Janusz Zajdel “Wyjście z cienia”

Mrówki odgrywają sporą rolę w książce i to taką dość ciekawą. Źródło: https://flic.kr/p/sDx51X

Ahoj! Jak na razie moja obietnica dotycząca w miarę regularnego zamieszczania wpisów na tymże blogu nie jest w pełni spełniona. Dlatego też dzisiaj piszę o krótkim utworze prozatorskim Janusza Zajdla.

Continue reading

Robert M. Wegner “Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe”

Pod słońcem Sahary. Ilustracja z 1904 roku. Źródło: https://flic.kr/p/owkQtV

Pod słońcem Sahary. Ilustracja z 1904 roku. Źródło: https://flic.kr/p/owkQtV

Dzień dobry poświątecznie! Będzie krótko, bo nie chce mi się za bardzo rozpisywać. Będzie entuzjastycznie i bardzo polecankowo. Słuchajcie trafiłem na książkę, którą pochłonąłem w jeden wieczór niemalże! I to z wypiekami na twarzy.

Continue reading

“Światy Zajdla” – antologia.

zajdlaMam ostatnio szczęście do darmowych publikacji. A może to nie chodzi o szczęście tylko o to, że jakość takich wydawnictw się znacząco poprawiła? Najpierw była „Zombiefilia”, która była ciekawym i wciągającym projektem, a teraz opowiem Wam o „Światach Zajdla” czyli antologii konkursowej, która miała w pewien sposób uhonorować polskiego pisarza i jednocześnie pokazać, że jego dzieło dalej żyje, rozwija się i ludzie pamiętają. Czy to się udało? Raczej tak. Teksty w antologii są naprawdę ciekawe i jak na debiutanckie w większości opowiadania to można powiedzieć, że jest dobrze.

Zastanawiałem się czy przytoczyć Wam w skrócie i scharakteryzować te siedem tekstów. Nie jest tego dużo, a i samą antologię czyta się bardzo szybko więc tak zrobię.

„Świerszcze w karabinie” Anny Głuszek u mnie niestety nie zagrały. Niby tajemnicza choroba, niby jakaś Wielka Wojna, epidemia, Szara Armia zabierająca umierających na ową chorobę nie wiadomo gdzie. Sceny w bibliotece i czytelni, gdzie główny bohater mógł znaleźć wytchnienie mi się podobały, ale to takie moje skrzywienie zawodowe. Zupełnie nie wczułem się w klimat opowiadania, brakowało mi trochę szczegółów dotyczących tego świata, skąd wojna, dlaczego. A sam bohater też jakiś taki nie dla mnie. I oczywiście teraz piszę o swoich wrażeniach, bo innych zarzutów do opowiadania nie mam. Żadnych merytorycznych uwag też nie.

„Ostatni archeolog” Szymona Nogi. Tematyka zajebista. W świecie przyszłości remiksy, miksy, misz-masze sprawiły, że już nie ma praktycznie szans na odnalezienie oryginalnych utworów. Zajmuje się tym główny bohater, który dostaje zlecenie na odnalezienie oryginału „Limes inferior” niejakiego Zajdla, a to co odkrywa nie przyniesie mu niczego dobrego. Samo opowiadanie jest naszpikowane nawiązaniami do jednego z najsłynniejszych utworów Zajdla. A struktura opowiadania przez chwilę sprawia, że czujemy się jak w „Incepcji” –  bardzo mi się podobało to puszczanie oczka do czytelnika i zabawa z rzeczywistością. Opowiadanie zdecydowanie na plus.

„Poza systemem” Marzeny Starczyk. Ach, znacie to powiedzenie „jeśli czegoś nie ma w Google to ta rzecz nie istnieje?”. Pewnie, że znacie. To wyobraźcie sobie świat, w którym stale jesteśmy podpięci pod sieć, która nam podpowiada gdzie zjeść, co kupić do ubrania, z kim się spotkać. Wyobrażacie sobie taki świat? Ej! Zaraz! Przecież to już się dzieje! Na szczęście nie dla wszystkich i nie na taką skalę jak w opowiadaniu. Całkiem ciekawa historyjka.

