie jakiegoś szczególnie powalającego, ale całkiem zabawnego. Głównie wynikającego z różnic kulturowych pomiędzy Assadem a Carlem.

Ogólnie lektura bardzo na plus.

 

Marcin Wroński “Morderstwo pod cenzurą”

Marcin Wroński "Morderstwo pod cenzurą"

 Jestem już po Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Może zbiorę się by napisać jakąś obszerniejszą relację z tego fantastycznego wydarzenia. Na razie jednak brak mi weny, by w sposób godny i właściwy oddać klimat festiwalu. Powiem krótko: poznałem nowych fenomenalnych ludzi, a z wieloma równie niezwykłymi spotkałem się ponownie. Miałem okazję porozmawiać z wieloma pisarzami, uświadomić sobie, że muszę porzucić doczesny świat na rzecz odludnej jaskini, w której oddam się czytaniu książek. Żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie będę spożywał żadnych pokarmów a żywić się będę wyłącznie strawą duchową, która pozwoli jednocześnie na aktywność 24 godziny na dobę. A jeśli tak nie zrobię, to sczeznę na świadomość, że tyle literatury nigdy nie zostanie przeze mnie poznane.

Dobra wracając do książki, o której chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć. Zacznę może mało oryginalnie, ale powiem Wam, że „Morderstwo…” to kryminał tak zwany retro. Dziejący się w czasach już minionych, czy słusznie to możecie ocenić sami. Tym razem mamy lata trzydzieste wieku oznaczanego dwoma iksami (XX). Rzecz dzieje się w Lublinie, który wówczas był stolicą województwa lubelskiego leżącego w centralnej Polsce! W tymże Lublinie, który miastem był dość prowincjonalnym ginie redaktor/redaktorzyna* mocno prawicowego czasopisma. Koleś obrażał wszystkich od Żydów a na endecji kończąc. Nic dziwnego, że mógł zaleźć wielu ludziom za skórę. Sprawa śmierdziała na kilometr i nie był to tylko smród gwałtownej śmierci.  Komisarz Maciejewski facet twardy i obdarzony niezwykłym policyjnym zmysłem wyczuwa, że z tego może być grubsza afera. Nie myli się zupełnie.

Dalej dzieje się jeszcze więcej, padają kolejne trupy, leje się wódka, obijane są różnej proweniencji facjaty. Po prostu dziwki, konserwy i muzyczka bez przerwy. Na szczęście zagadka zostaje rozwiązana, choć obywa się bez stuprocentowego szczęśliwego zakończenia.

Jak kryminał to może trochę o głównej postaci (nie jest nią trup, ani nawet trupy). Komisarz Maciejewski to idealny bohater kryminału. Twardy glina, który sporo w swoim życiu przeżył. Posiada wiedzę i umiejętności pozwalające mu z powodzeniem lawirować między zawiłościami stosunków służbowych i dzięki talentowi do rozwiązywania spraw zdolny jest utrzymać swoje stanowisko. Jego metody nie zawsze zgadzają się z regulaminem, ale współpracownicy go szanują i cenią jego zdolności. Nawet jeśli się nie myje i wygląda jak bandyta z podmiejskich ruder. I ma ciekawy, bardzo ciekawy sposób na sprawdzenie czy jest bardzo skacowany. Dodam, że w sposób zaangażowane są książki. Muszę spróbować.

Lektura należała do przyjemnych. Lublin lat trzydziestych jest żywym miastem, które autor odmalowuje między innymi dzięki smaczkom z międzywojennej prasy serwowanym nam po trochu. Bardzo mi się podobało to odbrązowienie tego okresu. Zawsze się dziwię temu, że tak wielu ludzi gloryfikuje ten czas, choć bywało w nim tak samo jak teraz, a może nawet gorzej. Policjanci są słabo opłacani, nie mają papieru, środków do pisania i tym podobne. Muszą drżeć przed karierowiczami, którzy liżą dupy komu trzeba i w ten sposób awansują. Cwaniactwo, kumoterstwo rządzą. Ja wyczuwam w autorze pokrewną duszę jeśli chodzi o fascynację prasą przedwojenną. Co mnie cieszy ogromnie, bo przede mną trzy książki tego samego autora i na pewno nadrobię zaległości. Tylko muszę znaleźć jakąś celę (ani klasztorną ani więzienną).

 

 

*niepotrzebne skreślić

Camilla Läckberg “Księżniczka z lodu”

Księżniczka z lodu

Księżniczka z lodu

Kolejny skandynawski kryminał przeczytany przez mnie.

Zima w Szwecji musi być porą roku bardzo irytującą, uciążliwą i długo trwającą. Dlatego Szwedzi należą do narodu twardego, mocnego i wytrzymałego. Nie było łatwo im przetrwać w tym zimnie i wciąż pragnęli zwiedzać pobliskie kraje. Zwłaszcza ich program kulturalno-turystyczny z siedemnastego wieku cieszył się ogromną popularnością. Rząd szwedzki w tamtym czasie sponsorował wczasy w Polsce, Inflantach, Danii i Rosji. Wielu szwedzkich obywateli (głównie mężczyzn) korzystało z preferencyjnych kredytów, które pozwalały im zobaczyć nowe kraje, poznać lokalne kobiety (często wbrew ich woli) i ogólnie bawić się dobrze i to za grosze. Niestety szwedzki program turystyczny spotykał się z niezrozumieniem tubylców, którym przeszkadzało grabienie i łupienie miast, gwałcenie kobiet i porywanie ich do zimnej Szwecji, tudzież zabijanie tych, którzy pragnęli zwrócić uwagę rozochoconym szwedzkim turystom. Dlatego po kilkudziesięciu latach zarzucono ów program i skoncentrowano się na przetrwaniu na zimnym półwyspie skandynawskim.

