Witold Jabłoński “Dzieci nocy”

Książka Jabłońskiego jest o wampirach.

Książka Jabłońskiego jest o wampirach. Źródło: https://flic.kr/p/5HXwgJ

Kolejny przypadkowy wybór z bibliotecznej półki. Kolejny autor, którego nie kojarzę. Czasem taki ślepy traf to strzał w dziesiątkę, a czasem to strzał kulą w płot. Jak było w przypadku prozy pana Jabłońskiego? Ano było tak…

Continue reading

Andrzej Sapkowski “Ostatnie życzenie”

Grafika z gry o WIedźminie. Źródło: http://koziol.info.pl/2011/05/nastal-czas-bialego-wilka-czyli-retrospektywnie-o-pierwszym-wiedzminie/

Grafika z gry o WIedźminie. Źródło: http://koziol.info.pl/2011/05/nastal-czas-bialego-wilka-czyli-retrospektywnie-o-pierwszym-wiedzminie/

Dzisiaj sobie pofantazjuję, bo okazja ku temu dobra, a i przeczytany zbiór opowiadań należy już do KANONU, tak, tak moi drodzy do KANONU. A z kanonem różnie bywa. Jedni chuchają i dmuchają, pieszczą jedwabnymi chusteczkami coby tylko się błyszczał, stał i był podziwiany. Inni z kolei będą uderzać obrazoburczymi tekstami w piedestał, w KANON, aby go obalić, by zgnił i zmurszał i zniknął z pamięci ludzkiej. Ja dzisiaj sobie z KANONEM pogadam. I wybaczcie z góry tę rozmowę, będzie bardzo jednostronna, bo w końcu wymyślona przeze mnie.

Continue reading

Andrzej Pilipiuk “Wampir z MO”

IMAG0628Przygoda ma z Pilipiukiem dalej trwa. Czuję, że rymuję kiepsko i żałośnie, ale przez to ego mi rośnie.

Kontynuuję książki zaczęte przed rozmową z Andrzejem Pilipiukiem. „Wampir z MO” to zbiór opowiadań z bohaterami, których poznałem w „Wampirze z M-3”. Tamta książka towarzyszyła mi w pociągu, a ta pomagała mi spędzić kilka godzin w zaciszu domowym na krakowskich Azorach, gdzie skutecznie zagłuszała świst maczet i gromkie pokrzykiwania miejscowego elementu konsumującego alkohol z akcyzą i w ten sposób przyczyniającego się do wzrostu PKB Najjaśniejszej Rzeczyposopolitej. Żartuję, żartuję. Azory są naprawdę dobrym miejscem do mieszkania. Ciach! Świiissst! AŁA! Wracając do książki. Umiliła jeden wieczór, takie jej zadanie było, które spełniła i cóż mam więcej do dodania.

Pilipiuk świetnie (moim zdaniem) wykorzystał popkulturowe motywy i zaprzągł je do swojego świata, w którym wampiry muszą sobie radzić z uciążliwymi sąsiadami przy pomocy pewnej dziewczynki wyłażącej ze studni czy też muszą się przygotować na odwiedziny wampira ze zgniłego kapitalistycznego zachodu, który przeszedł na wegetarianizm, wysysa biedne sarenki i jest degeneratem, a w dodatku się błyszczy. Cały czas oczywiście nasi nieumarli “walczą” z Wydziałem “Z” esbecji i majorem Nefrytowem pragnącym raz na zawsze zlikwidować przeczące materialistycznej i racjonalistycznej ideologii państwowej zabobony. Ta walka raczej nie jest zbyt zacięta, gdyż major nie jest w ciemię bity i zdaje sobie sprawę, że jak raz na zawsze zlikwiduje zabobony to jemu zlikwidują Wydział “Z”. Także pozwala na istnienie podejrzanego elementu w ramach statusu quo.

Opowiadanka są raz dłuższe, raz krótsze (ano taką oczywistą oczywistością Wam tu pojechałem). Książka bardzo w stylu pilipiukowym to znaczy znajdują się tutaj zarówno jajcarskie i groteskowe wersje wielu mitów na temat wampirów, na przykład krwiopijca przemienia się w coś zupełnie niespotykanego zamiast w nietoperza, czy też nagle okazuje się, że chęć zaimponowania Hrabinie z odległej Francyji w myśl zasady zastaw się, a postaw się przyniesie wielkie rozczarowanie. Mamy także ciekawe opisy praskich kiziorów, którzy wampirów nie lubią, ale ich tolerują bo to wszak swojacy z jednej dzielnicy.

