Brian Stableford “Podróż do Centrum”

Oto okładka pierwszego tomu.

Cześć! Moi drodzy naprawiam błędy i wypaczenia i postanowiłem Wam przedstawić kolejną książkę, ale tym razem całkiem niedawno przeze mnie PONOWNIE przeczytaną, bo znów będzie do powrót do książek z młodości, tylko może nie tak do końca.

Continue reading

Dzień dobry!

ziemia_apollp_pixl

Zdjęcie pochodzi z archiwum misji APOLLO do obejrzenia tutaj https://flic.kr/p/yM56zG

W Krakowie wiosna dzisiejszego dnia. I w dodatku bez smogu bo wiater wszystko przewiał:) Życzę Wam owocnego i pracowitego tygodnia, ja na pewno taki będę miał, ale jeśli tylko taka pogoda się utrzyma to aż chce się żyć i pracować:)

I kocie przemyślenia o wyjeździe w Bieszczady wciąż są aktualne, ale odłożone na później:)

Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka “Kosmiczni bracia”

W dzisiejszym wpisie będą dominować surrealistyczne dzieła. Źródło: http://50watts.com/Fantastic-Plangent

W dzisiejszym wpisie będą dominować surrealistyczne dzieła. Źródło: http://50watts.com/Fantastic-Plangent

Trzecia i ostatnia część tak zwanej Trylogii kosmicznej Borunia i Trepki. O dwóch poprzednich możecie przeczytać Tu i Tu. Wszystkie trzy części czytałem w wersjach z lat osiemdziesiątych, a więc przeredagowanych już przez autorów. Zastanawiam się jak wyglądały wersje oryginalne.

Continue reading

Jerzy Żuławski “Stara Ziemia”

Takie tam latające pojazdy z roku 1897. Źródło: http://www.paleofuture.com/blog/2010/3/10/strange-ships-that-sail-in-the-skies-1897.html

Takie tam latające pojazdy z roku 1897. Źródło: http://www.paleofuture.com/blog/2010/3/10/strange-ships-that-sail-in-the-skies-1897.html

„Stara Ziemia” to trzecia część „Trylogii Księżycowej”. Poprzednie dwie „Na Srebrnym Globie. Rękopis z Księżyca” oraz „Zwycięzca” pomimo pewnych niedużych mankamentów związanych głównie z upływem czasu uważam osobiście za bardzo dobre książki, które można spokojnie określić jako kamienie milowe w rozwoju polskiej literatury fantastycznej czy też idąc tym tropem literatury science – fiction. Obydwie książki z powodzeniem oparły się tak zwanej „próbie czasu” i po delikatnym liftingu mogłyby znów powędrować na szczyty bestsellerów (przesadzam oczywiście, ale pomarzyć nie zaszkodzi).

Czytaj dalej->

Jerzy Żuławski “Zwycięzca”

moon creep

Lecisz na Księżyc z przyjaciółmi. Jesteście pierwszymi, którzy odważyli się na ten krok. Gna Was chęć przekroczenia kolejnej bariery, uczynienie kroku naprzód, ruszenie bryły z posad świata. Chcecie również spróbować stworzyć lepszy świat. Okazuje się jednak, że Wy i potomstwo jakie z Was wyrośnie jest już skażone, nieczyste i ludzie, którzy urodzili się na księżycowej ziemi i nigdy nie mieli do czynienia z ziemską cywilizacją. Nie są w stanie stworzyć społeczeństwa bez nierówności, bez wyzysku. Widzisz, że ludzkie dzieci gdziekolwiek się narodzą noszą w sobie zalążek zła. Przekonał się o tym Jan Korecki w powieści Jerzego Żuławskiego Na srebrnym globie przekona się również Marek zwany przez selenitów Zwycięzcą, bo o nim i jego poczynaniach na srebrnym globie jest druga część księżycowej trylogii.

Czytaj Dalej->

Cśśś! Na Marsie…

Mars był takim spokojnym miejscem przez eony dopóki nie zaczęły tam lądować jakieś łaziki, rovery i tym podobne.

Pierwsze zdjęcie Curiosity z Marsa ujawnia zatrważającą prawdę; Mars to opustoszała biblioteka, gdzie żadni międzygalaktyczni czytelnicy już nie zaglądają!

