Paolo Bacigalupi “Nakręcana dziewczyna”

Także ten jak to było lajfstal – kubek z Polski (z kotami), książka po polsku, jabłka (nie modyfikowane genetycznie) z polskich sadów, ciasteczka (pieguski) z polskiej piekarni, herbata z Japonii.

Dzień dobry, zmodyfikowane genetycznie cztery bobry! W Krakowie, gdy pisałem te słowa pizgało złem (zima ta wredna biała s.ka wróciła). A teraz będzie kolejna książka, którą skończyłem czytać ostatnio, ale proces jej czytania trwał kilka miesięcy.

Continue reading

Maureen McHugh “Po apokalipsie”

Zdjęcie użytkownika Charles Hutchins. Źródło: https://flic.kr/p/a4ujzh

Zdjęcie użytkownika Charles Hutchins. Źródło: https://flic.kr/p/a4ujzh

Ostatnimi dniami czasu nie miałem na nic, żar leje się z nieba, ja na blogu milczę, czas przerwać to milczenie. Dzisiaj książka, którą przeczytałem dawno, ale to bardzo dawno temu, ale zapomniałem jej wrzucić na bloga.

Continue reading

Quinn Fleming “DMQZ”

17790683Się czasem do człowieka przyczepi ochota na jakąś darmochę. Zwłaszcza jeśli tę darmochę poleca się na portalu, który przeglądam w miarę regularnie, chociaż ostatnio rzadziej. Na Boing Boing pojawił się link do książki na Amazonie i sobie ściągnąłem. Niestety promocja na książkę się skończyła i książka kosztuje obecnie 6 dolarów. To i tak nie dużo (jak na amerykanckie standardy:).

Klimaty postapokalitpyczne to jeden z moich koniów  koników, ale oczywiście nie będzie mi dane w życiu poznać całej bogatej literatury na ten temat. Czasem jednak coś człowiek przeczyta i po skończeniu lektury uniesie wzrok znad czytnika ewentualnie strony w książce lub ekranu komputiera i rzeknie – dobre to było. Tak miałem z „DMQZ”. Zupełny przypadek, a książka się spodobała.

W skrócie o fabule. Przez świat przeszła pandemia straszliwej, nieuleczalnej choroby o nazwie „popielica” (w oryginalne dormouse). Państwa runęły w gruzy, miasta obróciły się w perzynę. Ludzie ciskali gromy atomowe na zarażone tereny. Nosiciele „popielicy” walczyli z tymi, którzy chcieli przetrwać i odgrodzić się od nich. Walka była bezwzględna i bezpardonowa. Po kilkunastu latach Stany Zjednoczone podzieliły się na strefy bezpieczne i te, w których pozostali „odporni” (w oryginale resisters). Zdrowi ludzie stłoczeni w miastach, gdzie przestrzeń do życia zyskuje się poprzez budowanie ogromnych wysokościowców, a ruch uliczny odbywa się na piechotę (i tutaj smaczek: jest kilka pasów, w zależności od tempa poruszania się) żyją w strachu zarówno przed chorobą jak i przed jej nosicielami, którzy wciąż nie dają o sobie zapomnieć.

Przejdźmy do głównego bohatera: Jacob Hale to oficer policji, który jest całkowicie oddany swojej służbie i nowym Stanom Zjednoczonym. To państwo ocaliło go od śmierci, dało mu wykształcenie, pracę i miejsce do życia. Nic więc dziwnego, że gdy zostaje zdegradowany za nieposłuszeństwo wobec przełożonego (a to Hale postąpił słusznie) pragnie dowiedzieć się dlaczego spotkał go taki los i chce znaleźć winnych całej sytuacji. Powoli odkrywa mroczne spiski, różnego rodzaju ruchy oporu wobec jego Państwa, które z kolei nie okazuje się bezpośrednim następcą demokratycznych Stanów Zjednoczonych. Wręcz przeciwnie. Nowe USA jest państwem totalitarnym, gdzie każdy ruch jego obywateli jest monitorowany, nagrywany i każdym momencie można prześledzić krok po kroku jego życie. A  wszystko to w imię bezpieczeństwa obywateli przed „popielicą” i ochrony przed grupami terrorystów spoza stref wolnych od choroby.

Książkę czytało się bardzo dobrze, świetne opisy Manhattanu, który zaadaptowany został do nowych warunków, interesujące wykorzystanie różnych technologii. Podobało mi się to, że nie mamy do czynienia ze światem totalnie zniszczonym, który nawet nie próbuje udawać, że się podnosi z gruzów tylko z dość prężnie działającą cząstką cywilizacji w morzu chaosu (przynajmniej tak rząd nowych USA przedstawia sytuację na świecie). Tu i tam w miarę zgrabnie wplecione w fabułę fakty dotyczące epidemii, historii wojny pomiędzy „odpornymi” a rządem pozwalają na szersze zorientowanie się w sytuacji świata przedstawionego w książce. Zboża praktycznie nie ma, mięso jest szalenie drogie, a wódka zakazana (bimbrownicy pędzą ją z papierowych książek! Czy to w ogóle możliwe?).

Żeby nie było w książce jest kilka irytujących fragmentów, ale można na nie przymknąć oko. Hale jako główny bohater musi przetrwać i nie ma się co spinać, że wychodzenie ze wszelkich tarapatów wychodzi mu bardzo dobrze, aż za dobrze. Zresztą sam wątek kryminalno-spiskowy nie jest jakoś szalenie skomplikowany i raczej człowiek się zorientuje mniej więcej o co biega i po co biega po Manhattanie główny bohater.