Międzyplanetarna kolonizacja wykorzystująca siłę roboczą więźniów z Ziemi. Tajemnicze ule budowane ogromnym wysiłkiem, a później rozbierane równie ogromnym wysiłkiem. Terror i nieludzkie eksperymenty. Śmierć, cierpienie i totalitaryzm. To wszystko w „Nagraniu” Maćka Kaźmierczaka. Całkiem klimatyczne, ale brakowało mi trochę detali dotyczących po co i dlaczego się te ule buduje. I skąd właściwie taki, a nie inny układ sił. Ogólnie całkiem fajnie.

Polski rząd jaki jest każdy widzi. Nie komentuję tutaj polityki, (bo nie!), ale to co zrobił Adam Podlewski w opowiadaniu „Ministerstwo ds. Apokalipsy” to świetna sprawa. Wyobraźcie sobie specjalny departament w naszym rządzie, który ma opracowywać plany końca świata. Pracują w nim same świry, wariaci i najgroźniejsi terroryści w myśl zasady lepiej ich czymś zająć, bo inaczej rzeczywiście coś zrobią. Patrząc na niektóre działania naszych polityków zastanawiam się czy czasem część z nich nie dorabia sobie w takim ministerstwie do spraw Apokalipsy. Opowiadanie zabawne, choć z goryczkowym posmakiem.

A teraz absolutnie moje ulubione z całego zbiorku. „Świeżorodek” Ewy Morawskiej. Nieokreślona przyszłość, genetyka rządzi, a ludzie się nie rodzą lecz są wypuszczani na rynek jak książki. Egzemplarze człowieka się zamawia w wydawnictwie, określa się specyfikację i dokładne cechy przyszłego człowieka i później dostajemy już gotowe wydanie, które może od razu funkcjonować w społeczeństwie i być przydatne. Świetnie napisane, dynamicznie i przede wszystkim jak dla mnie jest w tym opowiadaniu dobrze zbalansowana ilość wiedzy o świecie i cała fabuła. Naprawdę bardzo interesujące i ciekawe spojrzenie na przyszłość.

I ostatnie opowiadanko „Życie bezwolne” Pawła Kuklińskiego nie należy co prawda do jakiś szczególnie powalających na kolana, ale jest interesująco napisane. Społeczność ogłupiona za pomocą jednego bodźca (nie zdradzę wam jakiego). Ludzie poddani ogłupiającym metodom są szczęśliwi, wolni od trosk, z pokorą i radością przyjmują każdy dzień, a świat jest dla nich piękny zawsze! I wszystko ich fascynuje. Czyż nie do tego dążymy? Pragniemy mieć świat radosny i bez większych problemów. Jak w „Matriksie”: wybierasz niebieską czy czerwoną pigułkę? Jedna oznacza życie w nieświadomości i kłamstwie, a druga życie w prawdzie, ale bardzo niebezpieczne i trudne. Nie będę Wam zdradzał co wydarzyło się w opowiadaniu Pawła Kuklińskiego i jakich wyborów dokonano.

Wybaczcie mi za tę w sumie dość schematyczny wpis, ale wydawał mi się on najlepszy do scharakteryzowania tego zbiorku. „Światy Zajdla” to ciekawa antologia z autorami wykazującymi duży potencjał. Co prawda opowiadania jak dla mnie nie są, aż w takim zajdlowskim duchu (ciężko mi powiedzieć co mam tutaj na myśli, ale mam nadzieję, że ci co Zajdla czytali, zrozumieją o co mi chodzi) to jednak dają radę. Widać po tekstach, że są jeszcze nieokrzesane, że przydałoby się doszlifować tu i tam, ale to naprawdę zajmująca lektura.

Książkę można pobrać stąd: Wydawnictwo ALMAZ.

Marek S. Huberath “Kara większa”

Kolejna odsłona laureata nagrody imienia Zajdla. I moje wyznanie – nic nie czytałem pana Huberatha nigdy, never, niemals, jamais. Jakim cudem to się stało nie wiem. A lubię o sobie myśleć, że jednak tę polską fantastykę znam, a tu dupa zbita. Kolejna rzecz do poprawienia i nadrobienia.

thetriumphofdeath 21

Pieter Bruegel (starszy) “Triumf śmierci”

Wracając do opowiadania. Ukazało się ono w „Nowej Fantastyce” w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym. I ponoć od razu rozgrzało polskich czytelników do czerwoności stawiając wielu po dwóch stronach barykady. Nadmienię tylko, że chodzi o wątek poboczny opowiadania, a dotyczący nienarodzonych, czyli aborcji. Wątek zdominował dyskusję o opowiadaniu, dlatego ja go pominę.

