Olga Drenda “Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w czasach transformacji”

Okładka książki.

Wracam do książek na chwilę moi drodzy, albo może na dłużej. Wolałbym na dłużej lecz kto to tak naprawdę wie.O przeczytaniu tej książki myślałem od momentu, gdy polubiłem fanpage na Facebooku: Duchologia. Na fanpage’u tym znajdziecie piękne zdjęcia z okresu dzieciństwa, perełki późnego i wczesnego PRL, wraz z ciekawym opisem, czasów i ludzi, którzy w tych dniach żyli, tworzyli, pracowali.

Continue reading

Tadeusz Konwicki “Nic albo nic”

Takie to wydanie.

Czasem moi drodzy bywa tak, że trzeba odłożyć na bok ulubiony rodzaj literatury
i sprawdzić co tam Panie słychać w innych rejonach świata literackiego. Czasem taką decyzję podejmuje się świadomie, a czasem zupełnie bez udziału świadomości. Dzisiaj będzie o książce, którą przeczytałem żeby na chwilę odskoczyć od science and fiction, a kryterium wyboru było takie, że akurat stała u mnie na półce i kojarzyłem nazwisko autora (taki żarcik).

Continue reading

Andrzej Bińkowski “Kuba, Castro, rewolucja”

Doktor Fidel. Źródło: https://flic.kr/p/eRDV8q

Dzień wieczór! Postanowiłem zmienić trochę koncepcję i zaczynam od końca, bo to nie ma sensu, żebym odgrzebywał książki sprzed kilku miesięcy. Będę teraz jak gdyby zaczynał od tych najświeższych i dopiero co przeczytanych.

Continue reading

Iwan Jefremow “Mgławica Andromedy”

Ilustracja z sowieckiej książki o podboju kosmosu. Źródło: http://70sscifiart.tumblr.com/post/101078878786/madddscience-from-1967-soviet-science-fiction

Ilustracja z sowieckiej książki o podboju kosmosu. Źródło: http://70sscifiart.tumblr.com/post/101078878786/madddscience-from-1967-soviet-science-fiction

Witajcie młodzi komsomolcy! Od dzisiaj zaczynacie trud tworzenia nowej ludzkości, i nie przejmujcie się tym, że Wy nic nie zyskacie z organizacji nowego, lepszego świata. Wasze życia pełne będą cierpienia, głodu, chłodu i wojen. Ale wspólnymi siłami pokonamy zgniły kapitalizm i zaprowadzimy ustrój, który da szczęście wszystkim ludziom na planecie! Pamiętajcie jednak o tym, że Wasz wysiłek nie pójdzie na marne! Wasi potomkowie będą mogli cieszyć się Ziemią wolną od wojen, głodów, chorób, a dodatkowo będą się kontaktować z obcymi cywilizacjami i latać w kosmos! Zajmie to ponad dziesięć wieków, ale przecież wytrzymacie! Wytrzymacie?!

Continue reading

Świętochowski o Jezusie Chrystusie.

Szukanie fotek Jezusa w sieci jest bardzo pracochłonnym zajęciem. Źródło: wiki commons

Szukanie fotek Jezusa w sieci jest bardzo pracochłonnym zajęciem. Źródło: wiki commons

Pamiętacie, że obiecywałem Wam bardzo dużo materiałów z książki Świętochowskiego Utopie w rozwoju historycznym. Z zadziwiającą jak na mnie konsekwencją trzymam się tej obietnicy. Dzisiaj pan Aleksander opowie Wam chyba o największej utopii religijno-moralnej, która została przekuta w czyn, który z kolei zupełnie różni się od tego co nauczał Jezus z Nazaretu. Bierzcie i czytajcie z mego bloga wszyscy! (Mam nadzieję, że nie popełniłem bluźnierstwa parafrazując jakże znaną wypowiedź).

Przypominam, że zachowałem pisownię oryginału.

Czytaj dlaje->

Andrzej Pilipiuk “Wampir z MO”

IMAG0628Przygoda ma z Pilipiukiem dalej trwa. Czuję, że rymuję kiepsko i żałośnie, ale przez to ego mi rośnie.

Kontynuuję książki zaczęte przed rozmową z Andrzejem Pilipiukiem. „Wampir z MO” to zbiór opowiadań z bohaterami, których poznałem w „Wampirze z M-3”. Tamta książka towarzyszyła mi w pociągu, a ta pomagała mi spędzić kilka godzin w zaciszu domowym na krakowskich Azorach, gdzie skutecznie zagłuszała świst maczet i gromkie pokrzykiwania miejscowego elementu konsumującego alkohol z akcyzą i w ten sposób przyczyniającego się do wzrostu PKB Najjaśniejszej Rzeczyposopolitej. Żartuję, żartuję. Azory są naprawdę dobrym miejscem do mieszkania. Ciach! Świiissst! AŁA! Wracając do książki. Umiliła jeden wieczór, takie jej zadanie było, które spełniła i cóż mam więcej do dodania.