„DMQZ” na pewno nie jest żadnym objawieniem i powalającą na kolana lekturą. Jednak w tej książce bardzo zgrabnie autor połączył motyw końca świata i cywilizacji z narastającą obawą ludzi o zakres kontroli państwa nad ich poczynaniami i coraz szerszym polem działania wszelakich organów państwowych szpiegujących własnych obywateli, a wszystko to w imię bezpieczeństwa. W świetle ostatnich wydarzeń na arenie międzynarodowej i doniesień z samych USA ten temat zajmuje obecnie bardzo wielu Amerykanów.

I zakończenie w książce jest takie, że wiadomo od razu, iż będzie druga część, co może być irytujące, bo akcja pod koniec tak przyspieszyła, że szkoda gadać. Ale nawet się tej drugiej części chce.

Andrzej Pilipiuk “Czerwona gorączka”

czerwonaZacznę od refleksji. KFASON, KFASON i po KFASONIE. Moim zdaniem było sympatycznie i ciekawie. Zwłaszcza jak na pierwszą edycję. Moje spotkanie z panem Andrzejem Pilipiukiem chyba też dobrze wypadło. Denerwowałem się strasznie, ale może trochę niepotrzebnie, bo pan Andrzej to świetny gawędziarz, bardzo inteligentny człowiek z ogromnym poczuciem humoru. I teraz będzie wspomniana refleksja: przygotowując się do spotkania przeczytałem sporo wywiadów z autorem, obejrzałem dość znaczną liczbę filmików dostępnych w sieci, jednym słowem znacznie przybliżyłem sobie postać twórcy Wędrowycza. I tu wreszcie refleksja: gdy się bliżej pozna autora i jego poglądy, jego sposób patrzenia na świat to czytanie jego książek nie będzie już takie samo. Pojawiają się zupełnie nowe tropy, zupełnie inaczej patrzę na pomysły i użyte schematy i motywy. A dodatkowo jeśli się pogada chwilkę, pozna pisarza osobiście to już percepcja i odbiór książek znów się zmieni. I u mnie ten proces nastąpił:)

Tak miałem podczas lektury „Czerwonej gorączki”. Pilipiuka czytywałem wcześniej. Jednak „Czerwoną gorączkę” odebrałem zupełnie inaczej niż wcześniejsze książki. Na blogu pisałem o „Rzeźniku drzew” i „Wampirze z M-3”. Nie wiem czy miałem jakieś oczekiwania dotyczące „Czerwonej…”, na pewno spodziewałem się dobrej rozrywki i takową otrzymałem. Tematyka opowiadań oscyluje w obszarach, do których Pilipiuk nas przyzwyczaił. Carska Rosja, rewolucja październikowa, podróże w czasie i alternatywne wersje historii.

11 opowiadań jak to w antologii bywa wywołuje różne emocje. Od szczerego śmiechu („Silnik z Łomży”) po delikatne rozdrażnienie, że w taki sposób można skończyć świetne opowiadanie („Zeppelin L-59/2”). Jest tradycyjnie jak to u Pilipiuka ostra nagonka na socjalistów i komunistów. Raz na poważnie i z całkiem interesującym pomysłem („Czerwona gorączka”), drugie już zupełnie jajcarskie i świetnie naśmiewające się z „przejściowych trudności” jakim jest poddane budujące się socjalistyczne społeczeństwo („Operacja „Szynka””). Trafiła się nawet w zbiorze historia o krasnoludach i najemnikach („Niebieski trąd”). Interesujące i nawiązujące (moim zdaniem) to twórczości Stefana Grabińskiego opowiadanie („Wujaszek Igor”) również chlastało ubecję i cały system komunistyczny po mordzie, a interesujący pomysł z pociągiem widmem, gdzie głównym maszynistą jest Piłsudski dodawał klimatu posępnej grozy. Mamy też historię alternatywną bardzo dla nas łaskawą (dla nas Polaków) czyli „Samolot von Ribbentropa”, bo w niej jesteśmy supermocarstwem i rządzimy światem. Trafiła się też opowieść znacznie mniej łaskawa, w której to Europa zdominowana jest przez islam i resztki chrześcijan szukają swojego świętego („Gdzie diabeł mówi dobranoc”). „Grucha” to opowiadanko o nauczycielce, którą spotyka słuszna kara (może trochę za bardzo hardkorowo i ewidentnie tu widać jak bardzo nie lubi pan Pilipiuk instytucji oświatowych w naszym kraju). „Po drugiej stronie” i „Piórko w żywopłocie” to dość fantasmagoryczne historie, w których przenikają się różne światy.

„Czerwona gorączka” to kilka godzin dobrej rozrywki, połączonej ze zgrzytaniem zębów na niektóre patenty autora. Nie zmieni to jednak mojej sympatii do pana Andrzeja, ale może przydałoby się przeskoczenie na jakieś nowe tematy, bo ileż można tych komuszków i socjalistów wszelkiej maści molestować:)

Niektóre opowiadania czasem trąciły odwetem na rzeczywistości naszej, szarej polskiej i pobożnymi życzeniami, że powinno być inaczej, a nie jest. Ale to święte prawo autora, że pisze co chce i jak jemu w głowie się układa. A że robi to składnie, zgrabnie, ciekawie i w miarę wciągająco to człowiek sobie podczytuje.