Zostałem wychowany w kulturze judeochrześcijańskiej, pod tą szerokością geograficzną urodzony i nie mający na to urodzenie żadnego wpływu, więc wizję Piekła i Raju współdzielę z wieloma milionami osób. Większość z nas (chyba mogę tak napisać) wyobrażenia dotyczące życia po śmierci, w które wierzy lub nie, ma dość podobne. W Piekle cierpimy męki, w Czyśćcu liczymy na poprawę, a w Niebie zaznajemy wiecznej radości i szczęścia. A jak to wygląda naprawdę (i czy w ogóle wygląda) tego nie wie nikt. Swego czasu wycieczki po Piekle, Czyśćcu i Raju oferował niejaki Wergiliusz, poeta rzymski, ale od kiedy niewdzięczny turysta z Florencji jeden taki Dante Alighieri dopuścił się ujawnienia tajemnicy wycieczki, a to co widział to opisał i opublikował, Wergiliusz przestał oprowadzać po Zaświatach.

Tak na marginesie wyczytałem gdzieś, że różnego rodzaju aktywiści chcą zakazać „Boskiej Komedii” jako dzieła rasistowskiego, antyislamskiego, antysemickiego i piętnującego homoseksualizm. Zaprawdę powiadam Wam głupota ludzka nie zna granic, a każden kto odczytuje dawne dzieła bez odpowiedniego kontekstu historycznego, obyczajowego z tamtych czasów winien się w Piekle smażyć.

Za dużo tych dygresji, już wracam do opowiadania. Huberath serwuje nam bardzo ciekawą wizję życia po życiu. Główny bohater Rud cierpi okropne katusze, jest torturowany przez wysokiej klasy specjalistów od zadawania bólu. Codziennie jego ciało jest rozrywane na strzępy, przypalane, kłute, polewane kwasem, ogólnie rzecz ujmując Rud ma przejebane. Ale pewnego dnia kara się kończy i Rud ma szansę na Niebo! Wpierw musi jednak przejść przez okres przystosowawczy, który odbywa się w obozie dla osobników podobnych jemu – to znaczy czekających na Niebo. Obóz żywcem przypomina obozy koncentracyjne, które zakładała pewna nacja mieszkająca na zachód od Odry lub też obozy wytężonej pracy fizycznej, które zakładał pewien „poczciwy” wąsiaty pan na wschód od Bugu. Korelacji jest całkiem sporo i są dość oczywiste. Rud powoli wraca do zdrowia, zaczyna sobie swoje zmaltretowane ciało przywracać do dawnego stanu, dzięki operacjom plastycznym i wolniutko przygotowuje się do odwiedzenia Nieba, ale tutaj czeka na niego spore zaskoczenie, nie zdradzę więcej, bo może ktoś nie czytał.

Groteskowa wizja zaświatów, w których rządzi biurokracja, a „funkcjonariusze” pracują jak w jakimś urzędzie wywołuje momentami uśmiech na twarzy, ale opowiadanie do wesołych nie należy, zwłaszcza jego koniec, który smutno podsumowuje ludzką naturę. Huberath daje jasno do zrozumienia, że nic ludzi nie zmieni ani obietnica Nieba, ani również kara czy to większa czy mniejsza. Po określonym czasie nawet do największego cierpienia można przywyknąć, a nasz charakter nie ulegnie zmianie i gdy tylko poczujemy odprężenie natychmiast wracamy do starych, złych nawyków.

Szkoda, że nie znałem tego opowiadania wcześniej i bardzo dobrze, że je sobie teraz przeczytałem. Wizje zaświatów to wdzięczny temat dla pisarzy, niejeden i niejedna się nimi zajmował. Raz lepiej raz gorzej. O klasykach literatury nie będę wspominał. O filmach też nie, bo tych również jest mnóstwo choćby “Armia Boga” z Christopherem Walkenem. Na chwilę obecną Kossakowska mi się tłucze po głowie i jej „Siewca wiatru”, coś jeszcze się kołacze pod czaszką, ale nie pamiętam za bardzo co.