Pilipiuk świetnie (moim zdaniem) wykorzystał popkulturowe motywy i zaprzągł je do swojego świata, w którym wampiry muszą sobie radzić z uciążliwymi sąsiadami przy pomocy pewnej dziewczynki wyłażącej ze studni czy też muszą się przygotować na odwiedziny wampira ze zgniłego kapitalistycznego zachodu, który przeszedł na wegetarianizm, wysysa biedne sarenki i jest degeneratem, a w dodatku się błyszczy. Cały czas oczywiście nasi nieumarli “walczą” z Wydziałem “Z” esbecji i majorem Nefrytowem pragnącym raz na zawsze zlikwidować przeczące materialistycznej i racjonalistycznej ideologii państwowej zabobony. Ta walka raczej nie jest zbyt zacięta, gdyż major nie jest w ciemię bity i zdaje sobie sprawę, że jak raz na zawsze zlikwiduje zabobony to jemu zlikwidują Wydział “Z”. Także pozwala na istnienie podejrzanego elementu w ramach statusu quo.

Opowiadanka są raz dłuższe, raz krótsze (ano taką oczywistą oczywistością Wam tu pojechałem). Książka bardzo w stylu pilipiukowym to znaczy znajdują się tutaj zarówno jajcarskie i groteskowe wersje wielu mitów na temat wampirów, na przykład krwiopijca przemienia się w coś zupełnie niespotykanego zamiast w nietoperza, czy też nagle okazuje się, że chęć zaimponowania Hrabinie z odległej Francyji w myśl zasady zastaw się, a postaw się przyniesie wielkie rozczarowanie. Mamy także ciekawe opisy praskich kiziorów, którzy wampirów nie lubią, ale ich tolerują bo to wszak swojacy z jednej dzielnicy.

Zbiorek ciekawy, nie męczy zbytnio i jest w sam raz na poprawę humoru. W tej książce moim zdaniem Pilipiuk świetnie pogrywał sobie swoimi motywami i kliszami wziętymi z popkultury. Absurd i groteska rządzą. Zresztą Pilipiuk ma dar tworzenia i opisywania sytuacji w sposób prześmiewczy, humorystyczny. Co nie znaczy, że nie przebija się w nich czasem taki śmiech przez łzy, bo skoro jest, aż tak źle to trzeba się tylko i wyłącznie śmiać.

Tomasz Campanella “Miasto Słońca”

miasto_słońca

źródło: allegro.pl

Ach! Uwielbiam utopijne wizje społeczeństw, dalekie kraje, które urządzone są idealnie i wszystko w nich podporządkowane jest szczęściu obywateli. Pogrążam się w fascynacji dla dzieł powstałych setki lat temu i przedstawiających poglądy autorów na jak najlepsze urządzenie tego świata. Pomysłów było i jest setki. Tomasz Morus swoją „Utopią” zrobił pierwszy wyłom, a później niczym wezbrane wody wyobraźni przerywające tamy skostniałego świata runęły na ów zastały i pogrążony w marazmie padół ziemski dzieła, dziełka, utwory i utworki opisujące raje, które według autorów istniały, bądź będą istnieć na tej Ziemi.

Tomasz Campanella to postać niezwykle ciekawa i bardzo interesująca. Filozof, zakonnik, astrolog, heretyk, kacerz, buntownik i społecznik, a przede wszystkim utopista. Giovani Domenico Campanella urodził się w roku 1568 w Kalabrii. Wstąpił do zakonu dominikanów, gdzie przyjął imię Tomasz, dużo podróżował po Włoszech, oskarżany o herezję spędził wiele lat w więzieniach, organizował powstanie w Kalabrii, które nie doszło do skutku, gdyż Hiszpanie wykryli spisek. Wspominałem, że Campanella spędził sporą część swego życia w więzieniach, gdzie wielokrotnie go torturowano, aby wydobyć przyznanie się do wchodzenia w konszachty ze Diabełem. Campanella był uczonym niemalże idealnie wpisującym się w swój czas. Kończyło się Odrodzenie, ziemie włoskie wchodziły w okres głębokiego kryzysu ekonomicznego, zaczynała się kontrreformacja, barok i tym podobne. Campanella mieszał w swoich poglądach filozoficznych wszystko co się dało. Astrologię i przesądy z wiarą chrześcijańską, i ówczesnym stanem wiedzy medycznej. Dogłębnie studiował filozofię starożytną i świętych ojców Kościoła i czerpał z nich garściami. „Miasto Słońca” jest idealnym odbiciem jego bardzo często sprzecznych ze sobą poglądów.