Ursula K. Le Guin “Wydziedziczeni”

Ursula K. Le Guin "Wydziedziczeni"

Ursula K. Le Guin "Wydziedziczeni"

Dawno mnie tu  nie było, ale miałem taki szalony okres od początku czerwca, że szkoda gadać. Dużo się działo, dużo się piło. Powrót do szarej (dosłownie i w przenośni – bo w Krakowie pochmurno) rzeczywistości jest bolesny. Ale ja nie o tym, a o książce „Wydziedziczeni”.

Książka została wydana w 1974 roku. To czas gdy w USA powstawało mnóstwo hippisowskich albo religijnych komun, przeprowadzano różnego rodzaju eksperymenty społeczne, które obalały lub potwierdzały wiele mitów. W znacznie szerszym ujęciu na planecie Ziemia ścierały się dwie ideologie, doktryny polityczne i style życia (chociaż o komunizmie jako stylu życia to raczej ciężko pisać). Imperializm radziecki i imperializm amerykański walczyły o strefy wpływów. Wielu polityków, socjologów, naukowców próbowało stworzyć model idealnego społeczeństwa. Wielkie eksperymenty urbanistyczne we Francji, Anglii nawet w Polsce. Wszystko to stanowiło interesujący temat dla pisarki, pani Le Guin.

I pani Ursula napisała książkę, w której widać jej fascynację anarchistyczną filozofią (jest coś takiego?) szybki „look” na Wikipedię i okazuje się, że jest:)

Fabuła książki. „Wydziedziczeni” to historia tym razem z układu Tau Ceta, gdzie mamy planetę Urras oraz jej księżyc Anarres. Na obydwu ciałach niebieskich istnieją cywilizacje, z tymże Anarres zamieszkują uciekinierzy z Urras, dobrowolni emigranci, którzy wyznają odonizm, a ten z kolei jest pewną formą anarchizmu. Na Anarres nie ma prywatnej własności, nie ma centralnej władzy, nie ma elity, nie ma bogatych ani biednych, nie ma określonych słów takich jak „więzienie”, „religia”, „nienawiść”. Żyją oni sobie tam w takich jakby komunach, gdzie wszystkim zarządza komputer. I ciężko pracują, bo życie na Anarres to prawdziwa suka. I nikogo nie oszczędza, mimo tego wszyscy są zadowoleni bo mają się w co ubrać, mają coś do zjedzenia i mogą oddawać się rozrywkom kulturalnym w domach publicznych kultury (taki mój kiepski żarcik). Ogólnie społeczeństwo wydaje się  być naprawdę mądrze zaprojektowane i wydaje się funkcjonować dobrze. Wszyscy są zadowoleni, wolność jednostki jest definiowana poprzez potrzebę i chęć pracy dla społeczności. Kluczem jest słowo „wydaje się”.

Poznajemy Anarres dzięki Szevekowi, który jest trochę inny od swoich ziomków. Znaczy się taki trochę z niego indywidualista, a takich to na Anarres za bardzo nie lubią. Szevek jest fizykiem, geniuszem i ma kilka świetnych pomysłów. Na jego nieszczęście Anarres to  naukowe zadupie, gdzie problemy fizyki czasu i przestrzeni traktowane są po macoszemu, bo ważniejsze są zbiory drzew holum (taka ich roślina), bo coś trzeba jeść. Szevek jest dobrym obywatelem i pracuje tam gdzie go pośle komputer. Lecz chce i pragnie czegoś więcej. Dostaje swoją szansę i opuszcza Anarres, aby na Urras dokończyć swoją teorię.

I poznajemy teraz Urras – planetę z bogatą historią i różnymi ustrojami społecznymi i państwami. Poznajemy ją w momencie, gdy dowiedzieli się, że nie są sami we Wszechświecie, bowiem odwiedzili ich Hainowie i Ziemianie. Szevek trafia na uniwersytet, który żywcem przypomina ziemskie uniwersytety. Jest na Urras obcy, trafia do państwa, które do złudzenia przypomina zachodnie demokracje. Nie zna żadnych zwyczajów, nie zna prawideł jakie rządzą tym państwem. A trafił do kapitalistycznego A-Io. I tak sobie żyje omamiony bogactwem do czasu, aż zobaczy kontrast pomiędzy biednymi a bogatymi i stanie po stronie biednych.

