Andrzej Pilipiuk “Wampir z MO”

IMAG0628Przygoda ma z Pilipiukiem dalej trwa. Czuję, że rymuję kiepsko i żałośnie, ale przez to ego mi rośnie.

Kontynuuję książki zaczęte przed rozmową z Andrzejem Pilipiukiem. „Wampir z MO” to zbiór opowiadań z bohaterami, których poznałem w „Wampirze z M-3”. Tamta książka towarzyszyła mi w pociągu, a ta pomagała mi spędzić kilka godzin w zaciszu domowym na krakowskich Azorach, gdzie skutecznie zagłuszała świst maczet i gromkie pokrzykiwania miejscowego elementu konsumującego alkohol z akcyzą i w ten sposób przyczyniającego się do wzrostu PKB Najjaśniejszej Rzeczyposopolitej. Żartuję, żartuję. Azory są naprawdę dobrym miejscem do mieszkania. Ciach! Świiissst! AŁA! Wracając do książki. Umiliła jeden wieczór, takie jej zadanie było, które spełniła i cóż mam więcej do dodania.

Pilipiuk świetnie (moim zdaniem) wykorzystał popkulturowe motywy i zaprzągł je do swojego świata, w którym wampiry muszą sobie radzić z uciążliwymi sąsiadami przy pomocy pewnej dziewczynki wyłażącej ze studni czy też muszą się przygotować na odwiedziny wampira ze zgniłego kapitalistycznego zachodu, który przeszedł na wegetarianizm, wysysa biedne sarenki i jest degeneratem, a w dodatku się błyszczy. Cały czas oczywiście nasi nieumarli “walczą” z Wydziałem “Z” esbecji i majorem Nefrytowem pragnącym raz na zawsze zlikwidować przeczące materialistycznej i racjonalistycznej ideologii państwowej zabobony. Ta walka raczej nie jest zbyt zacięta, gdyż major nie jest w ciemię bity i zdaje sobie sprawę, że jak raz na zawsze zlikwiduje zabobony to jemu zlikwidują Wydział “Z”. Także pozwala na istnienie podejrzanego elementu w ramach statusu quo.

Opowiadanka są raz dłuższe, raz krótsze (ano taką oczywistą oczywistością Wam tu pojechałem). Książka bardzo w stylu pilipiukowym to znaczy znajdują się tutaj zarówno jajcarskie i groteskowe wersje wielu mitów na temat wampirów, na przykład krwiopijca przemienia się w coś zupełnie niespotykanego zamiast w nietoperza, czy też nagle okazuje się, że chęć zaimponowania Hrabinie z odległej Francyji w myśl zasady zastaw się, a postaw się przyniesie wielkie rozczarowanie. Mamy także ciekawe opisy praskich kiziorów, którzy wampirów nie lubią, ale ich tolerują bo to wszak swojacy z jednej dzielnicy.

Zbiorek ciekawy, nie męczy zbytnio i jest w sam raz na poprawę humoru. W tej książce moim zdaniem Pilipiuk świetnie pogrywał sobie swoimi motywami i kliszami wziętymi z popkultury. Absurd i groteska rządzą. Zresztą Pilipiuk ma dar tworzenia i opisywania sytuacji w sposób prześmiewczy, humorystyczny. Co nie znaczy, że nie przebija się w nich czasem taki śmiech przez łzy, bo skoro jest, aż tak źle to trzeba się tylko i wyłącznie śmiać.

Max Brooks “Wojna zombie”

Moi drodzy czytelnicy wierzycie w zombie? Uważacie, że żywi mogą powstać z martwych i z apetytem zabrać się za wasze mózgi albo wnętrzności? Ja w zombie nie wierzę, ale w jakiś dziwny i niewytłumaczalny sposób darzę sympatią wszelkie horrory z żywymi trupami. Pamiętam jak dziś, gdy obejrzałem pierwszy film z tego gatunku. Niestety nie pamiętam ile lat miałem naonczas. Mogłem mieć niewiele ponad dziesięć wiosen. Film obejrzałem na czarno-białym turystycznym telewizorku podczas wakacji. Pamiętacie takie telewizorki? Czerwona obudowa, antena i obraz w jakości wyświetlacza Nokii 3310. Dla dzieciaka wystarczyło i bałem się jak cholera. A film to był „Powrót żywych trupów”, zombiaki wcale nie były takie do jakich przyzwyczaił wielu ludzi Romero, bo gadały i były szybkie (tego nie wiedziałem, bo film Romero obejrzałem znacznie później). Z filmu frazy „Send more cops” czy „Send more paramedics” utkwiły mi w głowie, w mózgu po wsze czasy.