Wizja społeczeństwa, które serwuje nam Campanella z dzisiejszej perspektywy mieszkańca kontynentu europejskiego jest przerażająca. Państwo, w którym całą władzę skupia jeden człowiek – kapłan określany mianem Słońca czy też Metafizyka, a do pomocy służy mu trzech wysokich rangą kapłanów, każdy zajmujący się odpowiednią dziedziną społecznego życia. Kapłani owi noszą nazwy Potęga, Mądrość, Miłość. I chociaż ludzie w tym mieście nie muszą zbyt ciężko pracować, dóbr wszelakich mają dostatek, to jednak „Miasto Słońca” jawi się jako komunistyczny koszmar, w którym literacka fikcja jest zakazana, bo przecież kłamliwe zmyślanie szkodzi rozwojowi duchowemu (socrealizm w pełnej krasie). Ludzie nie dobierają się sami w pary, ale kapłan Miłość zajmuje się ich hodowaniem, tak aby każde następne pokolenie było doskonalsze i jeszcze lepiej przystosowane do życia w mieście Słońca. Porę godów określa się za pomocą przepowiedni astrologicznych, a kto spróbuje płodzić poza wyznaczoną porą może mieć pewność, że sieć “szpicli” na niego doniesie i kara będzie surowa. Religia jest obowiązkowa i państwowa, tego kto się nie dostosuje czeka srogi i okrutny los.

civitas_veri

Wyobrażenie Miasta Słońca. Źródło: blogs.ub-filosofie.ro

Jestem pełen sprzecznych uczuć co do tej utopii, bo chociaż Solariusze (tak się nazywają mieszkańcy miasta) mają dość rozwiniętą technologicznie cywilizację (podobno potrafią latać, a ich pojazdy nie wymagają koni, są poruszane za pomocą tajemniczych żagli) to ich teokratyczny ustrój jest bardzo totalitarny, a życie pojedynczego człowieka jest poddane drobiazgowej kontroli na każdym kroku. Wszyscy mają się poddać woli głównego kapłana. Oczywiście nie wszystko jest tam, aż takie złe; dobrym i ciekawym pomysłem jest system edukacji polegający na poglądowym wchłanianiu wiedzy. W praktyce wygląda to tak, że na murach miejskich wymalowane są wiadomości z każdej ludzkiej dziedziny wiedzy, a dzieciaki uczą się ich podczas lekcji na świeżym powietrzu. Na plus można uznać pogardę dla chciwości, pychy, próżności i zdroworozsądkowe podejście do spraw fizjologicznych.

I równie, dowodzą, godzi się nogom chodzić i zadowi srać, jak oczom patrzeć i językowi mówić; podobnie jak to się dzieje z kałem, gdy zachodzi potrzeba, oczy wydzielają łzy, a język – ślinę.

Książki Campanelli nie czytało się dobrze. Jest pełna mętnych wywodów dotyczących astrologii, metafizyki, filozofii i religii. Ciężko się połapać jak tak naprawdę funkcjonuje miasto Słońca. Campanella nie skupia się na wyjaśnianiu mechanizmów działania społeczeństwa. Chaotycznie przekazuje swoje wyobrażenia i robi to trochę nieudolnie (według mnie). Starsza o prawie sto lat „Utopia” Morusa wypada wielokroć lepiej niż dialog poetycki Campanelli. Niemniej jego „ Miasto Słońca” jest ważną książką.

Campanella podobnie jak Morus wspólnotę majątkową i brak prywatnego majątku uczynił nadrzędną zasadą w mieście Słońca. Dodatkowo uczynił mieszkańców równymi, nie ma w nim sług i niewolników, każdy musi pracować i czyni to z ogromną ochotą. Mieszkańcy miasta żyją według zasady „każdemu według zasług”. „Miasto Słońca” stanowiło na pewno solidną pożywkę dla wielu istotnych prądów filozoficznych i ideologicznych, które narodziły się setki lat później.

Ciekawostka – ja czytałem wydanie z „Biblioteki Narodowej” Ossolineum z roku 1955. Wydanie to było najprawdopodobniej odpowiedzią na „Państwo Słońca” z roku 1954, które ukazało się w wydawnictwie PAX, gdzie podkreślano religijny charakter dzieła Campanelli. W moim wydaniu, we wstępie autorzy pragnęli przekonać czytelnika, że wiele z tych religijnych odniesień i poglądów Campanella musiał na siłę wcisnąć, aby w ogóle jego książka została wydana. Sam był przecież na tak zwanym „cenzurowanym” i musiał się pilnować. Jak było naprawdę to trzeba zwrócić się do gwiazd, wróżbitów i astrologii. Wywołać ducha autora i go dokładnie przepytać.