To fabuła w tak bardzo telegraficznym skrócie. Książka nie jest chronologicznie napisana – opis pobytu na Urras, przerywany jest fragmentami z Anarres.

Ładnie i zgrabnie i mądrze opisane stosunki społeczne zarówno na Anarres jak i Urras. Czytając fragmenty z Anarres miałem wrażenie, że czytam o czasach gomułkowskiej propagandy, czynie społecznym i naszej małej stabilizacji. I choć na początku wydawało się, że czytając o Anarres mam do czynienia  z ustrojem niemalże idealnym to w miarę dalszej lektury mogłem zauważyć pęknięcia i rysy na fundamentach tego wzbudzającego sympatię społeczeństwa. A gdzie widać te pęknięcia i rysy? Niby nie ma władzy centralnej, ale spora klika osób od dłuższego czasu jest wybierana do Komitetu Centralnego. Niby, że wszystkim po równo, ale niektórzy dostają  lepsze żarcie, niby że masz wolność jednostki, ale nikt nigdy nie zmienił swojego przydziału pracy z obawy ostracyzmu społecznego. Niby system efektywny i w miarę sprawny, a wystarczyło trochę dni suszy, klęska głodu i już wszystko zaczyna się sypać, a ludzie zapominają o solidarności społecznej i dbają tylko o swoje brzuchy. Niby wolność słowa jest, ale niewygodne jednostki wysyłane są do „sanatoriów”. Dzieci wychowywane są przez ośrodki kształceniowe, a nie rodziców. I tak dalej i tak dalej. Coś co wszyscy dobrze znają z naszego własnego podwórka sprzed lat kilkudziesięciu. Wciąż jednak Anarres wydaje się sporo sympatyczniejszy niż nasze podwórko. Równość udało im się zaprowadzić w przypadku płci. Kobiety i mężczyźni postrzegani są tak samo, tyle samo się od nich wymaga. Emancypacja na sto procent. I jeszcze swoboda seksualna. Nikt nikomu nie zakazuje uprawiania stosunków hetero- i homoseksualnych a ludzie łączą się w pary na zasadzie obopólnego partnerstwa. Nie ma instytucji małżeństwa. Aha i jeszcze co było interesujące – imię nadaje komputer. Jest unikatowe dla każdego mieszkańca Anarres.

Urras to z kolei obraz Ziemi w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Mamy tam kapitalistyczne państwo A-Io oraz jego komunistycznego przeciwnika Thu. Ogromne różnice majątkowe, szowinistyczne społeczeństwo, gdzie kobiety nie są dopuszczane do udziału w życiu naukowym, społecznym i publicznym. Wojna, bieda i jednocześnie ogromne bogactwo wszystkiego. Szevek jest tam obcy i to bardzo. Nie rozumie wielu spraw, nie zna zwyczajów społecznych. Pierwszy raz pije alkohol, którego na Anarres nie ma. Urras nie przedstawia się dobrze w oczach mieszkańca pochodzącego z państwa niemalże realnego socjalizmu, ale jednocześnie jest dla niego pięknym miejscem, gdzie naukowcy nie muszą się martwić o to, że pojadą pielić pietruszkę, albo doglądać trzody chlewnej na jakimś wypizdowie.

Się rozpisałem, to może o wrażeniach. No cóż, jeśli mam być szczery to nie zachwyciła mnie aż tak bardzo. Za mało było science-fiction w tej książce z gatunku science-fiction. A za dużo ziemskich, swojskich klimatów. Czułem się jakbym czytał książkę o przygodach komsomolców i socjalisty z ZSRR, który nagle trafia na Zachód Europy. Książka jako trafna analiza społeczeństwa, różnego rodzaju rządów i tym podobne sprawdza się doskonale, ale jak dla mnie było tego za dużo.

Na końcu Szevek rozmawia z panią ambasador z Ziemi, która kreśli mu wizję naszej planety jako kompletnie zdewastowanej, zatrutej i zniszczonej. I gdyby nie Hainowie ludzkość zginęłaby marnie. Taka przestroga dla nas!