Ale dość już przeszłości. Przecież miałem Wam opowiedzieć o współczesnym kryminale szwedzkim, którego niewątpliwą gwiazdą jest pani Camila Läckberg. Księżniczka z lodu to pierwszy tom z serii opisującej przygody Eriki Falck. Jest tego chyba do tej pory z siedem tomów, wydanych po polsku.

W skrócie fabuła. Mamy małą mieścinę turystyczną co się zowie Fjällback. I w tej mieścinie, w której wszyscy wiedzą o wszystkich wszystko i jeszcze więcej, zostają znalezione zwłoki kobiety, która pochodziła z tego miasteczka. Okazuje się, że kobieta nie popełniła samobójstwa choć zabójca starał się je upozorować. Do akcji wkracza dzielna pisarka Erika Falck, która przyjaźniła się z zabitą kobietą w dzieciństwie. Wspólnie z lokalnym policjantem Patrickiem, w którym się zakochuje  dochodzą do prawdy, która jest smutna i przerażająca. Nie napiszę Wam kto zabił, bo przecież nie o to chodzi.

Książka jest na tyle interesująca, że chce się ją przeczytać do końca. Choć nie jest wcale jakoś powalająca na kolana. Ot, kawałek porządnego rzemiosła. Podobno następne tomy są lepsze.

Co mi przeszkadzało – nadmierne i dość nachalne moralizatorstwo wyzierające z wielu miejsc w książce. Chyba, że to moja wina, a ja jestem przeczulony na tym punkcie. W książce mocno dostaje się obywatelom małych miasteczek, którzy za wszelką cenę starają się ukrywać prawdę przed światem, bo co ludzie powiedzą. Taka szwedzka dulszczyzna. Irytowała mnie karykaturalna postać komisarza policji Mellberga. Serio?! Bardziej przejaskrawić się go chyba nie dało. I tutaj kolejny mój zarzut o schematyczność i wykorzystanie pewnych gotowych szablonów. Trochę to drażniące było.

Nie na tyle jednak drażniące, żeby zniechęcić mnie do lektury kolejnych tomów. Zwłaszcza, że pani Camilla Läckberg ma być gościem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, który już niedługo!

 

Jan Costin Wagner “Księżyc z lodu”

Jan Costin Wagner "Księżyc z lodu"

Jan Costin Wagner “Księżyc z lodu”

Z czym kojarzy mi się Finlandia? Może będę mało oryginalny, ale z wódką o tej samej nazwie, która w czasach gdy byłem żakiem, tudzież studentem stanowiła rarytas niewątpliwy, nieosiągalny dla pustej sakiewki krakowskiego studenta, do tego studenta bibliotekoznawstwa.

Finlandia kojarzy mi się jeszcze ze straszliwie trudnym językiem, lasami, zimą, jeziorami i wojną z ZSRR w 1941. Kojarzę też nazwą Suomi, co w ich języku oznacza właśnie Finlandię. Sami Finowie podobno nie lubią nazwy Finlandia, bo nadali ją im Szwedzi, którzy przez długi czas panoszyli się na Półwyspie Skandynawskim. Fina nigdy żadnego nie spotkałem, ale jakoś tak czuję podświadomą sympatię do tego narodu.

Dlaczego piszę o Finlandii? A przeczytałem sobie takiego jednego „kryminała” napisanego przez Niemca, ale którego akcja dzieje się w Finlandii. Kryminał to trochę nietypowy jest, bo praktycznie od początku wiemy, kto morduje biednych, niewinnych obywateli oraz gości fińskiego miasta Turku.

Fiński policjant Kimmo Joenta rozpacza po śmierci swej ukochanej i młodej żony. By zająć czymś umysł wraca do pracy. Dostaje sprawę uduszenia kobiety, która zginęła we śnie, we własnym domu. Później popełnione są kolejne dwa morderstwa, wydawałoby się osób ze sobą zupełnie nie związanych. Łączy ich tylko osoba mordercy. Prowadząc śledztwo Kimmo wciąż męczy się ze wspomnieniami o swojej żonie bez której życie straciło sens. Zanurzamy się głęboko w jego smutku i rozpaczy, tak głęboko, że sam niemal zacząłem odczuwać smutek.  Jednocześnie obserwujemy wydarzenia z „pozycji” mordercy, który jest psychopatą, ale może wzbudzić litość (we mnie nie wzbudził).

Smutna to książka bardzo jest. Mógłbym nawet powiedzieć, że depresyjna. Gdyby nie wątek kryminalny można by spokojnie uznać ją za thriller psychologiczny. Naprawdę przez pierwsze strony przytłacza nas żal fińskiego policjanta. Potem jest trochę lepiej, ale cały czas zmarła Sanna unosi się w powietrzu i wtrąca swoje trzy grosze (oczywiście nie dosłownie, to nie jest książka o duchach).

Wrażenia? Oprócz przejmującego smutku dość pozytywne. Jeśli ktoś spodziewa się typowego kryminału to raczej może zostać zaskoczony. Korzystnie albo niekorzystnie to już od czytelnika zależy. To dobra książka, ale nie zachwyciła mnie niczym szczególnym, momentami nawet ciut się dłużyła. I jeszcze ten motyw Niemca, który odziedziczył mieszkanie po jednej z ofiar. Po cóż on tam był to za cholerę nie wiem.