P. S. Podoba się nowy wygląd bloga?

Edmund Wnuk-Lipiński “Mord założycielski”

IMAG0414

Trzecia i ostatnia część tak zwanej trylogii Apostezjonu. I jakie miałem wrażenia podczas lektury? Zobaczyłem, że potężny Apostezjon chwieje się w posadach. Rozprężenie moralne i obyczajowe sięga zenitu. Wódka jest legalna, a oprócz temporystów powstała kolejna klasa społeczna tak zwani lovitci. Zupełny margines. Chleją wódkę, siedzą na zasiłkach i płodzą się bez badań genetycznych, mieszkają w gettach, kradną, niszczą. Zespół Ekspertów, aby złagodzić nastroje społeczne wprowadził zawody dla gawiedzi. To bardzo niebezpieczna i czasem śmiertelna rozgrywka, w której biorą udział najlepsi, odpowiednio wytrenowani zawodnicy. Na scenę wraca główny bohater z pierwszej części Ira Dogow, który poszukuje nowego żywiołu do odrodzenia świata wśród lovitów. Poznajemy też młodego profesjonalnego zawodnika Daniela. Młodego, acz zdolnego i mającego wysokie ambicje. Daniel wyrywa piękną Candy z rąk kilera, spuszcza kilerowi łomot i musi uciekać. Po drodze mamy jeszcze pisarza będącego na usługach rządu Apostezjonu, który w swoim “słowaku” (osobisty komputer) oprócz książek chwalących pod niebiosa panujący ustrój zapisuje swój własny, prywatny dziennik.

Iluż ludzi tak postępowało i postępuje. Jak wielu pisarzy miało swoje prywatne dzienniki, które nie miały nigdy się ukazać, albo miały dopiero wyjść drukiem po ich śmierci. Wiktor Nordmann, bo tak pisarzowi na imię niestety popada w niełaskę i również musi uciekać przed karzącą ręką (nie)sprawiedliwości. Mamy pułkownika Vitolliniego z pierwszej części, któremu marzy się władza nad Apostezjonem, a który lubi również chłopców. Mamy wielką katastrofę w zakładach chemicznych, która jest utrzymywana w ścisłej tajemnicy, a której skutki odczuwać będzie cały świat (!). Ogólnie coś tam się dzieje, następuje ferment społeczny i tak zwana pospolita ruchawka.

Co mi się podobało w “Mordzie założycielskim” – przed każdym rozdziałem zamieszczono fragmenty, które często pochodziły z oficjalnych komunikatów rządowych. Wypisz – wymaluj bełkot propagandy PRL.

Przykłady:

Elementy awanturnicze, które ostatnio podniosły głowy zostały poskromione, przy aktywnym poparciu społeczeństwa. Jednak nadał sytuacja jest złożona, Pożar Pałacu Centralnego spowodowany przez margines społeczny, został dziś nad ranem opanowany. Władze, korzystające przejściowo z innej siedziby, w pełni kontrują rozwój wydarzeń. W innych rejonach wyspy panuje całkowity spokój i rytmiczna praca…

Z artykułu wstępnego dziennika „Nasz Głos” nr 110/10849 z dnia 22 kwietnia 2044 roku

Zadaję sobie często pytanie, dlaczego utopie wprowadzone w życie obracają się w swoje przeciwieństwo? Tam gdzie miało być wyzwolenie – rośnie niewola, tam gdzie miało być braterstwo – wyrasta przemoc, tam gdzie miała być sprawiedliwość – pleni się zbrodnia, odwaga zaś zamienia się w strach. Dlaczego? Nie znajduję na to pytanie odpowiedzi.

Z „Dziennika prywatnego Wiktora Nordmanna” materiał nie publikowany. Archiwum Służb Specjalnych, sygnatura AG/1786/29

Autor określił wreszcie datę wydarzeń na Apostezjonie – 2044 rok. Akcja “Mordu…” rozgrywa się w kilka lub kilkanaście lat po wydarzeniach z “Wiru…”. Jak już wspomniałem Apostezjon rozpada się. Wciąż jest państwem, w którym nauka stoi na wysokim poziomie patrz: hoduje się kilerów w laboratoriach (szkoda, że autor nie pociągnął tego wątku bardziej), wciąż jest państwem gdzie istnieje broń zdolna unicestwić wszystko co znajdzie się na celowniku, ale jest też państwem, gdzie istnieje podział na biednych i bogatych, żywność jest na kartki (!), a ci, którzy są poplecznikami rządu mogą liczyć na ogromne przywileje. Utopia przestała być rajem i stała się zwykłym państwem.