„Wydziedziczeni” to klasyk s-f, choć dla mnie tego s-f było jednak ciut za mało. Nie oznacza to, że książka jest zła. Czytało się ją fajnie, ale bez porywów serca. Poza tym było kilka nieścisłości, które dało się zauważyć. A może ja mam trochę już dość pani Le Guin? I należałoby na chwilę odstawić czytanie jej książek? Sam nie wiem.

 

 

Ursula K. Le Guin “Miasto złudzeń”

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ursula K. Le Guin "Miasto złudzeń"

Ależ mam cug! Jadę z cyklem “Hain” jak polski rząd z bublami prawnymi – szybko, ostro i bez zastanowienia (bez przesady – ja się po lekturze zastanowię, rząd przed i po wydaleniu ze swych biurokratycznych trzewi jakiegoś przepisu nie zastanawia się w ogóle). Tym razem przedstawiam Wam trzecią część wspomnianego na początku cyklu. I dodam od siebie, że tę część darzę ogromnym sentymentem i ciepłymi uczuciami. Pamiętam tę książeczkę, która była moją w własnością w latach mych nastoletnich. Tego chłopczyka z okładki i cycatą kobietę z tyłu, w tle jakieś pterodaktyle. Okładkę nijak mającą się  do treści książki, ale kto by się tam tym przejmował. A ta moja się rozleciała, bo klejona była śliną morświna, a ślina morświna, co wiedzą wszyscy członkowie ludu Inuitów nie trzyma za długo. Pamiętam również złość jaka mnie ogarnęła, gdy wróciwszy na jakieś święta do domu, styrany po sesji egzaminacyjnej, nie mogłem znaleźć tej książki w mej biblioteczce. Oj, dostało się mej siostrze młodszej, dostało (oczywiście obyło się bez przemocy fizycznej. Na to byliśmy już oboje za starzy). Książka gdzieś zaginęła i od tamtej pory nie była nigdzie widziana. Dlatego odświeżenie jej było bardzo dobrym pomysłem. A teraz fabuła.

Budzisz się nieznanym miejscu, bania Cię napierd… boli straszliwie, nie pamiętasz nic z poprzedniej nocy… Brzmi znajomo? Na nieszczęście dla głównego bohatera książki to nie był kolejny niedzielny poranek. To było coś znacznie gorszego. Zagubiony człowiek w ogromnym lesie, nie pamięta nic, nic nie rozumie. Błąka się przez dziką puszczę. Na szczęście trafia pod opiekę dobrych ludzi z małej osady zwanej Domem Zove. Człowiek ów nic nie pamięta, jest bezrozumny jak ameba. Zero świadomości i śladu rozumu. Członkowie domostwa zagubionego wśród niezmierzonego lasu opiekują się przybyszem troskliwe. Powoli nieznajomy zyskuje wiedzę i swoją osobowość, ale nie odzyskuje pamięci a my wraz z nim dowiadujemy się, co spotkało Ziemię oraz Ligę Wszystkich Światów. Od ponad tysiąca lat nie ma już międzyplanetarnej Unii. Przegrała wojnę z tajemniczym najeźdźcą rasą/ludem/gatunkiem nazywającym siebie Shinga. Przegrała, gdyż Shinga mogli kłamać w myślomowie, a to wydawało się niemożliwe. Mieszkańcy Ziemi żyją odosobnieni w enklawach, nie ma żadnych państw, imperiów, narodów ani nawet miast poza jednym. Lecz to miasto jest siedzibą Shinga. Nowoczesne technologie praktycznie zostały zapomniane poza nielicznymi wyjątkami. Historia wojny i historia ludzi przetrwała w mitach i legendach. Dlatego Falk (tak nazwali dziwnego gościa mieszkańcy domu), który różni się trochę od mieszkańców Ziemi opuszcza dom i rusza na zachód do siedziby Shinga by poznać prawdę o sobie. Falk wędruje przez kontynent napotykając wiele pozostałości po dawnej cywilizacji. Niektóre budzą zachwyt, inne grozę. Wciąż wędrując trafia do niewoli barbarzyńców, spotyka kobietę, która staje się jego towarzyszką i której ufa, co okazuje się błędem. A śpiewała Budka Suflera, żeby nie wierzyć nigdy kobiecie, ale  skąd Falk mógł wiedzieć. Być może nagrania Budki Suflera przepadły podczas wojny z Shinga. Napotyka Tajemniczy lud Pszczelarzy, którzy kultywują dziwną religię związaną z symboliką krzyża i składaniem ofiar z ludzi. Ogólnie ma mnóstwo przygód i nieuchronnie zbliża się do Es Toch czyli siedziby Shinga. W tej siedzibie odkrywa, że Shinga wymazali mu tożsamość, okłamali go, przywrócili mu tożsamość kosztem starej, ale on zachował starą tożsamość i jednocześnie jest przybyszem z planety, której jeden Rok równa się sześćdziesięciu ziemskim latom i Falkiem z Ziemi (trochę to skomplikowane). Shinga chcą od niego namiarów na rodzinną planetę. On okazuje się od nich sprytniejszy i wywodzi ich w pole. I startuje na statku kosmicznym do domu. Wszystko kończy się chyba szczęśliwie:)