Zbiorek ciekawy, nie męczy zbytnio i jest w sam raz na poprawę humoru. W tej książce moim zdaniem Pilipiuk świetnie pogrywał sobie swoimi motywami i kliszami wziętymi z popkultury. Absurd i groteska rządzą. Zresztą Pilipiuk ma dar tworzenia i opisywania sytuacji w sposób prześmiewczy, humorystyczny. Co nie znaczy, że nie przebija się w nich czasem taki śmiech przez łzy, bo skoro jest, aż tak źle to trzeba się tylko i wyłącznie śmiać.

Ursula K. Le Guin “Świat Rocannona”

Ursula K. Le Guin "Świat..."

Ursula K. Le Guin "Świat..."

Czasem moi kochani czytelnicy warto wrócić do klasyki, którą kiedyś się czytało, lecz czas w swej pracowitości (w moim przypadku czas plus alkohol) zatarł praktycznie wszystkie wspomnienia o książce. Dlatego, gdy ostatnio wpadła w oczęta me krótkowzroczne, książka znanej i uznawanej za kultową pisarkę science – fiction i fantasy, czyli pani Ursuli K Le Guin nie wahałem się użyć mojej zdolności odbioru informacji jaką jest umiejętność czytania. Książkę tę na pewno czytałem w latach mej młodości. Przyznam Wam się jednak, że nie pamiętałem z niej nic. Dopiero ponowne odkrywanie stronic trochę rozświetliło mi mrok i pobudziło do życia uśpione szare komórki.

W latach dziewięćdziesiątych wolny rynek wtargnął do Polski jak pijany Anglik do krakowskiego pubu. To znaczy głośno, buńczucznie i chwiejąc się na swych zachodnich nóżkach, ale to wtedy ów wolny rynek wyzwolił prawdziwą falę i wywołał zalew zagranicznej fantastyki (pijany Anglik wyzwala inne fale i wywołuje odmienne zalewy). Szczęście to było w nieszczęściu. Bo choć dotarła do Polski klasyka science – fiction, której większość społeczeństwa (czytającego społeczeństwa) nie znała i której ludzie wyczekiwali jak kania dżdżu to często te książki były tłumaczone na szybko, zbyt niedbale i niechlujnie. Ale takie gnojki jak ja tym się nie przejmowały i chłonęły setkami stron książki pochodzące najczęściej ze stajni Wydawnictwa Amber. Ach, te wszystkie Stalowe Szczury, czarownice, smoki i lasery, nosz do cholery! To były piękne czasy… Chlip… Chlip…

Ale dość rozczulania się nad przeszłością, bo nic jej już nie wróci, a raz przeczytana książka nigdy nie będzie mieć tego powabu świeżości i tajemnicy. Dlatego ponowna lektura książki Le Guin była przeżyciem dość sentymentalnym, ale bez żadnych fajerwerków. Gdy spojrzałem na datę pierwszego wydania tej książki, uświadomiłem sobie jak daleko była Polska, jeśli chodzi o literaturę fantastyczną. Le Guin wydała „Świat Rocannona” w sześćdziesiątym szóstym roku! Polscy czytelnicy poznali go dopiero w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym… No, ale ważne, że poznali.

Liga Wszystkich Światów to Unia Międzyplanetarna większości humanoidalnych ras, dzierży władzę w kosmosie i nie pozwala sobie grać na nosie. Cały czas zbiera siły na walkę z tajemniczym wrogiem. Zbiera siły w taki sposób, że ściąga haracze od zacofanych planet, których największym osiągnięciem technologicznym jest koło młyńskie… (Jaki jest sens zabierania tubylcom daniny w złocie przez wysoce rozwiniętą cywilizację kosmiczną nie wiem, ale widocznie humanoidy to strasznie chciwe, inteligentne bestie). Przylecieli więc na planetę zamieszkaną przez kilka inteligentnych ras, które tkwią sobie w głębokim średniowieczu, poza jedną rasą, które siedzi cały czas w jaskiniach i coś tam kombinują z przemysłem. Liga przez chwilę bywa na tej planecie, jednym pomaga w rozwoju. Od innych ściąga tę daninę… Jednak postanawiają ją zostawić, bo pewien entograf stwierdził, że dobrze byłoby się im przyjrzeć na spokojnie, bez wypalania ich pastwisk silnikami rakietowymi.