Opuśćmy już krainę dziecięcych cudownych wspomnień. Wielu z Was wie czym jest zombie. To żywy trup, który pożera ludzi. Nie będę Wam tu kreślił historii tego jakże ostatnio popularnego motywu w popkulturze. Po co Wam wiedzieć o Haiti i magii voodoo, która pozwalała tworzyć własną armię zombiaków. O ludziach, którzy zapadali w śpiączkę i uznawani za zmarłych chowani byli płytko i później wygrzebywali się z ziemi niczym zwiastuny nadchodzącej zagłady. Zombie to trochę takie ghoule, tylko jedzące żywych. To wszystko Wam niepotrzebne, bo to już wiecie. A czego nie wiecie? Otóż nie wiecie, że Wojna z Zombie odbyła się. Co prawda tylko na kartach książki pana Brooksa. Nie zmienia to jednak faktu, że pan Brooks bardzo, ale to bardzo realistycznie napisał o globalnym konflikcie z żywymi trupami.

Odłóżcie na chwilę racjonalizm i wrodzony sceptycyzm. Wyobraźcie sobie, że w Chinach pojawia się „pacjent ZERO”. Pierwszy osobnik zarażony dziwną chorobą, która zamienia go w krwiożerczą bestię. Z ust toczy krwawą pianę, warczy i jęczy. Nie jest to zwykła wścieklizna ani nawet niezwykła wścieklizna. „Pacjent ZERO” jest bowiem martwy. I bardzo skłonny do podzielenia się tajemniczą chorobą z innymi. Wkrótce na całym świecie pojawią się doniesienia o przypadkach podobnych do „Pacjenta ZERO”. Rządy wielu państw zbagatelizują sprawę i ukryją zagrożenie przed obywatelami. Nietrudno się domyśleć, że totalna rozpierducha nadchodzi. Bardzo szybko ludzkość praktycznie przestanie istnieć, a niemal cały świat przejmą żądne świeżego mięska trupki.

Straszne prawda? Jak już wspomniałem to tylko fikcja i mroczna wyobraźnia pana Brooksa, który popełnił bardzo interesującą w swej formie i treści książkę. Otóż „Wojna Zombie” to zbiór wywiadów, zapis rozmów z wieloma różnymi ludźmi, którzy przetrwali Wojnę Z, zebranych przez nieznanego nam bliżej pracownika ONZ, który w dwanaście lat po zakończonym konflikcie z zombiakami miał napisać raport dla ONZ, a wyszła z tego książka.

Różnorodność tematyki, począwszy od wspomnień chińskiego lekarza, indyjskiego przemytnika, amerykańskiej nastolatki, milionera, który zbił majątek na fałszywym leku, który miał chronić przed zarazą, żołnierza, a na rosyjskim popie skończywszy. Galeria postaci przewijających się przez książkę jest naprawdę imponująca, a każda z nich dodaje coś od siebie do historii Wojny Z, przez co poznajemy coraz więcej szczegółów na temat największej katastrofy w historii ludzkości, oraz drastycznych i okropnych kroków, które ludzkość musiała podjąć by przetrwać.

„Wojna Zombie” to naprawdę ciekawa i interesująca lektura. Obnaża wiele zachowań ludzkich, którzy w obliczu końca są gotowi do zarówno najohydniejszych zbrodni jak i najbardziej bohaterskich czynów. Jedyny mój zarzut to zdecydowanie zbyt optymistyczne zakończenie, które jasno mówi, że USA jak zwykle dadzą sobie radę z każdym zagrożeniem, a duch amerykańskiej wolności i indywidualizmu pozwoli na nowo zacząć odbudowywać świat. Taki mocno amerykański happy end.

Miejmy nadzieję, że do inwazji zombie nie dojedzie, bo my w tym naszym kraju musielibyśmy się mocno napracować, aby odegnać te bestie.

Najgorsze jest, że wieloryby i tak mają przesrane.

 

P. S. Okładka jest z oryginalnej po angielsku napisanej książki, bo takową czytałem.