Miałem sporo frajdy czytając tę książkę, która jest znacznie lepsza od dwóch poprzednich. Widać, że pani Le Guin się rozwijała i jej książki stają się bogatsze, pełniejsze oraz znacznie ciekawsze. Wędrówka Falka przez Ziemię, a dokładniej kontynent amerykański przypominała mi wędrówką przez jakiś postapokaliptyczny świat, w którym widać ślady dawnej świetności ludzkiej cywilizacji. Te szczątki informacji o dawnej Wojnie, o historii ludzkiej cywilizacji, jakie zbiera Falk, historie dawno wymarłych światów to dla mnie prawdziwy smaczek. Widocznie już jako małolat jarałem się wizją świata po zagładzie i zostało mi to do dzisiaj. Ledwie zarysowane dzieje wojny z Shinga, wzmianki o eksperymentach genetycznych, eugenice i tym podobnych sprawach rozbudzają wyobraźnię i prowokują do pytań o los ludzkości. Ech, jaka wielka szkoda, że nie mam już swojego egzemplarza „Miasta Złudzeń”.

I bawi mnie trochę ta maniera Le Guin zaludniająca swój kosmos samymi humanoidami, które tylko trochę różnią się od siebie:) Ale to przecież jej świat i może robić co chce.

Stanisław Lem “Astronauci”

Stanisław Lem "Astronauci"

Stanisław Lem "Astronauci"

Z otchłani mych magazynowych regałów, z niemierzonych obszarów półek i książkowych stosów, gdzie mole toczą odwieczne wojny rodowe z pająkami, a kurz osiadając przez lata  stworzył niemal księżycowe krajobrazy. Z owych  czeluści przybyła do mnie w srebrnym rakietowym pocisku zakurzona książka Lema. Osiadła na stoliku z wizgiem atomowego silnika i poprosiła o przeczytanie. Czyż mogłem odmówić powieści fantastyczno-naukowej? Do tego jeszcze autorstwa tak znanego pana Stanisława? Gdybym powiedział nie, już nigdy nie mógłbym spojrzeć w swoje odbicie w  lustrze. Cóż powiedziałbym swoim wnukom, gdy one spytają mnie; co robiłeś dziadku zanim Cię przenieśliśmy całkowicie do komputera? A ja wykrzywiając swe holograficzne odbicie milczałbym wówczas z zażenowaniem. Nie mogłem więc nie przeczytać. Zasiadłem, stanąłem, położyłem się, przykucnąłem, rozparłem, rozłożyłem, zwinąłem w kłębek (oczywiście nie wszystko na raz) i przeczytałem.