Dobra, nie będę tutaj się rozpisywał o fabule. W skrócie jest tak, że etnograf z Ligi wraca na ową planetę i odkrywa, że jacyś rebelianci założyli sobie tutaj bazę i planują podbić prymitywne ludy. Rocannon wyrusza w epicką podróż przez niemal całą planetę odziany jedynie w swój super wytrzymały kombinezon. Po drodze lata na wiatrogonach (takie gryfy). Płonie na stosie, ale się nie spala. Walczy z wampirami, które wyglądają jak anioły i otrzymuje zdolność telepatii, by w końcu…. A nie będę Wam pisał, bo może ktoś nie czytał.

Ogólnie „Świat Rocannona” można chyba nazwać baśnią science – fiction? Fantasy science? Mamy tutaj przecież podróże podświetlne i nadświetlne, statki kosmiczne i helikoptery, ale jest też podróż z wiernymi towarzyszami wśród różnych niebezpieczeństw. Mamy swego rodzaju artefakt, którym jest klejnot rodowy. I magię, która dla Rocannona jest technologią, ale dla tubylców jest magią najprawdziwszą.

Po latach czyta się to dobrze i miło. Prosty i ładny język, swobodna narracja, ładna opowieść, która może wyzwolić w nas pytania dotyczące narodzin ziemskich mitów i legend oraz baśni. Dobrze było znów sobie przypomnieć książkę pani Le Guin. A czyta się to bardzo szybko, bo książka jest mała objętościowo i bardzo dobrze napisana.

„Świat Rocannona” jest pierwszą książką z tak zwanego cyklu „Hain”. Chyba sobie przypomnę wszystko:)

 

P. S. Czuć trochę ciężar ponad czterdziestu kilku lat od wydania książki. Ale tylko trochę, tak troszeńkę, ociupinkę.

Mariusz Kaszyński “Rytuał”

Mariusz Kaszyński "Rytuał"

Mariusz Kaszyński "Rytuał"

 Jak wspominałem przy “Tańcu…” wreszcie mam czas zająć się książkami leżącymi odłogiem. “Rytuał” zacząłem czytać przed moim karnawałem z Martinem i teraz postanowiłem dokończyć.

Co mamy moi drodzy w tym horrorze? Grupkę pracowników jednego oddziału banku, którzy zaczynają ginąć w tajemniczych, niewyjaśnionych okolicznościach przyrody i nie tylko. Dlaczego giną? Czy powodem jest zemsta zza grobu, psychopata czający się gdzieś w mroku, a może krasnoludki, które wreszcie przestały sikać do mleka i zajęły się poważniejszą robotą? Nie powiem Wam, choć szczerze mówiąc sprawca morderstw praktycznie zaraz się ujawnia i jeśli był jakiś element zaskoczenia i napięcia to ja go przegapiłem. Dobra powiem Wam, to pradawny Zły, który żre ludzi od tysiącleci i ma nas za pokarm i plugastwo. Nie ma tutaj praktycznie żadnej zagadki i nastroju grozy. Wszystko takie schematyczne i przewidywalne. No, może okoliczności przyrody są w miarę ciekawe. Choć niektóre zgony są mocno naciągane (koty, które zadrapały młodą kobietę na śmierć? Serio?!). Ale mamy przecież do czynienia z potężnym Złym, który lubi krwawe porachunki i to akurat mię cieszyło. Było bowiem całkiem sporo krwi i flaków, dość barwnie opisanych.

Główny bohater Grzegorz Natanowski mnie irytował. Facet ma przyjaciółkę od dzieciństwa, przez młodzieńcze lata, a teraz nawet pracują razem i w ogóle się nie zorientował, że Renata jest napalona na niego jak Arab na kurs pilotażu. Co za matoł! Ale na szczęście później walczy ze Złym jak prawdziwy heros i załatwia paskudę, a nawet jego potomka:)

Książka nie była zła, ale nie była również dobra. Ot, do przeczytania na raz. W miarę dobrze napisana, kilka niezłych tekstów, kilka trafnych spostrzeżeń dotyczących współczesnej nam Polski, kilka literówek. Ogólnie taka obojętna. A to chyba źle, bo jak mawiał pewien apostoł, który podobno ostro eksperymentował z różnymi substancjami psychotropowymi, przed prawie dwoma tysiącami lat:

“Znam Twoje czyny, że ani zimny, ani gorący jesteś. Obyś był zimny albo gorący. A tak, skoro jesteś letni ani gorący, ani zimny – chce Cię wyrzucić z mych ust.” (Ap. 3,15-16)

Ja mam wrażenia letnie po lekturze książki Kaszyńskiego. Ot, przeczytałem i znam. A za jakiś czas pewnie zapomnę. Ale okładka bardzo fajna.