Huberath stworzył opowiadanie bardzo ciekawe i interesujące. Zapadające w pamięć. A to się liczy, to się liczy nawet bardzo.

Edmund Wnuk-Lipiński “Rozpad połowiczny”

IMAG0413Mam problem z drugą częścią trylogii Apostezjonu. Problem niewielki, ale irytujący. Książka dostała Zajdla w 1988 roku, pisana była w 1983 roku, podobno autor miał duże problemy z cenzurą, która ingerowała w kształt książki. Ja czytałem wydanie z czasów PRL, a w 2000 roku ukazało się wydanie zbiorcze całej trylogii nakładam wydawnictwa superNowa i tam podobno zostały umieszczone te ocenzurowane fragmenty. A mój problem polega na tym, że “Rozpad…” czytany zaraz po “Wirze pamięci” odebrałem praktycznie wyłącznie jako lepiej lub gorzej zawoalowaną  krytykę systemu socjalistycznego i opis szarej rzeczywistości PRL w okresie stanu wojennego, fantastyki tam było tyle co kot napłakał. Ja rozumiem, że nie zawsze ta fantastyka musi być, ale akurat w „Rozpadzie…” drażniło mnie to.

“Wir…” mówił o społeczeństwie, w którym można dopatrywać się śladów  myśli socjalistycznej, w miarę inteligentnie krążył wokół tematu inwigilacji obywateli, roli jednostki w owym społeczeństwie. Natomiast “Rozpad…” to łopatologicznie wyłożony obraz PRL lat osiemdziesiątych. Apostezjon z części pierwszej to społeczeństwo dostatnie, rozwinięte technologicznie, a Apostezjon z “Rozpadu…” to miejsce gdzie karierowicze pną się po szczeblach władzy, Zespół Ekspertów to banda starych dziadów, która osiągnęła dobrobyt kosztem obywateli i nie ma zamiaru się nim dzielić. W “Rozpadzie…” młodzież działa w Lidze Młodych Entuzjastów, jest mowa o gospodarce centralnie sterowanej, o konflikcie z sąsiadami wyspy. Wyścig zbrojeń, bazy na Księżycu produkujące śmiertelną broń, funkcjonariusze tak zwani Technicy Bezpieczeństwa, czyli tebecy (!) chodzący z dużymi, białymi gumowymi pałkami. Plotki wypowiadane szeptem i bełkot oficjalnych organów informacyjnych. Ten Apostezjon znacznie różni się od tego z pierwszej części, choć według akcji z powieści nie minęło zbyt dużo czasu.

Akcja drugiej części krąży wokół Ośrodka Resocjalizacyjnego wykorzystującego podczas “terapii” i “leczenia” jednostek zdemoralizowanych metody “naturalne” bez wspomagania środkami farmakologicznymi. Opis metod stosowanych w Ośrodku stanowi najmocniejszą stronę książki. Psychomanipulacje, tortury psychiczne i fizyczne stosowane by złamać psychikę „pacjenta” zostały opisane dość sugestywnie i z dużą znajomością tematu.

O fabule w skrócie: śledzimy losy kilku bohaterów. Długiego, który pojawił się w „Wirze…” jako przemytnik i specjalista do wszystkiego, a w „Rozpadzie…” trafił do Ośrodka, gdzie na jego przykładzie obserwujemy metody resocjalizacji. Drugim bohaterem jest młody Jorgen. Chłopak z zacięciem ideologicznym, który działa w Lidze Młodych Entuzjastów, był w księżycowej bazie, ale przez swoją nadgorliwość narobił sporo szkód i mało co nie spowodował skandalu międzynarodowego. Jorgen rozpoczyna praktyki w Ośrodku Resocjalizacyjnym profesora Nemeczki z poczuciem misji. Jorgen to idealny przykład obywatela poddanego indoktrynacji. Ślepo wierzy w ideały Apostezjonu, wykonuje bez wahania każde zarządzenie władz i nigdy, ale to przenigdy nie kwestionuje poleceń przełożonych. Praktyka w Ośrodku sprawi, że z młodego, głupiego i pozbawionego wątpliwości idealisty przeistoczy się w młodego, głupiego idealistę z dużymi wątpliwościami. Jest jeszcze Claire, która jest prawą ręką profesora Nemeczki. Piękna dziewczyna o tragicznej historii. Poznamy również bliżej profesora Nemeczkę, który raczej nam do gustu nie przypadnie. Kulminacyjnym momentem w książce jest powstanie Strefy, w której część temporystów i zwykłych obywateli przez pewien czas żyła poza zasięgiem władz Apostezjonu.