Pokrótce fabuła – Lem wziął się za zagadkę  meteorytu tunguskiego. Chyba większość z Was moi drodzy słyszała o tym wydarzeniu, które miało miejsce na początku ubiegłego wieku. Jeśli nie służę linkiem: TUNGUSKI METEORYT. Otóż w „Astronautach” okazuje się, że to nie był żaden kawałek skały, lecz statek kosmiczny obcych. Naukowcom zjednoczonej ludzkości udaje się rozszyfrować zapis lotu, astronomowie obliczają skąd statek przyleciał i ludzkość wybiera się z rewizytą. Okazuje się, że obcy przylecieli z Wenery (sic!), tak kiedyś nazywano Wenus. Obydwu nazw Lem używa wymiennie. Dziś Wenera odeszła w niepamięć, bo chyba kojarzy się brzydko, a Wenus została, bo kojarzy się ładnie. I dzielna załoga statku kosmicznego Kosmokrator, wyrusza w podróż na Wenus. Relację z podróży i pobytu na Wenus poznajemy dzięki wspomnieniom pilota samolotu zwiadowczego, który poleciał z naukowcami, żeby latać samolotem zwiadowczym właśnie. Pilot ten Robert Smith urodził się w Związku Radzieckim, a jest wnukiem Murzyna – komunisty (zbiegłego z USA) i dzielnej radzieckiej komsomołki (nie żartuję).  I Roberto nam właśnie opisuje co się na tej Wenus dzieje i co się tam znajduje.

Książka została napisana w 1950/51 roku. I daje się w niej czasem odczuć duch socrealizmu. Nie mogę stwierdzić na ile Lem chciał, a na ile musiał wplatać w swe opowieści wątki ideologiczne. W „Astronautach”, akcja dzieje się na początku dwudziestego pierwszego wieku. A więc teraz. Nie ma już państw kapitalistycznych, zjednoczona ludzkość kontroluje klimat, a Sahara to kraina mlekiem i miodem płynąca. Na szczęście nie ma tego za wiele i odnoszę wrażenie, że fragmenty te napisane zostały po to, aby zadowolić ówczesną cenzurę i krytyków. Niemniej śmiesznie się to czyta z perspektywy czasu.

„Astronauci” to powieść fantastyczno – naukowa z naciskiem na naukowa. Lem starannie wyjaśnia wiele zjawisk fizycznych i chemicznych. Dzięki lekturze tej książki dowiedziałem się/przypomniałem sobie czym jest reguła Oerstanda, jak wygląda przestrzeń sferyczna i  czym i dlaczego właśnie tym ludzie mogą i latają w kosmos.

Czytając tę książkę przed oczyma miałem amerykańskie filmy z lat pięćdziesiątych, z reguły klasy B, w których ludzie latają rakietami na Marsa, a tam zjada ich gigantyczna parówka. Oczywiście u Lema nie było czegoś takiego. Bardziej mam na myśli otoczkę dotyczącą wyglądu statku kosmicznego, skafandrów i ogólnie sposobu poruszania się po obcej planecie.

W „Astronautach” widać już problemy, tematy, zagadnienia, które Lem znacznie później rozwinie lepiej i głębiej. To znaczy niemożność porozumienia się z obcą cywilizacją, brak punktów wspólnych i jakichkolwiek odniesień kulturowych i emocjonalnych. Pojawia się też choć szczątkowo zagadnienie sztucznej inteligencji w postaci ogromnego Mózgu elektronowego Maraxa, który służy naukowcom do obliczeń i prowadzi Kosmokratora przez pustkę kosmiczną, a wszystko to dzięki lampom katodowym.

Szkoda, że nie znałem tej książki wcześniej. Wydaje mi się ona dobrym wstępem do rozpoczęcia przygody z Lemem. Jest to dobra powieść, zawierająca wszelkie elementy gatunku fantastyki naukowej. I przyznam się bez bicia cały czas zastanawiałem się jaki los zgotuje ludziom Lem na Wenus. Nie zawiodłem się.

P. S. I dla takich fragmentów uwielbiam czytać Lema:

“[…] Kiedy pierwszy raz powiedziałem dziewczynie, że ją kocham, nie umiałem znaleźć dość wielkich i pięknych słów dla wyrażenia wszystkiego, co czułem. Dlatego powiedziałem jej, że miłość w moim wyobrażeniu to nie sfery wysokiego lotu ani niebo, w którym tak często przebywam, ale że to jest coś takiego jak ziemia, w co można słupy wbijać, na czym można mury stawiać i domy budować.

Inna rzecz, że jej to nie przekonało.”