Nowa klasa społeczna lovitci kojarzy mi się z prolami z “Roku 1984” Orwella. Są dość liczni, są płodni, są prości, ale gdyby dać im trochę czasu to powstanie z nich żywioł mogący zburzyć stary świat. Tylko są również niemoralni, pozbawieni skrupułów i prymitywni. Ira Dogow powoli przygotowuje ich na rewolucję, ale sam uważa, że jest jeszcze na to za wcześnie.

“Mord…” miał trochę więcej życia, akcji w sobie niż “Rozpad…”. Dobrze i szybko się czytało, choć i tutaj odczuwałem niedostyy jeśli chodzi o nakreślenie sytuacji Apostezjonu. Jak na fantastykę socjologiczną strasznie mało tam nauki. Ot autor wpadł na pomysł, że kilerów robią w laboratoriach i o tym wspomniał.  A zapomniał powiedzieć skąd i po co ci kilerzy się lęgną w próbówkach. Zupełnie z dupy pojawiają się menele (lovitci) i stanowią od razu bardzo liczną grupę społeczną, która rządzi się własnymi prawami.Garść świetnych pomysłów bardzo ciekawych, które jednak nie wystarczyły, by uczynić z „Mordu…” bardzo dobrą książkę.

Ogólnie mówiąc, gdyby te trzy książki wymieszać, wziąć z każdej to co najlepsze to mogłaby powstać naprawdę świetna, zajebista książka. Dystopia jak się patrzy. Z państwem, które stoi na straży bezpieczeństwa obywateli, zapewnia im wszystko, co niezbędne do życia, a w razie jakiekolwiek oznaki buntu bądź niepokoju pierze tym swoim obywatelom mózgi, aż im szare komórki skwierczą, a ci są jeszcze wdzięczni za takie działanie.

A jak dla mnie mamy trzy dobre książeczki, które czyta się przyjemnie i szybko. I które kiedyś musiały robić znacznie większe wrażenie niż teraz.

Edmund Wnuk-Lipiński “Rozpad połowiczny”

IMAG0413Mam problem z drugą częścią trylogii Apostezjonu. Problem niewielki, ale irytujący. Książka dostała Zajdla w 1988 roku, pisana była w 1983 roku, podobno autor miał duże problemy z cenzurą, która ingerowała w kształt książki. Ja czytałem wydanie z czasów PRL, a w 2000 roku ukazało się wydanie zbiorcze całej trylogii nakładam wydawnictwa superNowa i tam podobno zostały umieszczone te ocenzurowane fragmenty. A mój problem polega na tym, że “Rozpad…” czytany zaraz po “Wirze pamięci” odebrałem praktycznie wyłącznie jako lepiej lub gorzej zawoalowaną  krytykę systemu socjalistycznego i opis szarej rzeczywistości PRL w okresie stanu wojennego, fantastyki tam było tyle co kot napłakał. Ja rozumiem, że nie zawsze ta fantastyka musi być, ale akurat w „Rozpadzie…” drażniło mnie to.

“Wir…” mówił o społeczeństwie, w którym można dopatrywać się śladów  myśli socjalistycznej, w miarę inteligentnie krążył wokół tematu inwigilacji obywateli, roli jednostki w owym społeczeństwie. Natomiast “Rozpad…” to łopatologicznie wyłożony obraz PRL lat osiemdziesiątych. Apostezjon z części pierwszej to społeczeństwo dostatnie, rozwinięte technologicznie, a Apostezjon z “Rozpadu…” to miejsce gdzie karierowicze pną się po szczeblach władzy, Zespół Ekspertów to banda starych dziadów, która osiągnęła dobrobyt kosztem obywateli i nie ma zamiaru się nim dzielić. W “Rozpadzie…” młodzież działa w Lidze Młodych Entuzjastów, jest mowa o gospodarce centralnie sterowanej, o konflikcie z sąsiadami wyspy. Wyścig zbrojeń, bazy na Księżycu produkujące śmiertelną broń, funkcjonariusze tak zwani Technicy Bezpieczeństwa, czyli tebecy (!) chodzący z dużymi, białymi gumowymi pałkami. Plotki wypowiadane szeptem i bełkot oficjalnych organów informacyjnych. Ten Apostezjon znacznie różni się od tego z pierwszej części, choć według akcji z powieści nie minęło zbyt dużo czasu.

Akcja drugiej części krąży wokół Ośrodka Resocjalizacyjnego wykorzystującego podczas “terapii” i “leczenia” jednostek zdemoralizowanych metody “naturalne” bez wspomagania środkami farmakologicznymi. Opis metod stosowanych w Ośrodku stanowi najmocniejszą stronę książki. Psychomanipulacje, tortury psychiczne i fizyczne stosowane by złamać psychikę „pacjenta” zostały opisane dość sugestywnie i z dużą znajomością tematu.