 

P. S. Baj De Łej wczoraj minęły drei jahren od założenia mojego bloga. Jak ten czas szybko leci. A moja wątroba choć w strzępach to jednak jakoś się trzyma:) I szarych komórek jakby trochę mniej…

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce “To nie jest historia dla dobrych panien: powieść gotycka”

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce

Bonawentura Xawery Bezbrzeżny herbu w Łódce

Wspominałem już, że moja biblioteka posiada dosyć interesujące zbiory zwłaszcza, jeśli chodzi o końcówkę wieku dziewiętnastego i początek dwudziestego. Czasem lubię zapuścić się między regały i szperać wśród zakurzonych woluminów. Często znajduję coś interesującego. I dziś chciałbym Wam drodzy moi czytelnicy pokazać istną perełkę polskiej literatury fantastycznej. Pośród zakurzonych książek natrafiłem na pozycję z roku tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego. Zainteresował mię tytuł, który brzmiał „To nie jest historia dla dobrych panien: powieść gotycka”. Ten dopisek powieść gotycka uruchomił u mnie skojarzenia, że przecież z takich powieści wywodzi się gatunek horroru. Przykucnąłem sobie na stołeczku i rozpocząłem lekturę.

Nie była ona łatwa, bo jak przystało na dopisek powieść gotycka cała była wydrukowana czcionką gotycką, a ta nie jest łatwą w lekturze. Nie spodziewałem się niczego zaskakującego jednak…

Zatopiłem się w lekturze na długie minuty, na szczęście powieść nie była zbyt długa i udało mi się ją skończyć bardzo szybko mimo problemów z odcyfrowywaniem gotyckiej czcionki. Niesamowita powieść polskiego zapomnianego pisarza Bonawentury Xawerego Bezbrzeżnego herbu w Łódce. Poszperałem trochę w wikipedii i w sieci. Znalazłem niewiele informacji o autorze. Kliknijcie sobie i przeczytajcie. Okazało się, że koleś miał nieźle zakręcony żywot. Był chyba pierwszym na ziemiach polskich miłośnikiem horrorów. Podobno w jego dworku można znaleźć było mnóstwo kości ludzkich na ścianach, czaszek, a sam gospodarz dworku całe noce spędzał na cmentarzach wykopując zwłoki i starając się zrobić z nich zombiaków! Nawet sprowadził czarownika z Haiti! I odprawiał z nim rytuały voodoo. W końcu miarka się przebrała i wkurzona lokalna społeczność, zamanifestowała swoje oburzenie poprzez rozniesienie na widłach szlachcica, a czarownika voodoo również chcieli roznieść na widełkach. Ten jednak zniknął w tajemniczych okolicznościach.

Wracając do książki. Jest to piękna i budząca grozę opowieść o młodej panience, z podupadającego szlacheckiego rodu, która nie zgadza się zostać kolejną matroną w owym rodzie i ostro się buntuje. Podczas jednego ze spacerów w puszczy (akcja dzieje się gdzieś na zadupiach dzisiejszej Białorusi), natyka się na dziwnego młodzieńca, cudacznie ubranego oraz strasznie bladego. O oczach „skrzących się jak dwa dyjamenty, piersi szerokiej i zębiszczach jak u wilczura” (takie perełki można odcyfrować z gotyckiej czcionki książki). Dobra wracając do fabuły. Otóż poznany w puszczy młodzieniec akurat konsumował jelonka. Co zadziwiające panienka nie przestraszyła się gościa pożerającego zwierzątko, jeszcze żywe. Nawiązała się znajomość, okazało się, że młodzieniec jest dobrym WAMPIREM, i ssie tylko zwierzęta, a nie ludzi. Poza tym przeprowadził się niedawno z rodziną i nie zna w okolicy nikogo. Dziewczyna, jak to młoda dziewczyna zakochała się w facecie, który (wg autora książki – „podczas miłośnych przechadzek schywtywał zębiszczami swemi, zajączki młode i rozrywał je na wpół, krew łapczywie spijając”). Nie będę osądzał, bo wiadomo miłość jest ślepa. Dalej mamy romantyczną historię miłości do mężczyzny, który ma erekcję tylko wtedy, gdy wychłepce krew z całego żubra (dosyć interesujące opisy miłosnych scen, na pewno nie łóżkowych, bo akcja dzieje się w puszczy na świeżym trupie żubra, niestety nie pamiętam dokładnych słów, ale były mocne). Ogólnie książka nie kończy się happy endem. Nie będę spojlerował, powiem tylko, że w akcję wtrąca się proboszcz, oraz społeczność lokalna uzbrojona w widły i płonące pochodnie.