Podobnie jak w części pierwszej nie znamy daty, w której dzieje się akcja. Możemy przyjmować, że to połowa dwudziestego pierwszego wieku. Już wspomniałem, że Apostezjon z „Rozpadu…” to inna wyspa niż z „Wiru…”. Wszędzie widać degrengoladę i beznadziejność systemu. Przemytnicy i lokalni producenci sprowadzają i produkują alkohol, narkotyki i inne używki, które cieszą się wielkim powodzeniem wśród prominentów i decydentów. Infrastruktura i gospodarka są w opłakanym stanie, syntetyczne jedzenie smakuje straszliwie, a rarytasem są potrawy naturalne. Zespół Ekspertów koncentruje się na wewnętrznych rozgrywkach, Służby Specjalne mają ogromne uprawnienia. Wszystko da się załatwić, jeśli ma się znajomości. Ośrodki Resocjalizacyjne to miejsca, w których skutecznie niszczy się jednostki zbuntowane.

Książka przez swoje proste i niczym niekryte nawiązania do socjalistycznej rzeczywistości PRL-u nie ma w sobie nimbu tajemniczości. Nic dziwnego, że ówczesna cenzura miała z nią kłopot. Analogie są dość oczywiste. Wielka Zmiana, podczas której liczba ludności Apostezjonu zmniejszyła się o połowę, a stary porządek świata runął w gruzy. Czarny Batalion owiany złą sławą podczas działań prewencyjnych bezlitośnie rozprawiający się z przeciwnikami systemu. Tebecy noszący białe pałki i wybierani do pracy ze względu na niski iloraz inteligencji. Brutalni i okrutni. Oficjalna propaganda chwaląca osiągnięcia Apostezjonu, a oczerniająca resztę świata. Ziemia podzielona na wrogie obozy. W „Rozpadzie…” profesor Nemeczko wspomina swoje dzieciństwo i wizyty w wielkich gmachach, w których palono ogromne ilości świec woskowych, a atmosfera była podniosła. Mnóstwo jest takich mało wyrafinowanych odniesień do rzeczywistości współczesnej pisarzowi. Drażniło mnie to trochę. Co nie znaczyło, że książkę czytało się źle, ale te nachalne wręcz analogie irytowały. Aha, a po głównym bohaterze z „Wiru…” ani widu, ani słychu.

Wnuk – Lipiński świetnie opisuje metody prania mózgów, psychiczne tortury. Złamać można każdego, wystarczy odpowiednia ilość czasu, cierpliwość, okrucieństwo i wyrachowanie. Wszystko to podlane sosem naukowego bełkotu i w efekcie Ośrodki Resocjalizacyjne opuszczają ludzie, którzy nigdy w swoim życiu nie podniosą ręki na władzę. Nawet jeśli władzy nienawidzą i w głębi duszy pragną jej zniszczenia to już nigdy nie podejmą się próby oporu. Władza ma gdzieś czy ktoś ją kocha czy nienawidzi. Ważne aby był posłuszny. Istnienie Strefy, która jest oazą innego porządku na Apostezjonie doprowadzi do ludobójstwa. System nie interesuje się w jaki sposób żyją ludzie w Strefie, ważne, że żyją inaczej niż chce tego władza. To już jest wystarczający powód do podjęcia drastycznych kroków.

Apostezjon jest społeczeństwem zaprojektowanym odgórnie. Każda dziedzina nauki miała swój udział w tworzeniu owego „idealnego” państwa. Dzieci nie są wychowywane przez rodziców, ale przez państwo. Wśród normalnych obywateli nie ma małżeństw z dziećmi. Jeśli jakaś para się pozna i chce zawrzeć kontrakt na związek i mieć z niego potomstwo ich genotypy muszą być dopasowane. Inaczej potomstwa nie będzie.