O fabule w skrócie: śledzimy losy kilku bohaterów. Długiego, który pojawił się w „Wirze…” jako przemytnik i specjalista do wszystkiego, a w „Rozpadzie…” trafił do Ośrodka, gdzie na jego przykładzie obserwujemy metody resocjalizacji. Drugim bohaterem jest młody Jorgen. Chłopak z zacięciem ideologicznym, który działa w Lidze Młodych Entuzjastów, był w księżycowej bazie, ale przez swoją nadgorliwość narobił sporo szkód i mało co nie spowodował skandalu międzynarodowego. Jorgen rozpoczyna praktyki w Ośrodku Resocjalizacyjnym profesora Nemeczki z poczuciem misji. Jorgen to idealny przykład obywatela poddanego indoktrynacji. Ślepo wierzy w ideały Apostezjonu, wykonuje bez wahania każde zarządzenie władz i nigdy, ale to przenigdy nie kwestionuje poleceń przełożonych. Praktyka w Ośrodku sprawi, że z młodego, głupiego i pozbawionego wątpliwości idealisty przeistoczy się w młodego, głupiego idealistę z dużymi wątpliwościami. Jest jeszcze Claire, która jest prawą ręką profesora Nemeczki. Piękna dziewczyna o tragicznej historii. Poznamy również bliżej profesora Nemeczkę, który raczej nam do gustu nie przypadnie. Kulminacyjnym momentem w książce jest powstanie Strefy, w której część temporystów i zwykłych obywateli przez pewien czas żyła poza zasięgiem władz Apostezjonu.

Podobnie jak w części pierwszej nie znamy daty, w której dzieje się akcja. Możemy przyjmować, że to połowa dwudziestego pierwszego wieku. Już wspomniałem, że Apostezjon z „Rozpadu…” to inna wyspa niż z „Wiru…”. Wszędzie widać degrengoladę i beznadziejność systemu. Przemytnicy i lokalni producenci sprowadzają i produkują alkohol, narkotyki i inne używki, które cieszą się wielkim powodzeniem wśród prominentów i decydentów. Infrastruktura i gospodarka są w opłakanym stanie, syntetyczne jedzenie smakuje straszliwie, a rarytasem są potrawy naturalne. Zespół Ekspertów koncentruje się na wewnętrznych rozgrywkach, Służby Specjalne mają ogromne uprawnienia. Wszystko da się załatwić, jeśli ma się znajomości. Ośrodki Resocjalizacyjne to miejsca, w których skutecznie niszczy się jednostki zbuntowane.

Książka przez swoje proste i niczym niekryte nawiązania do socjalistycznej rzeczywistości PRL-u nie ma w sobie nimbu tajemniczości. Nic dziwnego, że ówczesna cenzura miała z nią kłopot. Analogie są dość oczywiste. Wielka Zmiana, podczas której liczba ludności Apostezjonu zmniejszyła się o połowę, a stary porządek świata runął w gruzy. Czarny Batalion owiany złą sławą podczas działań prewencyjnych bezlitośnie rozprawiający się z przeciwnikami systemu. Tebecy noszący białe pałki i wybierani do pracy ze względu na niski iloraz inteligencji. Brutalni i okrutni. Oficjalna propaganda chwaląca osiągnięcia Apostezjonu, a oczerniająca resztę świata. Ziemia podzielona na wrogie obozy. W „Rozpadzie…” profesor Nemeczko wspomina swoje dzieciństwo i wizyty w wielkich gmachach, w których palono ogromne ilości świec woskowych, a atmosfera była podniosła. Mnóstwo jest takich mało wyrafinowanych odniesień do rzeczywistości współczesnej pisarzowi. Drażniło mnie to trochę. Co nie znaczyło, że książkę czytało się źle, ale te nachalne wręcz analogie irytowały. Aha, a po głównym bohaterze z „Wiru…” ani widu, ani słychu.

Wnuk – Lipiński świetnie opisuje metody prania mózgów, psychiczne tortury. Złamać można każdego, wystarczy odpowiednia ilość czasu, cierpliwość, okrucieństwo i wyrachowanie. Wszystko to podlane sosem naukowego bełkotu i w efekcie Ośrodki Resocjalizacyjne opuszczają ludzie, którzy nigdy w swoim życiu nie podniosą ręki na władzę. Nawet jeśli władzy nienawidzą i w głębi duszy pragną jej zniszczenia to już nigdy nie podejmą się próby oporu. Władza ma gdzieś czy ktoś ją kocha czy nienawidzi. Ważne aby był posłuszny. Istnienie Strefy, która jest oazą innego porządku na Apostezjonie doprowadzi do ludobójstwa. System nie interesuje się w jaki sposób żyją ludzie w Strefie, ważne, że żyją inaczej niż chce tego władza. To już jest wystarczający powód do podjęcia drastycznych kroków.