Dlaczego zafascynowała mnie tak ta historia? Fabuła opowieści przypomina mi, co nieco te książki o wampirach – „Zmierzch” czy jakoś tak. Nie czytałem ich, ale trudno dziś funkcjonować w świecie popkultury nie wiedząc, o co kaman. Krótko mówiąc, „Zmierzch” to komercyjny ogromny sukces na całym świecie. A tu się okazuje, że grubo ponad sto lat temu, jakiś sfazowany polski szlachcic napisał podobną historię, tylko znacznie bardziej krwawą (ten młodzieniec nie jest taki miły do końca – oprócz jelonków i żubrów lubi, jednak possać sobie wieśniaka lub wieśniaczkę). Nie twierdzę, że pani Stephanie Meyer popełniła plagiat – to przecież niemożliwe. Po prostu praca w bibliotece utwierdza mnie coraz bardziej, w przekonaniu, że wszystko już było.

P. S. Po pierwsze nie spędzam swego całego czasu w pracy czytając stare książki.

Po drugie – jeśli ktoś nie kliknął w pierwszy link to zdecydowanie musi kliknąć w ten : KLIK. Mam nadzieję, że to wszystko wyjaśni :)

Andrzej Pilipiuk “Wampir z M-3”

Andrzej Pilipiuk "Wampir z M-3"

Andrzej Pilipiuk “Wampir z M-3”

Weekend majowy minął, święta minęły. Było to wszystko tak blisko, że miałem sporo dni wyjętych z życiorysu. Ale na szczęście (Boże nie wierzę, że to piszę) nadchodzi czas szarej rzeczywistości i człowiek wróci w tryby maszyny.

Wciąż czytam i dlatego napiszę króciutko o książce, która idealnie nadaje się do zabicia czasu podczas długiej podróży pociągiem.

Pokrótce powiem jakie cechy powinna mieć taka książka: nieskomplikowana historia, która opisywana jest w sposób wartki i szybki. Musi być również zabawna (historia i książka), tak aby człowiek od czasu do czasu się uśmiechnął. Książka nie powinna zawierać żadnych rozważań i dywagacji na temat problemów egzystencjalnych gatunku ludzkiego, wampirzego tym bardziej. Żadnej, kur*a filozofii transcendentalnej i tym podobnych rzeczy. Duża czcionka, miękka oprawa i wyraźne litery (to takie techniczne szczegóły).

Pilipiuka znam, uwielbiałem jego cykl o Jakubie Wędrowyczu do czasu gdy cała historia zaczęła pożerać własny ogon i stawała się coraz nudniejsza. Cóż można rzec o “Wampirze…” Hmm… do pociągu nadaje się idealnie. KILKA całkiem niezłych zabawnych tekstów, sytuacji, postaci. Ilość ich jest wystarczająca aby człowiek był zainteresowany dalszym czytaniem ale nie tak dużo aby boki zrywać, że się tak wyrażę. Pomysł świetny – wampiry i inne byty uznawane za legendarne śmigają sobie po Warszawie schyłku PRL-u syrenką i starają się nie powodować zbytniego popłochu wśród ateistycznej władzy ludowej. U Pilipiuka podobało mi się zawsze bardzo fajne i interesujące spojrzenie na różnego rodzaju mity i legendy. Potrafił nieźle wszystko wywrócić na drugą stronę, w sposób bardzo zabawny. Wrażenie po lekturze (która odbywała się w pociągu relacji Warszawa – Kraków) pozytywne. Można przeczytać i nie mieć poczucia czasu straconego, czasu którego wampiry mają mnóstwo a my “ciepli” nie za dużo!!!!!