Lipiński również pisze o nowym narkotyku o niezbyt wymyślnej nazwie „drug”. Jazda po nim jest nieziemska, a człowiek może dostąpić „łaski” zobaczenia przyszłości. „Druga” zażywają wszyscy. Jest jedyną ucieczką od szarej rzeczywistości.

Jest oczywiście promyk nadziei w ludziach, którzy przeciwstawili się systemowi i stwierdzili, że wolność będzie zawsze tam gdzie oni, że do powstania strefy wolności wystarczy grupka przyjaciół oddanych sprawie.

Nigdy nie dowiem się jaką wizję Apostezjonu miał autor, gdy kończył „Wir…”. Wydaje mi się, że zupełnie inną niż to co napisał w „Rozpadzie…”. Uważam, że wydarzenia w Polsce mocno wpłynęły na twórczość pana Edmunda. Co dla mnie z perspektywy czasu również wpłynęło znacząco na odbiór książki.

„Rozpad…” to dobra książka i czytało się ją świetnie. Jednak moim zdaniem w porównaniu do „Wiru…” zdecydowanie bardziej się zestarzała. Za mało w niej było szczegółów dotyczących Apostezjonu. Ja lubię jak świat powieściowy jest mocno zarysowany, rozbudowany, a historia świata brzmi w miarę wiarygodnie. W „Rozpadzie…” brakowało mi tego. Ale muszę przyznać, że opis pracy Ośrodka Resocjalizacyjnego to mistrzostwo.

Antologia Zajdel 2011

Antologia Zajdel

Antologia Zajdel

Oj październik już nastał. Ani się obejrzałem a tu pani jesień przyszła i rozgościła się na dobre. Na razie nie jest taka zła i pogoda jest w miarę, właśnie w Krakowie jeb*e żabami od samego rana, I póki co jest jak w ludowym przysłowiu: Liść na drzewie mocno trzyma, nie tak prędko przyjdzie zima.

Dobra, ale ja nie o tym chciałem. Jest taka nagroda, której pełna nazwa brzmi: Nagroda Fandomu Polskiego imienia Janusza A. Zajdla. Każdemu kto choć trochę obcuje duchowo (i cieleśnie również) z fantastyką polską nie muszę chyba nagrody przedstawiać. Nagroda przyznawana jest za najlepszą powieść i opowiadanie z dziedziny fantastyki. Co znamienne nominować powieść lub opowiadanie może każdy. Ja nigdy nie nominowałem, ale może zmienię ten mój zwyczaj i coś nominuję za rok 2012. W 2011 roku tak się złożyło, że przeczytałem książkę, która nagrodę zdobyła, czyli za najlepszą powieść fantastyczną roku 2011 czytelnicy uznali „Grillbar Galaktyka”. Możecie sobie kliknąć w linka i przeczytać co ja o książce myślałem zaraz po przeczytaniu. Wstyd, (a może nie wstyd sam nie wiem) się przyznać lecz od najnowszej szeroko pojętej fantastyki polskiej trochę odszedłem. I za bardzo nie wiem czy chcę do niej wracać. Nie dlatego, że jest zła, wszak „Grillbar…” podobał mi się bardzo, ale z jakiegoś powodu nie mam skłonności ostatnimi laty w tym kierunku. Z powieści nominowanych do nagrody Zajdla za rok 2011 przeczytałem tylko „Grillbar…”, a i to przypadkiem. Za to dziś  powiem Wam co myślę o opowiadaniach, bo tych przypadkiem już nie przeczytałem.

Podobało się mnie, że można je było sobie ściągnąć ZA DARMO! (cieszyło to mą pazerną naturę) i przeczytać w wersji elektronicznej. Można te opowiadania dalej ściągnąć i ściągać. Klikając TUTAJ Zajdel 2011 Opowiadania. Bardzo słuszna i godna pochwały inicjatywa!