Apostezjon jest społeczeństwem zaprojektowanym odgórnie. Każda dziedzina nauki miała swój udział w tworzeniu owego „idealnego” państwa. Dzieci nie są wychowywane przez rodziców, ale przez państwo. Wśród normalnych obywateli nie ma małżeństw z dziećmi. Jeśli jakaś para się pozna i chce zawrzeć kontrakt na związek i mieć z niego potomstwo ich genotypy muszą być dopasowane. Inaczej potomstwa nie będzie.

Lipiński również pisze o nowym narkotyku o niezbyt wymyślnej nazwie „drug”. Jazda po nim jest nieziemska, a człowiek może dostąpić „łaski” zobaczenia przyszłości. „Druga” zażywają wszyscy. Jest jedyną ucieczką od szarej rzeczywistości.

Jest oczywiście promyk nadziei w ludziach, którzy przeciwstawili się systemowi i stwierdzili, że wolność będzie zawsze tam gdzie oni, że do powstania strefy wolności wystarczy grupka przyjaciół oddanych sprawie.

Nigdy nie dowiem się jaką wizję Apostezjonu miał autor, gdy kończył „Wir…”. Wydaje mi się, że zupełnie inną niż to co napisał w „Rozpadzie…”. Uważam, że wydarzenia w Polsce mocno wpłynęły na twórczość pana Edmunda. Co dla mnie z perspektywy czasu również wpłynęło znacząco na odbiór książki.

„Rozpad…” to dobra książka i czytało się ją świetnie. Jednak moim zdaniem w porównaniu do „Wiru…” zdecydowanie bardziej się zestarzała. Za mało w niej było szczegółów dotyczących Apostezjonu. Ja lubię jak świat powieściowy jest mocno zarysowany, rozbudowany, a historia świata brzmi w miarę wiarygodnie. W „Rozpadzie…” brakowało mi tego. Ale muszę przyznać, że opis pracy Ośrodka Resocjalizacyjnego to mistrzostwo.

Edmund Wnuk – Lipiński “Wir pamięci”

IMAG0406

Jak tam weekend majowy Wam minął? Dołączę do chórów narzekaczy wszelakich i powiem, że pogoda nie za ciekawa była. A mnie lenistwo ogarnęło i zupełne nicnierobienie.

Się przyznam Wam że postanowiłem w miarę moich możliwości przeczytać wszystkich laureatów Nagrody Zajdla. To dlatego na blogu pojawił się Zajdel z jego „Paradyzją”, Baraniecki i „Głowa Kasandry”. W 1988 roku nagrodę Zajdla otrzymał Edmund Wnuk – Lipiński za książkę „Rozpad połowiczny”. Okazało się, że „Rozpad…” należy do tak zwanej trylogii Apostezjonu, którego pierwszym tomem jest właśnie „Wir pamięci”. Nie chciałem zaczynać od środka dlatego przeczytałem „Wir…”

Apostezjon to nowoczesny kraj, korzystający z dobrodziejstw elektroniki, farmakologii, genetyki. Ludzie żyją tu bezpiecznie i szczęśliwie. Nie ma żadnej biedy, nikt nie głoduje, każdy ma pracę. Świetnie zarządzany przez Zespół Ekspertów wydaje się być dobrym miejscem do życia. Wyspa na której jest Apostezjon to wyspa o klimacie ciepłym, cały czas świeci słońce. Gdy człek czuje się zmęczony może łyknąć pastylkę orzeźwiającą o smaku astonishing i już będzie czuł się  jak młody bóg. Ludzie nie zatruwają swojego ciała alkoholem, nie znają w ogóle  żadnych używek (oprócz swoich pastylek i koktajli). Nad prawidłowym działaniem trybów społecznej machiny Apostezjonu czuwają  niezawodne komputery, nadzorowane przez najlepszych techników oraz specjalistów od inżynierii społecznej. Żyć nie umierać. Piękne kilkudziesięciopiętrowe wieżowce, zaprojektowane tak by spełniały wszystkie potrzeby mieszkańców. Mnóstwo wolnego czasu, który można spędzać na wiele różnych sposobów. Zabawiając się w Centrach Integracyjnych, spacerując po skansenach dawnych dni przed Wielką Zmianą, podróżując po Wyspie. Bezpieczeństwo obywateli zapewniają Służby Specjalne, które świetnie wypełniają swoje obowiązki. Niestety czasem zdarza się, że trafi się element wywrotowy, któremu nie pasuje bezkonfliktowe społeczeństwo. Ów element zajmuje się spożywaniem alkoholu, jedzeniem martwych zwierząt (żywność na Apostezjonie jest syntetyczna), czytaniem książek i chodzeniem w szarych garniturach i określany jest mianem temporystów! Na pierwszy rzut oka Apostezjon to nowoczesne, zaawansowane technologicznie społeczeństwo, które zapewnia wszystkim obywatelom spokój, rozrywkę i bezpieczeństwo. Tylko temporyści czują pogardę do zwykłych mieszkańców nazywając ich “pokornymi”. Tak jak pisałem na pierwszy rzut oka Apostezjon wydaje się spełnieniem snów o społeczeństwie idealnym. Jednak będziemy świadkami wydarzeń, które sprawią, że przestaniemy wierzyć w ów ideał społeczny.

To ogólny zaraz świata powieściowego. W trakcie lektury będziemy świadkami pojedynku pomiędzy Służbami Specjalnymi, a dziwnymi typkami działającymi na zlecenie tajemniczego Sponsora. Rozgrywka będzie się toczyć wokół mężczyzny o nazwisku Ira Dogow, który uległ tajemniczemu wypadkowi i przeszedł operację. Okazuje się, że to była bardzo pionierska operacja, a Dogow jest kimś zupełnie innym niż myśli. Na tle zmagań SS (dziwnie brzmi, ale to skrót od Służby Specjalne jakby ktoś nie wiedział:) z owymi typkami poznajemy trochę lepiej Apostezjon, historię głównego bohatera oraz tajemniczych temporystów.

„Wir pamięci” można uznać za antyutopię. Mamy bowiem z pozoru szczęśliwe społeczeństwo, ale mamy również grupkę niezadowolonych, którzy hołdują starym czasom. Jedzą naturalne jedzenie przyrządzane z martwych zwierząt (skąd biorą te zwierzęta nie dowiemy się prawdopodobnie z przemytu z pozostałych części świata). Inwigilacja obywateli jest praktycznie stuprocentowa, każdy porządny obywatel zresztą natychmiast doniesie o podejrzanych zachowaniach. A każdy nieprzystosowany trafia do Ośrodka Resocjalizacyjnego, z którego nie wyjdzie już będąc tą samą osobą. Możemy się tylko domyślać, że stosuje się tam wyrafinowane techniki psychomanipulacji i przesłuchań. Ale nawet pomimo tych dość ogólnikowych napomknień o systemie resocjalizacyjnym na Wyspie. Apostezjon nie wydaje się być strasznym i przerażającym miejscem. Wręcz przeciwnie sprawia dość „sympatyczne” wrażenie. Nasza cywilizacja przecież również stosuje leczenie farmakologiczne, psychomanipulację i tym podobne.

 Elementy, które można uznać za pozytywne w Apostezjonie czyli technologia na wysokim poziomie rozwoju, wyeliminowanie biedy, zaawansowana medycyna wszystko to jest jakby bardzo powierzchowne i człowiek podświadomie pragnie się dowiedzieć co jest nie tak z „pokornymi”. Piszę te słowa już po przeczytaniu drugiej części czyli „Rozpadu połowicznego”. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że autor chciał trochę inaczej napisać drugą część, ale po drodze zjawił się stan wojenny i w „Rozpadzie…” widać bardzo, ale to bardzo gorzką krytykę socjalizmu. Jak wspomniałem wcześniej „Wir pamięci” tchnie pewnego rodzaju optymizmem, takim pasującym do dekady Gierkowskiej, a „Rozpad…” to już zupełnie inna bajka.

Nie czytało się źle, co prawda „Wir…” ma styl pisarstwa trochę już przestarzały, ale książka jest ciekawa, mamy zagadkę kryminalną z interesującym zwrotem akcji, jest dość ciekawie choć sztampowo przedstawiony świat bez żadnych większych szczegółów. Mamy kilka niekonsekwencji jeśli chodzi o pewne sprawy, ale nie przeszkadza to zbytnio. Ogólnie mogę powiedzieć, że „Wir…” obronił się przed upływającym czasem. Co prawda oberwał kilka razy i widać czasem gdzieniegdzie siniaki, ale ogólnie stoi na nogach i nawet się nie chwieje.

[EDIT] Tak mi się dopiero teraz skojarzyło, że Apostezjon jest umieszczony na Wyspie, która w miarę skutecznie jest izolowana od reszty świata. Konotacje z “Utopią” Tomasza Morusa chyba jak najbardziej uzasadnione.