Anna Brzezińska „Żar”

Brzezińską czytałem swego czasu, a było to wtedy gdy słońce było bogiem, a ludzie zakładali diplodokom chomąta i orali nimi pola gigantycznych skrzypów. Jak się można domyślić dość dawno temu.

Cóż mogę powiedzieć o „Żarze” dobrego. Język opowiadania jest wyrazisty i sprawia, że wszystko jest obleśne, obmierzłe, brudne. Bardzo to wszystko namacalne i odczuwalne. I w tym plastycznym i uderzającym stylu, w którym autorka snuje nam historyję o ekspedycji po Żar-ptaka. O wyprawie, w której udział wzięli czterej piesi apokalipsy. I wędrujemy z tymi czterema wybrańcami, a podczas tej włóczęgi przeplata się nam rzeczywistość z wizjami, dość sugestywnymi i niemal nie do odróżnienia od świata realnego.  Nie wiemy gdzie i jakiego ptaka szukać? Czy jest to ptak, na który nadziewa się obleśna wiedźma podczas aktu seksualnego, mega obrzydliwego dodajmy? Czy może ptak, który gdzieś tam wyje w oddali? Nie wiemy i to męczy. Opowiadanie byłoby super gdyby było krótsze. I tyle w tym temacie.  Podobała mi się scena z fortepianem pod lodem. Na tyle, że ją zapamiętałem.

Jakub Ćwiek „Bajka o trybach i powrotach”

Zastanawiam się czy kolejność opowiadań była układana w sposób zamierzony i z góry ustalony, czy raczej poprzez losowanie? Po wyczerpującej podróży po Żar-ptaka opowiadanie pana Ćwieka wydało się chwilą oddechu i odpoczynku. Taka trochę steampunkowa, wojenna opowieść o zmechanizowanych najeźdźcach, którzy przy pomocy zadziwiających maszyn napadają na sąsiadów od razu zaplusowała. Historia snuta przez ukrywające się przed wrogiem dzieciaki, które czekając na swojego bohatera umilają sobie czas gawędą o losach wyżej wymienionego. Dużo ciekawych neologizmów, o których wspominam, bo zwracają na siebie uwagę. Historia całkiem interesująca, choć nie powala na kolana. Dodam, że „Bajka o trybach i powrotach” zdobyły nagrodę Zajdla w kategorii opowiadanie.

Stefan Darda „Spójrz na to z drugiej strony”

Tym razem nie fantasy, nie baśniowo, nie steampunkowo ale horrowo. I całkiem nieźle choć bez szału. Po lekturze opowiadania można dojść do wniosku, że ciesz się tym co masz, bo może Cię sąsiadka z siekierą dopaść, by uświadomić Ci, że zawsze może być gorzej.

Magdalena Kozak „Strasznie mi się podobasz”

Opowiadanie o Afganistanie (nawet nie czuję, że rymuję). Tutaj nie da się nie wspomnieć, że pani Magda w Afganistanie była i wiele przeszła. Bardzo fajnie napisane, żywo i ciekawie. Tylko po cóż ten wątek fantastyczny związany z SPOILER życiem pozagrobowym? Się pytam? Bardzo wydawał mi się na siłę doczepiony. Szkoda, bo jak wspomniałem przeczytałem z ciekawością. Byłaby to albo jest świetna relacja z pierwszej ręki, a tak zrobiło się z tego słabe opowiadanie o duchach.

Marceli Szpak „Obcy”

Nie będę pewnie pierwszy, który napisze, że opowiadanie „Obcy” to taki śląski „Dystrykt 9”. Mamy tutaj imigrantów z innej planety,  którzy uwielbiają śląski węgiel, a śląskie kobiety uwielbiają ich. Mamy ironiczny humor, ciekawe teksty. Mnie osobiście właśnie „Obcy” podobał się najbardziej. Za dowcipny nastrój i język. Kosmita gadający śląską gwarą to raczej niecodzienny widok. Gdybym miał głosować zagłosowałbym na „Obcego”.

 

Chciałbym zrobić podsumowanie moich wrażeń po lekturze antologii z nominowanymi opowiadaniami. Krótko i treściwie: szału nie było.

Jak widać moje podsumowanie stoi na wysokim poziomie merytorycznym i literackim, ale zwyczajnie lenistwo moje nie pozwala mi na więcej.